Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Nicaragua

Kamyk i wizyta na wulkanicznej wyspie Ometepe

nilek2609

O jedenastej zabraliśmy rzeczy, sprzątaczka dość mocno dawała nam do zrozumienia, że mamy jedynie pięć minut na wyniesienie. Przed opuszczeniem miasta zrobiliśmy przystanek w piekarni na ciasto i kawę, skąd później stopem wróciliśmy do Rivas, gdzie mieliśmy się spotkać z Arkiem ze "Stone on travel". I faktycznie, czekał na nas pod Burger Kingiem, tak jak się umawialiśmy dzień wcześniej. Nie było co siedzieć w tym samym miejscu, więc poszliśmy gdzieś w stronę centrum, zjedliśmy obiad w comedorze i po zakupy na wieczór. Zapakowaliśmy "prowiant" na Arka trzykołową brykę i ruszyliśmy za miasto w poszukiwaniu idealnego miejsca na dzisiejszy obóz. Mimo że jakiś pasi-krowa kręcił się po okolicy, postanowiliśmy wbić się w przydrożne krzaki, miejsce wydawało się idealne, powoli zaczęliśmy szykować maczetą miejsca pod namioty i zabawa. Jednak niezbyt długo to trwało, zaledwie pół godziny później odwiedził nas owy jegomość od krów (nie wiem jak nas znalazł) i mówi że nie możemy tu zostać bo oczywiście jest niebezpiecznie. Mimo to chcieliśmy zostać, ale on zaczął coś tłumaczyć Kamykowi, że tu cichociemni nocą robią brudne interesy. Chwilę później daliśmy się jednak przekonać, gdy zaproponował nocleg u siebie w domu. 

G0030012

Z początku nie chcieliśmy się narzucać Efreinowi (zapis fonetyczny), ale chyba nie mieliśmy wyjścia, w końcu wrócił specjalnie po nas. W domu poznaliśmy całą rodzinę, zjedliśmy wspólnie kolację, oprowadzili nas po obejściu i resztę wieczoru siedzieliśmy z jego małą ciekawską wnuczką, rozmawiając o świecie. Mieliśmy trochę inny plan, związany w szczególności z rumem i typowym świętowaniem spotkania po Polsku, ale nie za bardzo wypadało, ale mimo to trzeba było jakoś spędzić czas. Jednak w którymś momencie młoda zapoznała nas ze swoimi kolegami z sąsiedztwa i po prostu sobie poszła spać, a my siedzieliśmy z nimi. Trochę posiedzieliśmy z nimi, później już tylko w trójkę i wymienialiśmy wspólne doświadczenia już bez skrępowania, przy butelce dobrego rumu (9zł :D)

IMG_20180130_153331

Rano atmosfera iście domowa, seniora przygotowała pyszne śniadanie dla wszystkich, do tego gorąca kawa, pełen raj o nieco barbarzyńskiej porze. Najedzeni, przed odejściem zrobiliśmy pamiątkową fotkę i przenieśliśmy się do parku miejskiego. Nie było zbyt wiele do roboty, więc do południa siedzieliśmy w miejscu, ładując sprzęt i szukając w sieci dalszych pomysłów. Po rozmowie z Kamykiem, później jeszcze z Arturem i Wojtkiem, całkowicie zmieniliśmy plany. Niestety Kostaryka zniszczyła by nas finansowo w ciągu kilku dni, nawet gdybyśmy chcieli wpaść tam tylko na chwilę, to koszta wjazdów i wyjazdów są spore (ok 50$ za dwoje). A ceny na miejscu robią tak samo piorunujące wrażenie jak w Londynie z tego co każdy nam powtarza, więc postanowiliśmy odpuścić i pokręcić się po okolicy, może nawet na Kubę się uda dostać.

IMG_20180130_155255

Przed pierwszą poszliśmy jeszcze na ostatni wspólny obiad i godzinę później pożegnaliśmy się w miejscu, gdzie się de dacto poznaliśmy. Kamyk ruszył dalej pieszo w stronę stolicy, a my na wyspę Ometepe, zobaczyć z bliska wulkan Koncepcjon. Jednak zanim to się stało, musieliśmy pokonać pięć kilometrów pieszo, co miało też swoje plusy. Zdarzało się że trafialiśmy po drodze na różne owoce i zawsze starałem się każdy nowy zerwać, tym razem była to karambola (gwiezdny owoc) rosnąca w towarzystwie orzechów nerkowca, ale tych lepiej było nie dotykać. Trochę zajęło nam przejście tego dystansu, ale udało się zdążyć na prom o 16. Zapłaciliśmy po 50 c$ i zaczął się nasz półtora godziny rejs. Było to nieco dziwne, odległość z lądu na wyspę była dość mała, zaledwie kilka kilometrów. Jednak po chwili wiedzieliśmy czemu tak rejs jest tak długi, fale na jeziorze dochodziły nawet do półtorej metra...

IMG_20180131_111546_HDR

Wszystko na początku było spoko, do czasu gdy chcieliśmy wejść na górny pokład z plecakami. Jeden z gości kazał nam zostawić je na dole obok innych rzeczy, problem w tym że tylko turyści mieli taki nakaz, wszyscy miejscowi brali co im się podobało ze sobą. Coś tu śmierdziało, więc dla pewności cały rejs spędziliśmy na dole razem z rzeczami, co widać im nie do końca odpowiadało (przynajmniej nikt nic nie stracił). Gdy jednak dotarliśmy na miejsce, wszystkie negatywne emocje odpuściły, Arek miał racje co do wyspy, tu faktycznie jest inny świat. Przy głównej ulicy w Mayogalpie znaleźliśmy hostel, gdzie prywatny pokój z fajnymi warunkami kosztował jedynie 4,5$ za osobę. Spodziewaliśmy się czegoś zgoła innego, myśleliśmy że będzie drogo jak w każdym turystycznym miejscu (jest taniej niż w Leon) i mieliśmy zamiar spać na plaży, a tu jest wszystko o wiele tańsze niż na lądzie. Nawet mentalność jest całkowicie inna, ludzie się witają, chodzą uśmiechnięci, nawet gdy nie chcesz skorzystać z ich usług, są dalej pozytywnie nastawieni i po prostu życzą miłęgo dnia. Zostawiliśmy rzeczy w pokoju i poszliśmy w głąb miasteczka na rekonesans. W jednejz restauracji trafiliśmy na solidną kolację za 80c$, tyle zazwyczaj płaciliśmy za śniadanie, a tu mamy normalne jedzenie. Później zdażyłosię coś czego byśmy sięnie spodziewali (napewno nie tu), podczas jedzenia dość mocno mi coś nie pasowało, cały czas miałem wrażenie że obok siedzą Polacy i faktycznietak było. Po chwili siedzieliśmy już w czwórkę, a po kolejnych kilku minutach w ósemkę, krótko mówiąc przejeliśmy lokal.

IMG_20180131_112550_HDR

Zaraz po śniadniu ruszyliśmy w strpnę wulkanu Koncepcjon, nie znaliśmy kompletnie drogi, co jakiś czas sprawdzałem jedynie na mapie czy idziemy w dobrym kierunku. Z miasteczka, jedną z uliczek doszliśmy do jakiejś szutrowej drogi i miedzy ogrodzonymi pastwiskami parliśmy ostro na przód z myślą żeby znaleźć miejsce z dobrym widokiem na wulkan. Nie sadziłem, że bedziemy w stanie dojść tak daleko, droga zmieniała się stopniowo, co raz więcej głazów, miejscami gorsze podejścia, ale i tak ma spokojnie można było iść. Im głębiej wchodziliśmy w "wąwóz", tym wiecej zwierząt widzieliśmy po drodze. Nie tylko tysiące małych jaszczurek, duże stada pięknych zielonych papug, ale największe wrażenie robiła i tak rodzinka Czepiaków (małp), które obserwowały nas z koron drzew. Spotkać je w naturalnym środowisku to po prostu bajka, ale nie tylko one tu siedziały, z oddali było słychać też stado wyjców. Co jakiś czas mijali nas równierz pasterze prowadzący bydło na pastwiska, niby nic nadzwyczajnego, ale widok ośmiolatka na gołym koniu prowadzącego stado byków, też robi wrażenie.

IMG_20180131_113024

Po czterech kilometrach w końcu doszliśmy na miejsce, widok na wulkan z tej odległości, robił jeszcze większe wrażenie. Udało nam się dojść prawie do samego podnurza, mogliśmy iść spokojnie dalej, ale było za gorąco, a mieliśmy jedynie pół litra wody ze sobą. Gdy wracaliśmy spowrotem, mijały nas kolejne stada papug, czasem wyglądało țo jak na Krakowskim rynku, gdy wzbijały się w powietrze jak gołębie. Idąc dalej spotkaliśmy jeďynego turystę, który postanowił tu zajrzeć, był to Leo z Wielkiej Brytanii. Zamieniliśmy kilka zdań i wróciliśmy do hotelu odpocząć nieco po tym maratonie. Dla lepszego efektu zimne piwo, lody i tak spędziliśmy kolejne dwie godziny.

IMG_20180131_124319_HDR

Dopiero po 17 ruszyliśmy się z miejsca i poszliśmy na małą plażę obok portu, gdzie umówiliśmy się z Leo. Czekamy, czekamy i nic, więc w końcu sami weszliśmy na górę do knajpki obok, a on już tam siedział z jakąś Niemką, musieliśmy go nie zauważyć. Od słowa do piwa, tak toczyła się nasza rozmowa przez kolejne kilka godzin. Na zakąskę, każdy zjadł po świerzej rybce z jeziora i ta jakoś leciało. Przed północą przenieśliśmy się do jego hostelu, tam poznaliśmy jeszcze paczkę "bananowych dzieci", trochę czasu spędziliśmy wspólnie i po pierwszej wróciliśmu do siebie.

IMG_20180201_184759

Wyspa jest na tyle fajna, że po śniadaniu postanowiliśmy opłacićkolejną, trzecią już noc i wróciliśmy do pokoju dalej ospoczywać. Mieliśmy takiego lenia, że wyszliśmy gdziekolwiek dopiero po południu, wcześniej nawet taran nie byłby w stanie nas ruszyć z hamaka. Zjedliśmy obiad i przed zachodem słońca poszliśmy na drugimkoniwc miasta zonaczyć jedną z plaż, kțórą polecił nam Leo. Powoli robiło się ciemno, słońce schowało się za górami i zaczął się mały spektakl, na który specjalnie tu przyszliśmy, a mowa o setkach świetlików, które krążyły po plaży. Kolejna rzecz, którą warto tu zobaczyć, z resztą jest o wiele więcej miejsc, ale nie chce nam się zbyt wiele chodzić. Wracając so hostelu mijały nas konie, samopas zwiedzające miasto, u nas nikt by ich tak nie wypuścił, a țu nikt na to nie zwraca uwagi, w końcu zwierze samo wróci jak zgłodnieje.

 

W końcu Nikaragua ;)

nilek2609

Od rana zaczynaliśmy się pakować, mieliśmy czas na wymeldowanie do 12, więc postanowiliśmy to zrobić dość szybko i przenieść się do baru ogarnąć na internetach dalszy plan. Przez dobre dwie godziny patrzyłem w mapę jak kołek i szukałem dobrego i taniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zaszyć na te kilka dni. Już nawet myśleliśmy żeby załatwić workaway gdzieś dalej, ale było zbyt mało czasu. Dopiero pod koniec wpadł nam pomysł żeby napisać jeszcze raz do ministerstwa migracji Nikaragui z pytaniem czy jest możliwość wcześniejszego wjazdu. Liczyliśmy że najszybciej odpiszą dopiero jutro (była niedziela), więc zebraliśmy rzeczy i już mieliśmy wychodzić, gdy przyszła wiadomość zwrotna. Okazało się że w każdej chwili możemy wjechać do kraju mając wcześniejszą decyzję. Od razu zostawiliśmy rzeczy w tym samym pokoju z którego dopiero co się wymeldowaliśmy i polecieliśmy do biura podróży kupić bilety na busa. Zobaczymy tylko co powiedzą na to, że wjeżdżamy inną drogą, oby nie robili z tym problemu. Wychodzi więc na to że spędzimy tu trzy noce, ale przynajmniej jest ładnie. Zjedliśmy jedynie obiad i wróciliśmy do błogiego nic nie robienia, no może z małymi przerwami. Później jeszcze chwila na plaży, ostatnia wizyta w sklepie w La Libertad i posiedzenie z naszym kochanym Jose. Który swoją drogą, od dzisiaj będzie jeździł na rowerze w naszej pięknej odblaskowej kamizelce autostopowej.

IMG_20180124_144317

Kompletnie się nie wyspałem, zamiast położyć się jak normalny człowiek w miarę wcześnie, to oglądałem filmy, ale jakoś udało się wstać przed siódmą. Wzięliśmy szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie graty, jeszcze po jakiejś kanapce na zabicie głodu i kwadrans przed ósmą przyjechał bus. Z nami był już pełen komplet, jeszcze tylko zgarnęliśmy drugiego kierowce z La Libertad i bezpośrednio w kierunku granicy z Hondurasem. Swoją drogą dość bezpieczny transport nam się trafił, jeden kierowca ma ze 140 kg wagi, a drugi wygląda jak góra mafijnych mięśni, więc raczej nikt im nie podskoczy. Po jedenastej zatrzymaliśmy się na obiad w okolicach El Divisadero. W końcu comedor z dobrym jedzeniem, gdzie za pełny talerz płaci się 5$, a nie za podłego burgera.

IMG_20180122_131104

Wyjeżdżając z Salwadoru, na granicy nie zapłaciliśmy ani grosza, sprawdzili nam jedynie dokumenty i puścili dalej. Busem podjechaliśmy pod kolejne bramki, gdzie czekała nas zabawa z odprawą po stronie Hondurasu. Po raz pierwszy na granicy przeszliśmy pełną kontrolę biometryczną, co dość mocno mnie zdziwiło, szczególnie że wjeżdżamy do kraju zapomnianego przez Boga... Tym razem dostaliśmy pieczątki w paszport, zapłaciliśmy jeszcze po 3$ za tranzyt i ruszyliśmy dalej w drogę. Między granicami mieliśmy do przejechania zaledwie 130 km, więc to był jedyny odcinek jaki mogliśmy zobaczyć i niezbyt wiele mogę powiedzieć o kraju. Wszędzie dookoła teren wygląda jak pustynia, w większości niewielka roślinność, często wypalona przez miejscowych do zera i to całymi hektarami.. Podobnie jak Gwatemala i Salwador mają tu spory problem ze śmieciami, z tą tylko różnicą, że tu na nich pasły się krowy na zmianę z sępami... Domy wyglądają różnie, od naprawdę biednych lepianek z błota, do kilku pokojowych ładnych domków. Ciekawostką też jest to, że od wyjazdu z Meksyku nie widzieliśmy żadnego punktu kontrolnego na drodze, dopiero tutaj zaczęły się pojawiać (bardzo młodzi wojskowi, niczym dzieciaki).

IMG_20180123_151733_HDR

O wpół do czwartej zajechaliśmy na granicę, odprawa z Hondurasem poszła po raz kolejny dość szybko, ta sama procedura co wcześniej, nawet mimo sporej kolejki zajęło to zaledwie kilkanaście minut. Gorzej było z wjazdem do Nikaragui. Na granicy na dobry początek przeszliśmy rentgen z wszystkimi rzeczami, później kontrola dokumentów i oczekiwanie. Było trochę biegania, ale kierowca załatwił za nas praktycznie wszystko, tylko na sam koniec  coś im się popieprzyło w systemie i musieliśmy czekać. Ciekawe jest to że oprócz kontroli na granicy, wszystkie skany dokumentów są wysyłane jeszcze raz do ministerstwa i dopiero po akceptacji mogą nas puścić dalej. Już na początku słyszeliśmy że zajmie to około 45 minut, ale przez problemy z systemem siedzieliśmy tam do 18, dopiero wtedy oddali nam paszporty.

IMG_20180124_144901_HDR

Dość padnięci równo po 12 godzinach dojechaliśmy do centrum Leon. Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej, ale wystarczyło przejść się kilka metrów i znaleźliśmy hostel za 155 cordob (5$), więc jeszcze taniej niż było na bookingu. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść po okolicy. Pierwsze wrażenie rewelacja, wszędzie czysto, ładne centrum, nie śmierdzi i co najważniejsze, nie ma tu po zęby uzbrojonej policji/ochrony. O takiej porze ciężko było by spacerować wcześniej, nikt nie martwi się że wyskoczy ktoś z za rogu i go okradnie. Krążąc tak między uliczkami, wpadliśmy do jakiegoś marketu zobaczyć co mają ciekawego (sprawdzić ceny) i aż uroniliśmy łzę na stoisku z pieczywem, po dwóch miesiącach dostaliśmy najprawdziwszy chleb. Do tego mieliśmy kupić jakieś piwko, ale że rum wychodził w tym starciu lepiej, to decyzja była prosta. Wróiliśmy do hotelu i zaczęliśmy mały chill out. Nie siedzieliśmy długo sami, po chwili dołączył Francuz z couchsurfingu, później Włosi i kilka innych narodowości, a reszta potoczyła się dalej sama.

IMG_20180124_161732

Kolejny dzień zaczął się dla nas dopiero po południu, ale za to byliśmy w pełni wypoczęci i mogliśmy ruszyć na podbój miasta. Zjedliśmy śniadanie u Jordańczyka i na dobry początek poszliśmy odwiedzić kilka kościołów. Wpadamy hur dur do pierwszego z nich zrobić kilka zdjęć i kapa, trafiliśmy na pogrzeb, przed oczami przeleciała nam tylko trumna... Nie był to za dobry start, więc od razu się ewakuowaliśmy żeby nie przeszkadzać w ceremoni. Kilka uliczek dalej zaopatrzyliśmy się w pamiątki i poszliśmy zobaczyć kolejny z kościołów. Chyba nie mamy do tego dzisiaj szczęścia, otwieram drzwi i świat spowalnia, zacząłem aż przecierać oczy z niedowierzania bo nie sądziłem że coś takiego zobacze, totatny mindfuck. Po drógiej stronie ołtarza stała grupka ludzi rozmawiając przy ogromnym stole z Jezusem we własnej osobie... Dopiero po chwili doszło do nas że to pochylona figura, ale zrobiła na nas niezłe pierwsze wrażenie. Dalej trafiliśmy na obrzeża miasta, gdzie w końcu chcieliśmy zobaczyć jeden z tutejszych cmentarzy, ale nie był tak widowiskowy jak sądziliśmy, więc wróciliśmy w stronę centrum. Rozejżeliśmy się jeszcze trochę i z zakupami wróciliśmy do hostelu zaplanować kolejnych kilka dni. Tak poznaliśmy miejscowego adwokata, który zagadywał do nas co jakiś czas podrzucając pomysły na miejsca warte zobaczenia i stawiał kolejne piwa.

IMG_20180124_175140_HDR

Mając ogarnięty plan na kolejnych kilka dni, po 11 wymeldowaliśmy się z hostelu i ruszyliśmy przed siebie. Na dobry początek śniadanie w subwayu, jakoś tak wyszło najtaniej i na wylotówkę z miasta. Po 13 złapaliśmy stopa w kierunku miasteczka Mateare, droga pierwsza klasa, naprawdę niczym lustro, wszystko ładnie wykoszone od linijki, dużo pastwisk i ładna zabudowa. Kierowca wysadził nas pod sklepem i stamtąd poszliśmy w głąb miasteczka żeby zobaczyć jezioro Managua, przy okazji znaleźć miejsce na camping. Niestety się przeliczyliśmy, syf jak cholera to mało powiedziane, plaża ze śmieci, ale przynajmniej był ładny widok na kopcący wulkan Momotombo. Opcja noclegu odpadła, więc ruszyliśmy dalej do stolicy.

IMG_20180124_175206_HDR1

Kolejnym autem dojechaliśmy pod monument Hugo Chavesa, więc oficjalnie pierwszy punkt można skreślić z listy miejsc do zobaczenia. Kawałek dalej zobaczyliśmy jeszcze "Tribuna Monumental" i poszliśmy nieco odpocząć przy mrożonej kawie w Parku Luisa Alfonso Velasqueza. Później Pałac Narodowy, Katedra Santiago de Managua i przez Plaza de la Republica doszliśmy na Plaza de la fe Juan Pablo II, gdziepo środku placu stoi wielki pomnik z podobizną Jana Pawła II, upamiętniający jego wizytę w Managui. Z tego co widzieliśmy, sporo ludzi lubi tu przesiadywać, niektórzy uczą się jeździć autami, a inni wypasają konie. Idąc dalej mijaliśmy budy z jedzeniem, kolejne alejki i parki, aż trafiliśmy na zamknięty targ, gdzie doprowadził nas GPS, gdy kierowaliśmy się do hotelu. Miejsce o tej porze wyglądało mocno nieszczególnie i chyba takie było, bo zaledwie po stu metrach zaczepił nas jakiś facet mówiąc żebyśmy nie szli dalej, bo dla nas będzie zbyt niebezpiecznie. Po czym wyprowadził w bok i kazał iść inną drogą, problem był tylko taki, że każda kolejna uliczka wyglądała podobnie, więc nie było za bardzo jak tego obejść. Dopiero gdy z jednej z uliczek wyszedł gość ciągnąc za sobą metrową maczetę, postanowiliśmy nadrobić około kilometra, żeby tylko ominąć to miejsce, szczególnie że obok stało jeszcze kilku takich agentów.

IMG_20180124_180828

Do hotelu zostało niewiele ponad dwa kilometry, okolica robiła się jakby przyjemniejsza, więc szliśmy już na spokojnie rozmawiająco tym co się dzieje. Chwilę później kolejny facet nas zatrzymuje, mówiąc żebyśmy lepiej nie rozmawili w swoim języku, tylko po hiszpańsku, bo będziemy bezpieczniejsi... Przeszliśmy kolejne metry i tym razem trzech gości nas zatrzymuje, już naprawdę nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć, słyszeliśmy że Nikaragua jest bezpieczna i w ogóle, a tu takie mecyje. Wcześniej w Leon wszystko było ok, a tu każdy napotkany człowiek nas ostrzega przed wszystkim. Tych trzech nie chciało tak szybko odpuścić, wypytali co tu robimy, gdzie dokładnie idziemy i kazali jechać zatrzymaną taksówką prosto pod adres. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, więc wsiedliśmy i za 80 cordob kierowca odwiózł nas pod drzwi. Od razu zameldowaliśmy się u właścicielki, wypełniliśmy co trzeba i chcieliśmy zjeść kolację w okolicy. Kobieta nas zatrzymała i zaczeła dawać konkrete instrukcje, gdzie, jak i którędy mamy iść, nawet którą stroną drogi... Oprócz tego kazała jak najszybciej wracać, jeśl trafimy przy skrzyżowaniu na większą grupkę ludzi. Kompletnie nie wiemy co się tu dzieje, ale woleliśmy posłuchać kobiety, która w końcu tu mieszka. 

IMG_20180124_182238

Idąc w jedną stronę, nie znaleźliśmy nic otwartego, więc poszliśmy gdzie indziej, aż trafiliśmy na bar z hamburgerami. Chcieliśmy w końcu zjeść coś innego, ale za wielkiego wyboru teraz nie było. Zamówiliśmy po jednym na wynos i tak siedzieliśmy na schodach czekając na zamówienie, a tu podchodzi jakiś cichociemny typ, wita się z nami, później z kilkoma innymi osbami, po czym jak by to było normalne, wyciąga ze spodni (nie z kieszeni) dwa 40 centymetrowe noże i próbuje je sprzedać... Nie było co dłużej się kręcić, wzięliśmy jedzenie po kilku minutach i jak po sznurku wróciliśmy do pokoju. A jutro spadamy dalej, bo i tak zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że bywaliśmy w o wiele gorzej wyglądających miejscach jak np Xela w Gwatemali, więc nie do końca rozumiemy dlaczego ludzie są tu tak przerażeni.  

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci