Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Nikaragua

Obrót o 180 stopni stopni i powrót do Salwadoru.

nilek2609

Dla odmiany, wstaliśmy dzisiaj dość szybko, zjedliśmy ostatnie śniadanie na wyspie i promem o 10 wróciliśmy na stały ląd. Wsiadajac nie mieliśmy pojęcia że czeka nas przy okazji zabawa jak w wesołym miasteczku, promem miotało na wszystkie strony jak szatan, a że tym razem siedzielismy na górnym pokładzie, to emocje były o wiele większe. Szczególnie gdy trzeba było łapać plecaki żeby nie wypadły za burtę. Nieco ponad godzinę później (w tą stronę poszło szybciej) byliśmy już w San Jorge i chwiejnym krokiem opuszczaliśmy port. Po odgonieniu wszystkich taksiarzy zlapaliśmy stopa do Rivas, skąd dalej pojechaliśmy do miasta Masaya na poszukiwania leniwca, który ponoć zamieszkuje tutejszy park. Mimo szczerych chęci, nie udało się go znaleźć, ale za to spotkaliśmy odpoczywającego Kamyka, który czekał w mieście na nocne wejście na wulkan. 

IMG_20180204_140440

Jakoś tak sprawy się potoczyły, że po obiedzie w Tip Top (fast food z kurczakiem, przy którym pasły się kury) zdecydowaliśmy się zostać na noc w okolicy. Do wulkanu mieliśmy zaledwie kilka kilometrów, więc to kwestia chwili żeby tam dojechać, nie przewidzieliśmy tylko ulewy. Zamiast stopa, wybraliśmy pierwszy przejeżdżający autobus, z którego na miejscu wysiadaliśmy dosłownie w biegu, co było w tym busie chyba normalne. Taki szalony ekspres, jak ten z Harrego Pottera (błędny rycerz). Chwilę poczekaliśmy na Arka pod wejściem i wspólnie poszliśmy w okolicę na after party po ostatnim spotkaniu. Standardowo na stół wpadł rum, pepsi, a nawet policja, której się tu w sumie nie spodziewaliśmy. Na szczęście chcieli nas tylko ostrzec i takie tam, po czym życząc miłej zabawy odjechali w swoją stronę. Tym razem nikt nas nie zgarnął do siebie, a że pora już była późna, to przyszedł czas na zjedzenie czegoś treściwego. Wrzuciliśmy do gara wszystko co się dało i po jakimś czasie mieliśmy całkiem dobrą kolację. A po tym wszystkim, wróciliśmy spowrotem pod bramę parku i rozbiliśmy się tam gdzie kilka dni temu. 

IMG_20180202_110019_HDR

Podobnie jak ostatnio, trzeba było wstać wcześnie żeby nie trafić na armię turystów, więc dłuższa drzemka odpadała.. Kamyk po chwili poszedł w stronę stolicy, a my mieliśmy przymusową, dłuższą przerwę przez mój plecak, w którym wszystkie szwy zaczęły puszczać... Przed tą podróżą musiałem zmienić plecak na nowy, a że Hi-Tec według mnie robi najlepsze w tym przedziale cenowym, to wybór był oczywisty. Ostatni plecak posłużył mi ładnych kilka lat, ale wiadomo, wszystko z czasem zaczyna się zużywać. Miałem nadzieję, że tym razem będzie podobnie, jednak się zawiodłem. Po dwóch miesiącach, w najważniejszych miejscach zaczęły puszczać szwy, więc ponad godzinę siedzieliśmy po drugiej stronie drogi i starałem się go porządnie zszyć. W między czasie, po raz pierwszy w Ameryce Centralnej mieliśmy okazję posłuchać sobie strzelaniny. Z początku mieliśmy nadzieję że to tylko fajerwerki, ale jednak nie. Na szczęście udało nam się dość szybko złapać stopa, kolejnym plusem był kierowcą mówiący po angielsku i do tego dziennikarz. Wiadomo, że widzą dość sporo, więc zapytaliśmy go o sytuację w Hondurasie. Zaczął opowiadać, że ma tam znajomego dziennikarza, który mówił że cały czas są zamieszki na ulicach, policja nie ma oporów przed strzelaniem do ludzi na ulicach (organizują łapanki nawet po domach) i jest dużo przemocy którą widać na każdym kroku. Po czym on nas zapytał "jak ustosunkowalibyśmy się do kłamstwa o tym, że Nikaragua jest najbezpieczniejszym krajem Ameryki Centralnej". Po tym co słyszeliśmy rano i zachowaniu ludzi przez ostatnie dni, odpowiedź była jasna, jest tu tak samo niebezpiecznie, jak w każdym innym kraju tego regionu. 

IMG_20180204_073548_HDR

W Managui zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę w burgerze, trzeba było się podładować, zjeść śniadanie i ogarnąć trochę rzeczy w internecie. Dopiero przed trzynastą ruszyliśmy dalej, do głównej drogi mieliśmy ponad trzy kilometry, co w tym słońcu by nas dobiło (mój plecak dobił do 22,5kg), więc zaczęliśmy łapać kawałek dalej w centrum miasta. Po pół godziny ktoś podrzucił nas na obrzeża miasta, skąd chwilę później w klimie jechaliśmy już do Leon. Godzina łapania, standardowego urzerania się z wkurwiającymi taksowkarzami i w końcu ruszyliśmy dalej w stronę Chinandegi. Rozmawialiśmy chwilę z kierowcą po hiszpańsku, później po angielsku, który znalazł słabo, więc zaczął mówić po niemiecku O.o. Chwilę później się dowiedzieliśmy, że wpadł tu tylko na wakacje do rodziny, a na codzień pracuje w Szwajcarii (nawet ma obywatelstwo). Mieliśmy wysiąść w Chichigalpa, ale padły pytania co robimy i gdzie śpimy, po czym Luis przywiózł nas na wioskę do swojego domu. Zapytał czy jesteśmy parą, po czym przygotował jeden z pokoi (były dwa, a rodzina spora) i powiedział że będzie szczęśliwy jeśli zechcemy być jego gośćmi. Mieliśmy szczęście jak cholera, jeszcze wspólna kolacja, co ciekawe jedliśmy spaghetti, widać że gościu po pobycie na emigracji nie pała miłością do rodzimej kuchni. Później całą rodziną pojechaliśmy na godzinę do miasteczka obok, na internety w parku i przed 22 spać. 

IMG_20180205_055725

Rodzina wstała po szóstej, więc przebudziliśmy się podobnie i czekaliśmy na rozwój sytuacji. Dzień zaczęli od sprzątania obejścia, po czym o siódmej Luis zabrał nas do miasta obok, skąd chwilę później jechaliśmy do Chinandegi. Dwa kilometry pieszo i lądujemy w parku, gdzie od razu zaczepił nas jakiś młody chłopak i zaprosił do comedora na śniadanie. I tak nic nie jedliśmy, więc skorzystaliśmy z zaproszenia zamiast szukać czegoś innego. Fajna obsługa, jedzenie za grosze, tylko trochę problem z dzieciakami jak to w parku bywa. Poszedłem na kilka minut do sklepu i próbowały Monice wyrwać z rąk telefon, jednak karma wróciła instant, bo po chwili dziewczynka dostała po pysku, chyba od starszej siostry. Później przenieśliśmy się kawałek dalej do cienia i siedzielismy na internetach do 14, co prawda mieliśmy jechać na wybrzeże, ale na chwilę się nie opłacało. 

IMG_20180205_084918

Przed dalszą drogą wpadliśmy jeszcze zjeść coś do Tip Topa i nieco się ochłodzić w klimatyzacji. Dokupiliśmy jeszcze galon wody na drogę i ruszyliśmy na wylotowkę z miasta, kierunek granica. Trochę czasu tam spędziliśmy, ale w końcu zatrzymał się jeden pick up, którym dojechaliśmy 15 km przed granicę, kierowca zaopatrzył nas jeszcze w napoje i próbował dorzucić jakieś drobne na transport, no ale bez przesady. Kolejnym dojechaliśmy do ostatniego miasta przed granicą i stąd czekało nas 6 kilometrów marszu przez ciemne pustkowie... Tępo mieliśmy dość dobre, pierwszą i ostatnią przerwę zrobiliśmy dopiero w połowie drogi, tam też zatrzymał nas jeden z miejscowych na motorze z oczywistą informacją że jest niebezpiecznie (nie mieliśmy wyboru). Po czym jadąc najwolniej jak się tylko dało, doprowadził nas na samą granicę i wrócił do siebie, nie zmieniało to jednak faktu, że przez całą drogę trzymałem w dłoni otwarty nóż. Na punkcie kontrolnym wypytali nas o wszystko, po czym pozwolili rozbić się gdzieś na terenie, de facto nawet nie musieliśmy się pytać, sami zasugerowali żeby do Hondurasu jechać dopiero rano. Na granicy jest wszędzie internet, więc przez kilka godzin mieliśmy co robić, a koło 23 rozbiliśmy się na betonie, na przeciwko urzędu migracyjnego. 

IMG_20180205_090328

Wstaliśmy przed szóstą (obudzilismy nas ludzie rozglądający stoiska), wypiliśmy po kawie i o 7:30 przeszliśmy odprawę u Nikaraguańczyków. Kobieta, którą poznaliśmy wczoraj wieczorem otworzyła specjalnie dla nas osobne okienko, nawet zapłaciliśmy mniej za wyjazd z kraju. Normalnie biorą od 9 do 13$, a my jakiś cudem zapłaciliśmy jedynie po 2 $, co było miłe z ich strony. Chwilę później odprawiliśmy się w Hondurasie i zaczęły się jaja, wyszliśmy na drogę i przywitała nas totalna pustka. Co jakiś czas przejeżdżał jedynie jakiś Tir w podwójnej obstawie i bez jakiejkolwiek reakcji omijał nas bokiem przy pełnej prędkości. Staliśmy po środku jednego wielkiego śmietnika, dookoła tylko kilka osób, tuk tuki, spacerująca świnia i obserwujący nas facet z karabinem. Jednak dopiero po chwili zauważyłem, że dookoła nas między tym śmieciowiskiem leżą same łuski po nabojach, dobry początek..

IMG_20180205_102623

Dalej nie mam pojęcia co nam odbiło żeby jechać samemu przez ten kraj, ale jak już jesteśmy na miejscu, to trzeba było to zrobić. Dla wszystkich w okolicy jesteśmy zjawiskiem większym niż gdzie indziej, jakby nie dowierzali w to, że dwójka gringo lata sobie z plecakiem po ich kraju. W końcu stwierdziliśmy, że nie ma co czekać na okazję i zabraliśmy się pierwszym lepszym autobusem za 1,5$ do miasta Choluteca. Kilka kilometrów przed miastem czekała nas wojskowa kontrola, żołnierze pod bronią trzepali cały autobus, sprawdzali wszystkim dokumenty, po czym przyszła jakąś kobieta i zaczęła rozdawać każdemu po cukierku (nie ogarniam). Dwie godziny zajął nam ten krótki odcinek, ale udało się dojechać w całości. Zrobiliśmy mała przerwę gdzieś na drodze na tuńczyka i poszliśmy szukać kolejnego autobusu w stronę Salwadoru. Po kilku minutach trafiliśmy na dworzec po środku targowiska, chwila czekania i podjechał autobus do samej granicy w Amarillo. Nie mieliśmy Lempari (miejscowa waluta), więc trochę z nas zdarli (po 5$) w dolarach, ale to jest nic w porównaniu do 35$, które płaciliśmy ostatnio. Chociaż teraz wiemy dokładnie dlaczego są takie wysokie ceny. W autobusie do którego wsiedliśmy, do czasu startu krążyła banda kieszonkowcow, zaledwie w kilka minut okradli pięć osób... Na szczęście nas nie ruszyliśmy, chyba zauważyli że widzieliśmy całą akcję i będziemy się pilnować. 

IMG_20180205_134256

Gdy ruszyliśmy z Nikaragui, myślałem że uda się załatwić to wszystko szybciej, mimo że jechaliśmy tylko autobusami, to w Salwadorze byliśmy dopiero po sześciu godzinach (130km). W ścisku, bo w ścisku, ale dojechaliśmy na samą granicę, zalatwiliśmy szybko migracyjną i z uśmiechem na twarzy przywitaliśmy Salwador. Nigdy nie sądziłem, że tak ucieszy mnie to miejsce, ale po Hondurasie człowiek ma dziwne odczucia. Mimo że było to zaledwie kilka godzin, to według mnie była to dość ciekawa lekcja, szczególnie jeśli chodzi o ludzi, którzy nie należą do najmilszych. Chociaż nie ma im się co dziwić, skoro mają największy odsetek zabójstw na świecie i przegrali ostatnio z rządem, więc krótko mówiąc maja przerąbane.. Na granicy kupiliśmy jedynie coś zimnego i autobusem pojechaliśmy do San Miguel poszukać czegoś na dzisiejszą noc. 

Tych którym podoba się nasza podróż, zapraszam do śledzenia wyprawy na bieżąco na Facebooku. Tam również znajdziecie więcej zdjęć.

Link u góry strony :) 

Kamyk i wizyta na wulkanicznej wyspie Ometepe

nilek2609

O jedenastej zabraliśmy rzeczy, sprzątaczka dość mocno dawała nam do zrozumienia, że mamy jedynie pięć minut na wyniesienie. Przed opuszczeniem miasta zrobiliśmy przystanek w piekarni na ciasto i kawę, skąd później stopem wróciliśmy do Rivas, gdzie mieliśmy się spotkać z Arkiem ze "Stone on travel". I faktycznie, czekał na nas pod Burger Kingiem, tak jak się umawialiśmy dzień wcześniej. Nie było co siedzieć w tym samym miejscu, więc poszliśmy gdzieś w stronę centrum, zjedliśmy obiad w comedorze i po zakupy na wieczór. Zapakowaliśmy "prowiant" na Arka trzykołową brykę i ruszyliśmy za miasto w poszukiwaniu idealnego miejsca na dzisiejszy obóz. Mimo że jakiś pasi-krowa kręcił się po okolicy, postanowiliśmy wbić się w przydrożne krzaki, miejsce wydawało się idealne, powoli zaczęliśmy szykować maczetą miejsca pod namioty i zabawa. Jednak niezbyt długo to trwało, zaledwie pół godziny później odwiedził nas owy jegomość od krów (nie wiem jak nas znalazł) i mówi że nie możemy tu zostać bo oczywiście jest niebezpiecznie. Mimo to chcieliśmy zostać, ale on zaczął coś tłumaczyć Kamykowi, że tu cichociemni nocą robią brudne interesy. Chwilę później daliśmy się jednak przekonać, gdy zaproponował nocleg u siebie w domu. 

G0030012

Z początku nie chcieliśmy się narzucać Efreinowi (zapis fonetyczny), ale chyba nie mieliśmy wyjścia, w końcu wrócił specjalnie po nas. W domu poznaliśmy całą rodzinę, zjedliśmy wspólnie kolację, oprowadzili nas po obejściu i resztę wieczoru siedzieliśmy z jego małą ciekawską wnuczką, rozmawiając o świecie. Mieliśmy trochę inny plan, związany w szczególności z rumem i typowym świętowaniem spotkania po Polsku, ale nie za bardzo wypadało, ale mimo to trzeba było jakoś spędzić czas. Jednak w którymś momencie młoda zapoznała nas ze swoimi kolegami z sąsiedztwa i po prostu sobie poszła spać, a my siedzieliśmy z nimi. Trochę posiedzieliśmy z nimi, później już tylko w trójkę i wymienialiśmy wspólne doświadczenia już bez skrępowania, przy butelce dobrego rumu (9zł :D)

IMG_20180130_153331

Rano atmosfera iście domowa, seniora przygotowała pyszne śniadanie dla wszystkich, do tego gorąca kawa, pełen raj o nieco barbarzyńskiej porze. Najedzeni, przed odejściem zrobiliśmy pamiątkową fotkę i przenieśliśmy się do parku miejskiego. Nie było zbyt wiele do roboty, więc do południa siedzieliśmy w miejscu, ładując sprzęt i szukając w sieci dalszych pomysłów. Po rozmowie z Kamykiem, później jeszcze z Arturem i Wojtkiem, całkowicie zmieniliśmy plany. Niestety Kostaryka zniszczyła by nas finansowo w ciągu kilku dni, nawet gdybyśmy chcieli wpaść tam tylko na chwilę, to koszta wjazdów i wyjazdów są spore (ok 50$ za dwoje). A ceny na miejscu robią tak samo piorunujące wrażenie jak w Londynie z tego co każdy nam powtarza, więc postanowiliśmy odpuścić i pokręcić się po okolicy, może nawet na Kubę się uda dostać.

IMG_20180130_155255

Przed pierwszą poszliśmy jeszcze na ostatni wspólny obiad i godzinę później pożegnaliśmy się w miejscu, gdzie się de dacto poznaliśmy. Kamyk ruszył dalej pieszo w stronę stolicy, a my na wyspę Ometepe, zobaczyć z bliska wulkan Koncepcjon. Jednak zanim to się stało, musieliśmy pokonać pięć kilometrów pieszo, co miało też swoje plusy. Zdarzało się że trafialiśmy po drodze na różne owoce i zawsze starałem się każdy nowy zerwać, tym razem była to karambola (gwiezdny owoc) rosnąca w towarzystwie orzechów nerkowca, ale tych lepiej było nie dotykać. Trochę zajęło nam przejście tego dystansu, ale udało się zdążyć na prom o 16. Zapłaciliśmy po 50 c$ i zaczął się nasz półtora godziny rejs. Było to nieco dziwne, odległość z lądu na wyspę była dość mała, zaledwie kilka kilometrów. Jednak po chwili wiedzieliśmy czemu tak rejs jest tak długi, fale na jeziorze dochodziły nawet do półtorej metra...

IMG_20180131_111546_HDR

Wszystko na początku było spoko, do czasu gdy chcieliśmy wejść na górny pokład z plecakami. Jeden z gości kazał nam zostawić je na dole obok innych rzeczy, problem w tym że tylko turyści mieli taki nakaz, wszyscy miejscowi brali co im się podobało ze sobą. Coś tu śmierdziało, więc dla pewności cały rejs spędziliśmy na dole razem z rzeczami, co widać im nie do końca odpowiadało (przynajmniej nikt nic nie stracił). Gdy jednak dotarliśmy na miejsce, wszystkie negatywne emocje odpuściły, Arek miał racje co do wyspy, tu faktycznie jest inny świat. Przy głównej ulicy w Mayogalpie znaleźliśmy hostel, gdzie prywatny pokój z fajnymi warunkami kosztował jedynie 4,5$ za osobę. Spodziewaliśmy się czegoś zgoła innego, myśleliśmy że będzie drogo jak w każdym turystycznym miejscu (jest taniej niż w Leon) i mieliśmy zamiar spać na plaży, a tu jest wszystko o wiele tańsze niż na lądzie. Nawet mentalność jest całkowicie inna, ludzie się witają, chodzą uśmiechnięci, nawet gdy nie chcesz skorzystać z ich usług, są dalej pozytywnie nastawieni i po prostu życzą miłęgo dnia. Zostawiliśmy rzeczy w pokoju i poszliśmy w głąb miasteczka na rekonesans. W jednejz restauracji trafiliśmy na solidną kolację za 80c$, tyle zazwyczaj płaciliśmy za śniadanie, a tu mamy normalne jedzenie. Później zdażyłosię coś czego byśmy sięnie spodziewali (napewno nie tu), podczas jedzenia dość mocno mi coś nie pasowało, cały czas miałem wrażenie że obok siedzą Polacy i faktycznietak było. Po chwili siedzieliśmy już w czwórkę, a po kolejnych kilku minutach w ósemkę, krótko mówiąc przejeliśmy lokal.

IMG_20180131_112550_HDR

Zaraz po śniadniu ruszyliśmy w strpnę wulkanu Koncepcjon, nie znaliśmy kompletnie drogi, co jakiś czas sprawdzałem jedynie na mapie czy idziemy w dobrym kierunku. Z miasteczka, jedną z uliczek doszliśmy do jakiejś szutrowej drogi i miedzy ogrodzonymi pastwiskami parliśmy ostro na przód z myślą żeby znaleźć miejsce z dobrym widokiem na wulkan. Nie sadziłem, że bedziemy w stanie dojść tak daleko, droga zmieniała się stopniowo, co raz więcej głazów, miejscami gorsze podejścia, ale i tak ma spokojnie można było iść. Im głębiej wchodziliśmy w "wąwóz", tym wiecej zwierząt widzieliśmy po drodze. Nie tylko tysiące małych jaszczurek, duże stada pięknych zielonych papug, ale największe wrażenie robiła i tak rodzinka Czepiaków (małp), które obserwowały nas z koron drzew. Spotkać je w naturalnym środowisku to po prostu bajka, ale nie tylko one tu siedziały, z oddali było słychać też stado wyjców. Co jakiś czas mijali nas równierz pasterze prowadzący bydło na pastwiska, niby nic nadzwyczajnego, ale widok ośmiolatka na gołym koniu prowadzącego stado byków, też robi wrażenie.

IMG_20180131_113024

Po czterech kilometrach w końcu doszliśmy na miejsce, widok na wulkan z tej odległości, robił jeszcze większe wrażenie. Udało nam się dojść prawie do samego podnurza, mogliśmy iść spokojnie dalej, ale było za gorąco, a mieliśmy jedynie pół litra wody ze sobą. Gdy wracaliśmy spowrotem, mijały nas kolejne stada papug, czasem wyglądało țo jak na Krakowskim rynku, gdy wzbijały się w powietrze jak gołębie. Idąc dalej spotkaliśmy jeďynego turystę, który postanowił tu zajrzeć, był to Leo z Wielkiej Brytanii. Zamieniliśmy kilka zdań i wróciliśmy do hotelu odpocząć nieco po tym maratonie. Dla lepszego efektu zimne piwo, lody i tak spędziliśmy kolejne dwie godziny.

IMG_20180131_124319_HDR

Dopiero po 17 ruszyliśmy się z miejsca i poszliśmy na małą plażę obok portu, gdzie umówiliśmy się z Leo. Czekamy, czekamy i nic, więc w końcu sami weszliśmy na górę do knajpki obok, a on już tam siedział z jakąś Niemką, musieliśmy go nie zauważyć. Od słowa do piwa, tak toczyła się nasza rozmowa przez kolejne kilka godzin. Na zakąskę, każdy zjadł po świerzej rybce z jeziora i ta jakoś leciało. Przed północą przenieśliśmy się do jego hostelu, tam poznaliśmy jeszcze paczkę "bananowych dzieci", trochę czasu spędziliśmy wspólnie i po pierwszej wróciliśmu do siebie.

IMG_20180201_184759

Wyspa jest na tyle fajna, że po śniadaniu postanowiliśmy opłacićkolejną, trzecią już noc i wróciliśmy do pokoju dalej ospoczywać. Mieliśmy takiego lenia, że wyszliśmy gdziekolwiek dopiero po południu, wcześniej nawet taran nie byłby w stanie nas ruszyć z hamaka. Zjedliśmy obiad i przed zachodem słońca poszliśmy na drugimkoniwc miasta zonaczyć jedną z plaż, kțórą polecił nam Leo. Powoli robiło się ciemno, słońce schowało się za górami i zaczął się mały spektakl, na który specjalnie tu przyszliśmy, a mowa o setkach świetlików, które krążyły po plaży. Kolejna rzecz, którą warto tu zobaczyć, z resztą jest o wiele więcej miejsc, ale nie chce nam się zbyt wiele chodzić. Wracając so hostelu mijały nas konie, samopas zwiedzające miasto, u nas nikt by ich tak nie wypuścił, a țu nikt na to nie zwraca uwagi, w końcu zwierze samo wróci jak zgłodnieje.

 

Wulkan Masaya, Granada i miasto duchów La Boquita

nilek2609

Według planu mieliśmy dzisiaj jechać na wulkan Masaya oddalony zaledwie 30 km od nas, więc nie było co się śpieszyć. Zjedliśmy spokojnie śniadanie i przed pierwszą wymeldowaliśmy się z hotelu. Przeszliśmy kilka kilometrów pieszo na główną drogę, jakaś mała przerwa w Mc'Donalds i przed trzecią jechaliśmy już w stronę wulkanu. Zaledwie kilkanaście minut później siedzieliśmy przed głównym wejściem, trochę ciężko było się dogadać na bramie, co chwilę mieliśmy płacić inną cenę i tak dalej. W końcu dostaliśmy mapkę z informacjami po angielsku i zdecydowaliśmy się czekać kolejne dwie godziny na nocny wjazd.

GOPR0008

Siedzieliśmy tak na ławce od jakiegoś czasu i tak poznaliśmy parkę Brazylijczyków, dzięki którym dowiedzieliśmy się dokładnie całej reszty informacji. Cena za nocny wjazd (czytaj 17:45) to 10 $ czyli 309 cordob, więc nie tak źle. Doszło by jeszcze po 140 za transport w obie strony,ale złapaliśmy się na okazję z parą Brytyjczyków, bo niestety piesza wycieczka odpadała. Na początku odwiedziliśmy muzeum, które jest jednym z punktów wycieczki, skąd pół godziny później, całym konwojem wjechaliśmy na szczyt po nowiutkiej asfaltowej drodze sponsorowanej przez Unię Europejską. Wejście warte jest każdych pieniędzy, po raz pierwszy w życiu byłem na aktywnym wulkanie,widok kotłującej się lawy, zaledwie sto metrów niżej zapiera dech. W końcu spełniło się jedno z moich największych marzeń i po latach zobaczyłem tą potęgę. Z każdą chwilą miejsce robi coraz większe wrażenie, szczególnie że w każdej chwili może dojść do erupcji, a wchodzi się tutaj tak na prawdę na własną rękę. Bo jak to ładnie napisali w broszurce, nie biorą żadnej odpowiedzialności za odwiedzających.

IMG_20180125_173156

Przez wydobywające się gazy z wnętrza krateru, nie mogliśmy spędzić u góry więcej niż 15 minut, ale tyle chyba wystarcz, żeby wyryć ten widok porządnie w głowie. Koło 19 wróciliśmy pod główną bramę parku i razem z Brazylijczykami poszliśmy na poszukiwania jakiejś restauracji. Niestety wszystko w zasięgu było zamknięte na głucho, więc autobusem za 10 cordob pojechaliśmy do miasteczka Nindiri. Tam kilku miejscowych wskazało nam najtańszą knajpkę, gdzie spędziliśmy kolejne dwie godziny, aż było na tyle późno, że mogliśmy się przejść po okolicy w poszukiwaniu miejsca na camping. Tak trafiliśmy na obrzeża miasta, trochę to trwało, ale w końcu rozbiliśmy się jakieś dwa kilometry dalej, zaledwie kilkanaście metrów od jeziora. Zdążyliśmy się nacieszyć miejscem zaledwie pół godziny, gdy już mieliśmy się kłaść, od tyłu zajechał do nas pick up z dwójką strażników parku narodowego Masaya. Od razu nas poinformowali, że nie możemy za bardzo przebywać na tym terenie, do tego jest ponoć niebezpiecznie, więc zabierają nas ze sobą. Wszystko tak fajnie się potoczyło, że mieliśmy darmowe zwiedzanie całej okolicy przy okazji ich patrolu. Trochę to trwało, ale dzięki nim zjechaliśmy całe jezioro dookoła, nawet zrobili nam krótki przystanek nad laguną opowiadając o okolicy. Później spakowali z powrotem na pakę i przywieźli pod bramę parku,gdzie kazali rozbić namioty zaledwie kilka metrów od miejsca w którym wcześniej czekaliśmy na wjazd. 

IMG_20180126_062857

Żeby uniknąć porannych turystów, wstaliśmy o wschodzie słońca, pożegnaliśmy Brazylijczyków i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie zdążyliśmy nawet ściągnąć plecaków na drodze i już mieliśmy transport do Granady, a że był to zaledwie kawałek, więc o wpół do ósmej byliśmy w mieście. O tej porze wszystko wyglądało dość sennie, niewielki ruch na drogach, jedynie stada zielonych papug jazgocząc patrolowały okolicę. Znaleźliśmy jakąś ładną knajpkę obok parku, gdzie zabunkrowaliśmy się na poranną kawę i śniadanie. Później ruszyliśmy w stronę portu zobaczyć okolicę, co prawda nie ma tu zbyt wielu miejsc w centrum, ale i tak warto. Na dobry początek odwiedziliśmy konwent św. Franciszka (nic specjalnego), później Iglesia de Guadelupe (jedynie z zewnątrz robi wrażenie) i dalej w stronę jeziora Cocibolca, którego wody przypominają nieco rodzinny Bałtyk. 

IMG_20180126_081738_HDR

Z "plaży" pieliśmy się powoli w górę, w stronę wylotówki, odwiedzając po drodze katedrę, park centralny z piękną fontanną i dwa kolejne kościoły (Merced i Xalteva). Później po tym maratonie chcieliśmy się dostać do rezerwatu motyli naobrzeżach miasta, tylko byliśmy już dość mocno padnięci, żeby drałować z plecakami w tym słońcu. Idąc ulicą, jakiś facet zaproponował nam podwózkę na miejsce za 8$ w jedną stronę, patrząc na tutejsze ceny, to za te 250 cordob, obrócilibyśmy w dwie strony normalną taksówką i jeszcze by zostało na kilka piw. Odpuściliśmy i jakiś kilometr dalej za 40 cordob pojechaliśmy tuk tukiem. Szutrowa droga prowadziła przez typowe slumsy, na końcu której, na totalnym zadupiu była motylarnia. Nie wyglądało to zbyt specjalnie, do tego 5$ za wejście od osoby. Chyba sobie jaja robią z czymś takim, cholera wie jak to wszystko jest ogarnięte, ale patrząc na to z zewnątrz, tyle samo motyli zobaczymy na drodze obok, więc odpuściliśmy. Tuk tuk odjechał od razu, więc nad jezioro musieliśmy drałować kolejne dwa kilometry pieszo.

IMG_20180126_102129_HDR

I tu niespodzianka, na końcu drogi szlaban zamknięty na głucho. Po chwili wyskakuje jakiś dzieciak i rząda od nas 5$ (155c$) za osobę. Teraz to naprawdę się wkur***iśmy, tyle drogi i mamy płacić krocie za możliwość przejścia przez pastwisko z bykami na mały taras widokowy. CHwilę po tym jak wyśmiałemmłodego, przyjechał na koniu dwuzębny jegomość i zszedł z ceny do 50c$ za nas dwoje, więc brzmiało to o wiele lepiej niż ponad 300, a szkoda było odpuszczać po tym wszystkim. Ale przynajmniej było warto, idąc kawałek w dół zbocza wypatrzyłem dwa ogromne uciekające legwany, później Monika trafiła na latające nad nami niebieskie ary, do tego widok na jezioro Apoyo wynagrodził nam cały trud podróży w to miejsce. Szkoda tylko że nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia zwierzaków,były zbyt płochliwe.

IMG_20180126_102727_HDR

Nocleg odpadał, więc koło wpół do czwartej zaczęliśmy powoli wracać, w stronę miasta. Mieliśmy szczęście, bo przypadkiem w połowie drogi zgarnąłnas inny tuk tuk do cywilizacji. Byliśmy tak głodni, że od razu wpadliśmy do najbliższego comedora i za 100 c$ dostaliśmy kopiasty talerz kurczaka z dodatkami, nawet była kiszona kapustka (trochę mniej niż nasza, ale zawszeto smakdomu). Jakąś godzinę po opuszczeniu jeziora, siedieliśmy już w pierwszym pick upie, na noc chcieliśmy dostać się na wybrzeże Pacyfiku do miasteczka La Boquita.

IMG_20180126_114848_HDR

Spodziewaliśmy się typwego imprezowego miasteczka, a tu się okazuje, że trafiliśmy do totalne dziury. Na mapie widzieliśmy kilka hoteli, restauracje i tak dalej, a tu praktycznie nic nie ma, kompletne miasto duchów z kilkoma lokalsami. Ponad godzinę próbowaliśmy znaleźć nocleg, pomagała nam nawet jakaś kobieta (chyba kobieta). Zaprowadziła nas do jednego z miejsc które ponoć było hotelem, ale nie wyrazili chęci żeby nas przyjąć, cholera wie co się tutaj dzieje. Później znaleźliśmy inne miejsce za astronomiczną kwotę, z której jakoś udało się zejść, tylko co z tego, jak się okazało że nie ma bieżącej wody (w całym mieście). Pani wskazała nam jakiś baniak z wodą i miskę za pomocą której mogliśmy wziąć prysznic, więc decyzja była jasna, spadamy rozbić namiot gdzieś za miasto, skoro i tak będą te same warunki co tu. W jednym ze sklepów uzupełniliśmy zapas wody i szliśmy w kierunku obrzeży miasta, tam spotkaliśmy jakiegoś faceta, który obiecał nam pomóc. Zadzwonił do jakichś znajomych i załatwił nam pokój (w sąsiedztwie chlewika) za pół ceny w pensjonacie nieco dalej. Tu przynajmniej mieliśmy łazienkę w pokoju i działający prysznic (woda ze zbiornika na dachu), więc zostaliśmy na noc. Wyjaśnił nam też o coz tym miejscem chodzi, jak się okazuje wodociąg dostarczający wodę do miasta działa na zasadzie roszady i raz w tygodniu puszczają wodę na jedno z siedmiu miasteczek... Ja myślałęm, że takie rzeczy to już tylko w Afryce, ale jak widać byłem w błędzie. A jeśli chodzi o ludzi, to w większości przyjeżdżają tu tylko w dzień, a po południu wszystko umiera.

IMG_20180126_115232_HDR

Koło dziesiątej rano, poszliśmy na śniadanie do knajpki przy plaży, którą polecił nam nasz nowy znajomy, mówił że to najtańsze miejsce z dobrym jedzeniem. I od razu ostrzegł żeby nie dać się zaciągnąć nikomu po drodze, bo zapłacimy podwójnie za to że nas przyprowadzili. Trochę zajęło znalezienie tego miejsca, ale się udało, właścicielka zadowolona z klientów od razu leci z menu (tym specjalnym), a tam ceny większe niż w Międzyzdrojach w dobrej restauracji... Ale że ten facet powiedział nam ile kosztuje śniadanie, więc negocjowaliśmy i dostaliśmy właściwą cenę. To miasteczko mocno przypomina Livingston, widząc białego nie wiedzą już ile zaśpiewać, nie ważne czy jest to jedzenie w knajpie, nocleg czy nawet zakupy w sklepie, wszystko jest za minimum podwójną cenę. Gdyby jeszcze oferowali dobre warunki to zrozumiem, ale nie coś takiego jak tutaj. Za głupi pokój chcieli na początku po 20 $, gdzie trzeba się prosić o wodę..

IMG_20180128_123330

Przed południem wyprosiliśmy żeby włączyli po raz kolejny wodę, wzięliśmy prysznic i o dwunastej zaczęliśmy łapać stopa. Droga dalej pusta, co jakiś czas przejechałjedynie motor, więc postanowiliśmy jechać autobusem, oczywiście za podwójną cenę... Jeszcze przez całą drogę trzeba było pilnować rzeczy przed złodziejaszkami. Po godzinie dojechaliśmy do Diriamby i wedługnowego planu mieliśmy przeczekać do jutrzejszej parady gdzieś w hostelu, wszystko jednak płynnie się zmieniło. Ludzie tak nas zaczęli doprowadzać do szału, że postanowiliśmy wyjechać już dzisiaj i odpuścić całą imprezę. Przez dobre dwie godziny w jednej knajpie szukaliśmy pomysłu na wieczór i kolejny dzień. Koniec końców padło na wybrzeże, kilkadziesiąt kilometrów przed Kostaryką, tamjest ponoć ładnie i dość tanio, z tego co mówili Brazylijczycy (nie jest). Dość szybko poszło, co prawda większość ludzi jechałado miasta obok (było już prawie ciemno), ale trafił nam się stop do Rivas. Zostawili nas w samym centrum miasta, więc musieliśmy przenieść się nieco naobrzeża, żeby znaleźć coś dalej. Tylko po raz kolejny zaczęło się to samo co w stolicy, gdy odchodziliśmy powoli od cywilizacji, wszystkim odwalało i albo kazalinam iść do hotelu, albo na autobus, bo jest niebezpiecznie. Gdy jednak podeszła trzecia osoba, bez gadania wybraliśmy hotel (zbitaz paletcela xD)... Nawalony facet z wytatuowanymi łezkami pod okiem (wiecie pewnie co oznaczją), zaproponował nam podwiezieniedo San Juan del Sur, Bóg wie jak, czym i gdzie tak naprawdę. 

IMG_20180128_174121_HDR

Za tą zapyziałą dziurę śmierdzącą trupem, przyszło nam rano zapłacić 300c$, ale bezpieczeństwo ważniejsze. Wpadliśmy jeszcze na śniadanie do Burger Kinga i po jedynastej stopem dojechaliśmy do San Juan del Sur. Na dobry początek znaleźliśmy jakieś zakwaterowanie i pędem ruszyliśmy na plażę. Później przeszliśmy się po mieście i spokojnie mogę stwierdzić, że jest tu napewno lepiej niż w La Boquita, coś tu się dzieje po prostu o każdej porze dnia, przedewszystkim są ludzie. A z drugiej strony miasto od siebie odpycha, wszyscy patrzą niezbyt przychylnie,wchodzisz do knajpy, a oni są źli że trzeba cię obsługiwać... Zjedliśmy jedynie coś na kolację, piwko w hotelowym ogródku i wróciliśmy do pokoju. Patrząc na naszą dotychczasową podróż i odwiedzone kraje, bezkonkurencyjnie wygrywa Meksyk, im dalej na południe, tym jest drożej i gorzej. Jeszcze przed wyjazdem dużo myśleliśmy o Nikaragui i to w samych superlatywach, a tu się okazuje że mamy kolejną Chorwację (daj pieniądze i "uciekaj w podskokach"). Jedynie miasto Leon w tym kraju jest naprawdę w porządku, mimo że nie ma tam zbyt wiele do roboty.

W końcu Nikaragua ;)

nilek2609

Od rana zaczynaliśmy się pakować, mieliśmy czas na wymeldowanie do 12, więc postanowiliśmy to zrobić dość szybko i przenieść się do baru ogarnąć na internetach dalszy plan. Przez dobre dwie godziny patrzyłem w mapę jak kołek i szukałem dobrego i taniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zaszyć na te kilka dni. Już nawet myśleliśmy żeby załatwić workaway gdzieś dalej, ale było zbyt mało czasu. Dopiero pod koniec wpadł nam pomysł żeby napisać jeszcze raz do ministerstwa migracji Nikaragui z pytaniem czy jest możliwość wcześniejszego wjazdu. Liczyliśmy że najszybciej odpiszą dopiero jutro (była niedziela), więc zebraliśmy rzeczy i już mieliśmy wychodzić, gdy przyszła wiadomość zwrotna. Okazało się że w każdej chwili możemy wjechać do kraju mając wcześniejszą decyzję. Od razu zostawiliśmy rzeczy w tym samym pokoju z którego dopiero co się wymeldowaliśmy i polecieliśmy do biura podróży kupić bilety na busa. Zobaczymy tylko co powiedzą na to, że wjeżdżamy inną drogą, oby nie robili z tym problemu. Wychodzi więc na to że spędzimy tu trzy noce, ale przynajmniej jest ładnie. Zjedliśmy jedynie obiad i wróciliśmy do błogiego nic nie robienia, no może z małymi przerwami. Później jeszcze chwila na plaży, ostatnia wizyta w sklepie w La Libertad i posiedzenie z naszym kochanym Jose. Który swoją drogą, od dzisiaj będzie jeździł na rowerze w naszej pięknej odblaskowej kamizelce autostopowej.

IMG_20180124_144317

Kompletnie się nie wyspałem, zamiast położyć się jak normalny człowiek w miarę wcześnie, to oglądałem filmy, ale jakoś udało się wstać przed siódmą. Wzięliśmy szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie graty, jeszcze po jakiejś kanapce na zabicie głodu i kwadrans przed ósmą przyjechał bus. Z nami był już pełen komplet, jeszcze tylko zgarnęliśmy drugiego kierowce z La Libertad i bezpośrednio w kierunku granicy z Hondurasem. Swoją drogą dość bezpieczny transport nam się trafił, jeden kierowca ma ze 140 kg wagi, a drugi wygląda jak góra mafijnych mięśni, więc raczej nikt im nie podskoczy. Po jedenastej zatrzymaliśmy się na obiad w okolicach El Divisadero. W końcu comedor z dobrym jedzeniem, gdzie za pełny talerz płaci się 5$, a nie za podłego burgera.

IMG_20180122_131104

Wyjeżdżając z Salwadoru, na granicy nie zapłaciliśmy ani grosza, sprawdzili nam jedynie dokumenty i puścili dalej. Busem podjechaliśmy pod kolejne bramki, gdzie czekała nas zabawa z odprawą po stronie Hondurasu. Po raz pierwszy na granicy przeszliśmy pełną kontrolę biometryczną, co dość mocno mnie zdziwiło, szczególnie że wjeżdżamy do kraju zapomnianego przez Boga... Tym razem dostaliśmy pieczątki w paszport, zapłaciliśmy jeszcze po 3$ za tranzyt i ruszyliśmy dalej w drogę. Między granicami mieliśmy do przejechania zaledwie 130 km, więc to był jedyny odcinek jaki mogliśmy zobaczyć i niezbyt wiele mogę powiedzieć o kraju. Wszędzie dookoła teren wygląda jak pustynia, w większości niewielka roślinność, często wypalona przez miejscowych do zera i to całymi hektarami.. Podobnie jak Gwatemala i Salwador mają tu spory problem ze śmieciami, z tą tylko różnicą, że tu na nich pasły się krowy na zmianę z sępami... Domy wyglądają różnie, od naprawdę biednych lepianek z błota, do kilku pokojowych ładnych domków. Ciekawostką też jest to, że od wyjazdu z Meksyku nie widzieliśmy żadnego punktu kontrolnego na drodze, dopiero tutaj zaczęły się pojawiać (bardzo młodzi wojskowi, niczym dzieciaki).

IMG_20180123_151733_HDR

O wpół do czwartej zajechaliśmy na granicę, odprawa z Hondurasem poszła po raz kolejny dość szybko, ta sama procedura co wcześniej, nawet mimo sporej kolejki zajęło to zaledwie kilkanaście minut. Gorzej było z wjazdem do Nikaragui. Na granicy na dobry początek przeszliśmy rentgen z wszystkimi rzeczami, później kontrola dokumentów i oczekiwanie. Było trochę biegania, ale kierowca załatwił za nas praktycznie wszystko, tylko na sam koniec  coś im się popieprzyło w systemie i musieliśmy czekać. Ciekawe jest to że oprócz kontroli na granicy, wszystkie skany dokumentów są wysyłane jeszcze raz do ministerstwa i dopiero po akceptacji mogą nas puścić dalej. Już na początku słyszeliśmy że zajmie to około 45 minut, ale przez problemy z systemem siedzieliśmy tam do 18, dopiero wtedy oddali nam paszporty.

IMG_20180124_144901_HDR

Dość padnięci równo po 12 godzinach dojechaliśmy do centrum Leon. Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej, ale wystarczyło przejść się kilka metrów i znaleźliśmy hostel za 155 cordob (5$), więc jeszcze taniej niż było na bookingu. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść po okolicy. Pierwsze wrażenie rewelacja, wszędzie czysto, ładne centrum, nie śmierdzi i co najważniejsze, nie ma tu po zęby uzbrojonej policji/ochrony. O takiej porze ciężko było by spacerować wcześniej, nikt nie martwi się że wyskoczy ktoś z za rogu i go okradnie. Krążąc tak między uliczkami, wpadliśmy do jakiegoś marketu zobaczyć co mają ciekawego (sprawdzić ceny) i aż uroniliśmy łzę na stoisku z pieczywem, po dwóch miesiącach dostaliśmy najprawdziwszy chleb. Do tego mieliśmy kupić jakieś piwko, ale że rum wychodził w tym starciu lepiej, to decyzja była prosta. Wróiliśmy do hotelu i zaczęliśmy mały chill out. Nie siedzieliśmy długo sami, po chwili dołączył Francuz z couchsurfingu, później Włosi i kilka innych narodowości, a reszta potoczyła się dalej sama.

IMG_20180124_161732

Kolejny dzień zaczął się dla nas dopiero po południu, ale za to byliśmy w pełni wypoczęci i mogliśmy ruszyć na podbój miasta. Zjedliśmy śniadanie u Jordańczyka i na dobry początek poszliśmy odwiedzić kilka kościołów. Wpadamy hur dur do pierwszego z nich zrobić kilka zdjęć i kapa, trafiliśmy na pogrzeb, przed oczami przeleciała nam tylko trumna... Nie był to za dobry start, więc od razu się ewakuowaliśmy żeby nie przeszkadzać w ceremoni. Kilka uliczek dalej zaopatrzyliśmy się w pamiątki i poszliśmy zobaczyć kolejny z kościołów. Chyba nie mamy do tego dzisiaj szczęścia, otwieram drzwi i świat spowalnia, zacząłem aż przecierać oczy z niedowierzania bo nie sądziłem że coś takiego zobacze, totatny mindfuck. Po drógiej stronie ołtarza stała grupka ludzi rozmawiając przy ogromnym stole z Jezusem we własnej osobie... Dopiero po chwili doszło do nas że to pochylona figura, ale zrobiła na nas niezłe pierwsze wrażenie. Dalej trafiliśmy na obrzeża miasta, gdzie w końcu chcieliśmy zobaczyć jeden z tutejszych cmentarzy, ale nie był tak widowiskowy jak sądziliśmy, więc wróciliśmy w stronę centrum. Rozejżeliśmy się jeszcze trochę i z zakupami wróciliśmy do hostelu zaplanować kolejnych kilka dni. Tak poznaliśmy miejscowego adwokata, który zagadywał do nas co jakiś czas podrzucając pomysły na miejsca warte zobaczenia i stawiał kolejne piwa.

IMG_20180124_175140_HDR

Mając ogarnięty plan na kolejnych kilka dni, po 11 wymeldowaliśmy się z hostelu i ruszyliśmy przed siebie. Na dobry początek śniadanie w subwayu, jakoś tak wyszło najtaniej i na wylotówkę z miasta. Po 13 złapaliśmy stopa w kierunku miasteczka Mateare, droga pierwsza klasa, naprawdę niczym lustro, wszystko ładnie wykoszone od linijki, dużo pastwisk i ładna zabudowa. Kierowca wysadził nas pod sklepem i stamtąd poszliśmy w głąb miasteczka żeby zobaczyć jezioro Managua, przy okazji znaleźć miejsce na camping. Niestety się przeliczyliśmy, syf jak cholera to mało powiedziane, plaża ze śmieci, ale przynajmniej był ładny widok na kopcący wulkan Momotombo. Opcja noclegu odpadła, więc ruszyliśmy dalej do stolicy.

IMG_20180124_175206_HDR1

Kolejnym autem dojechaliśmy pod monument Hugo Chavesa, więc oficjalnie pierwszy punkt można skreślić z listy miejsc do zobaczenia. Kawałek dalej zobaczyliśmy jeszcze "Tribuna Monumental" i poszliśmy nieco odpocząć przy mrożonej kawie w Parku Luisa Alfonso Velasqueza. Później Pałac Narodowy, Katedra Santiago de Managua i przez Plaza de la Republica doszliśmy na Plaza de la fe Juan Pablo II, gdziepo środku placu stoi wielki pomnik z podobizną Jana Pawła II, upamiętniający jego wizytę w Managui. Z tego co widzieliśmy, sporo ludzi lubi tu przesiadywać, niektórzy uczą się jeździć autami, a inni wypasają konie. Idąc dalej mijaliśmy budy z jedzeniem, kolejne alejki i parki, aż trafiliśmy na zamknięty targ, gdzie doprowadził nas GPS, gdy kierowaliśmy się do hotelu. Miejsce o tej porze wyglądało mocno nieszczególnie i chyba takie było, bo zaledwie po stu metrach zaczepił nas jakiś facet mówiąc żebyśmy nie szli dalej, bo dla nas będzie zbyt niebezpiecznie. Po czym wyprowadził w bok i kazał iść inną drogą, problem był tylko taki, że każda kolejna uliczka wyglądała podobnie, więc nie było za bardzo jak tego obejść. Dopiero gdy z jednej z uliczek wyszedł gość ciągnąc za sobą metrową maczetę, postanowiliśmy nadrobić około kilometra, żeby tylko ominąć to miejsce, szczególnie że obok stało jeszcze kilku takich agentów.

IMG_20180124_180828

Do hotelu zostało niewiele ponad dwa kilometry, okolica robiła się jakby przyjemniejsza, więc szliśmy już na spokojnie rozmawiająco tym co się dzieje. Chwilę później kolejny facet nas zatrzymuje, mówiąc żebyśmy lepiej nie rozmawili w swoim języku, tylko po hiszpańsku, bo będziemy bezpieczniejsi... Przeszliśmy kolejne metry i tym razem trzech gości nas zatrzymuje, już naprawdę nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć, słyszeliśmy że Nikaragua jest bezpieczna i w ogóle, a tu takie mecyje. Wcześniej w Leon wszystko było ok, a tu każdy napotkany człowiek nas ostrzega przed wszystkim. Tych trzech nie chciało tak szybko odpuścić, wypytali co tu robimy, gdzie dokładnie idziemy i kazali jechać zatrzymaną taksówką prosto pod adres. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, więc wsiedliśmy i za 80 cordob kierowca odwiózł nas pod drzwi. Od razu zameldowaliśmy się u właścicielki, wypełniliśmy co trzeba i chcieliśmy zjeść kolację w okolicy. Kobieta nas zatrzymała i zaczeła dawać konkrete instrukcje, gdzie, jak i którędy mamy iść, nawet którą stroną drogi... Oprócz tego kazała jak najszybciej wracać, jeśl trafimy przy skrzyżowaniu na większą grupkę ludzi. Kompletnie nie wiemy co się tu dzieje, ale woleliśmy posłuchać kobiety, która w końcu tu mieszka. 

IMG_20180124_182238

Idąc w jedną stronę, nie znaleźliśmy nic otwartego, więc poszliśmy gdzie indziej, aż trafiliśmy na bar z hamburgerami. Chcieliśmy w końcu zjeść coś innego, ale za wielkiego wyboru teraz nie było. Zamówiliśmy po jednym na wynos i tak siedzieliśmy na schodach czekając na zamówienie, a tu podchodzi jakiś cichociemny typ, wita się z nami, później z kilkoma innymi osbami, po czym jak by to było normalne, wyciąga ze spodni (nie z kieszeni) dwa 40 centymetrowe noże i próbuje je sprzedać... Nie było co dłużej się kręcić, wzięliśmy jedzenie po kilku minutach i jak po sznurku wróciliśmy do pokoju. A jutro spadamy dalej, bo i tak zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że bywaliśmy w o wiele gorzej wyglądających miejscach jak np Xela w Gwatemali, więc nie do końca rozumiemy dlaczego ludzie są tu tak przerażeni.  

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci