Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : podroze

Manzanillo

nilek2609

Dość topornie szło nam opuszczanie pokoju, mało co wyschło z tego co wczoraj wypraliśmy. Do tego trzeba było ogarnąć profil na workaway, więc trochę czasu to wszystko zajęło, ale przed południem jakoś udało się ruszyć w dalszą drogę. Piechotą dostaliśmy się na jedną z głównych ulic i próbowaliśmy dalej jechać autobusem gdzieś na południe, ale to było jak walka z wiatrakami, komunikacja w tym mieście jest prawdziwym koszmarem. Niewiele się zastanawiając zjedliśmy jakieś śniadanie obok i przeszliśmy się dwa kilometry dalej na obwodnicę. Stamtąd jakoś udało nam się złapać stopa na La Tiere, później szło ciężej, ale złapaliśmy w końcu tira.

IMG_20171219_120445_HDR

Nawet nie spodziewałem się że będziemy przejeżdżać przez tak piękną okolicę. Mniej więcej w połowie drogi trafiliśmy na płaskowyż, w oddali wysokie góry, dookoła płytkie jeziorka pełne ptaków, co jakiś czas plantacje agawy i po środku tego my. Mimo że przez pięć godzin przejechaliśmy zaledwie 250 km, to warto było. Antonio był na tyle przeładowany, że momentami jechaliśmy zaledwie 10 km/h, ale gdzie nam się śpieszy. w końcu, chwilę po dziewiętnastej wysadził nas przy Tecoman, jakieś 60 km od Manzanillo. Nareszcie wróciliśmy wróciliśmy do miejsca, gdzie na każdym kroku rosną kokosy, wspinaczka odpadała, ale za to pod nosem mieliśmy stoisko i za 12 peso dorwaliśmy jednego.

IMG_20171218_152328_HDR

Jeszcze przez chwilę próbowaliśmy coś złapać, ale w końcu odpuściliśmy i ruszyliśmy wzdłuż autostrady szukać miejsca na nocleg. Po drodze jeszcze kilka tacosów na kolacje i po przejściu siedmiu kilometrów rozbiliśmy się na plantacji kokosów. Kolejny one milion star hotel zaliczony, czy życie w ten sposób nie jest piękne?. Miejsce złoto, jedynie zwierzaki trochę straszyły, tak jak wbijające się w ziemię kokosy... Rano wstaliśmy razem ze wschodem słońca i przed ósmą po wysuszeniu namiotu wróciliśmy łapać.

IMG_20171218_162643_HDR

A godzinę później byliśmy już w mieście. Nogi od razu prowadziły nas w stronę jedzenia, a że zajechaliśmy nad ocean spokojny, to padło na świeże Ceviche (sałatka z surowej ryby, marynowanej w limonce). My się najedliśmy, więc przydało by się nakarmić też kogoś innego. Z kubkiem pełnym świeżych owoców powędrowaliśmy do sanktuarium legwanów trochę się zabawić.

IMG_20171218_170751_HDR

Jeszcze przed wyjazdem umieściliśmy to miejsce dość wysoko na liście tych do odwiedzenia i w końcu się udało. Niedawno mieliśmy nieco zmienić plan i całkiem ominąć Manzanillo, kierując się w stronę Puerto Escondido. Ale wyszło inaczej,góry dość mocno nas wymęczyły i trzeba było szybko zjechać na wybrzeże zaznać w końcu słońca.

IMG_20171218_185233

Jest to jedno z miejsc do którego warto nadrobić trochę kilometrów i je odwiedzić. Mało kto o nim wie i w sumie dobrze, ma to swój urok. Codziennie o dziesiątej rano legwany mają porę karmienia, więc najlepiej przyjść w tym czasie, wtedy można zobaczyć je z bliska. Przez resztę czasu wygrzewają się na drzewach i na dachu. Zabierzcie też owoce, najlepiej papaję i banany,a zobaczycie co się będzie działo. I najważniejsze, wejście jest za darmo,ale przy karmniku stoi wielka pucha na datki. Warto się dorzucić, żeby smoki miały codziennie świeże jedzenie.

IMG_20171219_071628

Z sanktuarium ruszyliśmy w kierunku plaży San Pedrito, po drodze w kocu udało mi się kupić maczetę. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, a dostałem ją dopiero tutaj za niecałą stówkę i to w sklepie wędkarskim, a ja głupi myślałem że znajdę ją na targu. Monika już się śmiać zaczynała, że pewnie sami je w domach robią :D

IMG_20171219_101559

Plaża dość mocne 3 na 5, ale woda czysta,mimo bliskiego sąsiedztwa portu. Jeśli chodzi o resztę, to bardzo trzeba uważać na jeżowce. Te tutaj są dwa razy większe od europejskich i miejscami mają dość jaskrawe kolory, więc pewnie mogą wyrządzić większe szkody niż tylko wbity kolec. Oprócz tego jest trochę ryb i kraby. Dodatkowym plusem tego miejsca jest możliwość wzięcia prysznica po kąpieli w oceanie. Podsumowując, warto tu wpaść, ale nie na zbyt długo. Miasto jest całkiem w porządku, mają jak wszędzie w Meksyku dobre jedzenie, ładne widoki i jeden z najważniejszych portów w kraju. Ale największą atrakcją są legwany.

IMG_20171219_1143541

Z plaży cofnęliśmy się na obiad do centrum miasta, polecamy knajpkę MeNuDeRia. Za 55 peso można zjeść Carne Asada (sporo mięsa, ryż, warzywa, fasolka), więc dość porządny obiad za grosze. Należało się nam po kilku ostatnich dniach. Później już w stronę wylotówki z miasta, tutaj spanie na plaży, albo w okolicy jest dość niebezpieczne, w każdym razie tak nam mówili w sanktuarium legwanów.

IMG_20171219_114726_HDR

Co ciekawe, gdy zaczęliśmy łapać, podchodzili do nas żule, albo inne typy naprawdę z pod ciemnej gwiazdy i mówiąc często płynnym angielskim próbowali jakoś pomóc. Najgorsze jest to że Ci z pod ciemnej gwiazdy ostrzegali nas, że jest tu bardzo niebezpiecznie i musimy uważać. To ja się pytam, jeśli my się ich dość boimy, to przed kim oni nas ostrzegali?. Chyba nie chcę wiedzieć... Któryś z kolei poradził aby wziąć autobus za miasto i tam łapać, więc w końcu posłuchaliśmy i jedynką wydostaliśmy się.

IMG_20171219_115458_HDR

Zaczęliśmy łapać na jednym ze skrzyżowań przy wyjeździe z miasta, duży karto z napisem Tecoman / Acapulco i co nas zabiera? Autokar jadący do Acapulco... Niestety wziął nas tylko do Tecoman, ale 60 km w takich warunkach, to bajka. Podobnie jak ostatnio, nie było sensu łapać, więc ze dwie godziny zeszło nam na znalezienie miejsca do spania w tym pyle. Rozłożyliśmy się zaraz przy wjeździe do miast a, dla odmiany na jednym z pól cukinii i poszliśmy spać. A rano jeszcze przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej w drogę.

IMG_20171219_122600_HDR

Znowu mieliśmy na tyle szczęścia, że złapaliśmy na stopa studenta chemi, który mówił po angielsku, więc dostaliśmy kolejną dawkę przydatnych informacji. Podrzucił nas 40 km dalej, skąd kolejne auto zabrało nas do małej wioski nad brzegiem Pacyfiku. Bajkowe miejsce na śniadanie, po środku niczego stała restauracja kilka metrów od plaży, z fajną obsługą i groszowym jedzeniem, jeszcze w takiej ilości że nie dało się tego przejeść. Po jedzeniu dalej żabimi skokami kierowaliśmy się w stronę celu, jedną z najpiękniejszych dróg wzdłuż wybrzeża.

IMG_20171219_131858_HDR

Łapiąc dalej, którymś autem z kolei trafiliśmy do Maruaty, tam jakby transport umarł i nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, więc postanowiliśmy się przenieść na jedyny w okolicy camping. Piękna zatoka między skałami, nocleg zapowiadał się naprawdę świetnie, więc od razu zapłaciliśmy, rozstawiłem nasz cały majdan, a po chwili się okazuje że nie mamy dostępu do wody. W każdym razie na naszej części pola, było kilku właścicieli, więc jakby kilka różnych campingów. Już myśleliśmy żeby się przenieść obok, ale kolejny chciał dwa razy tyle kasy, de facto za nic. Próbowaliśmy jakoś odzyskać pieniądze od faceta, ale się okazało, że poszedł do domu i miał nas gdzieś. Dopiero po dwóch godzinach się pojawił, nawet nie negocjował, oddał pieniądze, zamknął wszystko i poszedł. Byliśmy już spakowani i mieliśmy się zbierać, ale skoro byliśmy na plaży, to warto było nieco popływać. Później dogadaliśmy się z "sąsiadem" z za miedzy, żeby móc się wykąpać i na wylotówkę.

IMG_20171219_132513_HDR

Miejscowi nie byli zbyt chętni żeby nas zabrać, więc powoli kierowaliśmy się za miasto w poszukiwaniu noclegu. Po drodze staraliśmy się jeszcze coś złapać w tej ciemnicy, tak bardzie proforma, bo niewielka była szansa, że ktoś nas teraz weźmie. Ale za którymś takim razem trafiliśmy jak ślepa kura na ziarno. Zabrały nas dwie siostry, dostaliśmy kolację i jechaliśmy wspólnie w kierunku Acapulco. Przez większość dnia zrobiliśmy zaledwie 150 km, a teraz prawie trzy razy tyle. Wysiedliśmy dopiero o trzeciej nad ranem, gdy Panie zajechały do jednego z hoteli po środku niczego i próbowały wynająć dla nas wszystkich pokoje, a rano ruszylibyśmy dalej. Nie mogliśmy się na to zgodzić, tylko za naszą dwójkę zapłaciłyby prawie tysiąc peso, więc jakoś się z tego wymiksowaliśmy i rozbiliśmy się z namiotem dwieście metrów dalej w sadzie Mango.

IMG_20171221_113659

Wszystko właśnie tak miało się ułożyć, po kilku godzinach snu zajechaliśmy do kolejnego miasteczka, skąd złapaliśmy transport do samego Puerto Escondido. Niby 550 km dobrą drogą, do tego pick up, a nie tir, mimo to droga zajęła ponad dziesięć godzin. Na miejsce zajechaliśmy dopiero przed ósmą, ale za to zaoszczędziliśmy masę czasu, gdyby nie oni to spokojnie jechalibyśmy tu 2-3 kolejne dni. Do tego atmosfera była bardzo miła, przez całą drogę jechaliśmy na pace z Abrahamem, co chwilę prowadziliśmy jakieś dziwne wywody, spaliśmy i tak na zimianę do samego celu. 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci