Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : wyspa-ometepe

Kamyk i wizyta na wulkanicznej wyspie Ometepe

nilek2609

O jedenastej zabraliśmy rzeczy, sprzątaczka dość mocno dawała nam do zrozumienia, że mamy jedynie pięć minut na wyniesienie. Przed opuszczeniem miasta zrobiliśmy przystanek w piekarni na ciasto i kawę, skąd później stopem wróciliśmy do Rivas, gdzie mieliśmy się spotkać z Arkiem ze "Stone on travel". I faktycznie, czekał na nas pod Burger Kingiem, tak jak się umawialiśmy dzień wcześniej. Nie było co siedzieć w tym samym miejscu, więc poszliśmy gdzieś w stronę centrum, zjedliśmy obiad w comedorze i po zakupy na wieczór. Zapakowaliśmy "prowiant" na Arka trzykołową brykę i ruszyliśmy za miasto w poszukiwaniu idealnego miejsca na dzisiejszy obóz. Mimo że jakiś pasi-krowa kręcił się po okolicy, postanowiliśmy wbić się w przydrożne krzaki, miejsce wydawało się idealne, powoli zaczęliśmy szykować maczetą miejsca pod namioty i zabawa. Jednak niezbyt długo to trwało, zaledwie pół godziny później odwiedził nas owy jegomość od krów (nie wiem jak nas znalazł) i mówi że nie możemy tu zostać bo oczywiście jest niebezpiecznie. Mimo to chcieliśmy zostać, ale on zaczął coś tłumaczyć Kamykowi, że tu cichociemni nocą robią brudne interesy. Chwilę później daliśmy się jednak przekonać, gdy zaproponował nocleg u siebie w domu. 

G0030012

Z początku nie chcieliśmy się narzucać Efreinowi (zapis fonetyczny), ale chyba nie mieliśmy wyjścia, w końcu wrócił specjalnie po nas. W domu poznaliśmy całą rodzinę, zjedliśmy wspólnie kolację, oprowadzili nas po obejściu i resztę wieczoru siedzieliśmy z jego małą ciekawską wnuczką, rozmawiając o świecie. Mieliśmy trochę inny plan, związany w szczególności z rumem i typowym świętowaniem spotkania po Polsku, ale nie za bardzo wypadało, ale mimo to trzeba było jakoś spędzić czas. Jednak w którymś momencie młoda zapoznała nas ze swoimi kolegami z sąsiedztwa i po prostu sobie poszła spać, a my siedzieliśmy z nimi. Trochę posiedzieliśmy z nimi, później już tylko w trójkę i wymienialiśmy wspólne doświadczenia już bez skrępowania, przy butelce dobrego rumu (9zł :D)

IMG_20180130_153331

Rano atmosfera iście domowa, seniora przygotowała pyszne śniadanie dla wszystkich, do tego gorąca kawa, pełen raj o nieco barbarzyńskiej porze. Najedzeni, przed odejściem zrobiliśmy pamiątkową fotkę i przenieśliśmy się do parku miejskiego. Nie było zbyt wiele do roboty, więc do południa siedzieliśmy w miejscu, ładując sprzęt i szukając w sieci dalszych pomysłów. Po rozmowie z Kamykiem, później jeszcze z Arturem i Wojtkiem, całkowicie zmieniliśmy plany. Niestety Kostaryka zniszczyła by nas finansowo w ciągu kilku dni, nawet gdybyśmy chcieli wpaść tam tylko na chwilę, to koszta wjazdów i wyjazdów są spore (ok 50$ za dwoje). A ceny na miejscu robią tak samo piorunujące wrażenie jak w Londynie z tego co każdy nam powtarza, więc postanowiliśmy odpuścić i pokręcić się po okolicy, może nawet na Kubę się uda dostać.

IMG_20180130_155255

Przed pierwszą poszliśmy jeszcze na ostatni wspólny obiad i godzinę później pożegnaliśmy się w miejscu, gdzie się de dacto poznaliśmy. Kamyk ruszył dalej pieszo w stronę stolicy, a my na wyspę Ometepe, zobaczyć z bliska wulkan Koncepcjon. Jednak zanim to się stało, musieliśmy pokonać pięć kilometrów pieszo, co miało też swoje plusy. Zdarzało się że trafialiśmy po drodze na różne owoce i zawsze starałem się każdy nowy zerwać, tym razem była to karambola (gwiezdny owoc) rosnąca w towarzystwie orzechów nerkowca, ale tych lepiej było nie dotykać. Trochę zajęło nam przejście tego dystansu, ale udało się zdążyć na prom o 16. Zapłaciliśmy po 50 c$ i zaczął się nasz półtora godziny rejs. Było to nieco dziwne, odległość z lądu na wyspę była dość mała, zaledwie kilka kilometrów. Jednak po chwili wiedzieliśmy czemu tak rejs jest tak długi, fale na jeziorze dochodziły nawet do półtorej metra...

IMG_20180131_111546_HDR

Wszystko na początku było spoko, do czasu gdy chcieliśmy wejść na górny pokład z plecakami. Jeden z gości kazał nam zostawić je na dole obok innych rzeczy, problem w tym że tylko turyści mieli taki nakaz, wszyscy miejscowi brali co im się podobało ze sobą. Coś tu śmierdziało, więc dla pewności cały rejs spędziliśmy na dole razem z rzeczami, co widać im nie do końca odpowiadało (przynajmniej nikt nic nie stracił). Gdy jednak dotarliśmy na miejsce, wszystkie negatywne emocje odpuściły, Arek miał racje co do wyspy, tu faktycznie jest inny świat. Przy głównej ulicy w Mayogalpie znaleźliśmy hostel, gdzie prywatny pokój z fajnymi warunkami kosztował jedynie 4,5$ za osobę. Spodziewaliśmy się czegoś zgoła innego, myśleliśmy że będzie drogo jak w każdym turystycznym miejscu (jest taniej niż w Leon) i mieliśmy zamiar spać na plaży, a tu jest wszystko o wiele tańsze niż na lądzie. Nawet mentalność jest całkowicie inna, ludzie się witają, chodzą uśmiechnięci, nawet gdy nie chcesz skorzystać z ich usług, są dalej pozytywnie nastawieni i po prostu życzą miłęgo dnia. Zostawiliśmy rzeczy w pokoju i poszliśmy w głąb miasteczka na rekonesans. W jednejz restauracji trafiliśmy na solidną kolację za 80c$, tyle zazwyczaj płaciliśmy za śniadanie, a tu mamy normalne jedzenie. Później zdażyłosię coś czego byśmy sięnie spodziewali (napewno nie tu), podczas jedzenia dość mocno mi coś nie pasowało, cały czas miałem wrażenie że obok siedzą Polacy i faktycznietak było. Po chwili siedzieliśmy już w czwórkę, a po kolejnych kilku minutach w ósemkę, krótko mówiąc przejeliśmy lokal.

IMG_20180131_112550_HDR

Zaraz po śniadniu ruszyliśmy w strpnę wulkanu Koncepcjon, nie znaliśmy kompletnie drogi, co jakiś czas sprawdzałem jedynie na mapie czy idziemy w dobrym kierunku. Z miasteczka, jedną z uliczek doszliśmy do jakiejś szutrowej drogi i miedzy ogrodzonymi pastwiskami parliśmy ostro na przód z myślą żeby znaleźć miejsce z dobrym widokiem na wulkan. Nie sadziłem, że bedziemy w stanie dojść tak daleko, droga zmieniała się stopniowo, co raz więcej głazów, miejscami gorsze podejścia, ale i tak ma spokojnie można było iść. Im głębiej wchodziliśmy w "wąwóz", tym wiecej zwierząt widzieliśmy po drodze. Nie tylko tysiące małych jaszczurek, duże stada pięknych zielonych papug, ale największe wrażenie robiła i tak rodzinka Czepiaków (małp), które obserwowały nas z koron drzew. Spotkać je w naturalnym środowisku to po prostu bajka, ale nie tylko one tu siedziały, z oddali było słychać też stado wyjców. Co jakiś czas mijali nas równierz pasterze prowadzący bydło na pastwiska, niby nic nadzwyczajnego, ale widok ośmiolatka na gołym koniu prowadzącego stado byków, też robi wrażenie.

IMG_20180131_113024

Po czterech kilometrach w końcu doszliśmy na miejsce, widok na wulkan z tej odległości, robił jeszcze większe wrażenie. Udało nam się dojść prawie do samego podnurza, mogliśmy iść spokojnie dalej, ale było za gorąco, a mieliśmy jedynie pół litra wody ze sobą. Gdy wracaliśmy spowrotem, mijały nas kolejne stada papug, czasem wyglądało țo jak na Krakowskim rynku, gdy wzbijały się w powietrze jak gołębie. Idąc dalej spotkaliśmy jeďynego turystę, który postanowił tu zajrzeć, był to Leo z Wielkiej Brytanii. Zamieniliśmy kilka zdań i wróciliśmy do hotelu odpocząć nieco po tym maratonie. Dla lepszego efektu zimne piwo, lody i tak spędziliśmy kolejne dwie godziny.

IMG_20180131_124319_HDR

Dopiero po 17 ruszyliśmy się z miejsca i poszliśmy na małą plażę obok portu, gdzie umówiliśmy się z Leo. Czekamy, czekamy i nic, więc w końcu sami weszliśmy na górę do knajpki obok, a on już tam siedział z jakąś Niemką, musieliśmy go nie zauważyć. Od słowa do piwa, tak toczyła się nasza rozmowa przez kolejne kilka godzin. Na zakąskę, każdy zjadł po świerzej rybce z jeziora i ta jakoś leciało. Przed północą przenieśliśmy się do jego hostelu, tam poznaliśmy jeszcze paczkę "bananowych dzieci", trochę czasu spędziliśmy wspólnie i po pierwszej wróciliśmu do siebie.

IMG_20180201_184759

Wyspa jest na tyle fajna, że po śniadaniu postanowiliśmy opłacićkolejną, trzecią już noc i wróciliśmy do pokoju dalej ospoczywać. Mieliśmy takiego lenia, że wyszliśmy gdziekolwiek dopiero po południu, wcześniej nawet taran nie byłby w stanie nas ruszyć z hamaka. Zjedliśmy obiad i przed zachodem słońca poszliśmy na drugimkoniwc miasta zonaczyć jedną z plaż, kțórą polecił nam Leo. Powoli robiło się ciemno, słońce schowało się za górami i zaczął się mały spektakl, na który specjalnie tu przyszliśmy, a mowa o setkach świetlików, które krążyły po plaży. Kolejna rzecz, którą warto tu zobaczyć, z resztą jest o wiele więcej miejsc, ale nie chce nam się zbyt wiele chodzić. Wracając so hostelu mijały nas konie, samopas zwiedzające miasto, u nas nikt by ich tak nie wypuścił, a țu nikt na to nie zwraca uwagi, w końcu zwierze samo wróci jak zgłodnieje.

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci