Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Guadalajara

Guadalachara i dalej :)

nilek2609

Wypoczęci rano wróciliśmy na stację pemexu napić się gorącej kawy, w tym czasie słońce zdążyło rozświetlić niebo i mogliśmy wrócić na wylot powoli łapać. Nie było co prawda tak ciepło jak w nocy (19 stopni), jedynie dziewięć stopni, ale zawsze to lepiej niż temperatura, którą mieliśmy przez ostatnie kilka dni. Dzisiaj poszło ekspresowo, w dwie minuty mamy auto i to z jakim kierowcą, płynnie mówił po angielsku. W końcu mogliśmy zapytać o nurtujące nas rzeczy tu w Meksyku, których nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

IMG_20171217_132758_HDR

Dojechaliśmy do Tepotzotlan na same bramki pod autostradą. Stąd już z górki, zjedliśmy śniadanie i wiśta dalej, nie czekaliśmy nawet chwili, od razu zabrał nas jeden z przejeżdżających tirów. Sto kilometrów dalej wysiadka na jednym z parkingów, zjedliśmy w knajpce po torcie i szukaliśmy dalej, zostało jedynie 230 km do celu. Trzeba było się nieco pośpieszyć bo Monikę zaczęły miejscowe dzieciaki atakować, chciały żeby im kupowała wszystko co popadnie, no i oczywiście pieniądze (amerykanie się nabrali). Tym razem trochę musieliśmy poczekać, ale opłaciło się łapać praktycznie po środku autostrady.. Po półgodziny złapaliśmy osobówkę do centrum Leon.

IMG_20171216_143307

Trochę poczytałem o okolicy miasta i zmieniliśmy zdanie o zostaniu tu na noc, szczególnie że host z którym się umawialiśmy, wystawił nas do wiatru. Spędziliśmy trochę czasu w McDonalds, w poszukiwaniu jakichś innych wariantów, ale tak jak wczoraj, było już zapóźno. Po przejściu kilku kilometrów w kierunku wylotówki, złapaliśmy pick upa, który jedynie podrzucił nas kawałek dalej na wjazd autostrady. Jeszcze przez godzinę próbowaliśmy szczęścia, w końcu jednak odpuściliśmy i po przejściu dwóch kilometrów wzdłuż drogi zaleźliśmy miejsce na namiot. Wszędzie dookoła smog nie pozwalający porządnie dychnąć, pełno syfu i KURZ, a ponoć miasto Meksyk ma z tym największy problem. A tu taka niespodzianka.

GOPR0583

Myśleliśmy że miejsce będzie najmniej przypałowe, jednak rano obudzili nas rolnicy z kosami, puki nie reagowali było ok. Ale jeden chyba miał jakiś problem, podjechał do domu i spuścił na nas psy, więc na szybko musieliśmy się zawinąć. Wróciliśmy na wjazd i zaczęliśmy łapać, trochę czasu poszło, dopiero po 10 zabrał nas Antonio. Kolejny zjazd, kolejny kierowca i lecimy dalej w stronę Guadalachary. Krajobraz robił się coraz bardziej pustynny, wszędzie złota trawa, niskie drzewa i susza. Najbardziej jednak dziwiły nas okoliczne dwie góry, kształtem bardzo przypominały świętą górę aborygenów Uluru w Australii. Były całkowicie płaskie, tak jakby je ktoś równał przy pomocy poziomicy.

IMG_20171217_132823_HDR

Nie ma to jak siedzieć w amerykańskim krążowniku szos, słuchając lecącego z radia kantry i przemierzać tą bezkresną przestrzeń. Dookoła kilometry ciągnących się pastwisk, tysiące krów, koni i piękne rancza. A za kierownicą Hektor dociskający gaz w rytmie muzyki, bajka, tego nie da się opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Im dalej jechaliśmy, tym częściej mijaliśmy kolejne plantacje agawy, a wszystko to na najlepszą tequilę świata, no i oczywiście pola kukurydzy, których wszędzie pełno. Co jakiś czas drogę patrolowały sępy, czychając aż trafi się jakaś świeża padlina.

IMG_20171217_132339_HDR

O piętnastej dojechaliśmy na przedmieścia Guadalajary. Wszystko się fajnie ułożyło, przez ostatnie sto kilometrów towarzyszyła nam ulewa, ale gdy wjechaliśmy do miasta, wszystko cudownie się uspokoiło. Do tego momentu mieliśmy szczęście, później było już nieco gorzej. Dość szybko ogarnęliśmy się w okolicy, na horyzoncie było widać Burger Kinga, więc mieliśmy gwarancję WiFi. Znalazłem go jakoś na GPSie i na dobry początek spacerek ponad dwa kilometry, ale trzeba było sprawdzić hostów. Niestety żaden z ludzi do których pisaliśmy nie mógł nas przyjąć, wszyscy byli poza miastem. Zostało nam jedynie szukanie na Bookingu, trafił się jeden fajny nocleg za normalne pieniądze, tylko że było do niego 16 km. Miasto jest ogromne, a niestety komunikacja dla kogoś kto tu nie mieszka jest kompletnie nie do ogarnięcia.

IMG_20171217_123704_HDR

Sprawdziliśmy mniej więcej dzielnice, gdzie mamy się dostać i próbowaliśmy znaleźć autobus. Wpadaliśmy do każdego po kolei pytając czy tam jedzie, aż w końcu "trafiliśmy". Kierowca powiedział że tam jedzie, ale po 10 km kazał wysiadać na ostatniej jego stacji, więc czekał nas sześcio kilometrowy spacer. Do tego musieliśmy jeszcze znaleźć działąjący bankomat, najlepszy byłby santander z którym nigdy nie ma problemu, tylko że przy większości stały kolejki po 50 osób... W końcu jakiś gość polecił naminny bank w okolicy i sie udało załątwić wszystko w minutkę (na 5 bakomatów działał jeden...). Z tamtąd prosto pod adres, plecaki ciążyły coraz bardziej, ale jakoś zdążyliśmy dojść na czas. Hotel okazał się prywatnymi pokojami o naprawdę fajnym standardzie, nieco tańsze były tylko klitki w czymś co przypominało cele w piwnicy, a tu mieliśmy łazienkę i dostęp do kuchni. Byliśmy tak głodni, że zostawiliśmy jedynie rzeczy i poszliśmy coś zjeść do okolicznej budki. Szczęście się do nas mocno po raz kolejny uśmiechnęło, sprzedawca mówił rewelacyjnie po angielsku, więc mogliśmy się dowiedzieć o okolicy,a szczególnie to na co mamy uważać.

IMG_20171217_132935_HDR

Od rana kurs na centrum i zwiedzamy. Miasto o wiele lepsze od Leon, czy Puebli, ale i tak nie zachwyca za mocno, brak tego efektu wow. Na początku ruszyliśmy zobaczyć Plaza de La Liberation, dość fajne miejsce z masą ludzi,które jednak polecam tylko na chwilę. Za to kościół świętego Augosta robi wrażenie, masa zdbień i piękna architektóra. Idąc dalej rozglądaliśmy się po stoiskach i mówiąc szczerze, nie polecam zakupów, wszędziejest masa podróbek, zamiast kamieni na 90 % kupicie barwioną żywicę, nawet bursztyn podrabiają. Podobnie jest na targu San Huan de Dios,wszędzie chińszczyzna, podrabiana skóra (szczególnie jeśli chodzi o kowbojki, po te polecam wybrać się do stacjonarnego sklepu, albo szewca), a reszta to sam chłam. Pierwsze takie miejsce, gdzie faktycznie nie ma co kupić, ani na czym zawiesić oka.

IMG_20171217_134426_HDR

Znowu na ulicach zrobił się dzikitłum, myśleliśmy że w Mexico City było dużo ludzi,ale tu jest dosłownie dzicz, ulicą nie da się spokojnie przejść. Wszędzie pełno klaunów, domków świętego mikołaja i oczywiście żebraków. Kolejne miasto które męczy, chociaż może to być nasze osobiste odczucie. Jest tu jednak kilka ładnych skwerów, gdzie można odpocząć, muzea, nawet jedno z figurami woskowymi, tylko za wszystko sobie życzą duże pieniążki.

IMG_20171217_145047_HDR

Dalej trafiliśmy do Katedry La Asunción de Maria,polecam zajżeć chociaż na chwilę, pięknie wygląda z zewnątrz, jak i w środku. Dalej z falą trafialiśmy na kolejne uliczki, aż wylądowaliśmy na obrzeżach centrum. Tam już nic ciekawego nas nie mogło czekać, więc powoli zebraliśmy się w stronę naszego pokoju. Dobrze się złożyło, bo nad miastem wisiały coraz czarniejsze chmury, a przed pokojem mieliśmy wywieszone pranie.

IMG_20171217_145527_HDR

W ostatnim momencie wszystko udało się zebrać i od tego momentu byliśmy uziemieni na dobrą godzinę. Później poszliśmy coś zjeść do tej samej budy co ostatnio i znowu zostaliśmy na dłużej. Horhe był tu jedną z niewielu osób z którymi mogliśmy się dogadać, więc miło się siedziało, a do tego miał najlepsze jedzenie w okolicy. Dzisiaj dodatkowo daliśmy się skusić na miejscowy specjał jego kolegi, nazywają to Tehuino, ale gorąco odradzam. Może komuś to posmakuje, ale mi nie pomogło i w tempie przyśpieszonym trzeba było wracać. Robią to o ile pamiętam z lodu, kukurydzy (niedojżałej), soli, chili i czegoś jeszcze. Ponoć ma gasić pragnienie w upalne dni, ale smakuje naprawdę źle.

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci