Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : Francja

Playa del Carmen i powrót do Europy :(

nilek2609

O 9 ruszyliśmy w drogę, na jednej z krzyżówek złapaliśmy autobus do centrum, ostatnia wizyta w Burdel Kingu i kolejnym wydostajemy się na obrzeża miasta. Mimo że spędziliśmy tam trochę czasu, to wszystko szło dość płynnie i chwilę po południu byliśmy 40 km dalej. Dopiero wtedy zrobiło się gorzej, słońce co raz bardziej dawało popalić, ruch mimo głównej drogi i sąsiedztwa autostrady był znikomy, a to nie ułatwiało. W końcu jednak się udało i zgarnęli nas Kanadyjczycy. Nie było łatwo wpakować się w trójkę do małej osobówki, ale się udało i po piętnastej byliśmy już na bramkach przy rozjeździe Cancun / Playa del Carmen. Podobnie jak wcześniej musieliśmy odstać swoje, ale za to po kolejnej godzinie byliśmy u celu. Kierowca zostawił nas w centrum miasta pod kolejnym "kingiem", gdzie planowo mieliśmy wpaść szybko na internet, ogarnąć AirBnb, zostawić graty i iść na plażę, ale tak łatwo nie mogło pójść. Zamiast tego spędziliśmy w środku dobre cztery godziny i walczyliśmy z tym cholernym portalem, który z ogromną mocą starał się utrudnić nam zabukowanie noclegu. Dopiero po 22 udało się jakoś to ogarnąć i mogliśmy iść na miejsce. Plan się nie powiódł, więc jedyne co byliśmy wstanie zrobić to szybki wypad na zakupy i spać...

IMG_20180420_164905

W końcu od bardzo (ale to bardzo) długiego czasu mogliśmy zrobić porządną jajecznicę na śniadanie, po którym poszliśmy z Łukaszem na plażę zobaczyć jak to wszystko wygląda. Z początku spodziewałem się zastać ten  sam widok co w Tulum (wkońu to niedaleko), jednak nie było tak kolorowo. Bardzo wąska plaża z dziesiątkami ton paskudnych zielonych glonów na które niestety był teraz "sezon", więc oprócz turystów było też sporo koparek i miejscowych z widłami, którzy próbowali w jakiś sposób pozbyć się tego syfu usypując przy tym wielki kopiec gdzieś w rogu. Z resztą nie to było największym problemem tego miejsca tylko hotele, które dosyć szczelnie zaciskały pętle w tej części wybrzeża, przez co prawie cała przestrzeń była zarezerwowana dla ich "pięciogwiazdkowych gości". Mimo to postanowiliśmy nie rezygnować zbyt szybko i poszliśmy nurkować. Niestety mimo chęci woda bardziej przypominała żur, niż cokolwiek innego, więc nie miało to najmniejszego sensu...

IMG_20180418_111042

Zamiast siedzieć bezczynnie, poszliśmy zobaczyć co się dzieje dalej wzdłuż plaży i na kilku okolicznych uliczkach. Patrząc tak na ten całokształt i ludzi którzy nas otaczali, śmiało mogę powiedzieć, że jest to miejsce stworzone w większości dla starych amerykanów z suto wypchanym portfelem. Gdy szliśmy wzdłuż plaży, co kawałek zaczepiali nas ludzie proponując wycieczki za kosmiczne pieniądze, masaże i inne pierdoły, a to wszystko przed pięciogwiazdkowymi resortami. Bez pieniędzy nie było sensu tam siedzieć, więc jakiś czas później wróciliśmy odpocząć do pokoju. Później  za to było o wiele ciekawiej, wracając z Chedraui poznaliśmy parkę starszych Kanadyjczyków, którzy po krótkiej chwili zaprosili nas do stolika na małe piwko. I tak to wszystko się zaczęło... Rozmowa tak dobrze się kleiła, że po jednym doszło jeszcze kilka, aż zorientowaliśmy się że wybiła druga nad ranem i niestety trzeba było iść spać.

IMG_20180420_164402_HDR

Od rana czekał  nas mały rozgardiasz, powoli trzeba było zacząć się pakować, co było nie lada wyzwaniem, szczególnie że skończyło się nam miejsce w plecakach. Spowodowało to kilka smutnych decyzji, takich jak pożegnanie kochanej maczety, która towarzyszyła mi dzielnie przez ostatnich kilka miesięcy, ale za to poszła w dobre ręce. Na dobrą sprawę miałem teraz prawie kilogram  mniej w plecaku, ale tylko do chwili gdy wróciliśmy z Łukaszem z Walmartu niosąc kolejne pamiątki, które jeszcze bardziej go dociążyły... Po wyjściu postanowiliśmy się przejść jeszcze piątą aleją, tak zwanym sercu miasta, gdzie znajduje się większość ciekawszych sklepów i miejsc wartych zobaczenia. Szybko jednak zmieniliśmy kierunek... Tutaj jak nigdzie indziej Meksykanie dostają dosłownie pierdolca na punkcie pieniędzy i dla nich każdy biały to chodzący portfel wypchany samymi setkami $$$$$$$. Nie ma się w sumie co im dziwić, skoro nadęte bufony ze stanów (jak i wielu innych krajów) nauczyły ich że dostaną kilka dolarów od tak za byle pierdołę, więc teraz tego oczekują, a nawet i żądają. Dlatego też Amerykanie panoszą się jak święte krowy, co naprawdę potrafi doprowadzić do szału..

IMG_20180420_165533

Kolejnego dnia gdy dorzuciliśmy ostatnie rzeczy do plecaka, chyba do nas dotarło że to ostatnie chwile w Meksyku. Do południa kręciliśmy się jeszcze po okolicy niewiedząc co tak naprawdę ze sobą zrobić, aż trzeba było wychodzić. Łukasz ruszył na wylotówkę w kierunku Tulum, a my poszliśmy kawałek dalej do McDonald's zabić jakoś czas przez kolejne kilka godzin. Ruszyliśmy się dalej dopiero po piątej, idealnie żeby zajechać jeszcze na lotnisko i jednak nie spać w krzakach. Nie mieliśmy zamiaru iść z plecakami na wylotówkę, więc zaledwie po 300m, w pierwszej wolnej zatoczce zaczęliśmy łapać i godzinę później z jedną z pracownic lotniska zajechaliśmy pod same drzwi trzeciego terminala. 

IMG_20180420_165906_HDR1

Lotnisko dziwnie puste, oprócz nas było tam zaledwie kilku turystów i niewiele osób z obsługi. A zaledwie dwie godziny później zostaliśmy praktycznie sami, więc rozłożyliśmy się wygodnie na karimatach i staraliśmy się zasnąć. Kilka godzin snu i przed szóstą obudził nas jeden z ochroniarzy pilnujących terminala, do tego zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi, więc po jakiś czasie przenieśliśmy się do Starbucksa. Ludzi na pęczki, ale jakoś znaleźliśmy wolny stolik i tak siedzieliśmy przy kawie obserwując ludzi. Przez większość czasu nie działo się nic nadzwyczajnego, dopiero przed dziesiątą dostaliśmy bonusa w postaci alarmu bombowego O.o. Nagle zawyły syreny na cały regulator, światła zaczęły wariować i poleciał komunikat z głośników o zagrożeniu wybuchem. W europie wszyscy wpadli by w panikę i zaczęli uciekać gdzie pieprz rośnie, a w Meksyku wszystko na spokojnie, ludzie nawet nie przejęli się sytuacją i robili wszystko tak jak by nic się nie stało. Nawet nie wydając jakichkolwiek oznak zdenerwowania. Więc dokończyliśmy spokojnie kawę i poszliśmy posiedzieć trochę na słońcu, a tam "Explosivos" (saperzy) bez stresu chillują się w aucie... Kocham ten kraj :D

IMG_20180420_170138

Koło południa wróciliśmy na górę, podładowaliśmy sprzęt i przed czwartą poszliśmy się odprawić. Kolejka długa jak po zasiłek, nikt się nie śpieszy, na kilkaset osób jedynie pięć punktów obsługi, ale co tam.. W końcu przyszła nasza kolej, dajemy plecki i nagle się okazuje że namiot i karimaty muszą iść osobno bo coś tam coś tam, niezbyt chętnie ale przystaliśmy już na to. Babka sprawdza nam karty wjazdowe i okazuje się że musimy załatwić jeszcze pieczątkę z migracyjnej, inaczej nam nie da biletów, więc zostawiliśmy wszystko i poszliśmy do ich biura. Jakiś czas spędziliśmy w kolejce bo oczywiście jedna osoba wystarczy, po czym dajemy karty do podbicia, a babka żąda potwierdzenia opłaty wjazdowej do Meksyku... Oczywiście bez wniesienia opłaty nie wjechalibyśmy do kraju, więc się po prostu czepiała żeby zainkasować ponad tysiąc peso do kieszeni, ale na szczęście mieliśmy papierek w plecaku. Wracamy do odprawy po dokument i się okazuje że nasze plecaki już odjechały... Więc z powrotem do migracyjnej wyjaśnić sytuację, babka każe płacić, my że nie musimy bo już to zrobiliśmy, a ona dalej swoje. W końcu wzięła nas na przetrzymanie i kazała czekać na kierownika który nigdy nie przyszedł, za to ona w końcu zobaczyła że nic nie ugra i po pół godziny przybiła pieczątki. Już wszystko miało być ok, wróciliśmy po bilety i zrobiło się zamieszanie, bo pieczątka jest po 2 stronie kartki (była po właściwej). Kilka minut nerwowego czekania, w końcu sprawa się wyjaśniła, ale dalej nie wiedzieliśmy co z naszymi rzeczami które i część z nich odjechała w siną dal... W końcu dostaliśmy bilety i postanowiliśmy odpuścić, najwyżej coś się "zgubi".

IMG_20180420_170921

Zadowoleni cofnęliśmy się na kontrolę celną, wszystkie manele na rentgen i niespodzianka, już widzę uśmiech na twarzy celnika i pytanie czyj to plecak :D. Tym razem doczepili się woreczków z piaskiem wulkanicznym, czego mówiąc szczerze się spodziewałem, dlatego też poszły do małego plecaka, żeby nie trzepali tego dużego. Sprawdzili dokładnie w kilku narkotestem i puścili dalej. Teraz mieliśmy dobre dwie godziny luzu na krzątanie się po strefie bezcłowej. W kieszeni mieliśmy ostatnie 200 peso, więc poszliśmy nie co zaszaleć. Pierwszy sklep i czas spowolnił, ceny z KOSMOSUUU i to dosłownie. Myśleliśmy że kupimy jakieś napoje do samolotu i przekąski, a tu najtańsza litrowa butelka wody kosztuje 75 peso (15zł), alkohol dwa razy droższy, a kawałek pizzy od 150 do 230 peso (30-46zł). Skończyło się na tym że kupiliśmy jedynie po batoniku, wodę i poszliśmy gdzieś usiąść. Powoli zaczynało zbierać się coraz to więcej ludzi i o 19 w końcu otworzyli bramkę i zaczął się chaos. Okazało się że cały ten tabun ludzi czekał na nasz lot. Mimo jeszcze jednej kontroli na wejściu, w ciągu niecałej godziny udało się wepchnąć ponad 500 osób na pokład i kwadrans przed ósmą nasza wielka kolubryna oderwała się od ziemi. 

IMG_20180420_173101

Po dwóch godzinach lotu stewardzi podali kolację i położyliśmy się spać. Nigdy w życiu nie lecieliśmy tak tragicznym samolotem, zawsze narzekałem na wizzair albo ryanair w których było dość niewygodnie i brakowało miejsca na nogi, ale w porównaniu do wamos air są jak pierwsza klasa. Przez większość lotu kręciliśmy się jak "G" w przeręblu, ale udało nam się przespać chociaż kilka godzin i przed południem czasu Hiszpańskiego wylądowaliśmy w Madrycie. Tym razem dla odmiany mieliśmy ekspresową odprawę i poszliśmy szukać naszych bagaży, co zajęło już o wiele więcej czasu. Mimo że plecaki przyjechały dość szybko, jak na tą ogromną ilość rzeczy, to na namiot i resztę czekaliśmy ponad godzinę, ale lepiej w tą stronę niż całkowity ich brak. W końcu przed 14 opuściliśmy terminal i poszliśmy łapać stopa. Spodziewaliśmy szybkiego transportu, a dostaliśmy "z liścia",  po ponad dwóch godzinach jakaś parka zabrała nas zamiast na autostradę to pod centrum miasta, gdzie byliśmy już totalnie w dupie. Przez jakiś czas kręciliśmy się w okolicy jednej z głównych dróg, ale po kolejnych kilku godzinach odpuściliśmy na rzecz autobusu jadącego na La Garete, gdzie liczyliśmy na trochę więcej szczęścia, ale koniec końców rozbiliśmy namiot i oo 22 poszliśmy spać...

IMG_20180421_235745

Zaledwie trzy godziny później wystrzeliło nam oczy jak ping pongi i koniec spania, po prostu się nie dało. Zrobiłem kilka rundek po okolicy z nadzieją że jakaś ciężarówka zaraz ruszy, ale nic z tego. Dopiero po obejrzeniu kilku filmów udało nam się zasnąć o szóstej po raz kolejny, ale już zaledwie na godzinę i znowu wystrzeliło nas jak z procy. Oczy mieliśmy tak wielkie jak chęć snu, ale daliśmy za wygraną i poszliśmy zjeść śniadanie na stacji. Kilka godzin czekania i przed dziesiątą złapaliśmy stopa do Guadalajary z mega pozytywnym gościem o imieniu Jose (czyli jak 80% naszych wcześniejszych kierowców), który przez większość drogi śmiał się z naszego Hiszpańskiego (latynoska wersja się dość mocno różni). Przed południem przesiadka do kolejnego autka i lądujemy 60 km dalej na jednym z "dużych" parkingów. Szału nie było, zaledwie kilka aut i jeden Polski busik z którego kierowcą wypiliśmy po lampce wina i dalej w drogę, niestety nie miał żadnego frachtu, więc nie mógł nas poratować. Ale za to przez przypadek trafił nam się Chorwat jadący do Barcelony, więc od razu mieliśmy lepszy humor, zapowiadało się że wieczorem będziemy już we Francji, a stamtąd już z górki do domu. Niestety ciężarówka którą jechał jego brat z ojcem uległa awarii i zaledwie 150 km dalej (4h jazdy...) musiał nas wysadzić w mieście Saragossa. Pech chciał że znaleźliśmy się w nie najlepszym położeniu, jedynym plusem był okoliczny McDonald gdzie chwilę odpoczęliśmy i wróciliśmy łapć dalej stopa. Z początku szukaliśmy czegoś na wjazdach przed autostradą, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu, więc przenieśliśmy się na autostradę (nie było to zbyt mądre) co nie polepszyło naszej sytuacji nawet o jeden procent. Nie mając wyboru zaczęliśmy po prostu iść przed siebie na najbliższy parking przy A2, który był 13,5 kilometra dalej. Była to kolejna niezbyt mądra decyzja, ale nie mieliśmy już innych pomysłów. Pod tym obciążeniem wydawało się to niemożliwe, ale po małym rozplanowaniu trasy doszliśmy na miejsce po czterech i pół godziny, co i tak było niezłym wyczynem. Później już tylko chwila odpoczynku i spać...

IMG_20180422_184334

O świcie przenieśliśmy się na stację po drugiej stronie autostrady licząc na jakiś prysznic, ale niestety Hiszpanie chyba tego nie znają, więc wypiliśmy jedynie po kawie i wróciliśmy z powrotem. Przed dziesiątą w końcu ktoś się zatrzymuje, z osobówki wychodzi starszy pan z wielkim uśmiechem na twarzy i wypytuje co tutaj robimy, a wszystko przez to że sam kiedyś podróżował. Okazało się że ów jegomość przeprowadził się tutaj z Rumuni i od dobrych 20 lat prowadzi tu razem z rodziną małą piekarnię. Niestety nie mógł nam pomóc bo jechał zaledwie kawałek dalej do domu, ale nie chciał nas tak zostawić, więc dostaliśmy cały wór jeszcze ciepłych wypieków. Z dobrym humorem i pełnymi brzuchami przenieśliśmy się kilometr dalej spróbować szczęścia na drodze krajowej, ale po godzinie wróciliśmy z powrotem na stację. Powoli zaczynało mnie łamać, a nie zapowiadało się że ruszymy za chwilę dalej, więc rozłożyłem hamak i postanowiłem się nieco zdrzemnąć. Może gdybym zrobił to z samego rana to wyjechalibyśmy szybciej, nie zdążyłem nawet porządnie zmrużyć oka i mieliśmy transport. Zabrał nas młody chłopak jadący do znajomych w góry niedaleko granicy. Nie sądziliśmy że dojedziemy dzisiaj tak daleko. Z chęcią powiedział bym o nim coś więcej, ale przez większość trasy zdarzało nam się mdlać ze zmęczenia, co było dość ciekawe, bo gdy sami próbowaliśmy zasnąć to nie było szans, więc krótko mówiąc nie pamiętam zbyt wiele. W końcu po kilku godzinach jazdy wylądowaliśmy 55 km od słynnej wśród kierowców La Jonqury. Zrobiliśmy małą pauzę na kolację i już wszystko szło z górki, a wystarczyło tylko trafić do Katalonii. I tak żabimi skokami na kilka aut dojechaliśmy do granicy, wzięliśmy gorący prysznic i w zaledwie parę minut upolowaliśmy jednego z Polskich kierowców, który zabrał nas do Francji.

IMG_20180423_134035

Przez kolejne dwie godziny udało nam się ujechać zaledwie dwadzieścia kilometrów dalej na inny parking, a wszystko przez gigantyczny korek od granicy. Mimo to byliśmy zadowoleni, w końcu kraj gdzie lubią autostopowiczów. Dochodziła północ, więc dalsza jazda w naszym stanie nie miała zbyt wielkiego sensu, ale dla świętego spokoju zrobiliśmy dwie rundki i poszliśmy spać. Tym razem przespaliśmy całą noc normalnie i wstaliśmy w miarę wypoczęci chwilę po szóstej. Rafał z którym dojechaliśmy tu w nocy był na tyle miły że zostawił nam swój numer telefonu i obiecał że może nas zabrać dalej jeśli nie wyjedziemy z parkingu szybciej z kimś innym. I tak chwilę po siódmej siedzieliśmy u niego w szoferce popijając gorącą kawę. A kolejne kilka godzin później byliśmy o krok od kolejnej granicy i coraz to bliżej domu, teraz szło już naprawdę ekspresowo w porównaniu z tym co było w Hiszpanii. Na kolejnym parkingu po dwóch godzinach przerwy złapaliśmy Oskara, który jechał w stronę jeziora Bodeńskiego. Od tej chwili postanowiliśmy jechać cięgiem do domu, pogoda już nie była tak łaskawa i niestety nie zachęcała do spania w namiocie, więc w sumie nie mieliśmy innego wyjścia. Na szczęście auta zaczęliśmy zmieniać dość szybko i nie robiliśmy przerwy dłuższej niż dwie godziny. Kawa pod Frankfurtem, śniadanie gdzieś przy Erfurcie i tak koło południa kolejnego dnia dojechaliśmy do Zgorzelca, a kilka godzin później odpoczywaliśmy już w domu.

IMG_20180424_142314

Morderstwo pod wierzą Eiffela...

nilek2609

17 lipiec 2015

Konrad z Michałem opuścili nas koło 4:30 i poszli do kierowcy z którym umówili się dzień wcześniej, a my przespaliśmy się jeszcze dwie godzinki, ogarnęliśmy prysznic i po 7 również zaczęliśmy łapać. Godzinę później dołączyła do nas kolejna podróżnicza duszyczka tym razem stopik z Niemiec, z którym spędziliśmy chwilę czas, szukając mu przy okazji transportu do domu.

DSC_04182

Dopiero kilka  minut przed 10 złapaliśmy coś dla siebie, zabrała nas ze sobą starsza Belgijka  do samego celu, 300 km spokojnej i mroźnej jazdy. Kobieta chyba za bardzo tęskniła za zimowym klimatem i skręciła klimatyzację maksymalnie jak się tylko dało, a my telepaliśmy się jak osiki "modląc się" o jakiś postój, żeby chociaż chwilę ogrzać się w promieniach słońca. Nic takiego jednak nie nastąpiło, przejechaliśmy cięgiem całą drogę, dopiero gdy Monika "przykryła się" własną nogą, Pani się zreflektowała i dała o jeden stopień w górę.

DSC_0422

Koło 14 wysiadamy z auta, od razu pierwsze kroki kierujemy do pobliskiego sklepu zaopatrzyć się w coś na obiad i urządzamy małą sieste na pobliskiej ławce. Przez dłuższy czas rozglądamy się po okolicy i targają nami negatywne emocje, Paryż okazał się jednym wielkim śmietnikiem, wszędzie syf, żule załatwiający swoje potrzeby gdzie tylko im pasowało i nie mówię tu tylko o "Panach". Widać, że nikt tego nie pilnuje, a co dopiero dba o jakikolwiek dobry wygląd ulicy, nawet sprzątacze opróżniający kosze potrafią jedynie wziąć co ich, a całą resztę kopnąć w jedno miejsce nie przejmując się niczym.

DSC_0428

Stamtąd ruszyliśmy pod McDonalda skorzystać chociaż chwilę z internetu, po czym wsiedliśmy do metra i pojechaliśmy w okolice Pól Elizejskich, które też okazały się totalną porażką, nie rozumiem ludzi którzy kochają to miasto i opowiadają o nim w samych superlatywach, zejdźcie czasem z turystycznej ścieżki, wtedy przejrzycie na oczy...

DSC_04291

Zapaliliśmy jeszcze papierosa i lecimy zobaczyć najbardziej znany symbol miasta, czyli wieżę Eiffela, posiedzieliśmy chwilę, zrobiliśmy kilka zdjęć i rozmyślaliśmy nad tym co robić dalej. Doszliśmy do wniosku że można spróbować co nieco podreperować budżet, przeszliśmy się kawałek po okolicy i rozłożyliśmy się ze sprzętem do baniek jakieś 200 m od wierzy na Polach Marsowych. Z początku nic specjalnego, ale cały czas jakieś drobne wpadały do kapelusza, więc postanowiliśmy robić dalej i tak do 22 uzbierało się dobre 37 euro, więc rekordowa kwota tej trasy.

DSC_04323

W międzyczasie gdy robiliśmy jedno z ostatnich wiader, poznaliśmy Polskiego punka Krzyśka, który ucieszony podleciał do nas słysząc Polską mowę, pogadał chwilę i zniknął w jednym z okolicznych sklepików, po czym wrócił z piwem i wszystko jakoś się zaczęło, więc stwierdziliśmy że tu dzisiaj zostajemy. Rozłożyliśmy się na środku Pul Marsowych, postawiliśmy maszt z Polską flagą oficjalnie zajmując teren i zaczęliśmy balangę :D

DSC_0435

Co jakiś czas wpadali do nas ludzie bawiący się w okolicy, niektórzy na chwilę, inni tacy jak Matiu z Chorwacji zostawali na dłużej robiąc sobie ze wszystkiego jaja. Oprócz nich zjawiało się mnóstwo hindusów sprzedających różne pierdoły z kilkukrotną przebitką jak pamiątki czy alkohol, jeden nawet został chwilę dłużej i postanowił się z nami napić.
DSC_04392

Koło trzeciej, gdy zamierzaliśmy powoli iść spać wydarzyło się coś co najmniej dziwnego, obok nas przebiegł jak strzała jakiś francuz (chyba), za nim poleciał jeden z hindusów, rozglądając się gorączkowo po okolicy wydał krótki gwizd i po chwili za nimi wbiegło kolejnych dziesięciu w krzaki. Z początku nic złego w tym nie widzieliśmy, więc spokojnie położyliśmy się spać, dopiero rano wszystko się wyjaśniło...

DSC_0443

Wstaliśmy chwilę przed ósmą i zacząłem budzić Monikę, okazało się że zaraz za naszymi plecami, dosłownie 100 m dalej, stoi kilkanaście radiowozów policji i karetka, znaleźli TRUPA... Zobaczyliśmy jedynie typowy worek ze zwłokami, jak na amerykańskich filmach, wyciągali go dokładnie z miejsca gdzie wczoraj zniknął ten biały gościu i hindusi, facet musiał im nieźle podpaść skoro postanowili się go pozbyć, ale najdziwniejsze było to że nie usłyszeliśmy najmniejszego pisku, ani wołania o pomoc... 

G0102006

Ogarnęliśmy się i siedzieliśmy tak do dziesiątej obserwując całą sytuacje, ale w końcu trzeba było się zbierać, teraz tym bardziej nie chcieliśmy mieć z tym miejscem nic wspólnego, dziwne też było to że policja do nas w ogóle nie podeszła, dobrze widzieli że spaliśmy obok całą noc, widocznie wiedzą dokładnie kto to zrobił i jak to bywa w naszej w pełni poprawnej europie nic winnym się nie stanie. 

DSC_0461

Krzysiek postanowił przejechać się z nami kilka stacji metra żeby nas nieco "odprowadzić" i wysiadł gdzieś w połowie, a my ruszyliśmy dalej na drugi koniec miasta do Porte de la Chapelle, gdzie zaczynała się autostrada. Koło południa zaczęliśmy powoli łapać, okolica niezbyt szczególna, sami imigranci, w każdej bramie typ z pod ciemnej gwiazdy z miną jak by chciał Ci coś zrobić, nie polecam pojawiać się tam w nocy, my nabraliśmy większego respektu po tym zabójstwie....

DSC_04801

Przeszliśmy kawałek i poznaliśmy parkę autostopowiczy z USA, zamieniliśmy kilka słów i poszliśmy kawałek dalej żeby nie przeszkadzać im w łapaniu, w końcu byli tu pierwsi. Stanęliśmy pod wiaduktem obok kilkorga cyganów myjących ludziom okna na siłę w czasie postoju na światłach, oczywiście za sowite wynagrodzenie, bo gdy ktoś nie chciał dać nic, podbiegało dwoje starszych mężczyzn i grozili wybiciem szyb, urwaniem lusterka i innymi uszkodzeniami... Po jakiejś godzinie Amerykanom w końcu udało się coś złapać, kierowca mimo malutkiego auta podjechał i po nas, pytając od razu czy nas czasem nie popieprzyło że przebywamy w tej dzielnicy...

DSC_0484

I tak wylądowaliśmy w Belgii, na jakiejś stacji benzynowej 80 km od Brukseli i puki co utknęliśmy w martwym punkcie, przez dobre dwie godziny nawet nie próbowaliśmy łapać, chcąc być w porządku do tamtej dwójki, ale za to rozerwaliśmy się trochę z Polskimi busiarzami. W końcu pojechali chwilę po 17 i mogliśmy zająć ich miejsce, a jakoś 15 minut później jechaliśmy do Brukseli z parką młodych Belgów, tam znowu podobna sytuacja i lądujemy w Antwerpii.

DSC_0489

Na tym parkingu też nie zagrzaliśmy zbyt dużo czasu, zaledwie po 5 minutach złapaliśmy Turka jadącego do Hagi, więc zabraliśmy się razem z nim, droga trochę na około ale zawsze to bliżej do celu niż czekać Bóg wie ile na kolejne auto które by nas miało zabrać. Jak tylko przekroczyliśmy granicę Holandii dał nam w prezencie ziołowe specjały, zatrzymaliśmy się jeszcze na mały postój w Rotterdamie bo kierowca chciał się spotkać ze swoim przyjacielem którego nie widział od ponad roku, a właśnie wrócił z Syrii..... W Hadze byliśmy przed 21 i próbowaliśmy jeszcze coś złapać z kiepskim skutkiem, więc po godzinie zdecydowaliśmy że pojedziemy pociągiem do Haarlemu odwiedzić mojego przyjaciela Michała i wspólnie wyskoczyć nad morze do Zandvoort  napić się piwka i przespać na plaży. 

DSC_0491

Kolorowa droga do Paryża...

nilek2609

14-16 lipiec 2015

Ze śpiworów wygoniło nas palące słońce, okazało się że nie mamy kompletnie nic do jedzenia, podobnie było z piciem, nie licząc butelki Limoncino w plecaku. Pusty żołądek to nic dobrego, szczególnie dla takiego głodomora jak ja, szybko spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na poszukiwania jakiegokolwiek marketu, co dzisiaj jest dość trudne z powodu jakiegoś święta narodowego, ale w końcu trafiliśmy na jakiś w okolicy Kilka butelek wody, jakieś bułki słodkie i mamy pełnie szczęścia.

DSC_03821Dzisiaj chcemy odpocząć, więc przeszliśmy kawałek od centrum handlowego na wylotówkę do Antibes, jakieś 40 minut później trafiliśmy na fajnego kierowce, który z wielkim uśmiechem powiedział że nas zabiera. Opowiedzieliśmy mu trochę o naszej trasie i wczorajszym dniu a on jeszcze bardziej ucieszony pyta "To wy palicie?" i podaje sporą paczę z zieloną zawartością prosząc o zrolowanie, bo on prowadząc nie da rady.

DSC_03842Skręciłem, spaliliśmy co nieco, a potem jeździliśmy po okolicznych polach namiotowych do czasu aż nie znaleźliśmy w miarę taniego i wolnego. Ale najśmieszniej było jak zajechaliśmy na ostatnie pole, kierowca przed bramą kazał jak najszybciej schować peta do popielniczki żeby nie było problemu, w tym samym czasie podleciał do auta ktoś z obsługi, okno się otwiera i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, cofnął się ze 2 metry z lekko zakłopotaną miną po fali uderzeniowej :D 

DSC_0391Pożegnaliśmy się z kierowcą, obsługa pokazała nam jedno z  wolnych miejsc, gdzie od razu rozstawiliśmy namiot, wrzuciliśmy wszystko do środka i biegiem polecieliśmy na plażę, dzisiaj trzeba porządnie wypocząć. Większość czasu jakimś cudem udało nam się przespać, trochę posiedzieliśmy w wodzie, szybki prysznic na polu, butelka limoncino do plecaka i lecimy spowrotem na zachód słońca.

DSC_03981Wstaliśmy dość niechętnie, nawet nie mieliśmy ochoty iść rano na plażę, koło południa zaraz po pakowaniu opuściliśmy pole namiotowe i poszliśmy zarobić na bańkach grube hajsy w centrum miasta. Przeszliśmy ponad dwa kilometry, potem jakieś trzy autobusem, kolejne dwa z buta i w końcu trafiliśmy na promenadę obok plaży.

DSC_0406Przez dobre dwie godziny zebraliśmy zaledwie 6,5 euro... Nie było co siedzieć dalej, więc przed 19 zebraliśmy graty i poszliśmy w kierunku wylotówki,popierdzieliliśmy nawet pobyt w Awinion i na polach w Prowansji, Francja nas za dużo kosztuje, więc lecimy bezpośrednio na Paryż.

DSC_0409Najpierw przejechaliśmy kilka kilometrów na A8, tam mogliśmy złapać coś konkretniejszego i po chwili się udało, mamy osobówkę na kolejne 200 km w okolice Marsylii, skąd mieliśmy już bezpośrednią drogę A7-emką do Paryża. Po tym kawałku zdążyliśmy się wiele nauczyć o Francuzach, mianowicie nie lubią gadać po angielsku, najpierw udają że kompletnie nic nie rozumieją, później starają się wytłumaczyć swoje racje prowadząc monolog po Francusku, a na koniec jak już z nimi jedziesz to zaczynają praktycznie płynnym angielskim dalszą rozmowę.

DSC_0411Staliśmy jeszcze z godzinę, może półtorej i stwierdziliśmy, że jest już dość późno, szczególnie że nic nie chciało się zatrzymać, było w końcu po 2, a do tego staliśmy w nieoświetlonym miejscu, więc poszliśmy przespać się zaraz za murem obok którego łapaliśmy.

DSC_0412Wstaliśmy chwilę po 6 i od razu chcieliśmy zabrać się do łapania, niestety chwilę trzeba było poczekać aż gościu wieszający reklamy opuści naszą zatoczkę, zaledwie 20 minut później usłyszeliśmy klakson za plecami. Zatrzymała się jakaś kobieta i obiecała nas zabrać na "ogromny" parking dla tirów, w jedno z wypisanych na karimacie miejsc. Skończyło się jednak całkowicie inaczej, wysadziła nas zamiast tego na bramkach i po kilkunastu minutach postanowiliśmy cofnąć się piechotą 1,5 km na parking który minęliśmy, tam nie mogliśmy dalej stać, francuska policja nie jest zbyt miła dla autostopowiczy na autostradzie.

DSC_0413Zaczęliśmy poszukiwania Polskich kierowców, kilku jeszcze spało, więc korzystając z okazji idziemy na szybki prysznic, po fajeczki i jakieś śniadanie. Później trafiliśmy na kilku, ale niestety każdy albo dalej pauzuje, albo jedzie w innym kierunku, więc poszliśmy łapać na wylocie ze stacji. Kilka minut łapania, Monika zniknęła na chwilę z horyzontu, a ja w tym czasie złapałem stopa w kierunku Lyonu, ewentualnie gdybyśmy chcieli to możemy jechać i do Grenoble.

DSC_0414Francuz wysadził nas na jednym z parkingów i poleciał dalej, a my szukamy kolejnego auta, trafiliśmy nawet na jednego Polaka, który poczęstował nas kawą i co chwilę nawoływał na CB radiu, żeby ktoś nas zabrał dalej. Siedzieliśmy tak z półtorej godziny i w końcu zdecydowaliśmy się wyjść na wylot, zaledwie chwilę później kierowca zaczął nas wołać z powrotem, a z drugiej strony parkingu tir już mrugał na nas światłami.

DSC_0415Przejechaliśmy może 150 km i kolejny postój, godzina siedzenia i po pauzie jednego z kierowców jedziemy dalej prawie pod Dijon, czyli kolejne 170 :). Zrobiliśmy kilka rundek po parkingu i stwierdziliśmy, że niema sensu jechać dalej, szczególnie że poznaliśmy Słowacko-Czeską parkę stopików, chwilę później dojechała kolejna z Polski i postanowiliśmy trochę się po integrować przy kartonie zacnego Włoskiego wina :D. 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci