Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Turcja

Jeszcze tylko parę kilometrów i będę w domu :D

nilek2609

5-7 lipiec 2014

Stałem na drodze jak kołek, mimo dość późnej (a może i wczesnej) pory, ruch spory, ale kierowcy niezbyt chętni, zdążyło mi uciec sprzed nosa kilkanaście tirów, trafił się nawet jeden z Polski, no ale cóż, nie można mieć od razu wszystkiego. Jednak po tych dwóch godzinach trafił się dość sympatyczny Turek, z którym przejechałem jakąś połowę drogi do granicy, niestety dalej nie było możliwości bo odbijał gdzieś w innym kierunku, więc wysadził mnie na autostradzie. Jakiś czas później zgarnął mnie kolejny Turecki kierowca z którym w końcu dojechałem na przejście, a tam stanęliśmy w 2 kilometrowym korku do odprawy celnej... Kierowca zaproponował, ze zabierze mnie dalej w kierunku Austrii, więc dość blisko domu, ale nic nie zwiastowało że kolejka szybko ruszy z miejsca.

DSC_00111Nie tracąc czasu, postanowiłem się pożegnać i ruszyć na poszukiwania Polskich kierowców gdzieś w tym długim korku. Kilkaset metrów przed przejściem, udało mi się trafić na kilku i ugadać, że jeśli mnie nikt przed nimi nie zabierze to oni mnie zgarną. Czasu było dość dużo, odprawa szła w dość ślimaczym tempie, więc na spokojnie poszedłem odprawić się u Turków, później skorzystać trochę z internetu na bezcłowej, aż w końcu wylądowałem w Bułgarii, gdzie czekałem na któregoś z nich.

DSC_00044Jeszcze po stronie tureckiej, udało mi się trafić kilku Irańskich kierowców u których po dłuższych negocjacjach wymieniłem ostatnie riale które mi zostały na euro i mogłem kupić porządne śniadanie. Odprawa nabierała powili tempa, zaczęły wyjeżdżać pierwsze polskie auta, jednak ich kierowcy nie okazywali chęci do zabrania mnie gdziekolwiek. Ale w końcu, po trzech godzinach zgarnął mnie Marek jadący prościutko do Polski, więc jak dobrze pójdzie to za trzy dni dojadę do domu.

DSC_00122Nawet nie wiem kiedy, ale jakimś cudem udało nam się przejechać całą Bułgarię i wylądowaliśmy w Rumuni, gdzie czekała nas 11 godzinna pauza. W końcu, po kilku dniach konkretnej jazdy (czyt. wyścig szczurów) mogłem wziąć gorący prysznic i porządnie się wyspać, co jeszcze bardziej poprawiało mi humor.

DSC_0833
O 9 ruszyliśmy w dalszą drogę, praktycznie nie zwracałem uwagi na to co było za oknem, bo w sumie nie oglądaliśmy nic oprócz asfaltu na autostradzie i marnej zieleni , co powoli robiło się monotonne. Koło 13 zatrzymaliśmy się pod Lugojem, na krótką pauzę obiadową i w końcu mogłem skorzystać z szybkiego internetu...

DSC_00191I dalej w drogę, jeszcze dzisiaj trzeba przejechać granicę i ogarnąć jakoś dalszą drogę, bo coraz więcej ludzi wypytuje kiedy w końcu zawinę do portu. Więc doszedłem do wniosku, że na Węgrzech, zamiast siedzieć całą długa pauzę z Markiem, poszukam jakiegoś transportu na noc żeby rano zajechać już do Polski. Wszystko wyszło po mojej myśli, zdążyłem jeszcze zjeść kolację i dwie godziny później jechałem w kierunku domu, czeka mnie już tylko szybki szpil po A4 i będę na miejscu.

Asia_Trip_2014Podsumowując AsiaTrip 2014

Ilość dni = 77

Odwiedzonych krajów = 13

Przejechanych kilometrów = 23 150

Przebytych pieszo = wolę nie wiedzieć

Pozytywnych wspomnień = MILIONY

Budżet = 500  €

Ostatnie chwile w Turcji

nilek2609

3-4 lipiec 2014

Idąc dalej przez centrum, przypadkiem udało mi się trafić na otwarte WiFi, grzechem by było nie skorzystać, szczególnie że nie miałem dostępu do normalnego neta od ponad tygodnia. Telefon mało nie eksplodował od ilości powiadomień... Iran niestety nie pozwalał na normalny kontakt i korzystanie z wielu stron i aplikacji.

DSC_001Wylotówka przywitała mnie pięknym wschodem słońca, więc lekko niewyspany zacząłem powoli szukać okazji do dalszej jazdy. Początek nie był zbyt zachęcający, kierowcy spoglądali niezbyt przychylnym okiem, ale po jakiejś godzinie trafiłem w końcu na "rodzynka" jadącego to Tatvan. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o porządne śniadanie, co było bardzo miłe z jego strony i wysadził mnie gdzieś w centrum miasta.

DSC_002Idąc dalej w kierunku kolejnej już wylotówki, nawet nie zauważyłem że przechodzę koło naszego zaprzyjaźnionego posterunku policji, dopiero gdy zaczęli mnie nawoływać z za bramy poznałem miejsce. Wypiliśmy wspólnie herbatę, zamieniliśmy kilka słów i dalej w drogę. Chwilę później zgarnął mnie do auta ojciec z synkiem którego najprawdopodobniej odstawiał do szkoły, myślałem że kawałek z nimi zajadę, ale gdy tylko małolat wyszedł z auta, jego ojciec wyskoczył z tekstem, że niema na paliwo i za darmo nie będzie mnie woził. więc z mojej podwózki wyszło najwyżej 200,...

DSC_004Ale może i tak miało być, wysiadłem całkiem na głównej drodze i od razu złapałem kolejne auto, tym razem do Bitlis (zawsze to lepiej niż 200m), ale po raz kolejny wylądowałem w samym centrum miasta. Tym razem zamiast iść nie wiadomo ile kilometrów, zacząłem łapać tam gdzie wysiadłem i chwilę później jechałem już do Ziyret, kolejne kilka i siedziałem w beczce jadącej do Diyarbakert z kierowcą o bardzo specyficznym imieniu BARAN :D

DSC_006Znowu dość niefortunne miejsce, przed samym centrum (miasto prawie połowę większe od Warszawy), nie mając innego wyjścia zacząłem po prostu iść ostro przed siebie, w jednym ze sklepów zrobiłem zakupy i dalej do przodu. Po kolejnych dwóch kilometrach padłem na jednej ze stacji benzynowych, gdzie w końcu mogłem się trochę ogarnąć, wszystkie ciuchy które miałem na sobie można było wykręcać, podobnie jak i plecak... Pracownicy co chwilę dawali o sobie znać, nie odzywając się przy tym ani słowem (pewnie wkurzyli się na pół godzinny pobyt w łazience), stwierdziłem że nie ma co ich drażnić, więc poszedłem dalej.

DSC_007Wylądowałem na jednej z głównych dróg, kolejny karton gotowy, kolejne pół godziny i nic, szybka zmiana na "10 km", kolejne pół i zgarnęła mnie terenówka dzięki której wylądowałem na wylotówce. Minęło może 5 minut i zatrzymuje się obok nowy, wypasiony mercedes C klass, nawet nie zdążyłem podejść do auta, bagażnik już czekał otwarty, a ludzie w środku kazali mi wrzucić plecak i szybko wsiadać. Z nimi nadrobiłem sporą część dnia, nie schodzili poniżej 180km/h i wysadzili mnie dopiero przed Sanliurfą, kilka "ślimaków" do pokonania, żeby dostać się na autostradę, chwilę później kolejny kierowca lubiący szybką jazdę i ląduję 40 km przed Nurdagi.

DSC_008Tam zrobiłem małą przerwę na "obiad", przeszedłem kilka skrzyżowań i trafiłem na cysternę jadącą w bliżej nie określonym kierunku, myślałem że cały czas będziemy jechać autostradą aż pod Antalye, ale w Nurdagi kierowca zjechał na jakąś boczną drogę. Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów, lądując bóg jeden wie gdzie, tam zjedliśmy kolację z jego znajomymi których spotkaliśmy po drodze i zawiózł mnie na jakąś stację skąd miało mi się dobrze łapać na Ankarę. Niestety tak kolorowo nie było, mimo dużego ruchu, mało kto tam zaglądał, dopiero przed północą zabrała mnie jedna z osobówek do zjazdu na Ankarę, skąd trafiłem na tira do samego Istambułu.

Po niespełna trzech godzinach kierowca zjechał na jedną ze stacji benzynowych, gdzie zatrzymaliśmy się na kilku godzinną przerwę żeby zregenerować siły i przespać się chociaż kilka godzin. Przebudziłem się chwilę po 7, kierowcy nie było w kabinie od jakiegoś czasu, po czym wrócił z niezbyt dobrymi dla mnie nowinami. Okazało się że nie jedzie do Istambułu, ani nawet do Ankary, tylko zatrzymuje się w Aksaray, czyli cholernie blisko...

DSC_010Dopiero po 10 udało mi się złapać kolejnego tira, którym w końcu dostałem się na przedmieścia Ankary, ale niestety nie tam gdzie trzeba. Przez ponad godzinę stałem jak słup soli próbując coś złapać, nie widząc żadnych postępów przeszedłem się kilometr do kolejnego zjazdu i w końcu się udało. Starałem się jakoś dogadać z kierowcą na migi, pokazując mu przy okazji na mapie okolice w którą chciałbym się dostać i kierunek w którym jadę, a on był na tyle miły i wysadził mnie w centrum miasta, ponoć obok drogi na Istambuł. Spędziłem tam prawie dwie godziny, dopóki miejscowi nie wyprowadzili mnie z błędu, okazało się że ta całkowicie inne miejsce i nikt tędy nie jeździ nawet w kierunku Istambułu...

DSC_011Zrezygnowany poszedłem na najbliższą stację metra i wypytywałem ochronę czy uda mi się jakoś dojechać w stronę autostrady. Jeden z przechodniów podchwycił naszą rozmowę i wytłumaczył mi dokładnie gdzie mam wysiąść i na których stacjach będę miał przesiadki, a na koniec ochroniarz puścił mnie bokiem bez biletu i kazał iść dalej :)

DSC_012W metrze przez dobre 20 stacji towarzyszył mi 70 letni dziadek, który przez cały czas zagadywał umilając trasę, nie dojrze mówił płynnie po angielsku, to jeszcze jakimś cudem domyślił się że jestem z polski... Po wyjściu z metra czekał mnie prawie trzy kilometrowy spacer za miasto, gdzie niestety stałem jak idiota przez kilka kolejnych godzin. Dopiero po 19 zatrzymała się osobówka złapana na desperacki karton z wielkim napisem "10 km", kierowca zamiast tego małego kawałka zawiózł mnie ponad 300 km dalej do samego Izmitu, po drodze zabierając jeszcze na podwójną obiadokolację. W końcu szczęście do mnie powróciło :D

DSC_014kierowca wysadził mnie na jednej ze stacji benzynowych przy autostradzie, tym razem po niecałym kwadransie siedziałem cały uhahany w aucie do Gebze. Rozmowa na każdy możliwy temat tak nas wciągnęła, że kierowca prawie przegapił swój zjazd, na którym mnie wysadził. Kolejne kilka minut łapania i siedziałem w ciężarówce do Istambułu, tym razem nie utknę jak wcześniej w centrum, tylko będę za samiutkim mostem po europejskiej stronie.

DSC_015Na miejscu zajechaliśmy niecałe dwie godziny po północy, wysiadając z szoferki po raz pierwszy od podboju wulkanu zobaczyłem deszcz i przy okazji przeżyłem mały szok termiczny trafiając na zimniejszy klimat. Szybka zmiana z krótkich spodenek na coś cieplejszego i wróciłem do łapania, do domu już tylko 1988 km :)

Darmowe TAXI - czemu nie? a może autokar dla VIPów?

nilek2609

2 lipiec 2014

Do centrum Teheranu zostało nam jedyne 170 km, przejechaliśmy z nim jeszcze 120 i musieliśmy się pożegnać na obrzeżach miasta bo odbijał w swoją stronę, a my łapaliśmy dalej. W międzyczasie sprawdziłem trasę jaką mam jeszcze do przejechania i okazało się że mam zaledwie dwa kilometry do zjazdu na Qazvin, którym mogę ominąć miasto, więc stwierdziłem że trzeba będzie się rozdzielić. Kilka minut później Marcin złapał auto do którego wsiedliśmy całą trójką, kierowca wysadził mnie na zjeździe, a z nimi pojechał dalej w kierunku centrum. 

DSC_00301Kilka minut, kilkanaście odprawionych aut i w końcu udało mi się złapać darmowe Taxi (czemu by nie:)). Przejechaliśmy wspólnie 20 km, w czasie których chwilę mogłem porozmawiać z kierowcą i opowiedzieć mu trochę o trasie co poskutkowało tym, że zawiózł mnie do innej taksówki za którą zapłacił i dał mi jeszcze 30 000 riali na dalszą drogę...

DSC_00311Kolejne dwadzieścia kilometrów i ląduje na jednej z pętli pod samą autostradą, o dziwo nie musiałem z nikim się kłócić, po prostu zgarnęło mnie po chwili pierwsze lepsze auto. bariera językowa w tym przypadku była dość znacząca i nie szło się za bardzo dogadać z kierowcą, ale przewiózł mnie kilka kilometrów dalej na dworzec autobusowy i wtedy zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo dał mi mały prezent w postaci biletu na Vipowski autokar do Qazvin (wart 40 tys riali :D).

DSC_00352Po około 200 km przed bramkami kazali mi wysiadać i pokazali na inny autobus który ma mnie zabrać w dalszą drogę, więc poszedłem do kolejnego, pokazałem bilet ale kierowcy coś najwyraźniej nie odpowiadało, więc postanowiłem przenieść się za bramki i tam spróbować łapać osobówki.

DSC_00483Jednak zanim zacząłem, odwiedziłem okoliczne "autostradowe sklepiki" wyglądające jak budy na naszych targowiskach, kupiłem co nieco do przegryzienia i odszedłem kawałek od drogi żeby móc spokojnie zjeść. Po kilku godzinach bez jedzenia (nie było okazji do zakupów) myśl o lawaszu z pasztetem wprawiała w świetny nastrój, ale niestety owy pasztet okazał się TUŃCZYKIEM którego wręcz nienawidzę, zdołałem wziąć jedynie kilka kęsów i musiałem się poddać.

DSC_00401Chwilę później wróciłem z powrotem na autostradę, zacząłem łapać i niespodzianka, miejscowa policja postanowiła złożyć mi wizytę. Chwila rozmowy, nie robili żadnych problemów względem łapania na autostradzie, doradzili jedynie żebym zaczął zatrzymywać ciężarówki to szybciej dojadę, życzyli powodzenia i pojechali dalej:D

DSC_00511

Jeszcze dobrze nie zdążyli zniknąć jak zatrzymał się Safer i zaoferował mi podwózkę do Zanjan. Podobnie jak jeden z wcześniejszych kierowców miał problem z dogadaniem, ale bardzo szybko rozwiązał problem i rozmawialiśmy przez jego znajomych. Dowiózł mnie za kolejne bramki przed samym miastem i nieśmiało poprosił o kilka polskich monet na pamiątkę, których już niestety nie miałem, ale z euro centów też był zadowolony :D

DSC_0060Na kolejnych straganach zrobiłem zapasy na później i wróciłem do łapania. Podobnie jak wcześniej, w ciągu chwili złapałem osobówkę i propozycję jazdy do Hashrud, ale chwilę później Shaho razem z przyjacielem który jechał w sąsiednim aucie, zmienili zdanie i postanowili nadłożyć drugie tyle drogi żebym tylko wylądował bliżej Tabriz. Po drodze próbował jeszcze załatwić mi dalszy transport zatrzymując auta na tamtejszych tablicach, ale niestety nie wyszło, więc wysadzili mnie na jednym ze zjazdów.

DSC_00561Kolejny był Sadża, miejscowy miłośnik zielonych liści dających spokój ducha, którymi oczywiście raczyliśmy się podczas drogi. Zaproponował również że zawiezie mnie o wiele dalej tylko inną trasą, dzięki czemu oszczędzę sporo kilometrów w drodze do Turcji, więc od razu uhahany się zgodziłem.

DSC_0063W Tabriz zabraliśmy jeszcze jego zwariowanego kolegę Saliego i pojechaliśmy dalej w kierunku Urmiyeh, po drodze gastrofaza skłoniła nas do postoju w jednym z miasteczek, gdzie gorączkowo poszukiwaliśmy jakiegoś kebaba, z czym było dość ciężko przez ramadan... Później zahaczyliśmy o największe słone jezioro w Iranie (Urmia), gdzie obowiązkowo musieliśmy zrobić małą przerwę i z Salim polecieć na "plażę", a tam po kostki skąpaliśmy się w solnisku.

DSC_00591Przed 20 jakimś cudem zajechaliśmy do miasta i po wspólnych 400 km trzeba było się pożegnać, wysadzili mnie przy głównej drodze do granicy i odjechali, a ja łapałem dalej. Tym razem nie było już tak szybko, prawie godzinę szukałem kolejnego transportu, ale za to do Sero pod samą granicę Turecką.

DSC_0064Nawet na tak krótkiej trasie (jedyne 50 km) musiała trafić się jakaś ciekawostka, kilka kilometrów przed miastem zatrzymała nas SEPA (coś w stylu irańskich służb specjalnych) razem z żandarmerią do kontroli. Ten z SEPY od razu zabrał mi telefon, przejrzał wszystkie zdjęcia co do joty i wypytywał dokładnie o każdą osobę. Kierowca był na tyle miły, że poczekał na mnie aż zrobi swoje i odwiózł mnie na samo przejście.

DSC_0069Wszystkie kontrole udało mi się przejść w rekordowym tępię, 13 minut z zegarkiem w ręku, nie jak ostatnio, nawet na Xrayu się niczym nie przejęli i po chwili byłem już w Turcji. Z początku zdawało mi się, że wylądowałem znowu w jakiejś dziurze pośród gór, jednak po kilkuset metrach była cywilizacja. Od razu z pierwszego domu/sklepu ludzie zapraszają mnie na czaj i sziszę, tak bardzo mi tego brakowało, szkoda tylko, że niema ruchu...

DSC_0067Postanowiłem się jednak jakoś stąd wydostać, więc nie przejmując się niczym przeszedłem kilka kilometrów i udało mi się złapać kolejne TAXI, najpierw zostałem wyśmiany przez kierowce, a chwilę później wiózł mnie 40 km dalej do Yuksekova, gdzie znowu trafiłem na herbatkę z sziszą. Posiedziałem kilka minut i stwierdziłem, że jeszcze niema co szukać noclegu i trzeba łapać dalej, a trzeba jakoś do niedzieli dojechać do domu.

DSC_0073Dziesięć minut po północy niewiadomego czasu udało mi się złapać tira jadącego do Van. Trzy godziny później dojechaliśmy na miejsce, a Sinat dał mi do zrozumienia, że mam po prostu spadać i znaleźć sobie jakiś nocleg (rano ruszają dalej do Istambułu, ale najwyraźniej nie mieli ochoty mnie zabrać).

DSC_00802Nie mając nic do stracenia, szwendałem się po mieście w poszukiwaniu czegokolwiek byle bym tam mógł naładować telefon i tak trafiłem do kawiarni w której pracował Engin i Ardżan. Chciałem tylko podłączyć telefon gdzieś na zewnątrz i chwile odpocząć, a oni zabrali mnie do środka, dali świeże ciastka, gorącą herbatę, później Ardżan pokazał mi jak to wszystko u nich się robi i zaproponował żebym został u nich kilka godzin i przespał się w pomieszczeniu socjalnym, ale podziękowałem i przed piątą ruszyłem dalej w drogę.

Iracki Kurdystan wita :D

nilek2609

19 czerwiec 2014

Rezak obudził nas koło 7, widać było że gdzieś mu się śpieszy, więc szybko się spakowaliśmy i opuściliśmy budynek. Zrobiliśmy jeszcze małą przerwę pod knajpką, gdzie mogliśmy skorzystać jeszcze z neta, po czym poszliśmy na drogę łapać.

DSC_0511Złapanie pierwszego tira zajęło nam nieco ponad godzinę, ale w końcu się przemieszczamy, niezbyt daleko, bo jedynie 50 km ale zawsze to coś. Kierowca wysadził nas na środku skrzyżowania, gdzieś po środku niczego, gdzie jedynym towarzystwem był dziadek łapiący stopa kawałek przed nami, jednocześnie uprzykrzając nam życie. 

DSC_05021Kolejna godzina czekania w jeszcze większym skwarze, ale w końcu się udaje, zgarnął nas jakiś konwój. Po raz kolejny jedziemy w przepełnionej szoferce, ale wiadomo, tutaj nikomu to nie przeszkadza. Zajechaliśmy do Cizre, tam mała przerwa, kierowca wyładował owoce pod jakimś warsztatem, sprzedał część paliwa i jedziemy dalej.

DSC_0505Udało nam się ujechać zaledwie 50 metrów i ściągnęła nas na pobocze policja, kierowca coś wspomniał im o turystach, pokazał że ma dokumenty i puścił nas dalej. Pięć kilometrów przed Silopi na drodze prowadzącej do Iraku, pojawiły się już pierwsze wojskowe punkty kontrolne, wszędzie zabezpieczenia, kolczatki i oczywiście cięższa broń...

DSC_0506Kierowca wysadził nas 5 km przed przejściem granicznym, kolejka tirów niestety była taka długa, ale na nasze szczęście po chwili zgarnęła nas taksówka którą dojechaliśmy do samej granicy to totalnie za free bo kierowca nie chciał żebyśmy szli taki kawał w tym słońcu. Tam natomiast zagadał do kolejnego kierowcy i zostaliśmy po prostu zgarnięci do jakiegoś BUSa, który przewozi niby ludzi przez granicę. Chwilę później załatwił wszystko na bramkach, później pomógł ogarnąć dla nas wizy tranzytowe i wysadził nas po stronie Irackiej. 

DSC_0509Pierwsze co zrobiliśmy po przekroczeniu granicy to nalot na sklep z lodami, temperatura cholernie nam dokuczała, posiedzieliśmy jeszcze chwilę w cieniu po czym udało nam się złapać pikapa do Zakho. Boronij chciał nas później zawieźć jeszcze do Dohu, ale nie mieliśmy pewności czy będzie chciał pieniędzy za transport, więc zrezygnowaliśmy i podjechaliśmy z nim jeszcze tylko do kantoru wymienić kolejną część euro.

DSC_0524Tam jednak nas do siebie przekonał i pojechaliśmy dalej do Dohu, po drodze kupił jeszcze kilka piw, pistacje i stwierdził że w mieście niema nic ciekawego, więc zabiera nas na tamę, gdzie jest dość duże jezioro i będziemy mogli popływać. Wypiliśmy kilka piwek i dowiedzieliśmy się w końcu kim jest nasz kierowca, okazało się że należy do Demokratycznej Policji Kurdystanu.

DSC_0526Po ponad godzinie wróciliśmy do auta i zahaczyliśmy kolejny sklep, kupił kolejne piwa i popijał co rusz podczas jazdy, na nim chyba panująca tu temperatura nie robiła zbyt dużego wrażenia, bo kompletnie nic po nim nie było widać, a trochę już wypił, ja w takim słońcu po tej ilości był bym chyba martwy :D

DSC_0531Ze sklepu pojechaliśmy z jego kumplem nad rzekę zjeść obiad i oczywiście kolejne piwko. Później razem z Marcinem musieliśmy oczywiście spróbować złapać jakąś rybkę w kolejnym już kraju, w końcu się udało, ale niestety radość nie trwała długo, uciekła...

DSC_0534Później, z tego co udało nam się zrozumieć, dostaliśmy propozycję noclegu u rodziny jednego z nich, potwierdziła to rozmowa telefoniczna z jakąś kobietą która mówiła po angielsku. I wylądowaliśmy w końcu w owym domu, poznaliśmy całą rodzinę, szkoda tylko że nie było za bardzo jak z nimi porozmawiać, w grę wchodziły w większości gesty i pojedyncze słowa...

DSC_0539Przez dłuższy czas Kasia była najbardziej oblegana przez członków rodziny, co było dość dużym plusem dla mnie i Marcina, bo mieliśmy trochę spokoju. Później dostaliśmy kolację, po której wszyscy dziwnie się zaczęli kręcić tam i z powrotem. Byliśmy tam traktowani jak członkowie rodziny, a czasem wręcz jak specjalni goście, wystarczyło że oparłem się o ścianę, a któraś z kobiet leciała od razu w moim kierunku z poduszką żeby podłożyć pod plecy, podobnie było w kilku innych sytuacjach.

Koło 23 w końcu położyliśmy się spać, co w sumie nie było zbyt łatwe, zważając na ciągle kręcących się ludzi i buczącą klimatyzację, ale przynajmniej było chłodno.

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci