Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : San-Cristobal-de-las-Casas

Zatoka Meksykanska, powrót do San Cristobal de las Casas i "gówniany" workaway.

nilek2609

 Miejsce było na tyle przypałowe, że wstaliśmy chwilę po piątej, cofnęliśmy się nieco na CirkleK żeby napić się kawy i po 7 zaczęliśmy łapać stopa. Tabasco jednak nie jest rajem autostopowym, więc dwie godziny później wzięliśmy autobus do Villahermosa. Niestety przespaliśmy nasz zjazd i wysiedliśmy dopiero dwa kilometry dalej, a że nie chciało nam się drałować, to poszliśmy inną drogą próbując tam swoich sił. No i wyszło tak, że utknęliśmy... Dopiero po jakichś dwóch godzinach udało się zatrzymać jakiegoś pick upa, którego kierowca obiecał podrzucić nas kolejne dwa kilometry dalej na główny wyjazd. Lecz chyba nie do końca zrozumiał o co nam chodzi i zrobiliśmy wspólnie dobre 15 km w całkowicie przeciwnym kierunku, a z jadącego pick upa nie będziemy przecież skakać. No ale cóż poradzić, wylądowaliśmy tam i trzeba było sobie jakoś radzić, przeszliśmy na drugą stronę drogi, a tam z pomocą przyszli technicy z CCTV, którzy zabrali nas z powrotem w to samo miejsce z którego startowaliśmy rano (objechaliśmy całe miasto dookoła). W końcu po raz kolejny wzięliśmy colectivo, tym razem na skrzyżowanie z miastem Frontera, skąd mieliśmy już zaledwie dwadzieścia parę kilometrów do campingu który znalazłem u wujka Google. 

IMG_20180219_0905101

I tak o piętnastej byliśmy u celu, okolica okazała się totalnie inna niż się spodziewaliśmy, zero czegokolwiek, nie było sklepów, najmniejszego comedora, czy zwykłej budki z jedzeniem. Zaledwie pięć minut później siedzieliśmy na jedynym pick upie i staraliśmy się znaleźć coś innego, bardziej normalnego. Wszystko jednak potoczyło się inaczej, jakiś czas później złapaliśmy innego kierowcę, który powiedział że najlepsze co możemy zrobić, to pójść do hotelu w Paraiso (tam nas zawiózł) i kolejnego dnia uciekać jak najdalej z Tabasco. Z tego co nam mówił, to wszystko w okolicy zmieniło się dwa lata temu, gdy pomniejsze karierę narkotykowe postanowiły się tu "przeprowadzić" i wtedy zrobiło się niebezpiecznie, więc turyści omijają ten stan szerokim łukiem (o czym nie wiedzieliśmy).. Erik zostawił nas w centrum miasta, gdzie zrobiliśmy rundkę po niezbyt tanich hotelach, więc postanowiliśmy zawinąć ogon pierwszym lepszym autobusem jak najdalej się dało. Niestety na dworcu ADO mieliśmy do wyboru jedynie trzy opcje, które niezbyt nas urządzały, ale gdzieś trzeba było się ruszyć. I tak po kilku godzinach wylądowaliśmy spowrotem w Villahermosa, tam musieliśmy już wziąć jakiś normalny nocleg, żeby do porządku się ogarnąć po tych paru dniach. 

IMG_20180209_162214_HDR

Mieliśmy jeszcze kilka dni do startu pracy na farmie, ale stwierdziliśmy że najlepszą opcją będzie powrót do San Cristobal de las Casas już teraz. Ruszyliśmy w dalszą drogę z samego rana i na kilka aut dojechaliśmy do jakiejś dziury w górach, zaledwie 60 km od celu. Dawno nie byliśmy w takim miejscu, z którego musieliśmy po prostu uciekać i to dość szybko. Idąc w stronę wylotówki, zaczęło nas gonić kilku niezbyt przyjaźnie wyglądających typów, całe szczęście ktoś nas zgarnął i nie zdążyli dobiec. W kolejnej dziurze trafiliśmy na równie przypałowe osoby, ale o tym nawet nie pisze, bo i tak byście nie uwierzyli. Jednak później poszło już z górki, złapaliśmy ostatnie auto tego dnia, którym tragicznymi górskimi drogami dojechaliśmy do San Cristobal. Półgodzinny spacer do centrum, tam zjedliśmy kolację i taksówką pojechaliśmy na drugi koniec miasta do Cabanii, gdzie wynajęliśmy pokój na kolejne trzy dni. 

DSC_03961

W końcu mogliśmy do porządku wypocząć i ogarnąć jakoś rzeczy, szczególnie namiot, któremu nieco się zatęchło. Zanieśliśmy nawet pranie do pralni, żeby wyglądało porządnie po tych kilku tygodniach prania w zlewie. I tak naprawdę nie robiliśmy później nic szczególnego, większość czasu spędziliśmy w mieście i krążyliśmy po targach szukając rzeczy na farmę. Później masowe pobieranie filmów, na miejscu trzeba było coś robić, a że nie ma tam internetu, ani zasięgu, to jakoś trzeba było się zabezpieczyć. Dopiero w czwartek wszystko się zaczęło, po śniadaniu dostaliśmy maila z informacją że mamy być na miejscu po południu, więc po południu spakowaliśmy wszystkie rzeczy i pojechaliśmy do centrum. Po 15 jeszcze szybka wizyta w bankomacie i pojechaliśmy busem do Nuevo Zinacantan. Stamtąd mieliśmy iść już piechotą, albo stopem, ale po kilometrze odpuściliśmy, drogą przez góry była za ciężka. Jakieś pół godziny pojechaliśmy dalej jedyną przejeżdżającą taksówką za całe 30 peso :). Ranczo wyglądało całkiem fajnie, od razu przywitały nas wszystkie zwierzęta, a chwilę później Stefani (żona właścicielia). Pokazała nam miejsca do spania, wyjaśniła większość zasad panujących na ranczo i zajęła się swoją robotą a my w tym czasie zapoznawaliśmy się z Adamem (Kanadyjczyk), który podobnie jak my przyjechał na wolontariat. 

DSC_04091

Pierwszy dzień pracy zapowiadał się dość fajnie, wstaliśmy chwilę po siódmej, zjedliśmy śniadanie z Adamem, a godzinę później kalosze na nogi i startujemy. Nie sądziłem że az tyle tego będzie, przez kolejne pięć godzin nie robiliśmy nic innego jak czyszczenie końskich boksów i ogarnianie porządku na całym terenie rancza. Koniec końców po tych kilku godzinach wywieźliśmy z Moniką aż 25 pełnych taczek gnoju.. Później zjedliśmy obiad (wegetariański..) wspólnie z całą rodziną gospodarzy i poszliśmy nieco odpocząć w naszym Bunk House. Wieczorem winko i kolacja z parką Hiszpańsko-Niemiecką, a później spać. 

IMG_20180217_074842

Drugi dzień pracy nie był już tak kolorowy, zakwasy na całym ciele, średnie chęci do pracy od zasiedzenia, ale trzeba było się ruszyć. Na początku zaczęliśmy podobnie jak wczoraj od śniadania i sprzątania obejścia, tym razem zajęło to zaledwie pół godziny, ale później czekała nas gorsza robota. Myśleliśmy że będziemy się zajmować głównie zwierzętami i będę mógł się czegoś nauczyć, coś zbudować, tak jak pisali nam na workawayu, a tu się okazuje że nic z tych rzeczy. Po porannych porządkach, Sam zagonił nas do kopania melioracji na pastwisku... Więc po kilku godzinach byliśmy totalnie wypompowani z energii, nawet trawa na obiedzie nic nie pomogła, jeszcze bardziej człowiek siły nie miał, nie wiem jak ludzie mogą tak żyć przez lata bez jakiegokolwiek mięsa. Popołudnie miało być bardziej obiecujące, Adam miał jeździć konno, ale nawet on się nie załapał, bo przyjechało sporo klientów, więc siedzieliśmy u siebie i po prostu odpoczywaliśmy. Dopiero po południu razem z Moniką poszliśmy się przejść na spacer po okolicy, który zmienił się w pogoń za przerośniętym chihuahuą o imieniu Tortoro. Później kolacja w polskim wydaniu, kilka filmów dla relaksu i spać. 

IMG_20180217_142838

Kolejne dni zapowiadały się dość podobnie, za każdym razem każdy zaczynał się od sprzatnięcia obejścia i innych prac (np. sprzątania suchych toalet po gosciach), których nikt nie zamierzał robić. Przyjechaliśmy w to miejsce z myślą o jeździe konnej (w moim przypadku nauce), budowaniu i pomocy przy zwierzętach, ale póki co wszystko sprowadzało się do gówna.. Robiliśmy najgorszą robotę, za którą dostawaliśmy garść trawy na obiad (o śniadaniu zapomnieli całkowicie) i zero dobrego słowa, co powoli nas doprowadzało do szału. Niby nie powinno, bo sami tu przyjechaliśmy z chęcią pracy, ale nie licząc Adama, jako jedyni coś robiliśmy na farmie. Sam z żoną mieli w większości robotę głęboko w poważaniu, nie mówiąc już o ich córkach, które całe dnie spędzały w domu, jedynie od czasu do czasu kontrolując czyjąś pracę. Nasz zapał malał z każdym dniem, podobnie jak chęć pozostania w tym miejscu na dłużej. Więc w czasie wolnym, jeździliśmy do San Cristobal szukać innych miejsc, gdzie po prostu mogło by być lepiej. 

IMG_20180217_142906

Dopiero po tygodniu Sam chyba w końcu zauważył że nadajemy się do czegoś więcej i dostaliśmy swój własny projekt do zrobienia. Jego celem było doprowadzenie ich zapuszczonego ogrodu warzywnego do porządnego stanu. Co tak naprawdę wymagało postawienia go od podstaw i po sadzenia nowych warzyw, a że lubię to robić, więc mieliśmy z tego trochę radosci. Tym razem nie zamierzaliśmy się z niczym śpieszyć, żeby wyszło idealnie, tak jak byśmy to robili dla siebie. I tak nie cały tydzień później wszystko było gotowe, nawet system samo nawadniający. Byliśmy z siebie zadowoleni, czego jednak nie można powiedzieć o właścicielach, którzy postanowili zobaczyć efekty naszej pracy dopiero po kilku dniach, wtedy też usłyszeliśmy że wygląda "ładnie". Wtedy też postanowiliśmy na dobre pożegnać się z tym miejscem, o czym ich poinformowaliśmy. Żeby było zabawniej, w końcu zauważyli że tu jesteśmy i należą się nam jakieś podziękowania, gdybyście widzieli jak zaczęli koło nas skakać. 

IMG_20180217_142848

Nagle wszystko diametralnie się zmieniło (szkoda że tak pozni), zaczęli być mili, pytać o różne rzeczy, można rzec że nawet radzili się w niektórych sprawach. Jednego wieczoru wysłali nawet jednego z ich przyjaciół z Japonii (uczył ich córkę i jeździł tu konno) żeby z nami posiedział przy winie i wypytał o co się tylko da. Dostał do tego zadania nawet pół butelki wina, niestety widać było o co chodzi od pierwszej chwili i nie udało mu się ugrać kilku kolejnych dni naszego pobytu. Gdyby tylko zaczęli tak od początku, z uśmiechem, zaufaniem i kilkoma małymi słowami, to może i skończyło by się to przyjaźnią, a wyszło jak wyszło. Z jednej strony cieszyliśmy się, że po 12 dniach opuszczamy to miejsce, jednocześnie byliśmy smutni bo musimy opuścić tą bandę najfajniejszych zwierzaków, które latały po całym terenie. 

IMG_20180226_123037

 

Agua Azul i droga do San Cristobal de las Casas

nilek2609

Coś się podziało na campingu i rano byliśmy odcięci od bieżącej wody w naszej części, więc wychodziło na to że wykąpiemy się dopiero nad wodospadami Agua Azul. Na szczęście z pomocą przyszedł Marcin i zaproponował że możemy się umyć u nich w cabanii. Zjedliśmy wspólnie śniadanie u mamuśki, co było nie lada przeżyciem, każdy z nas zamówił danie "A", ona zaproponowała "B", a na koniec przyniosła "C". Nic kompletnie się nie zgadzało, tak jak by miała gdzieś to co kto co zamawiał i każdemu z osobna losowała dania wedle jej uznania. Miało to jednak swój urok.

IMG_20171205_110028

Po śniadaniu czekała nas najgorsza rzecz, musieliśmy się spakować, a żadne z nas nie miało na to ani chęci, ani siły, zostać też już nie chcieliśmy, trzeba było zmienić miejsce na nowe. Wspólnymi siłami jakoś to poszło i po dziesiątej szliśmy już piechotą do miasta, odchodząc seniora mamuśka wysłała nam kilka gorących buziaków i mówiła żebyśmy zostali jeszcze kilka dni. Mimo że była kobietą kompletą całkowicie wystrzeloną w kosmos i nie mogliśmy ogarnąć jej umysłem, to bardzo ją polubiliśmy.

IMG_20171205_0608211

Po tych paru dniach odpoczynku, plecaki już tak mocno nie ciążyły i dość szybko doszliśmy do Palenque. Jak zwykle kierunek chedraui, trochę odganiania od sprzedawców wycieczek, sklepikarzy ulicznych i lądujemy ma wylotówce. Słońce ostro dawało popalić, ale nie to było najgorsze, Monika pozbyła się klątwy montezumy, która za to odezwała się u mnie, a trzeba było jechać.

IMG_20171205_105346

Na krzyżówce pod ADO spędziliśmy dobrą godzinę i musieliśmy zmienić miejsce, nie było sensu dalej tam stać, skoro nikt nie chciał nas zgarnąć, jedynie podjeżdżały kolejne colectivo. Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów na kolejny rozjazd i łapaliśmy dalej. W końcu podeszła jakaś kobieta i coś zaczęła do nas gadać, mówiła na tyle chaotycznie i szybko, że nie mogliśmy jej zrozumieć. Tu coś o aucie, tu o autobusie, że mamy na nią poczekać bo na ruiny idzie po kogoś, więc daliśmy jej trochę czasu. Czekaliśmy prawie godzinę, a czas uciekał, była już szesnasta, a my nie ruszyliśmy się o krok z miasta. 

IMG_20171205_110326_HDR

W końcu zrozumieliśmy o co jej chodziło, proponowała nam wspólny przejazd autobusem, a nie podwózkę i dzięki temu straciliśmy godzinę łapania. O siedemnastej nie pozostało nam nic innego jak zostać w mieście i szukać miejsca na nocleg. Nie było co ryzykować dostania się w nocy na teren opanowany przez Zapatystów. Szczególnie że nie wiadomo czego się można po nich spodziewać, jedyne co wiemy to to że bardzo często blokują górskie drogi na trasie do San Cristobal i żądają pieniędzy za przejazd.

IMG_20171205_110436_HDR

Nie zostało nam nic innego jak wrócić się ładować na dworzec ADO i czekać aż ulice nieco opustoszeją żeby gdzieś w okolicy się rozbić. Siedzieliśmy tak do wpół do jedenastej, dworzec podobnie jak okolica opustoszała, jeździły jedynie pojedyncze taksówki, więc mogliśmy się ruszyć. Wróciliśmy na krzyżówkę i tropem zdjęć satelitarnych szukaliśmy dobrego miejsca, niestety wszystko co by nam odpowiadało, było albo podmokłe, albo za wysokim płotem. Nie pozostawało nic innego jak ruszyć w kierunku ruin i tam szukać szczęścia. Zaledwie sto metrów dalej zrobiliśmy przerwę przy napisie Palenque i zaczęliśmy krążyć po okolicy bez plecaków. W końcu postanowiłem że na totalnym przypale rozłożymy się na ścieżce rowerowej za murkiem, był na tyle wysoki i długi że nikt nas nie widział z drogi. Ludzie o tej porze raczej  nie będą spacerowa, więc to była najlepsza z dostępnych opcji. W Gruzji dałem rade spać na przystanku, na Słowenii też spaliśmy podobnie, to czemu by nie w Meksyku?

IMG_20171205_110514_HDR

Siedem godzin zdrowego snu wpadło, obudziliśmy się dopiero o szóstej jak zaczęli chodzić pierwsi ludzie, dawno tak szybko się nie zebraliśmy. Ekspresowa toaleta i wróciliśmy się na kilka minut do ADO sprawdzić czy ktoś odpisał na Couchsurfigu w sprawie noclegu w San Cristobal. Później już na wylotówkę, pierwsza godzina po raz kolejny nie przyniosła rezultatów, ale za to gdy przenieśliśmy się za posterunek policji federalnej, zabrały nas dwie Szwajcarki na kolejny rozjazd bezpośrednio w kierunku Agua Azul, niby 12 km ale w tym momęcie to było wiele. Teraz za to wiemy czemu nikt nas nie chciał wcześniej zabrać, nie robili tego wcale specjalnie, po prostu nikt w tym kierunku nie jechał. Na setkę przejeżdżających aut, może pięć tam skręcało, Nie było co się męczyć, więc zabraliśmy się pierwszym lepszym colectivo, już nie za 200 peso, ale jedyne 40 od głowy.

IMG_20171205_110653_HDR

O w pół do jedenastej colectivo wysadziło nas na zjeździe, sześć kilometrów przed wodospadami i z tąd miał czekać na nas spacer, ale zaczęłynas atakować taksówki. Z początku wszyscy chcieli po 25 peso, ale po cichaczu z jednym wytargowałem 15. Kolejne peso wyciągneli za wjazd na teren parku, tym razem po 40 i w końcu dojechaliśmy. Patrząc na to co tu się dzieje, baliśmy się zostawiać plecaków w recepcji, każdy lustrował co ze sobą mamy, co chwilę ktoś próbował nam coś wcisnąć. Jednej z kobiet odmówiliśmy zakupu czegokolwiek, ale gdy zobaczyła jak wyciągam bułkę żeby zrobić śniadanie, to po prostu ją sobie wzięła i odeszła. Chwilę później kolejna, na początku myśleliśmy że oferuje mi najstarsze usługi świata (widzielibyście ten wzrok), a ona próbowała wysępić na maślane oczka mamei (owoc). Cokolwiek bym nie wyjął z plecaka, po wszystko wyciągali ręce... Dobrze że nie dojechaliśmy tu wczoraj, bo chyba wyjechalibyśmy bez ubrań.

IMG_20171205_114837_HDR

Po kilku minutach jednak ta cała złość nieco zmalała, wodospady były przepiękne, szkoda tylko że woda nie była tak błękitna jak na zdjęciach które widzieliśmy, za dużo ostatnio musiało padać i nie zachęcała do pływania. Ale mimo to i tak warto było przyjechać żeby to wszystko zobaczyć. Jedynym minusem są setki straganów i nagabywacze patrzący na każdego jak na wypchany portwel, co dość mocno zniechęca do dalszego spaceru. Jednemu nawet daliśmy się naciągąć na owoce kakaowca, gorąco polecam, smak nie do opisania, po prostu bezbłędny. Przeszliśmy się jeszcze kawałek i wróciliśmy do wejścia szukać transportu do San Cristobal, nawet płatnego, byle tylko wyjechać. Ps: będąc tutaj uważajcie na portwele i sprzęt.

IMG_20171205_130615_HDR

Z dołu wszystkie colectivo i autobusy zdążyły wyjechać, ale po chwili podjechał do nas ten sam taksówkarz z którym tu przyjechaliśmy. Bez żadnego targowania od razu powiedział że za 30 peso zabiera nas do góry, więc nawet nie marudziłem. Pięć minut później siedzieliśmy już w colectivo do Ocosingo (40 peso od głowy). Przed piętnastą byliśmy już na miejscu, zero turystów, sami miejscowi i małe "malownicze" miasteczko pośród gór. Tu było już na tyle bezpiecznie, że postanowiliśmy szukać okazji za miastem, szkoda było wydawać na kolejnego busika.

IMG_20171205_145040

Nie cała godzina łapania i zabrał nas malutki pick up do samego San Cristobal de las casas. Po przejechaniu około 20 kilometrów, kierowca kazał mi schować telefon i zabronił robić zdjęć. Powiedział że teraz będziemy jechać dość niebezpieczną trasą i nie chce żeby po drodze były jakieś problemy. Okazało się że od Ocosingo do Oxchuc cały teren jest opanowany przez zapatystów, nic dziwnego że po drodze nie widzieliśmy ani jednego radiowozu, nawet policjanta. Pierwszy radiowóz pojawił się dopiero kilkaset metrów za bramą wyjazdową z Oxchuc, gdzie zapatyści zablokowali w kilkudziesięciu przejazd i zbierali obowiązkową daninę na swoją działalność...

IMG_20171205_145258

Lekką nutkę grozy wprowadzał jedynie kierowca, który na prawie całej trasie nikomu nie pozwolił się wyprzedzić i starał zachowywać znaczną odległość między innymi autami. Te które jakimś cudem go minęły, przy pierwszej okazji wyprzedzał. Później został tylko problem pogody, z każdym kilometrem byliśmy coraz wyżej w górach i temeratura spadała dość drastycznie, nie było już tak przyjemnie jak na wybrzeżu, czy w palenque. A my na wesoło w krótkich spodenkach i koszulce jechaliśmy dalej. Odpuściliśmy dopiero na dwóch tysiącach metrów, gdzie naprawdę zrobiłosię zimno. Z plecaków wyciągneliśmy polary, mimo to przy dziesięciu stopniach i wietrze we włosach, na niewiele się zdały. Ale w końcu po trzech godzinach jazdy (100km) dotarliśmy do centrum prawie europejskiego miasta. Ale o nim nieco później. 

IMG_20171205_152537

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci