Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Pacyfik

Wulkan Masaya, Granada i miasto duchów La Boquita

nilek2609

Według planu mieliśmy dzisiaj jechać na wulkan Masaya oddalony zaledwie 30 km od nas, więc nie było co się śpieszyć. Zjedliśmy spokojnie śniadanie i przed pierwszą wymeldowaliśmy się z hotelu. Przeszliśmy kilka kilometrów pieszo na główną drogę, jakaś mała przerwa w Mc'Donalds i przed trzecią jechaliśmy już w stronę wulkanu. Zaledwie kilkanaście minut później siedzieliśmy przed głównym wejściem, trochę ciężko było się dogadać na bramie, co chwilę mieliśmy płacić inną cenę i tak dalej. W końcu dostaliśmy mapkę z informacjami po angielsku i zdecydowaliśmy się czekać kolejne dwie godziny na nocny wjazd.

GOPR0008

Siedzieliśmy tak na ławce od jakiegoś czasu i tak poznaliśmy parkę Brazylijczyków, dzięki którym dowiedzieliśmy się dokładnie całej reszty informacji. Cena za nocny wjazd (czytaj 17:45) to 10 $ czyli 309 cordob, więc nie tak źle. Doszło by jeszcze po 140 za transport w obie strony,ale złapaliśmy się na okazję z parą Brytyjczyków, bo niestety piesza wycieczka odpadała. Na początku odwiedziliśmy muzeum, które jest jednym z punktów wycieczki, skąd pół godziny później, całym konwojem wjechaliśmy na szczyt po nowiutkiej asfaltowej drodze sponsorowanej przez Unię Europejską. Wejście warte jest każdych pieniędzy, po raz pierwszy w życiu byłem na aktywnym wulkanie,widok kotłującej się lawy, zaledwie sto metrów niżej zapiera dech. W końcu spełniło się jedno z moich największych marzeń i po latach zobaczyłem tą potęgę. Z każdą chwilą miejsce robi coraz większe wrażenie, szczególnie że w każdej chwili może dojść do erupcji, a wchodzi się tutaj tak na prawdę na własną rękę. Bo jak to ładnie napisali w broszurce, nie biorą żadnej odpowiedzialności za odwiedzających.

IMG_20180125_173156

Przez wydobywające się gazy z wnętrza krateru, nie mogliśmy spędzić u góry więcej niż 15 minut, ale tyle chyba wystarcz, żeby wyryć ten widok porządnie w głowie. Koło 19 wróciliśmy pod główną bramę parku i razem z Brazylijczykami poszliśmy na poszukiwania jakiejś restauracji. Niestety wszystko w zasięgu było zamknięte na głucho, więc autobusem za 10 cordob pojechaliśmy do miasteczka Nindiri. Tam kilku miejscowych wskazało nam najtańszą knajpkę, gdzie spędziliśmy kolejne dwie godziny, aż było na tyle późno, że mogliśmy się przejść po okolicy w poszukiwaniu miejsca na camping. Tak trafiliśmy na obrzeża miasta, trochę to trwało, ale w końcu rozbiliśmy się jakieś dwa kilometry dalej, zaledwie kilkanaście metrów od jeziora. Zdążyliśmy się nacieszyć miejscem zaledwie pół godziny, gdy już mieliśmy się kłaść, od tyłu zajechał do nas pick up z dwójką strażników parku narodowego Masaya. Od razu nas poinformowali, że nie możemy za bardzo przebywać na tym terenie, do tego jest ponoć niebezpiecznie, więc zabierają nas ze sobą. Wszystko tak fajnie się potoczyło, że mieliśmy darmowe zwiedzanie całej okolicy przy okazji ich patrolu. Trochę to trwało, ale dzięki nim zjechaliśmy całe jezioro dookoła, nawet zrobili nam krótki przystanek nad laguną opowiadając o okolicy. Później spakowali z powrotem na pakę i przywieźli pod bramę parku,gdzie kazali rozbić namioty zaledwie kilka metrów od miejsca w którym wcześniej czekaliśmy na wjazd. 

IMG_20180126_062857

Żeby uniknąć porannych turystów, wstaliśmy o wschodzie słońca, pożegnaliśmy Brazylijczyków i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie zdążyliśmy nawet ściągnąć plecaków na drodze i już mieliśmy transport do Granady, a że był to zaledwie kawałek, więc o wpół do ósmej byliśmy w mieście. O tej porze wszystko wyglądało dość sennie, niewielki ruch na drogach, jedynie stada zielonych papug jazgocząc patrolowały okolicę. Znaleźliśmy jakąś ładną knajpkę obok parku, gdzie zabunkrowaliśmy się na poranną kawę i śniadanie. Później ruszyliśmy w stronę portu zobaczyć okolicę, co prawda nie ma tu zbyt wielu miejsc w centrum, ale i tak warto. Na dobry początek odwiedziliśmy konwent św. Franciszka (nic specjalnego), później Iglesia de Guadelupe (jedynie z zewnątrz robi wrażenie) i dalej w stronę jeziora Cocibolca, którego wody przypominają nieco rodzinny Bałtyk. 

IMG_20180126_081738_HDR

Z "plaży" pieliśmy się powoli w górę, w stronę wylotówki, odwiedzając po drodze katedrę, park centralny z piękną fontanną i dwa kolejne kościoły (Merced i Xalteva). Później po tym maratonie chcieliśmy się dostać do rezerwatu motyli naobrzeżach miasta, tylko byliśmy już dość mocno padnięci, żeby drałować z plecakami w tym słońcu. Idąc ulicą, jakiś facet zaproponował nam podwózkę na miejsce za 8$ w jedną stronę, patrząc na tutejsze ceny, to za te 250 cordob, obrócilibyśmy w dwie strony normalną taksówką i jeszcze by zostało na kilka piw. Odpuściliśmy i jakiś kilometr dalej za 40 cordob pojechaliśmy tuk tukiem. Szutrowa droga prowadziła przez typowe slumsy, na końcu której, na totalnym zadupiu była motylarnia. Nie wyglądało to zbyt specjalnie, do tego 5$ za wejście od osoby. Chyba sobie jaja robią z czymś takim, cholera wie jak to wszystko jest ogarnięte, ale patrząc na to z zewnątrz, tyle samo motyli zobaczymy na drodze obok, więc odpuściliśmy. Tuk tuk odjechał od razu, więc nad jezioro musieliśmy drałować kolejne dwa kilometry pieszo.

IMG_20180126_102129_HDR

I tu niespodzianka, na końcu drogi szlaban zamknięty na głucho. Po chwili wyskakuje jakiś dzieciak i rząda od nas 5$ (155c$) za osobę. Teraz to naprawdę się wkur***iśmy, tyle drogi i mamy płacić krocie za możliwość przejścia przez pastwisko z bykami na mały taras widokowy. CHwilę po tym jak wyśmiałemmłodego, przyjechał na koniu dwuzębny jegomość i zszedł z ceny do 50c$ za nas dwoje, więc brzmiało to o wiele lepiej niż ponad 300, a szkoda było odpuszczać po tym wszystkim. Ale przynajmniej było warto, idąc kawałek w dół zbocza wypatrzyłem dwa ogromne uciekające legwany, później Monika trafiła na latające nad nami niebieskie ary, do tego widok na jezioro Apoyo wynagrodził nam cały trud podróży w to miejsce. Szkoda tylko że nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia zwierzaków,były zbyt płochliwe.

IMG_20180126_102727_HDR

Nocleg odpadał, więc koło wpół do czwartej zaczęliśmy powoli wracać, w stronę miasta. Mieliśmy szczęście, bo przypadkiem w połowie drogi zgarnąłnas inny tuk tuk do cywilizacji. Byliśmy tak głodni, że od razu wpadliśmy do najbliższego comedora i za 100 c$ dostaliśmy kopiasty talerz kurczaka z dodatkami, nawet była kiszona kapustka (trochę mniej niż nasza, ale zawszeto smakdomu). Jakąś godzinę po opuszczeniu jeziora, siedieliśmy już w pierwszym pick upie, na noc chcieliśmy dostać się na wybrzeże Pacyfiku do miasteczka La Boquita.

IMG_20180126_114848_HDR

Spodziewaliśmy się typwego imprezowego miasteczka, a tu się okazuje, że trafiliśmy do totalne dziury. Na mapie widzieliśmy kilka hoteli, restauracje i tak dalej, a tu praktycznie nic nie ma, kompletne miasto duchów z kilkoma lokalsami. Ponad godzinę próbowaliśmy znaleźć nocleg, pomagała nam nawet jakaś kobieta (chyba kobieta). Zaprowadziła nas do jednego z miejsc które ponoć było hotelem, ale nie wyrazili chęci żeby nas przyjąć, cholera wie co się tutaj dzieje. Później znaleźliśmy inne miejsce za astronomiczną kwotę, z której jakoś udało się zejść, tylko co z tego, jak się okazało że nie ma bieżącej wody (w całym mieście). Pani wskazała nam jakiś baniak z wodą i miskę za pomocą której mogliśmy wziąć prysznic, więc decyzja była jasna, spadamy rozbić namiot gdzieś za miasto, skoro i tak będą te same warunki co tu. W jednym ze sklepów uzupełniliśmy zapas wody i szliśmy w kierunku obrzeży miasta, tam spotkaliśmy jakiegoś faceta, który obiecał nam pomóc. Zadzwonił do jakichś znajomych i załatwił nam pokój (w sąsiedztwie chlewika) za pół ceny w pensjonacie nieco dalej. Tu przynajmniej mieliśmy łazienkę w pokoju i działający prysznic (woda ze zbiornika na dachu), więc zostaliśmy na noc. Wyjaśnił nam też o coz tym miejscem chodzi, jak się okazuje wodociąg dostarczający wodę do miasta działa na zasadzie roszady i raz w tygodniu puszczają wodę na jedno z siedmiu miasteczek... Ja myślałęm, że takie rzeczy to już tylko w Afryce, ale jak widać byłem w błędzie. A jeśli chodzi o ludzi, to w większości przyjeżdżają tu tylko w dzień, a po południu wszystko umiera.

IMG_20180126_115232_HDR

Koło dziesiątej rano, poszliśmy na śniadanie do knajpki przy plaży, którą polecił nam nasz nowy znajomy, mówił że to najtańsze miejsce z dobrym jedzeniem. I od razu ostrzegł żeby nie dać się zaciągnąć nikomu po drodze, bo zapłacimy podwójnie za to że nas przyprowadzili. Trochę zajęło znalezienie tego miejsca, ale się udało, właścicielka zadowolona z klientów od razu leci z menu (tym specjalnym), a tam ceny większe niż w Międzyzdrojach w dobrej restauracji... Ale że ten facet powiedział nam ile kosztuje śniadanie, więc negocjowaliśmy i dostaliśmy właściwą cenę. To miasteczko mocno przypomina Livingston, widząc białego nie wiedzą już ile zaśpiewać, nie ważne czy jest to jedzenie w knajpie, nocleg czy nawet zakupy w sklepie, wszystko jest za minimum podwójną cenę. Gdyby jeszcze oferowali dobre warunki to zrozumiem, ale nie coś takiego jak tutaj. Za głupi pokój chcieli na początku po 20 $, gdzie trzeba się prosić o wodę..

IMG_20180128_123330

Przed południem wyprosiliśmy żeby włączyli po raz kolejny wodę, wzięliśmy prysznic i o dwunastej zaczęliśmy łapać stopa. Droga dalej pusta, co jakiś czas przejechałjedynie motor, więc postanowiliśmy jechać autobusem, oczywiście za podwójną cenę... Jeszcze przez całą drogę trzeba było pilnować rzeczy przed złodziejaszkami. Po godzinie dojechaliśmy do Diriamby i wedługnowego planu mieliśmy przeczekać do jutrzejszej parady gdzieś w hostelu, wszystko jednak płynnie się zmieniło. Ludzie tak nas zaczęli doprowadzać do szału, że postanowiliśmy wyjechać już dzisiaj i odpuścić całą imprezę. Przez dobre dwie godziny w jednej knajpie szukaliśmy pomysłu na wieczór i kolejny dzień. Koniec końców padło na wybrzeże, kilkadziesiąt kilometrów przed Kostaryką, tamjest ponoć ładnie i dość tanio, z tego co mówili Brazylijczycy (nie jest). Dość szybko poszło, co prawda większość ludzi jechałado miasta obok (było już prawie ciemno), ale trafił nam się stop do Rivas. Zostawili nas w samym centrum miasta, więc musieliśmy przenieść się nieco naobrzeża, żeby znaleźć coś dalej. Tylko po raz kolejny zaczęło się to samo co w stolicy, gdy odchodziliśmy powoli od cywilizacji, wszystkim odwalało i albo kazalinam iść do hotelu, albo na autobus, bo jest niebezpiecznie. Gdy jednak podeszła trzecia osoba, bez gadania wybraliśmy hotel (zbitaz paletcela xD)... Nawalony facet z wytatuowanymi łezkami pod okiem (wiecie pewnie co oznaczją), zaproponował nam podwiezieniedo San Juan del Sur, Bóg wie jak, czym i gdzie tak naprawdę. 

IMG_20180128_174121_HDR

Za tą zapyziałą dziurę śmierdzącą trupem, przyszło nam rano zapłacić 300c$, ale bezpieczeństwo ważniejsze. Wpadliśmy jeszcze na śniadanie do Burger Kinga i po jedynastej stopem dojechaliśmy do San Juan del Sur. Na dobry początek znaleźliśmy jakieś zakwaterowanie i pędem ruszyliśmy na plażę. Później przeszliśmy się po mieście i spokojnie mogę stwierdzić, że jest tu napewno lepiej niż w La Boquita, coś tu się dzieje po prostu o każdej porze dnia, przedewszystkim są ludzie. A z drugiej strony miasto od siebie odpycha, wszyscy patrzą niezbyt przychylnie,wchodzisz do knajpy, a oni są źli że trzeba cię obsługiwać... Zjedliśmy jedynie coś na kolację, piwko w hotelowym ogródku i wróciliśmy do pokoju. Patrząc na naszą dotychczasową podróż i odwiedzone kraje, bezkonkurencyjnie wygrywa Meksyk, im dalej na południe, tym jest drożej i gorzej. Jeszcze przed wyjazdem dużo myśleliśmy o Nikaragui i to w samych superlatywach, a tu się okazuje że mamy kolejną Chorwację (daj pieniądze i "uciekaj w podskokach"). Jedynie miasto Leon w tym kraju jest naprawdę w porządku, mimo że nie ma tam zbyt wiele do roboty.

Puerto Escondido - Miejsce gdzie zmieniło się wszystko...

nilek2609

W końcu jednak dotarliśmy na miejsce. Mieliśmy jedynie znaleźć nocleg i ruszyć na plażę do Abrahama i jego rodziny napić się nieco piwa, w każdym razie ja, bo Monika dalej miała coś nie tak z żołądkiem. Ale niestety nie wyszło. Znaleźliśmy najtańszy hostel w okolicy i padliśmy na dziób, nawet nie zdążyliśmy wziąć prysznica. Łóżko miało dzisiaj takie przyciąganie, że po kilku minutach oboje już spaliśmy.

IMG_20171230_175426

Kolejnego dnia rano czekała nas niemiła niespodzianka, okazało się że nie ma bieżącej wody i jesteśmy w ciemnej... Czekaliśmy do południa w nadziei, że coś się zmieni,ale niestety nie wyszło. Na szczęście właściciel zrozumiał ten problem i oddał nam połowę pieniędzy, więc za pokój wyszły nas grosze. Później ruszyliśmy na poszukiwania czegoś lepszego, w każdym razie jeśli chodzi o cenę. I tak trafiliśmy do Damiana, Polaka który za drugim końcu świata otworzył bar z kebabem "El Polaco kebab". Gorąco polecamy to miejsce, ceny są naprawdę fajne i nigdzie w okolicy nie zjecie takiej ilości porządnego jedzenia tak tanio.
GOPR0036

Kawałek dalej znaleźliśmy dość fajny camping Buena Onda, prowadzony przez dwójkę Francuzów przy samej plaży. Cena była dość spora, ale wszystko czego nam było trzeba, mieliśmy w zasięgu ręki. Więc miejsce było dobre na kilka kolejnych dni. Przez pierwsze dwa po prostu się obijaliśmy, walcząc z falami oceanu (nie) spokojnego, opalać się nie było sensu, słońce łapało wystarczająco podczas samego spaceru. Po pierwszym dniu zrezygnowałem nawet z koszuli, temperatura nie spadała poniżej 25 stopni, nawet w nocy, lekkie piekło, szczególnie że tu też jest teraz zima, ale w końcu tropiki.

IMG_20171222_163735

W dzień wigilii wypadło trochę po świętować, więc na bogato zaczęliśmy dzień. Mimo problemów z tutejszym gazem, Monice jakoś udało się upichcić spaghetti na śniadanie. Później życzenia świąteczne i rozmowy z rodzinką na facebookach. Przez różnicę w czasie wychodziło tak, że oni siadali do kolacji, a my na dobre nie zdążyliśmy się dobudzić. Śniadanie może nie było zbyt świąteczne, wypadało zjeść jakąś rybkę, żeby jakoś utrzymać chodź trochę tradycji nawet tutaj. Lecz pech chciał, że akurat dzisiaj buda z grillowaną rybą była zamknięta, więc padło na burgery.

IMG_20171228_180028_HDR

Z początku nie mieliśmy żadnych planów na wieczór, a że na campingu nie za bardzo się kleiło, więc musieliśmy znaleźć sobie jakieś zajęcie. W końcu jednak umówiliśmy się z jednym z poznanych w mieście Polaków. Kamil przyszedł po nas gdzieś po 20 i powoli zaczynaliśmy rozkręcać wspólnie małą imprezę. Na początku spokojnie, a później za sprawą Havana Club znaleźliśmy się w centrum miasta z ekipą od nas z campingu i zabawa trwała do białego rana we Flayu (w każdym razie tak twierdzi wujek Google).

IMG_20171228_181046

Rano (po spaniu) było już nieco ciężej, trochę nam zajęło dojście do siebie, ale chłodne piwo każdego postawi na nogi. Później nieco walki z falami przy zachodzie słońca i kolejny dzień świętowania. Jakoś trzeba było spędzić te święta, więc kolejna impreza była kwestią chwili i bardzo dobrą opcją. I tak praktycznie dzień w dzień, Puerto to miejsce na typowy chillout i ładowanie akumulatorów. Większość dnia była bardzo podobna, leń nas ogarnął, mieliśmy zmienić camping na nieco tańszy, ale jest tak fajnie, że nie potrafimy odejść.

IMG_20171224_160934_HDR

Dopiero dwa dni po świętach postanowiliśmy coś ze sobą zrobić i ruszyć nieco z miejsca, ale tak na spokojnie. Po południu jednym z busików pojechaliśmy do centrum na zakupy do chedraui, a później na targ po świerze warzywa na obiad. Z początku miał być makaron, ale że jesteśmy nad oceanem i wszędzie sprzedają piękne świeże ryby, to padło na Lucjana z patelni.

IMG_20171226_120454

Powoli zatracaliśmy się w tym miejscu, dni mijały, nikt nie wie kiedy, każdy niby podobny do drugiego, ale w jakiś sposób inny. Zwiedziliśmy okolicę, imprezowaliśmy, krążyliśmy od plaży do plaży, byliśmy przeszukiwani przez policję, ale koniec końców większość czasu spędzaliśmy bycząc się hamaku. Takie lenistwo jest piękne.

GOPR0038

W sylwestra chcieliśmy dać z siebie sto procent, ale od początku coś było nie tak, w każdym razie ze mną. Od rana czułem się jak śnięta ryba, kręciłem się jedynie między plażą, a campingiem i narzekałem na wszystko dookoła. Byłem gorący jak bojler (Monika twierdziła że aż parzę), myślałem, że słońce bardziej mnie przypiekło, ale to nie było to. Dopiero wieczorem sprawdziłem temperaturę i się okazało, że mam ponad 39 stopni...

IMG_20171223_101853

Wszystko jednak się ułożyło za sprawą cudownych tabletek Ibupromu i zimnego prysznica. Nie chciałem odpuścić tego dnia, szczególnie że o północy planowałem zrobić coś specjalnego. W końcu po dwudziestej zebraliśmy się z namiotu, po drodze zgarnęliśmy jeszcze Kamila i razem poszliśmy do El Polaco. Damiana niestety tam nie było, ale jakoś się odnaleźliśmy u Pepe Taco. Tam poznaliśmy jeszcze Polsko-Włoską ekipę podróżującą po Ameryce Północnej i impreza powoli zaczęła się rozkręcać.

IMG_20171230_174224_HDR

W którymś momencie przenieśliśmy się do mieszkania Debi i Damiana, gdzie dwójka Włochów odpadła, więc ich zostawiliśmy i taksówką zebraliśmy się na Zicatelę, poszukać tam nieco szczęścia. Imprezy może nie znaleźliśmy, ale wyszło tak jak powinno. Jakoś przed północą pojawiliśmy się na plaży i wtedy dokonałem chyba najważniejszej decyzji w moim życiu. W chwili gdy wybiła północ OŚWIADCZYŁEM się Monice, myślałem nad wieloma innymi miejscami, ale to była dobra decyzja. Powiedziała TAK. :) :)

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci