Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Slowacja

Lecimy na Bałkanyyyyy

nilek2609

16-19 sierpnia 2015

No to czas lecieć na jeden z piękniejszych kierunków w okolicy, plecaki spakowane, sprawy załatwione i po kilku dniach regeneracji mogliśmy ruszać dalej. Chyba po raz pierwszy wystartowaliśmy o tak późnej porze, ale jak zawsze pozytywnie nakręceni na nowe przygody. Koło 20 doszliśmy na jeden z MOPów przy A1, skąd mieliśmy nadzieję zaraz po zakazie zabrać się z którymś kierowcą. Niestety większość tirów leciała na zachód, albo po prostu nie mieli ochoty na nasze towarzystwo. Kręciliśmy się tak po okolicy przez kolejne kilka godzin polując na każde auto które wjechało na parking i w końcu po drugiej zabrała nas parka Czeczenów do Brna :D.

DSC_00163Na miejscu niestety zaskoczył nas deszcz, więc musieliśmy się ewakuować pod jeden z mostów, rozłożyliśmy karimaty i postanowiliśmy przespać się chociaż kilka godzin, żeby trochę się zregenerować. Mimo miejsca na jedną osobę, jakoś wkomponowaliśmy się w tą malutką wnękę żeby jakoś uchronić się przed deszczem i padliśmy jak kawki. Cztery godziny później przebudził nas spory ruch na drodze, więc postanowiliśmy ruszać dalej, z miejsca w którym siedzieliśmy trzeba było przejść 2,5 km autostradą do najbliższego parkingu, na nasze szczęście obyło się bez interwencji Czeskich  smerfów i dość szybko doszliśmy na miejsce.

DSC_0009Zdążyliśmy zahaczyć jeszcze o McD, zjedliśmy porządne śniadanie, sprawdziliśmy wiadomości i przypadkiem trafiła nam się oferta tanich lotów do Dubaju na przyszły miesiąc, więc postanowiliśmy je po prostu zamówić i zakończyć sezon z wielką pompą. Koło 11 zaczęliśmy szukać aut jadących w kierunku Węgier i jakieś dwie godziny później transport załatwiła nam parka Czechów, później szło już jak z płatka, przesiada do Polskiego tira do Rajki, chwilę później kolejna i lądujemy 50 km od granicy Słowenii. Niestety kolejny kierowca postanowił nas olać i odjechał, więc korzystając z okazji poszliśmy do jednej z knajpek na gorącą kolację, wypiliśmy po piwku na lepsze trawienie i próbowaliśmy coś jeszcze złapać. Odpuściliśmy dopiero po północy, przeszliśmy się po okolicy i postanowiliśmy rozbić namiot w sąsiednim ogrodzie.

DSC_00144Rano wróciliśmy z powrotem na parking pełni nowej energii, ale wstaliśmy zbyt późno i nie zastaliśmy już nikogo, teraz mogliśmy liczyć tylko na tych którzy będą tu przejazdem. Zamiast stać jak kołki, przeszliśmy się kilkaset metrów wzdłuż drogi i po 15 minutach złapaliśmy dwie polskie lawety jadące do Lublany. Tym razem niestety musieliśmy jechać oddzielnie, bo kierowcy  za bardzo obawiali się kontroli, ale najważniejsze że jechaliśmy dalej.

DSC_00172Chwilę przed 14 wysiedliśmy na parkingu przy autostradzie, przeszliśmy dziurą w płocie na jakieś osiedle skąd mieliśmy jedynie 2,5 km do hostelu, niecała godzina spacerkiem i byliśmy pod właściwym adresem, a tam niespodzianka, obsługa postanowiła zrobić sobie popołudniową drzemkę i teraz nikt nas nie przyjmie. Zamiast marnować czas siedząc na schodach pod drzwiami i czekać aż w końcu ktoś zechce nas obsłużyć, zmieniliśmy nieco kierunek i zabunkrowaliśmy się w sąsiednim barze.

DSC_00282O 16 w końcu trafiliśmy na otwartą recepcję, szybko ogarnęliśmy co trzeba i poszliśmy się odświeżyć. Wtedy dopiero ruszyliśmy na podbój centrum miasta, na dobry początek rozłożyliśmy się na jednym z głównych deptaków i zaczęliśmy puszczać bańki, żeby dorobić parę euro na kilka kolejnych dni. Siedzieliśmy tak do dziewiątej, później wróciliśmy na chwilę do hostelu zostawić rzeczy i plątaniną uliczek poszliśmy zwiedzać to piękne miasto. Później jeszcze porządna kolacja w jednej z knajpek nad brzegiem Lublanicy i  gdzieś po północy do spania.

DSC_00292Wstaliśmy chwilę przed południem i zaczęliśmy się zastanawiać co ze sobą dalej mamy zrobić. Miasto jest takie piękne że warto by było spędzić tu przynajmniej jeszcze jedną noc, ale niestety prognoza pogody pokrzyżowała nam nieco plany, burza którą ciągniemy za sobą od Polski postanowiła nas dogonić. W końcu doszliśmy do wniosku że jednak trzeba się zbierać i po dwóch godzinach wylądowaliśmy na tym samym parkingu gdzie zostawili nas kierowcy. Wstrzeliliśmy się z czasem po prostu idealnie, chwilę po tym jak pojawiliśmy się na miejscu zaczęło lać...

DSC_00333Przez kolejną godzinę kręciliśmy się po okolicy uciekając przed deszczem, jednocześnie próbując coś złapać i w końcu trafiliśmy na kolejnego rodaka który zabrał nas w okolice Postojnej, skąd mieliśmy już rzut beretem do jaskiń Szkocjańskich. Trochę się jednak przeliczyliśmy myśląc że po chwili będziemy na miejscu, dopiero po dwóch godzinach pomogła nam parka Francuzów podwożąc nas do centrum miasteczka.

DSC_00353Znaleźliśmy suchy kącik żeby przeczekać najsilniejszy deszcz, po czym poszliśmy do jednego z okolicznych pensjonatów napić się gorącej kawy. Pogoda dalej płatała nam figle, kilka minut deszczu, później ulewa, urwanie chmury i tak w kółko, więc nie mając za bardzo co ze sobą zrobić, zamówiliśmy jeszcze po piwie i siedzieliśmy tak przez kolejne kilka godzin. Przez jakiś czas siedział z nami nawet jeden z pracujących tam kucharzy, który przy papierosie obdzwonił połowę swoich znajomych z okolicy pytając czy by ktoś nas nie mógł przygarnąć na jedną noc. Właścicielka za to obdzwoniła wszystkie okoliczne pensjonaty i niestety wszystko w promieniu 10-15 km okazało się zajęte.

DSC_0039Nie widząc innego wyjścia, zebraliśmy się po 21 i poszliśmy z rzeczami na przystanek autobusowy przy którym wcześniej wysadzili nas Francuzi, zjedliśmy kolację, rozłożyliśmy śpiwory i poszliśmy po prostu spać, Nic więcej do szczęścia nie było nam potrzeba, wystarczył dach nad głową i kawałek suchego kąta. 

DSC_00502

 

Jeszcze tylko parę kilometrów i będę w domu :D

nilek2609

5-7 lipiec 2014

Stałem na drodze jak kołek, mimo dość późnej (a może i wczesnej) pory, ruch spory, ale kierowcy niezbyt chętni, zdążyło mi uciec sprzed nosa kilkanaście tirów, trafił się nawet jeden z Polski, no ale cóż, nie można mieć od razu wszystkiego. Jednak po tych dwóch godzinach trafił się dość sympatyczny Turek, z którym przejechałem jakąś połowę drogi do granicy, niestety dalej nie było możliwości bo odbijał gdzieś w innym kierunku, więc wysadził mnie na autostradzie. Jakiś czas później zgarnął mnie kolejny Turecki kierowca z którym w końcu dojechałem na przejście, a tam stanęliśmy w 2 kilometrowym korku do odprawy celnej... Kierowca zaproponował, ze zabierze mnie dalej w kierunku Austrii, więc dość blisko domu, ale nic nie zwiastowało że kolejka szybko ruszy z miejsca.

DSC_00111Nie tracąc czasu, postanowiłem się pożegnać i ruszyć na poszukiwania Polskich kierowców gdzieś w tym długim korku. Kilkaset metrów przed przejściem, udało mi się trafić na kilku i ugadać, że jeśli mnie nikt przed nimi nie zabierze to oni mnie zgarną. Czasu było dość dużo, odprawa szła w dość ślimaczym tempie, więc na spokojnie poszedłem odprawić się u Turków, później skorzystać trochę z internetu na bezcłowej, aż w końcu wylądowałem w Bułgarii, gdzie czekałem na któregoś z nich.

DSC_00044Jeszcze po stronie tureckiej, udało mi się trafić kilku Irańskich kierowców u których po dłuższych negocjacjach wymieniłem ostatnie riale które mi zostały na euro i mogłem kupić porządne śniadanie. Odprawa nabierała powili tempa, zaczęły wyjeżdżać pierwsze polskie auta, jednak ich kierowcy nie okazywali chęci do zabrania mnie gdziekolwiek. Ale w końcu, po trzech godzinach zgarnął mnie Marek jadący prościutko do Polski, więc jak dobrze pójdzie to za trzy dni dojadę do domu.

DSC_00122Nawet nie wiem kiedy, ale jakimś cudem udało nam się przejechać całą Bułgarię i wylądowaliśmy w Rumuni, gdzie czekała nas 11 godzinna pauza. W końcu, po kilku dniach konkretnej jazdy (czyt. wyścig szczurów) mogłem wziąć gorący prysznic i porządnie się wyspać, co jeszcze bardziej poprawiało mi humor.

DSC_0833
O 9 ruszyliśmy w dalszą drogę, praktycznie nie zwracałem uwagi na to co było za oknem, bo w sumie nie oglądaliśmy nic oprócz asfaltu na autostradzie i marnej zieleni , co powoli robiło się monotonne. Koło 13 zatrzymaliśmy się pod Lugojem, na krótką pauzę obiadową i w końcu mogłem skorzystać z szybkiego internetu...

DSC_00191I dalej w drogę, jeszcze dzisiaj trzeba przejechać granicę i ogarnąć jakoś dalszą drogę, bo coraz więcej ludzi wypytuje kiedy w końcu zawinę do portu. Więc doszedłem do wniosku, że na Węgrzech, zamiast siedzieć całą długa pauzę z Markiem, poszukam jakiegoś transportu na noc żeby rano zajechać już do Polski. Wszystko wyszło po mojej myśli, zdążyłem jeszcze zjeść kolację i dwie godziny później jechałem w kierunku domu, czeka mnie już tylko szybki szpil po A4 i będę na miejscu.

Asia_Trip_2014Podsumowując AsiaTrip 2014

Ilość dni = 77

Odwiedzonych krajów = 13

Przejechanych kilometrów = 23 150

Przebytych pieszo = wolę nie wiedzieć

Pozytywnych wspomnień = MILIONY

Budżet = 500  €

Pożegnanie z Moniką

nilek2609

7 maj 2014

Nie wyszła nam pobudka o szóstej ale lepsza 8 niż wcale, więc jak zazwyczaj staraliśmy się szybko ogarnąć żeby nie tracić czasu, chwilę później byliśmy już gotowi do drogi. Niestety dzisiaj nadszedł dzień naszego rozstania bo czekał na nią wielki amerykański sen, a na mnie już czekała Kasia w Austrii.

Przed 9 znaleźliśmy auto do Krakowa, którym miała odjechać Monika. Pożegnaliśmy się i ruszyłem łapać coś dla siebie w przeciwnym kierunku z czym było ciężej. Pierwsze auto złapałem dopiero po godzinie i wylądowałem w Rabce, korzystając z okazji że jestem jeszcze w Polsce zadzwoniłem do domu żeby uspokoić trochę rodzinę i łapałem dalej. Dwa auta później byłem już w Jabłonce i starałem się okiełznać Kasie która co jakiś czas pytała gdzie jestem i kiedy w końcu będę, a ja nadal byłem w Polsce.

Wydostać się z Jabłonki było dość ciężko ale dopiero gdy dotarłem do granicy słowackiej poczułem się jak w autostopowym piekle, z jednej strony żadne auto nie chciało mnie zabrać a z drugiej starszy jegomość przeganiał mnie cały czas z parkingu bo mu nie pasowała moja obecność . Spędziłem tak ponad dwie godziny pytając każde auto w okolicy czy nie mogli by mnie zabrać, aż w końcu się udało i zabrała mnie słowacka parka dzięki której wylądowałem 20 km dalej, skąd 10-15 minut później zabrał mnie Marcin, polski kierowca tira z którym rozmawiałem kilka godzin wcześniej przy winietach. Jechał pod sam Wiedeń na załadunek, więc po wysiadce miał bym tylko kilka kilometrów do celu.

Dopiero przed 20 dotarliśmy do rafinerii gdzie nasze drogi się rozeszły przy deszczowej pogodzie, która nie za bardzo sprzyjała łapaniu. Pierwsze co musiałem znaleźć to odpowiednią drogę w tym labiryncie serpentyn, co w końcu się udało i po 10 minutach zabrało mnie młode małżeństwo Austriaków.

Po chwili zaczęli nieśmiało rozmowę, byli bardzo ciekawi jak można w taki sposób podróżować i żyć w trasie, więc pytali o wszystko, ale najlepsza była ta część:

Aust.: długo już tak podróżujesz?

Ja: od kilku tygodni

A: nie boisz się że coś Ci się może stać, że ktoś cię napadnie

J: nie ma się czego bać

A: masz chociaż jakiś gaz do obrony

J: Tak

A: a nóż

J: tak

A: WYSIADAJ!!!

Skończyło się na żartach i zawieźli mnie w miejsce skąd miałem tylko 2 minuty do MC gdzie miałem się spotkać z Kasią. Pierwsze co zrobiłem po dotarciu na miejsce i powitaniu to zamówienie wszystkiego co się da ze "strefy dobrych cen" bo padałem z głodu, w międzyczasie staraliśmy się znaleźć jakiegoś hosta który mógł by nas dzisiaj przenocować, ale o tej porze graniczyło to z cudem. Więc z tego po czasie zrezygnowaliśmy i ruszyliśmy po pomoc do wujka Google w znalezieniu jak najtańszego noclegu.

DSC_0680

Pierwszy hostel do którego trafiliśmy był zamknięty, drugi chyba zlikwidowany a reszty nie udało nam się znaleźć. Nie wiedzieliśmy co zrobić, przecież w samym centrum nie rozbijemy namiotu, więc zaczepiliśmy młodego chłopaka prosząc o pomoc w poszukiwaniach. Z początku nie miał zielonego pojęcia ale podzwonił i znalazł kilka opcji, z których najtańsza była za 20 euro co nam nie za bardzo odpowiadało. Po chwili spytał nas czy nie przeszkadzało by nam gdybyśmy mieli spędzić noc u niego, na co oczywiście od razu się zgodziliśmy. Wpakował nas w tramwaj, potem metro, jeszcze po drodze małe zakupy w okienku i koło 1 byliśmy na miejscu. Przez kilka kolejnych godzin rozmawialiśmy głównie o gatunkach muzycznych, słuchając nagrań i jego małych koncertów na żywo które dawał na Keyboardzie.

DSC_0683 

Kierunek Polska...

nilek2609

6 maj 2014

Dzisiejszą pobudkę zawdzięczamy obsłudze węgierskiej autostrady która przez 15 minut gwizdała i wołała z góry próbując nas wykurzyć z namiotu co im się w końcu udało.

DSC_0620Kazali nam zbierać manatki i zwijać z naszego poletka, więc nie mieliśmy za dużo do gadania i przed 12 wróciliśmy na autostradę szukać pierwszego auta. Pół godziny później mieliśmy okazje na pierwszy transport, ale niestety go nie zauważyliśmy, więc uciekł trąbiąc na pożegnanie. Monika stwierdziła że w miasteczku kilka kilometrów dalej mamy większą szansę coś złapać, więc doszliśmy do pierwszego wiaduktu żeby zejść z autostrady i obraliśmy kierunek na Gyor.

DSC_0626 Jednak ta opcja nam nie wypaliła, kompletnie nic się nie chciało zatrzymać, do tego ruch był marny więc wróciliśmy kolejnym wiaduktem na autostradę próbować dalej. Byliśmy nieco zrezygnowani ale postanowiliśmy się nie poddawać i pół godziny później zabrała nas kobieta z którą dojechaliśmy do najbliższej stacji skąd mieliśmy większe szanse na dalszą podróż.

Pierwsze co jednak zrobiliśmy to okupacja restauracji, w brzuchach kiszki marsza grają, dookoła wszystko ładnie pachnie i kusi do kupienia a w naszych portfelach ani jednego forinta. Udało się jednak zapłacić europejską walutą więc z radością opróżnimy talerze do zera.

Po obiedzie szczęście do nas się uśmiechnęło i Monika znalazła polskiego kierowcę który obiecał że nas zabierze w okolice Krakowa, ale najpierw musimy zaliczyć 3,5 godzinny postój przy lotnisku gdzie miał rozładunek. Dalszą drogą i poszukiwaniami nie musieliśmy się martwić więc gdy on się rozładowywał, my buszowaliśmy po Tesco szukając smakołyków na kolacje.

Przed 19 byliśmy już w trasie, jeszcze tego samego dnia załapaliśmy się na pierogi ruskie już po polskiej stronie, a koło 3 nad ranem wylądowaliśmy w Myślenicach na ostatnim naszym postoju gdzie pożegnaliśmy się z kierowcą i poszliśmy rozłożyć namiot.

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci