Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : wulkan-atitlan

Jezioro Atitlan

nilek2609

Koło południa wyszliśmy na obrzeża miasta łapać stopa. Masa mijających nas ludzi próbowała nam pomóc, często odsyłali nas na dworzec nie dowierzając, że "gringo" może nie mieć pieniędzy na autobusy. Inni się witali, dzieciaki robiły wielkie oczy patrząc na plecaki, a reszta życzyła nam po prostu powodzenia. Może miasta nie są za specjalne i wcale nie porywają, ale w tych szczerych uśmiechach można się zakochać. W końcu zdecydowaliśmy się na chicken busa i za trzy quetzale dojechaliśmy do miasteczka Quattro Caminos (cztery drogi). Zawsze chciałem się przejechać jednym z tych starych, przerobionych szkolnych autobusów i w końcu nadarzyła się okazja.

IMG_20180112_173610_HDR

Jadąc dalej już stopem, trafiliśmy dosłownie do nieba, wczorajszy rekord wysokości został pobity o kolejne metry, tym razem siedzieliśmy na 3020 m. Przepiękna droga w chmurach, ale piekielnie zimno i mokro, szczególnie jak w którąś wjechaliśmy. Trafiliśmy na kolejnego kierowcę który fundował nam darmową wycieczkę, zatrzymując się co jakiś czas na kolejnych punktach widokowych i wodospadach. Monika z jej galopującym lękiem wysokości, większość czasu siedziała na pace z głową wpatrzoną w podłogę. Momentami sam miałem ochotę tak zrobić, szczególnie gdy zjeżdżaliśmy do Panjachel. Widoki zapierały dech w piersiach, szczególnie te na wulkany Antigua i San Pedro.

IMG_20180111_134850

Po noclegu u Nestora postanowiliśmy wziąć dzisiaj hotel, żeby na spokojnie się ogarnąć do porządku i w końcu wziąć prysznic. Od jeziora szliśmy w kierunku centrum zaglądając do kolejnych, ale ceny mocno odstraszały, minimum 120 quetzale za noc. Któryś z kolei naganiacz w końcu zapytał ile jesteśmy w stanie zapłacić, gdy padło 70 quetzali, zgodził się i zaprowadził nas do hotelu San Pedro, gdzie dostaliśmy prywaty pokój. Zostawiliśmy jedynie rzeczy i poszliśmy dalej na poszukiwania jedzenia, tak dla odmiany.

IMG_20180111_151011_HDR

Na jednej z głównych ulic znaleźliśmy w miarę przystępne ceny w restauracji, w każdym razie lepsze, niż te które widzieliśmy w pierwszej chwili. Żołądki nieco się skurczyły, ale jakoś podołaliśmy sporej porcji fahity (mięso smażone z cebulą i papryką w przyprawach) i poszliśmy zwiedzać. Przy Celle Santander odwiedziliśmy targ z pamiątkami, które naprawdę robią wrażenie, wszystko wygląda lepiej niż w Meksyku, ale ma też o wiele wyższą cenę. Jednakże można się z nimi dość mocno targować, chociaż w sumie nie trzeba, sami w końcu schodzą z ceny. Monika z ciekawości zapytała o cenę jakiejś narzuty i aż się ugięła słysząc 1200 quetzali. Sprzedawca widząc jej reakcję od razu się zreflektował i spuścił cenę o bagatela 700 quetzali.

IMG_20180111_150630_HDR

Oprócz tego wzdłuż ulicy jest masa restauracji z bardzo dobrze wyglądającym jedzeniem, w każdej cena za talerz wynosi +/- 30 quetzali, więc jak na te warunki jest całkiem spoko. Na końcu ulicy jest taras widokowy nad brzegiem jeziora, skąd bardzo dobrze widać wszystkie wulkany, szczególnie w nocy. Szkoda że nie zdążyliśmy na zachód słońca, ale za to mieliśmy okazję pobawić się z dzieciakami które zaczepiały nas odkąd przyszliśmy. Zaczęło się na spokojnie od kilku piątek i ganianego, a skończyło na pytaniach:

D: Jak się nazywasz?

M: Monia

D: A on?

M: Nil

D: A skąd jesteś?

M: Z Polski.

D: Jesteś gringo?

M: Nie, jestem Polką.

D: Cooooooo????

IMG_20180111_154211_HDR1

Kolejnego dnia rano stwierdziliśmy że niema co opuszczać miasta tak szybko, szczególnie że chcemy zobaczyć zachód słońca na tle wulkanów. Zjedliśmy po owsiance, póniej jeszczepo taco (tutejsze są naprawdę dobre) i ruszyliśmy na poszukiwania jakiejś małej miejscowej piekarni. Z tego co czytała Monika, trzeba tu obowiązkowo spróbować chleba bananowego. I ktoś miał rację, za 13 quetzali dostaliśmy bochen pysznego chleba w kształcie serca. Dokupiliśmy jeszcze kilka babeczek i poszliśmy na porządną gwatemalską kawę.

IMG_20180112_143536_HDR

Wracając w stronę centrum, zachaczyliśmy o market Despensa Familiar, którego nie polecam, ceny naprawdę zabójcze. Ci co pragną gotować samodzielnie, mogą się dość mocno zdziwić, bo o wiele taniej wychodzi jedzenie w restauracji. Okoliczny targ z zieleniną i innymi pierdołami też nie zachwyca, mało co można tam kupić, ale za to mają dobre lody. Idąc dalej, przez przypadek trafiliśmy na muzeum czekolady. De facto był to sklep prowadzony przez naprawdę fajnego gościa, który z miłą chęcią o wszystkim opowiada i daje spróbować wszystkiego. Oprócz czekolady, kakao, kawy i innych standardowych rzeczy, można tu kupić nawet herbatę z łupin (nie wiedziałęm że coś takiego istnieje i jest takie pyszne), albo likiery.

IMG_20180112_152026_HDR

Ulicą Santander wróciliśmy nieco odpocząć do hotelu, a godzinę później siedzieliśmy już na tarasie widokowym oglądając piękny zachód słońca. Szkoda że niema żadnej erukcji, z tego miejsca mielibyśmy nieziemskie widowisko. Wracając trafiliśmy na deptak ciągnący się wzdłóż "plaży", nie wiem jakim cudem wcześniej go przeoczyliśmy. Jest tu wiele lepszych miejsc do obserwacji, niż na tym tarasie, tak jak długie pomosty dla łodzi. Oprócz tego jest sporo restauracji, kramów z drinkami i rękodziełem, a nawet dilerów otwarcie proponujących trawę, czy tabletki ekstazy.

IMG_20180112_153619_HDR

Wszystko jednak zaczyna zamierać zaraz po zachodzie słońca, każdy powoli pakuje dobytek i wraca do domu. Plusem tego są spadkicen, lepiej się negocjuje. Mimo że jest piątek, w mieście nic się nie dzieje, jedynie w pojedynczych restauracjach siedzą ludzie. Nie chcieliśmy tak szybko zbierać się do hotelu, więc wpadliśmy do jednej z nich na happy hour napić się chociaż mohito. Zdziwiła nas bardzo obsługa tego miejsca, naszym kelnerem był zabiegany 12-14 latek, a mimo to dawno nie widziałem tak profesionalnego zachowania, a to było tak naprawdę jeszcze dziecko.

IMG_20180113_112028

Nie sądziliśmy że jeszcze dzisiaj gdzieś wyjdziemy, ale odezwał się do nas host z Xeli. Okazało się że przyjechał do miasta i chciałby się spotkać. Umówiliśmy się na 22 w restauracji Atlantis, która w nocy zamienia się w dość sporą imprezownie. Jednak się okazało że miasto umiera zaledwie na kilka godzin i odradza się na nowo niczym feniks. Z początku mieliśmy zostać w barze, ale skończyło się happy hour, więc wpadliśmy po piwo do jakiegoś sklepu i przenieśliśmy się na pomost. Tutaj przynajmniej było dość cicho i mogliśmy spokojnie porozmawiać. 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci