Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : armenia

Tego bym się nie spodziewał...

nilek2609

5 czerwiec 2014

Dzisiaj chcieliśmy trochę nadrobić, wstaliśmy wcześniej, szybka kawa i o ósmej byliśmy już w drodze na wylotówkę. Po dwóch kilometrach znaleźliśmy idealną zatoczkę autobusową i łapiemy, taxi.. taxi.. taxi.. taxi.. i tak razy 100. W końcu nieco zirytowani przenieśliśmy się kilkaset metrów dalej i szukamy szczęścia po raz kolejny, sytuacja z początku wyglądała dość podobnie, do czasu aż pojawił się mercedes..

DSC_0079Kierowca po prostu stał jak gdyby nigdy nic, więc po chwili podszedłem do jego auta i zacząłem pytać czy może nas podwieźć, pokazuje mu na kartkach trzy różne miasta na trasie do Vandzot i liczę na szczęście. Niestety nie znał za bardzo angielskiego, wykonał szybki telefon do kolegi któremu mieliśmy przez telefon wyjaśnić całą sytuacje.

DSC_0080Po chwili usłyszeliśmy w odpowiedzi że mamy transport do pierwszego miasta, więc zadowoleni wsiedliśmy do auta i ruszamy. W międzyczasie kierowca wypytywał nas o trasę którą będziemy jechać do Tbilisi i chyba zmienił zdanie co do naszej podwózki, bo zrobił nam małe zakupy i skręcił dalej w naszym kierunku. 

DSC_00841Co chwilę mieliśmy dziwne wrażenie że Karen nas gdzieś wysadzi przy drodze i po prostu odjedzie, on jednak nieprzerwanie jechał dalej. Co jakiś czas chwalił się swoimi małymi gadżetami np. telefonem za który ponoć dał 3000$ w co mu za bardzo nie chcieliśmy uwierzyć (sprawdziłem z ciekawości w internecie i faktycznie, mówił prawdę, Vertu stoją nawet po 10 tys $...).

DSC_0086W końcu auto jednak się zatrzymało, ale zamiast końca trasy czekała na nas mała przerwa obiadowa. Po chwili na stole zaczęły zjawiać się pełne talerze, domowe wino i inne przysmaki. Godzinę później, najedzeni, powoli zbieraliśmy się do wyjścia, Karen zapłacił rachunek z uśmiechem (za taką kwotę było by kilka nocy w hostelu...) i śmigamy w dalszą drogę.

DSC_0087W Splitek nasze drogi miały się rozejść i mieliśmy łapać dalej, Karen jednak wpadł na inny ciekawszy pomysł i nawet nie chciał słyszeć naszej odmowy, tak jak w przypadku obiadu. Zaczął kręcić się po mieście szukając BASENU, bo stwierdził że przyda nam się trochę relaksu przed dalszą podróżą. Żaden jednak mu nie odpowiadał, wszędzie albo mu nie pasowało miejsce albo woda była za zimna, więc jeździliśmy tak jeszcze przez godzinę.

DSC_0089W końcu jednak stwierdził że w 5-cio gwiazdkowym hoteliku będzie idealnie, na dwie godziny wynajął jeden z pokoi, cały basen i saunę... Na dodatek wysłał jednego z pracowników hotelu po reklamówkę piwa i przekąski. Przez dwie godziny wylegiwaliśmy się w saunie, co jakiś czas chłodząc się w basenie, popijając lodowate piwko, totalna burżuazja, czegoś takiego w życiu bym się nie spodziewał.

DSC_00901Przyszedł jednak czas że trzeba było się zbierać, lekko podchmieleni wróciliśmy do auta, a Karen odwiózł nas na wylotówkę do Tbilisi, na pożegnanie zaprosił nas do siebie na imprezę jak kolejnym razem będziemy w okolicy i dał butelkę finlandii na drogę :D

Chwilę później siedzieliśmy już w Czarnej wołdze (postrachu dzieci PRLu), podwózka jedyne 15 kilometrów, ale zawsze to coś. Kolejne kilka minut, zatrzymuje się terenówka i mamy transport w okolice przejścia granicznego, jednak Artur z Draszem postanowili nadłożyć trochę drogi i wysadzili nas pod samymi bramkami.

DSC_0094Po stronie Armeńskiej kontrola minęła błyskawicznie, dopiero u Gruzinów czekała na mnie mała niespodzianka, wszystko sprawdzone, idziemy dalej zadowoleni, do czasu gdy jedna z celniczek złapała mnie na bok do kontroli , serce zaczęło mocniej bić, nie miałem pojęcia o co mogło chodzić. Na szczęście skończyło się tylko na strachu i pytaniach czy nie przewożę jakichś leków, pokazałem co mam i mogłem iść dalej.

DSC_00991Od razu stanęliśmy przy drodze, ruchu prawie niema, ale patrząc na to co nas spotkało wcześniej po prostu w myślach zażyczyłem sobie żeby zabrało nas trzecie wyjeżdżające z granicy auto i miało kolor srebrny, Zrobiłem to dla jaj, jednak po chwili nimi nie były, po pięciu minutach jako trzecia wyjechała stebrna terenowa Toyota O.o, kierowca zatrzymał się obok i powiedział że może nas zabrać do stolicy...

Kolejną niespodzianka było to co powiedział, gdy tylko się dowiedział się że jesteśmy z Polski: "Moja siostra mieszka w Poznaniu, macie bardzo piękny kraj, ale najbardziej podoba mi się Kraków...". 

W drodze do Erywania

nilek2609

4 czerwiec 2014

Nieprzerwanie od 5 rano cały czas lało za oknem, dzień zaczął się niezbyt ciekawie, wręcz nudno, a w taką pogodę nie było nawet sensu ruszać się z miejsca. Dopiero koło 13 ulewa zmieniła się w niewinną mżawkę, więc pożegnaliśmy się z dziewczynami i dalej w drogę.

DSC_0004Pół godziny później pierwszy transport i lądujemy kilka kilometrów dalej przy milicji, kolejne auto i jedziemy z dwójką milczących jak głazy mężczyzn, nie przeszkadzało nam to aż tak bardzo, przynajmniej dowieźli nas do Goris.

DSC_0017W mieście zrobiliśmy małą przerwę na zakupy i jakiś mały posiłek, po czym szukamy czegoś na Yerevan.

DSC_0031Chwila, moment i zatrzymało się trzech kumpli (Sajan, Artur i kolejny Armen) jadących do Sisian, zawsze to kawałek drogi, jak to mawiają "małymi kroczkami do celu". Przez ten krótki epizod dowiedzieliśmy się chyba wszystkiego o rodzinie Sajana, zakończony pokazem fotek jego dzieł malarskich...

DSC_0042Wysiedliśmy tam gdzie ostatnio mieliśmy pauzę jadąc Kamazem i zaczęliśmy się z Kasią licytować o to kiedy dojedziemy do celu, co prawda drogi jeszcze sporo, a jadąc takim tempem nie zapowiadało się na szybki finisz, ale jak zawsze starałem się być dobrej myśli i chwilę później siedzieliśmy już w aucie u Sako, który dziwnym trafem jechał właśnie tam gdzie my.

DSC_0066Po drodze zatrzymywaliśmy się co jakiś czas w ciekawych miejscach, cykaliśmy zdjęcia, aż w końcu o 20 dojechaliśmy do samego centrum Yerevanu. teraz czekał nas kolejny problem, środek miasta, dość późna godzin, a my nie mamy noclegu. Skoczyliśmy do pierwszej lepszej knajpki na pizzę, odpaliłem od razu wifi i zacząłem szybkie poszukiwania hosta.  Po trzech wiadomościach nie spodziewaliśmy się za wiele, ale trzeba było czekać.

DSC_0072Pół godziny później mamy odpowiedź od Irina, od razu pojawiły się nam uśmiechy na twarzach, a na telefonie ostatnie kreski baterii :D. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do Columet Pub w którym umówił się z nami host, skąd mieliśmy iść do niego, skończyło się jednak trochę inaczej. 

DSC_0074Trafiliśmy do raju, Pub tak urządzony, że każdy czuł się jak u siebie, dookoła sami podróżnicy, ludzie z CSa, piwo i muzyka na żywo. Za późno się zorientowaliśmy że mamy końcówkę miejscowej waluty, a nie wypadało tak siedzieć o suchym pysku, więc zamówiliśmy po piwie, na które brakło nam części kwoty, co kelnerka skwitowała krótkim "witajcie w Armeni" i podała nam szklanki. 

DSC_0076Chwilę później udało nam się wymienić część euro, więc impreza za szybko nie dobiegła dla nas końca. Kolejne piwa, kolejni pozytywnie zakręconych ludzi. Po północy wróciliśmy z Irinem do domu, wypiliśmy jeszcze po szklance Whisky, czym skończyliśmy ten zakręcony dzień.

Republika Górskiego Karabachu

nilek2609

2 czerwiec 2014

Hotel opuściliśmy koło południa, pierwszy cel na dzisiaj: Spożywczak :D, nie było sensu latać po całej okolicy w dwójkę z tymi ciężkimi plecakami, więc Kasię zostawiłem pod jednostką wojskową w dobrych rękach, a sam zacząłem poszukiwania.

DSC_0170W końcu udało się namierzyć jakiś sklepik, zrobiłem szybkie zakupy i powrót do Kasi. Przyszedł też czas na wydostanie się z miasta, tym razem nie musieliśmy iść nie wiadomo ile kilometrów, po pięciu minutach mamy miejsce idealne. 

DSC_01722Nie zanosiło się jednak na szybkie opuszczenie tego miasteczka, większość tutejszych aut należało do wojska i kursowało tylko po okolicy. Kilku miejscowych doradziło nam żeby się przenieść dalej poza miasto i mieli rację, może 10 minut później siedzieliśmy w aucie do Stepanakert.

DSC_0175Godzinę później byliśmy już na granicy Górskiego Karabachu, odprawa wyglądała jednak nieco inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy, zostały spisane jedynie nasze dane i otrzymaliśmy wizytówkę z adresem Ministerstwa Spraw Zagranicznych NGR, gdzie mamy się zarejestrować.

DSC_0193Jadąc dalej Gare, Osep i Aram opowiadali nam trochę o tym co ty się działo, z resztą po drodze widzieliśmy pozostałości tego konfliktu, np. grube stalowe liny rozciągnięte (co kilka kilometrów) między wzgórzami, przewiązane kolejnymi na wzór grabi, miało to służyć jako zabezpieczenie przed samolotami Azerskiej armii, które chciały by przelecieć niepostrzeżenie poniżej linii radaru (sposób działania był prosty, liny wplątywały się w wirniki, niszcząc jednostkę).

DSC_0214Kilka kilometrów przed samym Stepanakert zatrzymaliśmy się jeszcze w cerkwi Shoushi, zapaliliśmy po świeczce poległym, cyknąć parę fotek pod pierwszym czołgiem który zaatakował Karabach i ruszyliśmy do miasta.

DSC_0222Osep był na tyle miły, że jeździli z nami jeszcze po całym mieście pokazując najciekawsze miejsca, oraz postanowili pomóc nam dostać się do MSZ. Tam musieliśmy wypełnić jakiś papierek, podać adresy miejsc gdzie jedziemy, gdzie mamy noclegi i ile dni zamierzamy zostać, oprócz tego czekały nas jeszcze płatności za wizę po 3000 Dram od łebka... (24zł :D)

DSC_00131Z MSZ ruszyliśmy dalej w miasto, trym razem na poszukiwania naszego hostelu, po pół godziny ganiania za własnym ogonem wróciliśmy jednak w to samo miejsce, okazało się ze hostel jest dosłownie obok ministerstwa... Nasi nowi przyjaciele odprowadzili nas do samej recepcji żeby upewnić się że wszystko jest ok i oznajmili że o 19:30 zabierają nas do siebie, a my w tym czasie mamy się ogarnąć.

DSC_0229Jak obiecali, tak słowa dotrzymali, mimo że na zewnątrz lało, przyszedł po nas Gere i zabrał do auta. Po małych zakupach, przyjechaliśmy do ich małego domku przy jakiejś budowie, jak się później okazało są kamieniarzami i od kilku lat we czwórkę budują tu cerkiew. Na nasze pytania kiedy skończą, odpowiedzieli tylko że za dwa, a może za 15 lat, nigdzie im się nie śpieszy, zresztą podobnie jak nam w podróży :D

Piknik

nilek2609

1 czerwiec 2014

Pobudka nie należała do najgorszych, o dziwo nikt z naszej dwójki nie odczuwał żadnych skutków wczorajszego melanżu, może nie licząc naszego gospodarza, któremu kac dawał ostro popalić tak jak i jego córeczka :D

DSC_0138Po śniadaniu Artur zabrał nas raz jeszcze na swoje pole żeby pokazać co dokładnie hoduje, bo według niego wczoraj tego nie widzieliśmy. Siedzieliśmy tak ponad godzinę pijąc herbatę i usiłując go jakoś przekonać żeby zabrał nas z tego odludzia i zawiózł na główną drogę.

Wracając zahaczyliśmy jeszcze o ten sam sklepik co wczoraj, zabraliśmy prowiant, sprzedawczynię (która okazała się nie tylko jego koleżanka...). Zamiast odstawić nas na drogę, postanowili zrobić sobie małą wycieczkę po "okolicy", dzięki temu przejechaliśmy ponad 80 km, lądując na kolejnym odludziu, przy górskiej rzece gdzie czekał nas piknik.

DSC_01391
Nie mając za bardzo co robić, postanowiłem spróbować złowić coś w rzece, niestety nic nie miało ochoty wskoczyć na haczyk... Przekąsiłem co nieco i kolejny pomysł, może znajdę jakieś minerały na okolicznym wzgórzu, kolejna klapa, chociaż może  nie do końca, znalazłem maleństwa których bym się tam w ogóle nie spodziewał. Między skałami leżały dziesiątki a może i setki/tysiące skamieniałych muszli, niby nic ale tysiące lat historii w rękach.

DSC_01591Po dwóch Artur zarządził zbiórkę i po chwili odwiózł nas na główną, na pożegnanie dostaliśmy jeszcze 2 siatki przekąsek i każdy ruszył w swoją drogę. Nie więcej niż po 10 minutach siedzieliśmy w kolejnym aucie, mamy transport do Sisian, więc kolejne 80 km będzie za nami. Przed samym miastem zatrzymaliśmy się przy jakiejś zatoczce, chwila rozmowy i kierowca załatwił nam kolejny transport, tym razem na Goris  w starym rozklekotanym Kamazie. Najśmieszniejsze było to, że ciężarówka do której mieliśmy wsiadać, była właśnie "naprawiana", kierowca powiedział że jak tylko skończą to nas może zawieść.

DSC_0164Kilkadziesiąt uderzeń młota później w końcu ruszyliśmy mając cichą nadzieję że trasa minie dość szybko, jednak kamaz to nie ferrari i nie rozwijał na tych górkach zabójczych prędkości, kierowcy z resztą też się nie śpieszyło. W połowie drogi zatrzymaliśmy się jeszcze w jakiejś przydrożnej knajpce, gdzie zrobiliśmy małą pauze na herbatę z jego znajomymi i dalej w drogę. Okazało się że nasz obecny kierowca też miał na imię Artur, tyle że o wieleeee młodszy (24 lata), ale podobnie jak tamten miał już żonę i kilkuletnią córeczkę.

DSC_01531Dopiero koło 21 dotarliśmy do Goris, było zbyt późno na szukanie wifi i hosta, więc byliśmy że tak powiem w czarnej dupie... Artur jednak zaproponował nam małą pomoc, obdzwonił nam wszystkie okoliczne hostele/hotele i znalazł najtańszy za 500 Dram. Za taką cenę spodziewaliśmy się podobnych warunków jak wcześniej, a tu niespodzianka, mały hotelik, w pokojach pełne wyposażenie, nawet kapcie Dostaliśmy :D

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci