Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Hiszania

Playa del Carmen i powrót do Europy :(

nilek2609

O 9 ruszyliśmy w drogę, na jednej z krzyżówek złapaliśmy autobus do centrum, ostatnia wizyta w Burdel Kingu i kolejnym wydostajemy się na obrzeża miasta. Mimo że spędziliśmy tam trochę czasu, to wszystko szło dość płynnie i chwilę po południu byliśmy 40 km dalej. Dopiero wtedy zrobiło się gorzej, słońce co raz bardziej dawało popalić, ruch mimo głównej drogi i sąsiedztwa autostrady był znikomy, a to nie ułatwiało. W końcu jednak się udało i zgarnęli nas Kanadyjczycy. Nie było łatwo wpakować się w trójkę do małej osobówki, ale się udało i po piętnastej byliśmy już na bramkach przy rozjeździe Cancun / Playa del Carmen. Podobnie jak wcześniej musieliśmy odstać swoje, ale za to po kolejnej godzinie byliśmy u celu. Kierowca zostawił nas w centrum miasta pod kolejnym "kingiem", gdzie planowo mieliśmy wpaść szybko na internet, ogarnąć AirBnb, zostawić graty i iść na plażę, ale tak łatwo nie mogło pójść. Zamiast tego spędziliśmy w środku dobre cztery godziny i walczyliśmy z tym cholernym portalem, który z ogromną mocą starał się utrudnić nam zabukowanie noclegu. Dopiero po 22 udało się jakoś to ogarnąć i mogliśmy iść na miejsce. Plan się nie powiódł, więc jedyne co byliśmy wstanie zrobić to szybki wypad na zakupy i spać...

IMG_20180420_164905

W końcu od bardzo (ale to bardzo) długiego czasu mogliśmy zrobić porządną jajecznicę na śniadanie, po którym poszliśmy z Łukaszem na plażę zobaczyć jak to wszystko wygląda. Z początku spodziewałem się zastać ten  sam widok co w Tulum (wkońu to niedaleko), jednak nie było tak kolorowo. Bardzo wąska plaża z dziesiątkami ton paskudnych zielonych glonów na które niestety był teraz "sezon", więc oprócz turystów było też sporo koparek i miejscowych z widłami, którzy próbowali w jakiś sposób pozbyć się tego syfu usypując przy tym wielki kopiec gdzieś w rogu. Z resztą nie to było największym problemem tego miejsca tylko hotele, które dosyć szczelnie zaciskały pętle w tej części wybrzeża, przez co prawie cała przestrzeń była zarezerwowana dla ich "pięciogwiazdkowych gości". Mimo to postanowiliśmy nie rezygnować zbyt szybko i poszliśmy nurkować. Niestety mimo chęci woda bardziej przypominała żur, niż cokolwiek innego, więc nie miało to najmniejszego sensu...

IMG_20180418_111042

Zamiast siedzieć bezczynnie, poszliśmy zobaczyć co się dzieje dalej wzdłuż plaży i na kilku okolicznych uliczkach. Patrząc tak na ten całokształt i ludzi którzy nas otaczali, śmiało mogę powiedzieć, że jest to miejsce stworzone w większości dla starych amerykanów z suto wypchanym portfelem. Gdy szliśmy wzdłuż plaży, co kawałek zaczepiali nas ludzie proponując wycieczki za kosmiczne pieniądze, masaże i inne pierdoły, a to wszystko przed pięciogwiazdkowymi resortami. Bez pieniędzy nie było sensu tam siedzieć, więc jakiś czas później wróciliśmy odpocząć do pokoju. Później  za to było o wiele ciekawiej, wracając z Chedraui poznaliśmy parkę starszych Kanadyjczyków, którzy po krótkiej chwili zaprosili nas do stolika na małe piwko. I tak to wszystko się zaczęło... Rozmowa tak dobrze się kleiła, że po jednym doszło jeszcze kilka, aż zorientowaliśmy się że wybiła druga nad ranem i niestety trzeba było iść spać.

IMG_20180420_164402_HDR

Od rana czekał  nas mały rozgardiasz, powoli trzeba było zacząć się pakować, co było nie lada wyzwaniem, szczególnie że skończyło się nam miejsce w plecakach. Spowodowało to kilka smutnych decyzji, takich jak pożegnanie kochanej maczety, która towarzyszyła mi dzielnie przez ostatnich kilka miesięcy, ale za to poszła w dobre ręce. Na dobrą sprawę miałem teraz prawie kilogram  mniej w plecaku, ale tylko do chwili gdy wróciliśmy z Łukaszem z Walmartu niosąc kolejne pamiątki, które jeszcze bardziej go dociążyły... Po wyjściu postanowiliśmy się przejść jeszcze piątą aleją, tak zwanym sercu miasta, gdzie znajduje się większość ciekawszych sklepów i miejsc wartych zobaczenia. Szybko jednak zmieniliśmy kierunek... Tutaj jak nigdzie indziej Meksykanie dostają dosłownie pierdolca na punkcie pieniędzy i dla nich każdy biały to chodzący portfel wypchany samymi setkami $$$$$$$. Nie ma się w sumie co im dziwić, skoro nadęte bufony ze stanów (jak i wielu innych krajów) nauczyły ich że dostaną kilka dolarów od tak za byle pierdołę, więc teraz tego oczekują, a nawet i żądają. Dlatego też Amerykanie panoszą się jak święte krowy, co naprawdę potrafi doprowadzić do szału..

IMG_20180420_165533

Kolejnego dnia gdy dorzuciliśmy ostatnie rzeczy do plecaka, chyba do nas dotarło że to ostatnie chwile w Meksyku. Do południa kręciliśmy się jeszcze po okolicy niewiedząc co tak naprawdę ze sobą zrobić, aż trzeba było wychodzić. Łukasz ruszył na wylotówkę w kierunku Tulum, a my poszliśmy kawałek dalej do McDonald's zabić jakoś czas przez kolejne kilka godzin. Ruszyliśmy się dalej dopiero po piątej, idealnie żeby zajechać jeszcze na lotnisko i jednak nie spać w krzakach. Nie mieliśmy zamiaru iść z plecakami na wylotówkę, więc zaledwie po 300m, w pierwszej wolnej zatoczce zaczęliśmy łapać i godzinę później z jedną z pracownic lotniska zajechaliśmy pod same drzwi trzeciego terminala. 

IMG_20180420_165906_HDR1

Lotnisko dziwnie puste, oprócz nas było tam zaledwie kilku turystów i niewiele osób z obsługi. A zaledwie dwie godziny później zostaliśmy praktycznie sami, więc rozłożyliśmy się wygodnie na karimatach i staraliśmy się zasnąć. Kilka godzin snu i przed szóstą obudził nas jeden z ochroniarzy pilnujących terminala, do tego zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi, więc po jakiś czasie przenieśliśmy się do Starbucksa. Ludzi na pęczki, ale jakoś znaleźliśmy wolny stolik i tak siedzieliśmy przy kawie obserwując ludzi. Przez większość czasu nie działo się nic nadzwyczajnego, dopiero przed dziesiątą dostaliśmy bonusa w postaci alarmu bombowego O.o. Nagle zawyły syreny na cały regulator, światła zaczęły wariować i poleciał komunikat z głośników o zagrożeniu wybuchem. W europie wszyscy wpadli by w panikę i zaczęli uciekać gdzie pieprz rośnie, a w Meksyku wszystko na spokojnie, ludzie nawet nie przejęli się sytuacją i robili wszystko tak jak by nic się nie stało. Nawet nie wydając jakichkolwiek oznak zdenerwowania. Więc dokończyliśmy spokojnie kawę i poszliśmy posiedzieć trochę na słońcu, a tam "Explosivos" (saperzy) bez stresu chillują się w aucie... Kocham ten kraj :D

IMG_20180420_170138

Koło południa wróciliśmy na górę, podładowaliśmy sprzęt i przed czwartą poszliśmy się odprawić. Kolejka długa jak po zasiłek, nikt się nie śpieszy, na kilkaset osób jedynie pięć punktów obsługi, ale co tam.. W końcu przyszła nasza kolej, dajemy plecki i nagle się okazuje że namiot i karimaty muszą iść osobno bo coś tam coś tam, niezbyt chętnie ale przystaliśmy już na to. Babka sprawdza nam karty wjazdowe i okazuje się że musimy załatwić jeszcze pieczątkę z migracyjnej, inaczej nam nie da biletów, więc zostawiliśmy wszystko i poszliśmy do ich biura. Jakiś czas spędziliśmy w kolejce bo oczywiście jedna osoba wystarczy, po czym dajemy karty do podbicia, a babka żąda potwierdzenia opłaty wjazdowej do Meksyku... Oczywiście bez wniesienia opłaty nie wjechalibyśmy do kraju, więc się po prostu czepiała żeby zainkasować ponad tysiąc peso do kieszeni, ale na szczęście mieliśmy papierek w plecaku. Wracamy do odprawy po dokument i się okazuje że nasze plecaki już odjechały... Więc z powrotem do migracyjnej wyjaśnić sytuację, babka każe płacić, my że nie musimy bo już to zrobiliśmy, a ona dalej swoje. W końcu wzięła nas na przetrzymanie i kazała czekać na kierownika który nigdy nie przyszedł, za to ona w końcu zobaczyła że nic nie ugra i po pół godziny przybiła pieczątki. Już wszystko miało być ok, wróciliśmy po bilety i zrobiło się zamieszanie, bo pieczątka jest po 2 stronie kartki (była po właściwej). Kilka minut nerwowego czekania, w końcu sprawa się wyjaśniła, ale dalej nie wiedzieliśmy co z naszymi rzeczami które i część z nich odjechała w siną dal... W końcu dostaliśmy bilety i postanowiliśmy odpuścić, najwyżej coś się "zgubi".

IMG_20180420_170921

Zadowoleni cofnęliśmy się na kontrolę celną, wszystkie manele na rentgen i niespodzianka, już widzę uśmiech na twarzy celnika i pytanie czyj to plecak :D. Tym razem doczepili się woreczków z piaskiem wulkanicznym, czego mówiąc szczerze się spodziewałem, dlatego też poszły do małego plecaka, żeby nie trzepali tego dużego. Sprawdzili dokładnie w kilku narkotestem i puścili dalej. Teraz mieliśmy dobre dwie godziny luzu na krzątanie się po strefie bezcłowej. W kieszeni mieliśmy ostatnie 200 peso, więc poszliśmy nie co zaszaleć. Pierwszy sklep i czas spowolnił, ceny z KOSMOSUUU i to dosłownie. Myśleliśmy że kupimy jakieś napoje do samolotu i przekąski, a tu najtańsza litrowa butelka wody kosztuje 75 peso (15zł), alkohol dwa razy droższy, a kawałek pizzy od 150 do 230 peso (30-46zł). Skończyło się na tym że kupiliśmy jedynie po batoniku, wodę i poszliśmy gdzieś usiąść. Powoli zaczynało zbierać się coraz to więcej ludzi i o 19 w końcu otworzyli bramkę i zaczął się chaos. Okazało się że cały ten tabun ludzi czekał na nasz lot. Mimo jeszcze jednej kontroli na wejściu, w ciągu niecałej godziny udało się wepchnąć ponad 500 osób na pokład i kwadrans przed ósmą nasza wielka kolubryna oderwała się od ziemi. 

IMG_20180420_173101

Po dwóch godzinach lotu stewardzi podali kolację i położyliśmy się spać. Nigdy w życiu nie lecieliśmy tak tragicznym samolotem, zawsze narzekałem na wizzair albo ryanair w których było dość niewygodnie i brakowało miejsca na nogi, ale w porównaniu do wamos air są jak pierwsza klasa. Przez większość lotu kręciliśmy się jak "G" w przeręblu, ale udało nam się przespać chociaż kilka godzin i przed południem czasu Hiszpańskiego wylądowaliśmy w Madrycie. Tym razem dla odmiany mieliśmy ekspresową odprawę i poszliśmy szukać naszych bagaży, co zajęło już o wiele więcej czasu. Mimo że plecaki przyjechały dość szybko, jak na tą ogromną ilość rzeczy, to na namiot i resztę czekaliśmy ponad godzinę, ale lepiej w tą stronę niż całkowity ich brak. W końcu przed 14 opuściliśmy terminal i poszliśmy łapać stopa. Spodziewaliśmy szybkiego transportu, a dostaliśmy "z liścia",  po ponad dwóch godzinach jakaś parka zabrała nas zamiast na autostradę to pod centrum miasta, gdzie byliśmy już totalnie w dupie. Przez jakiś czas kręciliśmy się w okolicy jednej z głównych dróg, ale po kolejnych kilku godzinach odpuściliśmy na rzecz autobusu jadącego na La Garete, gdzie liczyliśmy na trochę więcej szczęścia, ale koniec końców rozbiliśmy namiot i oo 22 poszliśmy spać...

IMG_20180421_235745

Zaledwie trzy godziny później wystrzeliło nam oczy jak ping pongi i koniec spania, po prostu się nie dało. Zrobiłem kilka rundek po okolicy z nadzieją że jakaś ciężarówka zaraz ruszy, ale nic z tego. Dopiero po obejrzeniu kilku filmów udało nam się zasnąć o szóstej po raz kolejny, ale już zaledwie na godzinę i znowu wystrzeliło nas jak z procy. Oczy mieliśmy tak wielkie jak chęć snu, ale daliśmy za wygraną i poszliśmy zjeść śniadanie na stacji. Kilka godzin czekania i przed dziesiątą złapaliśmy stopa do Guadalajary z mega pozytywnym gościem o imieniu Jose (czyli jak 80% naszych wcześniejszych kierowców), który przez większość drogi śmiał się z naszego Hiszpańskiego (latynoska wersja się dość mocno różni). Przed południem przesiadka do kolejnego autka i lądujemy 60 km dalej na jednym z "dużych" parkingów. Szału nie było, zaledwie kilka aut i jeden Polski busik z którego kierowcą wypiliśmy po lampce wina i dalej w drogę, niestety nie miał żadnego frachtu, więc nie mógł nas poratować. Ale za to przez przypadek trafił nam się Chorwat jadący do Barcelony, więc od razu mieliśmy lepszy humor, zapowiadało się że wieczorem będziemy już we Francji, a stamtąd już z górki do domu. Niestety ciężarówka którą jechał jego brat z ojcem uległa awarii i zaledwie 150 km dalej (4h jazdy...) musiał nas wysadzić w mieście Saragossa. Pech chciał że znaleźliśmy się w nie najlepszym położeniu, jedynym plusem był okoliczny McDonald gdzie chwilę odpoczęliśmy i wróciliśmy łapć dalej stopa. Z początku szukaliśmy czegoś na wjazdach przed autostradą, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu, więc przenieśliśmy się na autostradę (nie było to zbyt mądre) co nie polepszyło naszej sytuacji nawet o jeden procent. Nie mając wyboru zaczęliśmy po prostu iść przed siebie na najbliższy parking przy A2, który był 13,5 kilometra dalej. Była to kolejna niezbyt mądra decyzja, ale nie mieliśmy już innych pomysłów. Pod tym obciążeniem wydawało się to niemożliwe, ale po małym rozplanowaniu trasy doszliśmy na miejsce po czterech i pół godziny, co i tak było niezłym wyczynem. Później już tylko chwila odpoczynku i spać...

IMG_20180422_184334

O świcie przenieśliśmy się na stację po drugiej stronie autostrady licząc na jakiś prysznic, ale niestety Hiszpanie chyba tego nie znają, więc wypiliśmy jedynie po kawie i wróciliśmy z powrotem. Przed dziesiątą w końcu ktoś się zatrzymuje, z osobówki wychodzi starszy pan z wielkim uśmiechem na twarzy i wypytuje co tutaj robimy, a wszystko przez to że sam kiedyś podróżował. Okazało się że ów jegomość przeprowadził się tutaj z Rumuni i od dobrych 20 lat prowadzi tu razem z rodziną małą piekarnię. Niestety nie mógł nam pomóc bo jechał zaledwie kawałek dalej do domu, ale nie chciał nas tak zostawić, więc dostaliśmy cały wór jeszcze ciepłych wypieków. Z dobrym humorem i pełnymi brzuchami przenieśliśmy się kilometr dalej spróbować szczęścia na drodze krajowej, ale po godzinie wróciliśmy z powrotem na stację. Powoli zaczynało mnie łamać, a nie zapowiadało się że ruszymy za chwilę dalej, więc rozłożyłem hamak i postanowiłem się nieco zdrzemnąć. Może gdybym zrobił to z samego rana to wyjechalibyśmy szybciej, nie zdążyłem nawet porządnie zmrużyć oka i mieliśmy transport. Zabrał nas młody chłopak jadący do znajomych w góry niedaleko granicy. Nie sądziliśmy że dojedziemy dzisiaj tak daleko. Z chęcią powiedział bym o nim coś więcej, ale przez większość trasy zdarzało nam się mdlać ze zmęczenia, co było dość ciekawe, bo gdy sami próbowaliśmy zasnąć to nie było szans, więc krótko mówiąc nie pamiętam zbyt wiele. W końcu po kilku godzinach jazdy wylądowaliśmy 55 km od słynnej wśród kierowców La Jonqury. Zrobiliśmy małą pauzę na kolację i już wszystko szło z górki, a wystarczyło tylko trafić do Katalonii. I tak żabimi skokami na kilka aut dojechaliśmy do granicy, wzięliśmy gorący prysznic i w zaledwie parę minut upolowaliśmy jednego z Polskich kierowców, który zabrał nas do Francji.

IMG_20180423_134035

Przez kolejne dwie godziny udało nam się ujechać zaledwie dwadzieścia kilometrów dalej na inny parking, a wszystko przez gigantyczny korek od granicy. Mimo to byliśmy zadowoleni, w końcu kraj gdzie lubią autostopowiczów. Dochodziła północ, więc dalsza jazda w naszym stanie nie miała zbyt wielkiego sensu, ale dla świętego spokoju zrobiliśmy dwie rundki i poszliśmy spać. Tym razem przespaliśmy całą noc normalnie i wstaliśmy w miarę wypoczęci chwilę po szóstej. Rafał z którym dojechaliśmy tu w nocy był na tyle miły że zostawił nam swój numer telefonu i obiecał że może nas zabrać dalej jeśli nie wyjedziemy z parkingu szybciej z kimś innym. I tak chwilę po siódmej siedzieliśmy u niego w szoferce popijając gorącą kawę. A kolejne kilka godzin później byliśmy o krok od kolejnej granicy i coraz to bliżej domu, teraz szło już naprawdę ekspresowo w porównaniu z tym co było w Hiszpanii. Na kolejnym parkingu po dwóch godzinach przerwy złapaliśmy Oskara, który jechał w stronę jeziora Bodeńskiego. Od tej chwili postanowiliśmy jechać cięgiem do domu, pogoda już nie była tak łaskawa i niestety nie zachęcała do spania w namiocie, więc w sumie nie mieliśmy innego wyjścia. Na szczęście auta zaczęliśmy zmieniać dość szybko i nie robiliśmy przerwy dłuższej niż dwie godziny. Kawa pod Frankfurtem, śniadanie gdzieś przy Erfurcie i tak koło południa kolejnego dnia dojechaliśmy do Zgorzelca, a kilka godzin później odpoczywaliśmy już w domu.

IMG_20180424_142314

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci