Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Salwador

Obrót o 180 stopni stopni i powrót do Salwadoru.

nilek2609

Dla odmiany, wstaliśmy dzisiaj dość szybko, zjedliśmy ostatnie śniadanie na wyspie i promem o 10 wróciliśmy na stały ląd. Wsiadajac nie mieliśmy pojęcia że czeka nas przy okazji zabawa jak w wesołym miasteczku, promem miotało na wszystkie strony jak szatan, a że tym razem siedzielismy na górnym pokładzie, to emocje były o wiele większe. Szczególnie gdy trzeba było łapać plecaki żeby nie wypadły za burtę. Nieco ponad godzinę później (w tą stronę poszło szybciej) byliśmy już w San Jorge i chwiejnym krokiem opuszczaliśmy port. Po odgonieniu wszystkich taksiarzy zlapaliśmy stopa do Rivas, skąd dalej pojechaliśmy do miasta Masaya na poszukiwania leniwca, który ponoć zamieszkuje tutejszy park. Mimo szczerych chęci, nie udało się go znaleźć, ale za to spotkaliśmy odpoczywającego Kamyka, który czekał w mieście na nocne wejście na wulkan. 

IMG_20180204_140440

Jakoś tak sprawy się potoczyły, że po obiedzie w Tip Top (fast food z kurczakiem, przy którym pasły się kury) zdecydowaliśmy się zostać na noc w okolicy. Do wulkanu mieliśmy zaledwie kilka kilometrów, więc to kwestia chwili żeby tam dojechać, nie przewidzieliśmy tylko ulewy. Zamiast stopa, wybraliśmy pierwszy przejeżdżający autobus, z którego na miejscu wysiadaliśmy dosłownie w biegu, co było w tym busie chyba normalne. Taki szalony ekspres, jak ten z Harrego Pottera (błędny rycerz). Chwilę poczekaliśmy na Arka pod wejściem i wspólnie poszliśmy w okolicę na after party po ostatnim spotkaniu. Standardowo na stół wpadł rum, pepsi, a nawet policja, której się tu w sumie nie spodziewaliśmy. Na szczęście chcieli nas tylko ostrzec i takie tam, po czym życząc miłej zabawy odjechali w swoją stronę. Tym razem nikt nas nie zgarnął do siebie, a że pora już była późna, to przyszedł czas na zjedzenie czegoś treściwego. Wrzuciliśmy do gara wszystko co się dało i po jakimś czasie mieliśmy całkiem dobrą kolację. A po tym wszystkim, wróciliśmy spowrotem pod bramę parku i rozbiliśmy się tam gdzie kilka dni temu. 

IMG_20180202_110019_HDR

Podobnie jak ostatnio, trzeba było wstać wcześnie żeby nie trafić na armię turystów, więc dłuższa drzemka odpadała.. Kamyk po chwili poszedł w stronę stolicy, a my mieliśmy przymusową, dłuższą przerwę przez mój plecak, w którym wszystkie szwy zaczęły puszczać... Przed tą podróżą musiałem zmienić plecak na nowy, a że Hi-Tec według mnie robi najlepsze w tym przedziale cenowym, to wybór był oczywisty. Ostatni plecak posłużył mi ładnych kilka lat, ale wiadomo, wszystko z czasem zaczyna się zużywać. Miałem nadzieję, że tym razem będzie podobnie, jednak się zawiodłem. Po dwóch miesiącach, w najważniejszych miejscach zaczęły puszczać szwy, więc ponad godzinę siedzieliśmy po drugiej stronie drogi i starałem się go porządnie zszyć. W między czasie, po raz pierwszy w Ameryce Centralnej mieliśmy okazję posłuchać sobie strzelaniny. Z początku mieliśmy nadzieję że to tylko fajerwerki, ale jednak nie. Na szczęście udało nam się dość szybko złapać stopa, kolejnym plusem był kierowcą mówiący po angielsku i do tego dziennikarz. Wiadomo, że widzą dość sporo, więc zapytaliśmy go o sytuację w Hondurasie. Zaczął opowiadać, że ma tam znajomego dziennikarza, który mówił że cały czas są zamieszki na ulicach, policja nie ma oporów przed strzelaniem do ludzi na ulicach (organizują łapanki nawet po domach) i jest dużo przemocy którą widać na każdym kroku. Po czym on nas zapytał "jak ustosunkowalibyśmy się do kłamstwa o tym, że Nikaragua jest najbezpieczniejszym krajem Ameryki Centralnej". Po tym co słyszeliśmy rano i zachowaniu ludzi przez ostatnie dni, odpowiedź była jasna, jest tu tak samo niebezpiecznie, jak w każdym innym kraju tego regionu. 

IMG_20180204_073548_HDR

W Managui zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę w burgerze, trzeba było się podładować, zjeść śniadanie i ogarnąć trochę rzeczy w internecie. Dopiero przed trzynastą ruszyliśmy dalej, do głównej drogi mieliśmy ponad trzy kilometry, co w tym słońcu by nas dobiło (mój plecak dobił do 22,5kg), więc zaczęliśmy łapać kawałek dalej w centrum miasta. Po pół godziny ktoś podrzucił nas na obrzeża miasta, skąd chwilę później w klimie jechaliśmy już do Leon. Godzina łapania, standardowego urzerania się z wkurwiającymi taksowkarzami i w końcu ruszyliśmy dalej w stronę Chinandegi. Rozmawialiśmy chwilę z kierowcą po hiszpańsku, później po angielsku, który znalazł słabo, więc zaczął mówić po niemiecku O.o. Chwilę później się dowiedzieliśmy, że wpadł tu tylko na wakacje do rodziny, a na codzień pracuje w Szwajcarii (nawet ma obywatelstwo). Mieliśmy wysiąść w Chichigalpa, ale padły pytania co robimy i gdzie śpimy, po czym Luis przywiózł nas na wioskę do swojego domu. Zapytał czy jesteśmy parą, po czym przygotował jeden z pokoi (były dwa, a rodzina spora) i powiedział że będzie szczęśliwy jeśli zechcemy być jego gośćmi. Mieliśmy szczęście jak cholera, jeszcze wspólna kolacja, co ciekawe jedliśmy spaghetti, widać że gościu po pobycie na emigracji nie pała miłością do rodzimej kuchni. Później całą rodziną pojechaliśmy na godzinę do miasteczka obok, na internety w parku i przed 22 spać. 

IMG_20180205_055725

Rodzina wstała po szóstej, więc przebudziliśmy się podobnie i czekaliśmy na rozwój sytuacji. Dzień zaczęli od sprzątania obejścia, po czym o siódmej Luis zabrał nas do miasta obok, skąd chwilę później jechaliśmy do Chinandegi. Dwa kilometry pieszo i lądujemy w parku, gdzie od razu zaczepił nas jakiś młody chłopak i zaprosił do comedora na śniadanie. I tak nic nie jedliśmy, więc skorzystaliśmy z zaproszenia zamiast szukać czegoś innego. Fajna obsługa, jedzenie za grosze, tylko trochę problem z dzieciakami jak to w parku bywa. Poszedłem na kilka minut do sklepu i próbowały Monice wyrwać z rąk telefon, jednak karma wróciła instant, bo po chwili dziewczynka dostała po pysku, chyba od starszej siostry. Później przenieśliśmy się kawałek dalej do cienia i siedzielismy na internetach do 14, co prawda mieliśmy jechać na wybrzeże, ale na chwilę się nie opłacało. 

IMG_20180205_084918

Przed dalszą drogą wpadliśmy jeszcze zjeść coś do Tip Topa i nieco się ochłodzić w klimatyzacji. Dokupiliśmy jeszcze galon wody na drogę i ruszyliśmy na wylotowkę z miasta, kierunek granica. Trochę czasu tam spędziliśmy, ale w końcu zatrzymał się jeden pick up, którym dojechaliśmy 15 km przed granicę, kierowca zaopatrzył nas jeszcze w napoje i próbował dorzucić jakieś drobne na transport, no ale bez przesady. Kolejnym dojechaliśmy do ostatniego miasta przed granicą i stąd czekało nas 6 kilometrów marszu przez ciemne pustkowie... Tępo mieliśmy dość dobre, pierwszą i ostatnią przerwę zrobiliśmy dopiero w połowie drogi, tam też zatrzymał nas jeden z miejscowych na motorze z oczywistą informacją że jest niebezpiecznie (nie mieliśmy wyboru). Po czym jadąc najwolniej jak się tylko dało, doprowadził nas na samą granicę i wrócił do siebie, nie zmieniało to jednak faktu, że przez całą drogę trzymałem w dłoni otwarty nóż. Na punkcie kontrolnym wypytali nas o wszystko, po czym pozwolili rozbić się gdzieś na terenie, de facto nawet nie musieliśmy się pytać, sami zasugerowali żeby do Hondurasu jechać dopiero rano. Na granicy jest wszędzie internet, więc przez kilka godzin mieliśmy co robić, a koło 23 rozbiliśmy się na betonie, na przeciwko urzędu migracyjnego. 

IMG_20180205_090328

Wstaliśmy przed szóstą (obudzilismy nas ludzie rozglądający stoiska), wypiliśmy po kawie i o 7:30 przeszliśmy odprawę u Nikaraguańczyków. Kobieta, którą poznaliśmy wczoraj wieczorem otworzyła specjalnie dla nas osobne okienko, nawet zapłaciliśmy mniej za wyjazd z kraju. Normalnie biorą od 9 do 13$, a my jakiś cudem zapłaciliśmy jedynie po 2 $, co było miłe z ich strony. Chwilę później odprawiliśmy się w Hondurasie i zaczęły się jaja, wyszliśmy na drogę i przywitała nas totalna pustka. Co jakiś czas przejeżdżał jedynie jakiś Tir w podwójnej obstawie i bez jakiejkolwiek reakcji omijał nas bokiem przy pełnej prędkości. Staliśmy po środku jednego wielkiego śmietnika, dookoła tylko kilka osób, tuk tuki, spacerująca świnia i obserwujący nas facet z karabinem. Jednak dopiero po chwili zauważyłem, że dookoła nas między tym śmieciowiskiem leżą same łuski po nabojach, dobry początek..

IMG_20180205_102623

Dalej nie mam pojęcia co nam odbiło żeby jechać samemu przez ten kraj, ale jak już jesteśmy na miejscu, to trzeba było to zrobić. Dla wszystkich w okolicy jesteśmy zjawiskiem większym niż gdzie indziej, jakby nie dowierzali w to, że dwójka gringo lata sobie z plecakiem po ich kraju. W końcu stwierdziliśmy, że nie ma co czekać na okazję i zabraliśmy się pierwszym lepszym autobusem za 1,5$ do miasta Choluteca. Kilka kilometrów przed miastem czekała nas wojskowa kontrola, żołnierze pod bronią trzepali cały autobus, sprawdzali wszystkim dokumenty, po czym przyszła jakąś kobieta i zaczęła rozdawać każdemu po cukierku (nie ogarniam). Dwie godziny zajął nam ten krótki odcinek, ale udało się dojechać w całości. Zrobiliśmy mała przerwę gdzieś na drodze na tuńczyka i poszliśmy szukać kolejnego autobusu w stronę Salwadoru. Po kilku minutach trafiliśmy na dworzec po środku targowiska, chwila czekania i podjechał autobus do samej granicy w Amarillo. Nie mieliśmy Lempari (miejscowa waluta), więc trochę z nas zdarli (po 5$) w dolarach, ale to jest nic w porównaniu do 35$, które płaciliśmy ostatnio. Chociaż teraz wiemy dokładnie dlaczego są takie wysokie ceny. W autobusie do którego wsiedliśmy, do czasu startu krążyła banda kieszonkowcow, zaledwie w kilka minut okradli pięć osób... Na szczęście nas nie ruszyliśmy, chyba zauważyli że widzieliśmy całą akcję i będziemy się pilnować. 

IMG_20180205_134256

Gdy ruszyliśmy z Nikaragui, myślałem że uda się załatwić to wszystko szybciej, mimo że jechaliśmy tylko autobusami, to w Salwadorze byliśmy dopiero po sześciu godzinach (130km). W ścisku, bo w ścisku, ale dojechaliśmy na samą granicę, zalatwiliśmy szybko migracyjną i z uśmiechem na twarzy przywitaliśmy Salwador. Nigdy nie sądziłem, że tak ucieszy mnie to miejsce, ale po Hondurasie człowiek ma dziwne odczucia. Mimo że było to zaledwie kilka godzin, to według mnie była to dość ciekawa lekcja, szczególnie jeśli chodzi o ludzi, którzy nie należą do najmilszych. Chociaż nie ma im się co dziwić, skoro mają największy odsetek zabójstw na świecie i przegrali ostatnio z rządem, więc krótko mówiąc maja przerąbane.. Na granicy kupiliśmy jedynie coś zimnego i autobusem pojechaliśmy do San Miguel poszukać czegoś na dzisiejszą noc. 

Tych którym podoba się nasza podróż, zapraszam do śledzenia wyprawy na bieżąco na Facebooku. Tam również znajdziecie więcej zdjęć.

Link u góry strony :) 

W końcu Nikaragua ;)

nilek2609

Od rana zaczynaliśmy się pakować, mieliśmy czas na wymeldowanie do 12, więc postanowiliśmy to zrobić dość szybko i przenieść się do baru ogarnąć na internetach dalszy plan. Przez dobre dwie godziny patrzyłem w mapę jak kołek i szukałem dobrego i taniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zaszyć na te kilka dni. Już nawet myśleliśmy żeby załatwić workaway gdzieś dalej, ale było zbyt mało czasu. Dopiero pod koniec wpadł nam pomysł żeby napisać jeszcze raz do ministerstwa migracji Nikaragui z pytaniem czy jest możliwość wcześniejszego wjazdu. Liczyliśmy że najszybciej odpiszą dopiero jutro (była niedziela), więc zebraliśmy rzeczy i już mieliśmy wychodzić, gdy przyszła wiadomość zwrotna. Okazało się że w każdej chwili możemy wjechać do kraju mając wcześniejszą decyzję. Od razu zostawiliśmy rzeczy w tym samym pokoju z którego dopiero co się wymeldowaliśmy i polecieliśmy do biura podróży kupić bilety na busa. Zobaczymy tylko co powiedzą na to, że wjeżdżamy inną drogą, oby nie robili z tym problemu. Wychodzi więc na to że spędzimy tu trzy noce, ale przynajmniej jest ładnie. Zjedliśmy jedynie obiad i wróciliśmy do błogiego nic nie robienia, no może z małymi przerwami. Później jeszcze chwila na plaży, ostatnia wizyta w sklepie w La Libertad i posiedzenie z naszym kochanym Jose. Który swoją drogą, od dzisiaj będzie jeździł na rowerze w naszej pięknej odblaskowej kamizelce autostopowej.

IMG_20180124_144317

Kompletnie się nie wyspałem, zamiast położyć się jak normalny człowiek w miarę wcześnie, to oglądałem filmy, ale jakoś udało się wstać przed siódmą. Wzięliśmy szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie graty, jeszcze po jakiejś kanapce na zabicie głodu i kwadrans przed ósmą przyjechał bus. Z nami był już pełen komplet, jeszcze tylko zgarnęliśmy drugiego kierowce z La Libertad i bezpośrednio w kierunku granicy z Hondurasem. Swoją drogą dość bezpieczny transport nam się trafił, jeden kierowca ma ze 140 kg wagi, a drugi wygląda jak góra mafijnych mięśni, więc raczej nikt im nie podskoczy. Po jedenastej zatrzymaliśmy się na obiad w okolicach El Divisadero. W końcu comedor z dobrym jedzeniem, gdzie za pełny talerz płaci się 5$, a nie za podłego burgera.

IMG_20180122_131104

Wyjeżdżając z Salwadoru, na granicy nie zapłaciliśmy ani grosza, sprawdzili nam jedynie dokumenty i puścili dalej. Busem podjechaliśmy pod kolejne bramki, gdzie czekała nas zabawa z odprawą po stronie Hondurasu. Po raz pierwszy na granicy przeszliśmy pełną kontrolę biometryczną, co dość mocno mnie zdziwiło, szczególnie że wjeżdżamy do kraju zapomnianego przez Boga... Tym razem dostaliśmy pieczątki w paszport, zapłaciliśmy jeszcze po 3$ za tranzyt i ruszyliśmy dalej w drogę. Między granicami mieliśmy do przejechania zaledwie 130 km, więc to był jedyny odcinek jaki mogliśmy zobaczyć i niezbyt wiele mogę powiedzieć o kraju. Wszędzie dookoła teren wygląda jak pustynia, w większości niewielka roślinność, często wypalona przez miejscowych do zera i to całymi hektarami.. Podobnie jak Gwatemala i Salwador mają tu spory problem ze śmieciami, z tą tylko różnicą, że tu na nich pasły się krowy na zmianę z sępami... Domy wyglądają różnie, od naprawdę biednych lepianek z błota, do kilku pokojowych ładnych domków. Ciekawostką też jest to, że od wyjazdu z Meksyku nie widzieliśmy żadnego punktu kontrolnego na drodze, dopiero tutaj zaczęły się pojawiać (bardzo młodzi wojskowi, niczym dzieciaki).

IMG_20180123_151733_HDR

O wpół do czwartej zajechaliśmy na granicę, odprawa z Hondurasem poszła po raz kolejny dość szybko, ta sama procedura co wcześniej, nawet mimo sporej kolejki zajęło to zaledwie kilkanaście minut. Gorzej było z wjazdem do Nikaragui. Na granicy na dobry początek przeszliśmy rentgen z wszystkimi rzeczami, później kontrola dokumentów i oczekiwanie. Było trochę biegania, ale kierowca załatwił za nas praktycznie wszystko, tylko na sam koniec  coś im się popieprzyło w systemie i musieliśmy czekać. Ciekawe jest to że oprócz kontroli na granicy, wszystkie skany dokumentów są wysyłane jeszcze raz do ministerstwa i dopiero po akceptacji mogą nas puścić dalej. Już na początku słyszeliśmy że zajmie to około 45 minut, ale przez problemy z systemem siedzieliśmy tam do 18, dopiero wtedy oddali nam paszporty.

IMG_20180124_144901_HDR

Dość padnięci równo po 12 godzinach dojechaliśmy do centrum Leon. Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej, ale wystarczyło przejść się kilka metrów i znaleźliśmy hostel za 155 cordob (5$), więc jeszcze taniej niż było na bookingu. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść po okolicy. Pierwsze wrażenie rewelacja, wszędzie czysto, ładne centrum, nie śmierdzi i co najważniejsze, nie ma tu po zęby uzbrojonej policji/ochrony. O takiej porze ciężko było by spacerować wcześniej, nikt nie martwi się że wyskoczy ktoś z za rogu i go okradnie. Krążąc tak między uliczkami, wpadliśmy do jakiegoś marketu zobaczyć co mają ciekawego (sprawdzić ceny) i aż uroniliśmy łzę na stoisku z pieczywem, po dwóch miesiącach dostaliśmy najprawdziwszy chleb. Do tego mieliśmy kupić jakieś piwko, ale że rum wychodził w tym starciu lepiej, to decyzja była prosta. Wróiliśmy do hotelu i zaczęliśmy mały chill out. Nie siedzieliśmy długo sami, po chwili dołączył Francuz z couchsurfingu, później Włosi i kilka innych narodowości, a reszta potoczyła się dalej sama.

IMG_20180124_161732

Kolejny dzień zaczął się dla nas dopiero po południu, ale za to byliśmy w pełni wypoczęci i mogliśmy ruszyć na podbój miasta. Zjedliśmy śniadanie u Jordańczyka i na dobry początek poszliśmy odwiedzić kilka kościołów. Wpadamy hur dur do pierwszego z nich zrobić kilka zdjęć i kapa, trafiliśmy na pogrzeb, przed oczami przeleciała nam tylko trumna... Nie był to za dobry start, więc od razu się ewakuowaliśmy żeby nie przeszkadzać w ceremoni. Kilka uliczek dalej zaopatrzyliśmy się w pamiątki i poszliśmy zobaczyć kolejny z kościołów. Chyba nie mamy do tego dzisiaj szczęścia, otwieram drzwi i świat spowalnia, zacząłem aż przecierać oczy z niedowierzania bo nie sądziłem że coś takiego zobacze, totatny mindfuck. Po drógiej stronie ołtarza stała grupka ludzi rozmawiając przy ogromnym stole z Jezusem we własnej osobie... Dopiero po chwili doszło do nas że to pochylona figura, ale zrobiła na nas niezłe pierwsze wrażenie. Dalej trafiliśmy na obrzeża miasta, gdzie w końcu chcieliśmy zobaczyć jeden z tutejszych cmentarzy, ale nie był tak widowiskowy jak sądziliśmy, więc wróciliśmy w stronę centrum. Rozejżeliśmy się jeszcze trochę i z zakupami wróciliśmy do hostelu zaplanować kolejnych kilka dni. Tak poznaliśmy miejscowego adwokata, który zagadywał do nas co jakiś czas podrzucając pomysły na miejsca warte zobaczenia i stawiał kolejne piwa.

IMG_20180124_175140_HDR

Mając ogarnięty plan na kolejnych kilka dni, po 11 wymeldowaliśmy się z hostelu i ruszyliśmy przed siebie. Na dobry początek śniadanie w subwayu, jakoś tak wyszło najtaniej i na wylotówkę z miasta. Po 13 złapaliśmy stopa w kierunku miasteczka Mateare, droga pierwsza klasa, naprawdę niczym lustro, wszystko ładnie wykoszone od linijki, dużo pastwisk i ładna zabudowa. Kierowca wysadził nas pod sklepem i stamtąd poszliśmy w głąb miasteczka żeby zobaczyć jezioro Managua, przy okazji znaleźć miejsce na camping. Niestety się przeliczyliśmy, syf jak cholera to mało powiedziane, plaża ze śmieci, ale przynajmniej był ładny widok na kopcący wulkan Momotombo. Opcja noclegu odpadła, więc ruszyliśmy dalej do stolicy.

IMG_20180124_175206_HDR1

Kolejnym autem dojechaliśmy pod monument Hugo Chavesa, więc oficjalnie pierwszy punkt można skreślić z listy miejsc do zobaczenia. Kawałek dalej zobaczyliśmy jeszcze "Tribuna Monumental" i poszliśmy nieco odpocząć przy mrożonej kawie w Parku Luisa Alfonso Velasqueza. Później Pałac Narodowy, Katedra Santiago de Managua i przez Plaza de la Republica doszliśmy na Plaza de la fe Juan Pablo II, gdziepo środku placu stoi wielki pomnik z podobizną Jana Pawła II, upamiętniający jego wizytę w Managui. Z tego co widzieliśmy, sporo ludzi lubi tu przesiadywać, niektórzy uczą się jeździć autami, a inni wypasają konie. Idąc dalej mijaliśmy budy z jedzeniem, kolejne alejki i parki, aż trafiliśmy na zamknięty targ, gdzie doprowadził nas GPS, gdy kierowaliśmy się do hotelu. Miejsce o tej porze wyglądało mocno nieszczególnie i chyba takie było, bo zaledwie po stu metrach zaczepił nas jakiś facet mówiąc żebyśmy nie szli dalej, bo dla nas będzie zbyt niebezpiecznie. Po czym wyprowadził w bok i kazał iść inną drogą, problem był tylko taki, że każda kolejna uliczka wyglądała podobnie, więc nie było za bardzo jak tego obejść. Dopiero gdy z jednej z uliczek wyszedł gość ciągnąc za sobą metrową maczetę, postanowiliśmy nadrobić około kilometra, żeby tylko ominąć to miejsce, szczególnie że obok stało jeszcze kilku takich agentów.

IMG_20180124_180828

Do hotelu zostało niewiele ponad dwa kilometry, okolica robiła się jakby przyjemniejsza, więc szliśmy już na spokojnie rozmawiająco tym co się dzieje. Chwilę później kolejny facet nas zatrzymuje, mówiąc żebyśmy lepiej nie rozmawili w swoim języku, tylko po hiszpańsku, bo będziemy bezpieczniejsi... Przeszliśmy kolejne metry i tym razem trzech gości nas zatrzymuje, już naprawdę nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć, słyszeliśmy że Nikaragua jest bezpieczna i w ogóle, a tu takie mecyje. Wcześniej w Leon wszystko było ok, a tu każdy napotkany człowiek nas ostrzega przed wszystkim. Tych trzech nie chciało tak szybko odpuścić, wypytali co tu robimy, gdzie dokładnie idziemy i kazali jechać zatrzymaną taksówką prosto pod adres. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, więc wsiedliśmy i za 80 cordob kierowca odwiózł nas pod drzwi. Od razu zameldowaliśmy się u właścicielki, wypełniliśmy co trzeba i chcieliśmy zjeść kolację w okolicy. Kobieta nas zatrzymała i zaczeła dawać konkrete instrukcje, gdzie, jak i którędy mamy iść, nawet którą stroną drogi... Oprócz tego kazała jak najszybciej wracać, jeśl trafimy przy skrzyżowaniu na większą grupkę ludzi. Kompletnie nie wiemy co się tu dzieje, ale woleliśmy posłuchać kobiety, która w końcu tu mieszka. 

IMG_20180124_182238

Idąc w jedną stronę, nie znaleźliśmy nic otwartego, więc poszliśmy gdzie indziej, aż trafiliśmy na bar z hamburgerami. Chcieliśmy w końcu zjeść coś innego, ale za wielkiego wyboru teraz nie było. Zamówiliśmy po jednym na wynos i tak siedzieliśmy na schodach czekając na zamówienie, a tu podchodzi jakiś cichociemny typ, wita się z nami, później z kilkoma innymi osbami, po czym jak by to było normalne, wyciąga ze spodni (nie z kieszeni) dwa 40 centymetrowe noże i próbuje je sprzedać... Nie było co dłużej się kręcić, wzięliśmy jedzenie po kilku minutach i jak po sznurku wróciliśmy do pokoju. A jutro spadamy dalej, bo i tak zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że bywaliśmy w o wiele gorzej wyglądających miejscach jak np Xela w Gwatemali, więc nie do końca rozumiemy dlaczego ludzie są tu tak przerażeni.  

GTA San Salvador

nilek2609

Mimo że wstaliśmy przed piątą, dopiero trzy godziny później ruszyliśmy się ze stacji, było jeszcze zbyt wcześnie i mało aut jeździło, do tego żołądek dalej stawiał mocne opory. Na cztery auta dojechaliśmy do granicy z Salwadorem i poszliśmy się odprawić w punkcie migracyjnym. Pozytywnie nas zaskoczyli Gwatemalczycy,po raz kolejny nie zapłaciliśmy ani grosza za wyjazd, więc kolejne 5$ zostaje nam w kieszeni. Chyba nawet nie wiedzieli że mamy coś płacić. Z resztą patrząc na miny Salwadorczyków widzących nasze paszporty, oni jeszcze bardziej nie ogarniali, przejście które wybraliśmy nie było zbyt turystyczne.

IMG_20180117_163232_HDR

Brak pieczątki w paszporcie mnie nieco zmartwił, ale okazało się że w Gwatemali na wjeździe dają wjazdówkę na 90 dni do czterech krajów (Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Nikaragui). Ruch na granicy był zerowy, przed wjazdem stała setka tirów, a tu zaledwie kilka i ani jednej osobówki, więc za 0,55$ pojechaliśmy autobusem do Metapan. Na miejscu zrobiliśmy przerwę w subwayu, w końcu mogłem w siebie wmusić jakieś jedzenie. Dalej nie było sensu jechać stopem, transport jest za tani i nie trzeba czekać. Za bilety do Santa Anny zapłaciliśmy jedynie dolara (50km), podobnie z jedzeniem, jedynie 2,5$ co było miłą odmianą po Gwatemali.

IMG_20180117_163117

W wioskach i mniejszych miasteczkach prawie nie widać broni, wszystko wygląda o wiele bardziej bogato niż w Gwatemali (na początku). Ale podobnie jak wcześniej centrum jest mocno nie szczególne, tu jako przykład podam miasto Santa Anna do którego przyjechaliśmy na pierwszą noc. Z tego co czytaliśmy, jest to drugie najniebezpieczniejsze miasto Salwadoru, aż tak złego wrażenia nie robi pod tym względem, chociaż ochrona trzyma cały czas palce na spuście. Tutaj też po raz pierwszy widziałem żeby policja oprócz zwykłej broni nosiła prawie trzydziesto-centymetrowe noże, więc dość konkretnie. Jakoś długa broń przestała na mnie robić tutaj wrażenie, w każdym kącie, odkąd wjechaliśmy do Meksyku ktoś stoi w nią uzbrojony...

IMG_20180117_175218

Jednym z autobusów miejskich dojechaliśmy do centrum miasta, skąd piechotą dość szybko doszliśmy do hotelu. Okolica dość specyficzna, ale nie wyglądała na aż tak tragiczną. Zostawiliśmy plecaki, zrobiliśmy zakupy i przeszliśmy się chwilę po okolicy, jednak przed zachodem słońca wróciliśmy do pokoju, nie było co kusić losu. Mieliśmy jednocześnie zamiar zrobić milion rzeczy, chociażby pranie czy przepakowanie plecaków, bo zaczynały ciążyć, ale nic z tego, padliśmy jak kawki. Rano zjedliśmy jedynie śniadanie i zaczęliśmy się zbierać po 8 w kierunku stolicy. Staliśmy tak przy jednym ze skrzyżowań i zacząłem się śmiać, po chwili mówię do Moniki że wyglądamy jak świadkowie Jehowy. Wykrakałem... Po 10 sekundach, nie wiadomo skąd zjawiło się kilku i pomogło znaleźć właściwy autobus na terminal. Skąd dalej luksusowym autobusem za 1,35$ pojechaliśmy do San Salvador.

IMG_20180118_140224

Po południu zostawiliśmy rzeczy w jednym z hoteli na strzeżonym osiedlu i ruszyliśmy w miasto. Odwiedzając po kolei miejsca takie jak Bazylika Corazon, Metropolitan Cathedral de San Salvador,Pałac Narodowy i Iglesia de Rosario, w sumie tylko to widzieliśmy. W mieście nie ma praktycznie nic innego do zobaczenia, centrum to jedno wielkie śmietnisko, chociaż widać że chcą coś z tym zrobić. Okolica pałacu i Plaza de la Libertad są w ciągłej budowie,ale to nie zmienia faktu, że wszędzie leżą tony śmieci. Z każdego kąta śmierdzi uryną powodując wielki odruch wymiotny, podobnie jak te małe rzeczki do których spływa często kanalizacja. Tu nawet zabrzańska Bytomka w porównaniu z tym ściekiem jest jak krystalicznie czyste górskie źródło. 

IMG_20180118_145111

FETOR tego miasta przekracza wszelkie wyobrażenia, wiele miejsc było paskudnych, ale jeszcze nie aż tak. Nawet jedzenie pozostawia wiele do życzenia, tutaj comedory jednak odpadają i zostają jedynie sieciówki, albo samodzielnie przygotowana "kolacja". Higiena w tych miejscach niestety pozostawia wiele do życzenia, więc albo płacisz nieco więcej, albo zaopatrujesz się w dobre tabletki i zapas papieru toaletowego... Nie było co siedzieć dłużej w centrum, skoczyliśmy jedynie dowiedzieć się czegoś o busach do Nikaragui i wróciliśmy do hotelu jakoś to ogarnąć.

IMG_20180119_174625_HDR

Kolejny dzień nie ułatwił zbyt wiele, podobnie jak sprzeczne informacje, do tego cholerne ministerstwo Nikaragui miało nas kompletnie w dupie i nie chcieli odpowiedzieć na żadne pytania dotyczące wjazdu (rozłączali czat). Postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i poszliśmy do innego biura tica bus wypytać o granice, oraz bilety z innych miast. Na szczęście dla nas, po kilku godzinach w końcu odpisali na jednego z maili i wiedzieliśmy na czym stoimy. Z tica wzięliśmy za 0,6$ autobus do La Libertad, a stamtąd już stopem do El Tunco, gdzie na pałe chcieliśmy ogarnąć jakiś workaway.

IMG_20180120_171449_HDR

W końcu jakieś ładne miejsce warte uwagi, piaszczysto-kamieniste czarne plaże, mało śmieci i palmy. Nawet ceny w tym miasteczku tak nie straszą. Pokręciliśmy się trochę po okolicy szukając miejsca na nocleg, wszystko wygląda tu o wiele bezpieczniej niż gdzie indziej, ale nie na tyle żeby rozkładać się na dziko z namiotem. Byliśmy w kilkunastu miejscach, aż w końcu zaproponowali dobrą cenę i warunki w prywatnym pokoju. Śmieszne jest to że bardziej się opłaca wziąć pokój niż camping, czy dormitorium. Plus podróżowania w dwie osoby.

IMG_20180120_174250_HDR

Polecam każdemu wpaść tu chociaż na jedną noc, jeśli chodzio zachody słońca to miejsce bije te z Puerto Escondido na łeb, na szyję. Oprócz tego nie ma tu zbyt wiele do roboty, zjedliśmy jakąś kolację, wróciliśmy do firewood pogadać trochę z barmanem i próbowaliśmy jakoś spędzić resztę dniaprzy piwku. Wysłaliśmy już papiery do Nicaragui, podobnie jak zapytania na workaway i można już było tylko czekać na rozwój sytuacji. Nie mając zbyt wielu możliwości, kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na jeszcze jedną noc w tym miejscu, więc poranek zaczęliśmy od wielkiego prania. Później śniadanie i sjesta na plaży, od Meksyku nie mieliśmy okazji popływać. Gdy wróciliśmy koło 14, okazało się że dostaliśmy pozytywną decyzję z ministerstwa i 26 możemy wjechać do Nikaragui. Fajnie że odpowiedzieli tak szybko, ale co my przez te sześć dni mamy niby tu robić.. Z nimi nigdy nie wiadomo, jak piszą że decyzja jest wydawana do 7 dni, to człowiek spodziewa się odpowiedzi najszybciej za 8 dni, a tu taka niespodzianka. Jakieś dwie godziny później z braku pomysłów pojechaliśmy stopem na zakupy do La Libertad, zjedliśmy obiad w subwayu i wróciliśmy do El Tunco. 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci