Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Livingston

Livingston - Czarna dziura

nilek2609

Po dziesiątej wymeldowaliśmy się z hotelu, zjedliśmy jeszcze po burgerze i na wylotówkę z miasta. Przez większość drogi towarzyszył nam młody chłopiec, szedł za nami krok w krok i zadawał mnóstwo pytań. Zazwyczaj padało to samo co zwykle, ale tym razem dzieciak zapytał ile wydaliśmy na bilety żeby tu przylecieć, gdy zobaczył kwotę, okrzyknął nas milionerami. W końcu jednak się rozdzieliliśmy i przed południem udało nam się złapać stopa dalej. Pierwszy raz w tej części świata zasugerowano nam że mamy zapłacić za przejazd, jednakże skończyło się jedynie na czczym gadaniu. Ale za to jakim, praktycznie nie rozumieliśmy nic z rozmowy kierowcy i jego towarzysza, brzmiało to chrząkanie, albo dziwny dialekt arabski. Dopiero później dowiedzieliśmy się że rozmawiali w języku Czuh, jest to jeden z języków majańskich, którego używa zaledwie 22 tysiące ludzi w Gwatemali (wikipedia).

IMG_20180115_135829_HDR

Patrząc na drogę którą jechaliśmy, nie dziwię się że Google nie chciało mnie tędy poprowadzić, ale jakoś udało się przejechać przez skały i wylądowaliśmy w Patzun. Kolejnym autem przenieśliśmy się nieco dalej do Patzicia, skąd dalej przypadkowo trafionym Uberem dojechaliśmy bezpośrednio do miasta Antigua Guatemala. W końcu po raz pierwszy w tym kraju trafiliśmy do ładnego i godnego uwagi miasta. Wszędzie dookoła architektura kolonialna, nie ma syfu na ulicach, masa turystów i piękny widok na koleje wulkany. Nie spędziliśmy tu może zbyt wiele czasu, zaledwie kilka godzin, ale na pewno nie był on stracony. Teraz się nie dziwię, czemu miasto jest dumą Gwatemalczyków. Spokojnie można powiedzieć, że jest to miasto na miarę San Cristobal de las Casas, z tą tylko różnicą, że jest nieco większe. Mnóstwo tu restauracji, pamiątek wszelkiej maści, jedynie ceny odstraszają.

IMG_20180113_151131_HDR

Wychodząc powoli z miasta o zachodzie słońca, dostaliśmy małą niespodziankę od natury, po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję zobaczyć erupcję wulkanu. Może nie była widowiskowa, Fuego jakby się zakrztusił, ale i tak fajnie coś takiego zobaczyć, może gdzie indziej będzie widać lawę. Koło 18 zrobiliśmy małą przerwę na wylocie z miasta, nie zdążyliśmy nawet odpocząć, a już się ktoś zatrzymał pytając gdzie chcemy jechać. Droga do stolicy to jeden wielki korek, mieliśmy hosta zaledwie 33 km dalej, z czego połowę trasy spędziliśmy w sznurze aut, ale jakoś udało się dojechać. I tak trafiliśmy na prywatne, strzeżone osiedle. Przywitał nas wesoły ochroniarz z długą bronią, któremu musieliśmy podać wszystkie dane z paszportu, dopiero wtedy zezwolił na wejście. Ale, co jak co, miejsce było ogarnięte, z resztą jak nasz host. Wcześniej gdy z nim pisaliśmy, wysłał nam wszystkie informacje jak do niego trafić, mapkę domu z pokojem gdzie mamy spać i informacją że drzwi są zawsze otwarte, oraz tym że pewnie się nie zobaczymy, bo pracuje. Mieliśmy jednak szczęście, bo skończył szybciej (pracuje zdalnie przez internet) i jednak się udało. Nie tylko poznaliśmy Minora, ale też zafundował nam kolację w chińskiej knajpce i objazdową wycieczkę po mieście (bardzo rzadko to robi). Dzięki temu nie marnowaliśmy tu całego kolejnego dnia. Swoją drogą niema tu nic secjalnego, kilka zabytków, masa uzbrojonej po zęby policji i w sumie tyle.

IMG_20180113_170432_HDR

Rano po dziesiątej zebraliśmy się z mieszkania i szukaliśmy jakiejś opcji na wydostanie się z miasta. Piechotą doszliśmy na Periferico (obwodnica) i autobusem staraliśmy się dostać na 18 dzielnicę. Facet którego poznaliśmy na przystanku który nam pomógł, mówił że jedzie tam gdzie my, więc wsiedliśmy do tego samego chicken busa i wylądowaliśmy w centrum miasta (ostatni przystanek)... Trzeba brać tutaj poprawkę na ludzi, niektórzy mimo że chcą pomóc, to nie wiedzą jak trafić w dane miejsce. Musieliśmy przejść kolejny spory kawałek, a że nie jedliśmy śniadania, to zrobiliśmy dłuższą przerwę w Del Puete.

IMG_20180114_114323

Trafiło nam się sporo niezbyt pozytywnych informacji na grupach w internecie i nasz plan podróży stanął pod znakiem zapytania. Po drodze do Puerto Barrios mieliśmy zachaczyć o Semuc Champey (wodospady), ale okazało się że w Coban przez cały kolejny tydzień leje i jest cholernie zimno, więc odpuściliśmy jadąc bezpośrednio inną drogą. Z miasta w końcu udało nam się wydostać osobówką do Sanarte, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Szanse na dojechanie do celu przez rozbudowywaną panamerikane były niewielkie, więc zrobiliśmy zakupy na noc i staraliśmy się szukać czegoś dalej. Koło 16 złapaliśmy cysternę z paliwem, myśleliśmy że droga będzie się ciągła, wolna jazda i te sprawy. Nic z tego, kierowca ostro parł do przodu, zdażało się nawet że wyprzedzał policyjne radiowozy na podwujnej :D. Do tego zjechaliśmy grubo ponad kilometr niżej i od razu jechało się lepiej w takiej przyjemnej temperaturze, więcej drzew owocowych, prostych miejsc na namiot... Myśleliśmy że jedziemy góra kilkadziesiąt kilometrów dalej (tak zrozumieliśmy), a koniec końców przejechaliśmy prawie całą trasę do Puerto. Kierowca wysadził nas dopiero po dwudziestej na skrzyżowaniu dróg do Rio Duce i Puerto, około pięćdziesiąt kilometrów przed celem.

IMG_20180115_111525

Siedzieliśmy praktycznie po środku niczego, nie licząc kilku comedorów i tej stacji. Trochę czasu spędziliśmy na internecie, po czym poszliśmy do ostatniego otwartego miejsca coś zjeść. Nie wiedzieliśmy co można tu zamówić, nie mieli menu, ale za to ktoś gadał po angielsku i obiecał że przygotują nam coś za 20 quetzali. Kilka minut czekania i dostaliśmy pyszną kawę, jajka z fasolą, ser ze śmietaną i smażone banany (ze śmietaną smakują jak pierogiz jagodami). Gdy w końcu byliśmy pełni, poszliśmy rozbić się kilkadziesiąt metrów dalej na polanie za jakimś domem, żeby rano było bliso drogi.

IMG_20180115_113720

Dobrze że nie rozłożyliśmy się nieco wcześniej na innym polu, rano gdy wracaliśmy na stację, okazało się że wypuścili tam spore stadko byków. Chwilę spędziliśmy jeszcze na stacji i na dwa stopy dojechaliśmy do centrum Puerto Barrios. W mieście niema niczego specjalnego, do tego ostatni kierowca kazał nam na siebie mocno uważać, więc szybko zawinęliśmy się do Livingston. Doszliśmy za jakimiś plecakami do małego portu, skąd pływają prywatne łódki do miasta, jest to jedyny sposób żeby tam się dostać. Z tego co się dowiedzieliśmy, za podróż płacimy po 15 quetzali, jednak na miejscu zażądali o wiele więcej, więc nie mając wyjścia zapłaciliśmy po 50 (inaczej nie oddali by plecaków)...

IMG_20180115_135947_HDR

Po wyjściu z łodzi musieliśmy nieco ochłonąć, siedzieliśmy gdzieś na uboczu i zaczęli nas ogarniać naganiacze z hoteli. Tak poznaliśmy czarnego Toma, który zaprowadził nas na camping Casa Iguana. Po tym jak się zameldowaliśmy, Tom też nieco oskubał nas z pieniędzy. Niestety tu za wszystko trzeba płacić, nawet za tą niewielką pomoc, nie jest tak jak w innych częściach kraju. Trochę czasu spędziliśmy na campingu i poszliśmy się przejść przez miasto w poszukiwaniu plaży, w końcu jesteśmy na wybrzeżu. Miasto w większości przypomina wioskę rybacką, wszędzie suszą ryby, które czuć już z daleka, podobnie jak rynsztoki. "Plaża" którą znaleźliśmy to jeden wielki śmietnik, dobrze wyglądają jedynie główne uliczki i tereny hoteli, podobnie część restauracji i knajpek.

IMG_20180115_140519_HDR

Totalnie normalne dla ludzi tutaj jest proponowanie mocnych narkotyków, z resztą problemów raczej tu nie mają, prawie nie ma tu policji która by tego pilnowała. Sporą część czasu spędziliśmy siedząc przy piwku w jednym z barów, który polecił am z resztą Tom.. Dopiero gdy zaczęło się ściemniać przenieśliśmy się do jednego z comedorów przy porcie, zjedliśmy kolacje, w Pollo Campero wzięliśmy jeszcze coś na wynos i wróciliśmy na camping. Noc nie należy tu do zbyt bezpieczych. Woleliśmy zostać w pewnym miejscu z ochroną, niż ryzykować utratą sprzętu, który musieliśmy nosić ze sobą. Na początku siedzieliśmy sami gdzieś z boku, ale zaczęło zbierać się coraz to więcej ludzi, więc się przyłączyliśmy do rozpoczynającej się imprezy.

IMG_20180115_150148_HDR

Wczoraj wyglądało wszystko fajnie i pięknie na camingu, bawiliśmy się razem z ludźmi z workawaya, nawet myśleliśmy żeby zostać nieco dłużej pracując tutaj. Wszystko jednak było zbyt kolorowe, poza siedzeniem w jednym miejscu, nie było by nic więcej do roboty. Ostatecznie do opuszczenia tego miejsca przekonał nas rachunek, nie sądziłem że będą nas chcieli na sam koniec kantować na kasie i to wolontariusze... Pewnie robią tak każdemu, tylko pytanie czy z własnej woli, czy mają tak nakazane przez właściciela. W każdym razie na plus nam wyszło zapisywanie wszystkiego co zamawialiśmy. I z czystym sumieniem opuściliśmy Livingston jedną z łodzi o jedenastej. Nie żałujemy przyjazdu, to miejsce nauczyło nas ważnej rzeczy, zamieszkujący to miejsce lud Garifuna to po prostu złodzieje (reszty się domyślcie).

IMG_20180115_161648_HDR

Pod portem zachaczyliśmy o comedora żeby jeszcze przed dalszą drogą zjeść coś pożądnego i to też się udało, ale był mały haczyk... Mięsko dobre, cała reszta również, więc bardzo szybko opróżniliśmy talerze do zera. Jednak gdy przyszło po raz kolejny do płącenia, okazało się że jako turyści płacimy więcej, mimo że pokazywałem kelnerce cenę wiszącą jak byk na ścianie. Jakoś to jednak przecierpieliśmy, gorzej że Pani była tak miła, że wraz z moją porcją dostałem w prezencie montezumę i przez resztę dnia czułem się jak trup. Mieliśmy już dość całej tej okolicy i chcieliśmy jak najszybciej opuścić miasto, ale się nie dało. Quetzale prawiena wykończeniu, więc autobus odpadał, a jeśli chodzi o ludzi, to tu jest kompletnie inny świat. Każdy śmiał się pogardliwie, często pokazując niezbyt miłe rzeczy, albo po prostu nas zlewali. Co jakiś czas zmienialiśmy miejsca i nic, dopiero po przejściu 6 kilometrów się udało. Wszystko dzięki temu że zrobił się ogromny korek i koło szesnastej zgarnął nas George do ciężarówki. Chyba najprzyjemniejszy człowiek dzisiejszego dnia, oprócz tego że nas zabra z tej dziury, to podczas któregoś postoju kupił mi proszki na żołądek i odstawił nas do miejsca gdzie mogliśmy spokojnie rozbić namiot. Jak sam powiedział, dalej nas nie będzie ciągnął, tam czekają nas tylko góry, a tu będziemy mieli równy teren i ciepło.

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci