Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wpisy otagowane : autostop

Playa del Carmen i powrót do Europy :(

nilek2609

O 9 ruszyliśmy w drogę, na jednej z krzyżówek złapaliśmy autobus do centrum, ostatnia wizyta w Burdel Kingu i kolejnym wydostajemy się na obrzeża miasta. Mimo że spędziliśmy tam trochę czasu, to wszystko szło dość płynnie i chwilę po południu byliśmy 40 km dalej. Dopiero wtedy zrobiło się gorzej, słońce co raz bardziej dawało popalić, ruch mimo głównej drogi i sąsiedztwa autostrady był znikomy, a to nie ułatwiało. W końcu jednak się udało i zgarnęli nas Kanadyjczycy. Nie było łatwo wpakować się w trójkę do małej osobówki, ale się udało i po piętnastej byliśmy już na bramkach przy rozjeździe Cancun / Playa del Carmen. Podobnie jak wcześniej musieliśmy odstać swoje, ale za to po kolejnej godzinie byliśmy u celu. Kierowca zostawił nas w centrum miasta pod kolejnym "kingiem", gdzie planowo mieliśmy wpaść szybko na internet, ogarnąć AirBnb, zostawić graty i iść na plażę, ale tak łatwo nie mogło pójść. Zamiast tego spędziliśmy w środku dobre cztery godziny i walczyliśmy z tym cholernym portalem, który z ogromną mocą starał się utrudnić nam zabukowanie noclegu. Dopiero po 22 udało się jakoś to ogarnąć i mogliśmy iść na miejsce. Plan się nie powiódł, więc jedyne co byliśmy wstanie zrobić to szybki wypad na zakupy i spać...

IMG_20180420_164905

W końcu od bardzo (ale to bardzo) długiego czasu mogliśmy zrobić porządną jajecznicę na śniadanie, po którym poszliśmy z Łukaszem na plażę zobaczyć jak to wszystko wygląda. Z początku spodziewałem się zastać ten  sam widok co w Tulum (wkońu to niedaleko), jednak nie było tak kolorowo. Bardzo wąska plaża z dziesiątkami ton paskudnych zielonych glonów na które niestety był teraz "sezon", więc oprócz turystów było też sporo koparek i miejscowych z widłami, którzy próbowali w jakiś sposób pozbyć się tego syfu usypując przy tym wielki kopiec gdzieś w rogu. Z resztą nie to było największym problemem tego miejsca tylko hotele, które dosyć szczelnie zaciskały pętle w tej części wybrzeża, przez co prawie cała przestrzeń była zarezerwowana dla ich "pięciogwiazdkowych gości". Mimo to postanowiliśmy nie rezygnować zbyt szybko i poszliśmy nurkować. Niestety mimo chęci woda bardziej przypominała żur, niż cokolwiek innego, więc nie miało to najmniejszego sensu...

IMG_20180418_111042

Zamiast siedzieć bezczynnie, poszliśmy zobaczyć co się dzieje dalej wzdłuż plaży i na kilku okolicznych uliczkach. Patrząc tak na ten całokształt i ludzi którzy nas otaczali, śmiało mogę powiedzieć, że jest to miejsce stworzone w większości dla starych amerykanów z suto wypchanym portfelem. Gdy szliśmy wzdłuż plaży, co kawałek zaczepiali nas ludzie proponując wycieczki za kosmiczne pieniądze, masaże i inne pierdoły, a to wszystko przed pięciogwiazdkowymi resortami. Bez pieniędzy nie było sensu tam siedzieć, więc jakiś czas później wróciliśmy odpocząć do pokoju. Później  za to było o wiele ciekawiej, wracając z Chedraui poznaliśmy parkę starszych Kanadyjczyków, którzy po krótkiej chwili zaprosili nas do stolika na małe piwko. I tak to wszystko się zaczęło... Rozmowa tak dobrze się kleiła, że po jednym doszło jeszcze kilka, aż zorientowaliśmy się że wybiła druga nad ranem i niestety trzeba było iść spać.

IMG_20180420_164402_HDR

Od rana czekał  nas mały rozgardiasz, powoli trzeba było zacząć się pakować, co było nie lada wyzwaniem, szczególnie że skończyło się nam miejsce w plecakach. Spowodowało to kilka smutnych decyzji, takich jak pożegnanie kochanej maczety, która towarzyszyła mi dzielnie przez ostatnich kilka miesięcy, ale za to poszła w dobre ręce. Na dobrą sprawę miałem teraz prawie kilogram  mniej w plecaku, ale tylko do chwili gdy wróciliśmy z Łukaszem z Walmartu niosąc kolejne pamiątki, które jeszcze bardziej go dociążyły... Po wyjściu postanowiliśmy się przejść jeszcze piątą aleją, tak zwanym sercu miasta, gdzie znajduje się większość ciekawszych sklepów i miejsc wartych zobaczenia. Szybko jednak zmieniliśmy kierunek... Tutaj jak nigdzie indziej Meksykanie dostają dosłownie pierdolca na punkcie pieniędzy i dla nich każdy biały to chodzący portfel wypchany samymi setkami $$$$$$$. Nie ma się w sumie co im dziwić, skoro nadęte bufony ze stanów (jak i wielu innych krajów) nauczyły ich że dostaną kilka dolarów od tak za byle pierdołę, więc teraz tego oczekują, a nawet i żądają. Dlatego też Amerykanie panoszą się jak święte krowy, co naprawdę potrafi doprowadzić do szału..

IMG_20180420_165533

Kolejnego dnia gdy dorzuciliśmy ostatnie rzeczy do plecaka, chyba do nas dotarło że to ostatnie chwile w Meksyku. Do południa kręciliśmy się jeszcze po okolicy niewiedząc co tak naprawdę ze sobą zrobić, aż trzeba było wychodzić. Łukasz ruszył na wylotówkę w kierunku Tulum, a my poszliśmy kawałek dalej do McDonald's zabić jakoś czas przez kolejne kilka godzin. Ruszyliśmy się dalej dopiero po piątej, idealnie żeby zajechać jeszcze na lotnisko i jednak nie spać w krzakach. Nie mieliśmy zamiaru iść z plecakami na wylotówkę, więc zaledwie po 300m, w pierwszej wolnej zatoczce zaczęliśmy łapać i godzinę później z jedną z pracownic lotniska zajechaliśmy pod same drzwi trzeciego terminala. 

IMG_20180420_165906_HDR1

Lotnisko dziwnie puste, oprócz nas było tam zaledwie kilku turystów i niewiele osób z obsługi. A zaledwie dwie godziny później zostaliśmy praktycznie sami, więc rozłożyliśmy się wygodnie na karimatach i staraliśmy się zasnąć. Kilka godzin snu i przed szóstą obudził nas jeden z ochroniarzy pilnujących terminala, do tego zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi, więc po jakiś czasie przenieśliśmy się do Starbucksa. Ludzi na pęczki, ale jakoś znaleźliśmy wolny stolik i tak siedzieliśmy przy kawie obserwując ludzi. Przez większość czasu nie działo się nic nadzwyczajnego, dopiero przed dziesiątą dostaliśmy bonusa w postaci alarmu bombowego O.o. Nagle zawyły syreny na cały regulator, światła zaczęły wariować i poleciał komunikat z głośników o zagrożeniu wybuchem. W europie wszyscy wpadli by w panikę i zaczęli uciekać gdzie pieprz rośnie, a w Meksyku wszystko na spokojnie, ludzie nawet nie przejęli się sytuacją i robili wszystko tak jak by nic się nie stało. Nawet nie wydając jakichkolwiek oznak zdenerwowania. Więc dokończyliśmy spokojnie kawę i poszliśmy posiedzieć trochę na słońcu, a tam "Explosivos" (saperzy) bez stresu chillują się w aucie... Kocham ten kraj :D

IMG_20180420_170138

Koło południa wróciliśmy na górę, podładowaliśmy sprzęt i przed czwartą poszliśmy się odprawić. Kolejka długa jak po zasiłek, nikt się nie śpieszy, na kilkaset osób jedynie pięć punktów obsługi, ale co tam.. W końcu przyszła nasza kolej, dajemy plecki i nagle się okazuje że namiot i karimaty muszą iść osobno bo coś tam coś tam, niezbyt chętnie ale przystaliśmy już na to. Babka sprawdza nam karty wjazdowe i okazuje się że musimy załatwić jeszcze pieczątkę z migracyjnej, inaczej nam nie da biletów, więc zostawiliśmy wszystko i poszliśmy do ich biura. Jakiś czas spędziliśmy w kolejce bo oczywiście jedna osoba wystarczy, po czym dajemy karty do podbicia, a babka żąda potwierdzenia opłaty wjazdowej do Meksyku... Oczywiście bez wniesienia opłaty nie wjechalibyśmy do kraju, więc się po prostu czepiała żeby zainkasować ponad tysiąc peso do kieszeni, ale na szczęście mieliśmy papierek w plecaku. Wracamy do odprawy po dokument i się okazuje że nasze plecaki już odjechały... Więc z powrotem do migracyjnej wyjaśnić sytuację, babka każe płacić, my że nie musimy bo już to zrobiliśmy, a ona dalej swoje. W końcu wzięła nas na przetrzymanie i kazała czekać na kierownika który nigdy nie przyszedł, za to ona w końcu zobaczyła że nic nie ugra i po pół godziny przybiła pieczątki. Już wszystko miało być ok, wróciliśmy po bilety i zrobiło się zamieszanie, bo pieczątka jest po 2 stronie kartki (była po właściwej). Kilka minut nerwowego czekania, w końcu sprawa się wyjaśniła, ale dalej nie wiedzieliśmy co z naszymi rzeczami które i część z nich odjechała w siną dal... W końcu dostaliśmy bilety i postanowiliśmy odpuścić, najwyżej coś się "zgubi".

IMG_20180420_170921

Zadowoleni cofnęliśmy się na kontrolę celną, wszystkie manele na rentgen i niespodzianka, już widzę uśmiech na twarzy celnika i pytanie czyj to plecak :D. Tym razem doczepili się woreczków z piaskiem wulkanicznym, czego mówiąc szczerze się spodziewałem, dlatego też poszły do małego plecaka, żeby nie trzepali tego dużego. Sprawdzili dokładnie w kilku narkotestem i puścili dalej. Teraz mieliśmy dobre dwie godziny luzu na krzątanie się po strefie bezcłowej. W kieszeni mieliśmy ostatnie 200 peso, więc poszliśmy nie co zaszaleć. Pierwszy sklep i czas spowolnił, ceny z KOSMOSUUU i to dosłownie. Myśleliśmy że kupimy jakieś napoje do samolotu i przekąski, a tu najtańsza litrowa butelka wody kosztuje 75 peso (15zł), alkohol dwa razy droższy, a kawałek pizzy od 150 do 230 peso (30-46zł). Skończyło się na tym że kupiliśmy jedynie po batoniku, wodę i poszliśmy gdzieś usiąść. Powoli zaczynało zbierać się coraz to więcej ludzi i o 19 w końcu otworzyli bramkę i zaczął się chaos. Okazało się że cały ten tabun ludzi czekał na nasz lot. Mimo jeszcze jednej kontroli na wejściu, w ciągu niecałej godziny udało się wepchnąć ponad 500 osób na pokład i kwadrans przed ósmą nasza wielka kolubryna oderwała się od ziemi. 

IMG_20180420_173101

Po dwóch godzinach lotu stewardzi podali kolację i położyliśmy się spać. Nigdy w życiu nie lecieliśmy tak tragicznym samolotem, zawsze narzekałem na wizzair albo ryanair w których było dość niewygodnie i brakowało miejsca na nogi, ale w porównaniu do wamos air są jak pierwsza klasa. Przez większość lotu kręciliśmy się jak "G" w przeręblu, ale udało nam się przespać chociaż kilka godzin i przed południem czasu Hiszpańskiego wylądowaliśmy w Madrycie. Tym razem dla odmiany mieliśmy ekspresową odprawę i poszliśmy szukać naszych bagaży, co zajęło już o wiele więcej czasu. Mimo że plecaki przyjechały dość szybko, jak na tą ogromną ilość rzeczy, to na namiot i resztę czekaliśmy ponad godzinę, ale lepiej w tą stronę niż całkowity ich brak. W końcu przed 14 opuściliśmy terminal i poszliśmy łapać stopa. Spodziewaliśmy szybkiego transportu, a dostaliśmy "z liścia",  po ponad dwóch godzinach jakaś parka zabrała nas zamiast na autostradę to pod centrum miasta, gdzie byliśmy już totalnie w dupie. Przez jakiś czas kręciliśmy się w okolicy jednej z głównych dróg, ale po kolejnych kilku godzinach odpuściliśmy na rzecz autobusu jadącego na La Garete, gdzie liczyliśmy na trochę więcej szczęścia, ale koniec końców rozbiliśmy namiot i oo 22 poszliśmy spać...

IMG_20180421_235745

Zaledwie trzy godziny później wystrzeliło nam oczy jak ping pongi i koniec spania, po prostu się nie dało. Zrobiłem kilka rundek po okolicy z nadzieją że jakaś ciężarówka zaraz ruszy, ale nic z tego. Dopiero po obejrzeniu kilku filmów udało nam się zasnąć o szóstej po raz kolejny, ale już zaledwie na godzinę i znowu wystrzeliło nas jak z procy. Oczy mieliśmy tak wielkie jak chęć snu, ale daliśmy za wygraną i poszliśmy zjeść śniadanie na stacji. Kilka godzin czekania i przed dziesiątą złapaliśmy stopa do Guadalajary z mega pozytywnym gościem o imieniu Jose (czyli jak 80% naszych wcześniejszych kierowców), który przez większość drogi śmiał się z naszego Hiszpańskiego (latynoska wersja się dość mocno różni). Przed południem przesiadka do kolejnego autka i lądujemy 60 km dalej na jednym z "dużych" parkingów. Szału nie było, zaledwie kilka aut i jeden Polski busik z którego kierowcą wypiliśmy po lampce wina i dalej w drogę, niestety nie miał żadnego frachtu, więc nie mógł nas poratować. Ale za to przez przypadek trafił nam się Chorwat jadący do Barcelony, więc od razu mieliśmy lepszy humor, zapowiadało się że wieczorem będziemy już we Francji, a stamtąd już z górki do domu. Niestety ciężarówka którą jechał jego brat z ojcem uległa awarii i zaledwie 150 km dalej (4h jazdy...) musiał nas wysadzić w mieście Saragossa. Pech chciał że znaleźliśmy się w nie najlepszym położeniu, jedynym plusem był okoliczny McDonald gdzie chwilę odpoczęliśmy i wróciliśmy łapć dalej stopa. Z początku szukaliśmy czegoś na wjazdach przed autostradą, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu, więc przenieśliśmy się na autostradę (nie było to zbyt mądre) co nie polepszyło naszej sytuacji nawet o jeden procent. Nie mając wyboru zaczęliśmy po prostu iść przed siebie na najbliższy parking przy A2, który był 13,5 kilometra dalej. Była to kolejna niezbyt mądra decyzja, ale nie mieliśmy już innych pomysłów. Pod tym obciążeniem wydawało się to niemożliwe, ale po małym rozplanowaniu trasy doszliśmy na miejsce po czterech i pół godziny, co i tak było niezłym wyczynem. Później już tylko chwila odpoczynku i spać...

IMG_20180422_184334

O świcie przenieśliśmy się na stację po drugiej stronie autostrady licząc na jakiś prysznic, ale niestety Hiszpanie chyba tego nie znają, więc wypiliśmy jedynie po kawie i wróciliśmy z powrotem. Przed dziesiątą w końcu ktoś się zatrzymuje, z osobówki wychodzi starszy pan z wielkim uśmiechem na twarzy i wypytuje co tutaj robimy, a wszystko przez to że sam kiedyś podróżował. Okazało się że ów jegomość przeprowadził się tutaj z Rumuni i od dobrych 20 lat prowadzi tu razem z rodziną małą piekarnię. Niestety nie mógł nam pomóc bo jechał zaledwie kawałek dalej do domu, ale nie chciał nas tak zostawić, więc dostaliśmy cały wór jeszcze ciepłych wypieków. Z dobrym humorem i pełnymi brzuchami przenieśliśmy się kilometr dalej spróbować szczęścia na drodze krajowej, ale po godzinie wróciliśmy z powrotem na stację. Powoli zaczynało mnie łamać, a nie zapowiadało się że ruszymy za chwilę dalej, więc rozłożyłem hamak i postanowiłem się nieco zdrzemnąć. Może gdybym zrobił to z samego rana to wyjechalibyśmy szybciej, nie zdążyłem nawet porządnie zmrużyć oka i mieliśmy transport. Zabrał nas młody chłopak jadący do znajomych w góry niedaleko granicy. Nie sądziliśmy że dojedziemy dzisiaj tak daleko. Z chęcią powiedział bym o nim coś więcej, ale przez większość trasy zdarzało nam się mdlać ze zmęczenia, co było dość ciekawe, bo gdy sami próbowaliśmy zasnąć to nie było szans, więc krótko mówiąc nie pamiętam zbyt wiele. W końcu po kilku godzinach jazdy wylądowaliśmy 55 km od słynnej wśród kierowców La Jonqury. Zrobiliśmy małą pauzę na kolację i już wszystko szło z górki, a wystarczyło tylko trafić do Katalonii. I tak żabimi skokami na kilka aut dojechaliśmy do granicy, wzięliśmy gorący prysznic i w zaledwie parę minut upolowaliśmy jednego z Polskich kierowców, który zabrał nas do Francji.

IMG_20180423_134035

Przez kolejne dwie godziny udało nam się ujechać zaledwie dwadzieścia kilometrów dalej na inny parking, a wszystko przez gigantyczny korek od granicy. Mimo to byliśmy zadowoleni, w końcu kraj gdzie lubią autostopowiczów. Dochodziła północ, więc dalsza jazda w naszym stanie nie miała zbyt wielkiego sensu, ale dla świętego spokoju zrobiliśmy dwie rundki i poszliśmy spać. Tym razem przespaliśmy całą noc normalnie i wstaliśmy w miarę wypoczęci chwilę po szóstej. Rafał z którym dojechaliśmy tu w nocy był na tyle miły że zostawił nam swój numer telefonu i obiecał że może nas zabrać dalej jeśli nie wyjedziemy z parkingu szybciej z kimś innym. I tak chwilę po siódmej siedzieliśmy u niego w szoferce popijając gorącą kawę. A kolejne kilka godzin później byliśmy o krok od kolejnej granicy i coraz to bliżej domu, teraz szło już naprawdę ekspresowo w porównaniu z tym co było w Hiszpanii. Na kolejnym parkingu po dwóch godzinach przerwy złapaliśmy Oskara, który jechał w stronę jeziora Bodeńskiego. Od tej chwili postanowiliśmy jechać cięgiem do domu, pogoda już nie była tak łaskawa i niestety nie zachęcała do spania w namiocie, więc w sumie nie mieliśmy innego wyjścia. Na szczęście auta zaczęliśmy zmieniać dość szybko i nie robiliśmy przerwy dłuższej niż dwie godziny. Kawa pod Frankfurtem, śniadanie gdzieś przy Erfurcie i tak koło południa kolejnego dnia dojechaliśmy do Zgorzelca, a kilka godzin później odpoczywaliśmy już w domu.

IMG_20180424_142314

Powoli czas wracać - kierunek półwysep Jukatan

nilek2609

Według pierwotnego planu dwunastego z samego rana mieliśmy zabrać swoje manatki i ruszyć w dalszą drogę, ale jak to z nami bywa wyszło zgoła inaczej. Dzień wcześniej mieliśmy wypić po piwku, wrócić się dopakować i położyć spać dość wcześnie żeby rano nie snuć się jak zombi po wylotówce. Skończyło się jednak na tym że wróciliśmy dopiero przed czwartą, czego zdecydowanie nie żałujemy. Wstaliśmy po południu, zjadłem pół kilo jogurtu żeby mieć trochę siły i poszliśmy do kebaba na internet. Z braku laku wybraliśmy się jeszcze jeden raz do miasta, ale tym razem ze specjalnym zleceniem. Jeden z naszych znajomych zamówił sobie dość oryginalny prezent - laleczkę Voodoo, więc trzeba było podjechać do czarodzieja. 

IMG_20180417_163050PS: Na początku była miła i się przywitała, a chwilę później próbowała ukraść telefon...

Rano natomiast już nie było przebacz, budziki nastawione na godzinę siódmą i trzeba było wstawać. Chociaż mi chyba nie był do końca potrzebny, nie wiem czy to stres czy co, ale zacząłem się już kręcić po mieszkaniu o piątej... Szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie rzeczy, pożegnaliśmy się z Debi i Damianem, po czym z wielką niechęcią wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie. Już nawet nie pamiętam ile tu siedzieliśmy dokładnie, ale niechęć do niesienia tego ciężaru (24 i 17kg + małe) na plecach jest wprost proporcjonalna do spędzonego tu czasu. Z lenistwa pierwsze kilka minut łapaliśmy pod domem, ale doszło do nas że to nie ma najmniejszego sensu, więc colectivo dojechaliśmy na obrzeża aglomeracji. Tam już z górki, chwila czekania i byliśmy ze 30 km dalej, więc całkiem nieźle jak na początek. Kolejny kierowca za to nas zaskoczył dość pozytywnie, liczyliśmy na krótki stop, a się okazało że jedzie aż do Chiapas. Myśleliśmy już żeby jechać, ale jednak zdecydowaliśmy się na lepszą drogę, więc przed trzecią pożegnaliśmy się w Juchitan de Zaragoza, skąd mieliśmy się kierować na Veracruz.

IMG_20180414_120732_HDR

Jednakże najpierw mała przerwa na obiad w Burdel Kingu. Wychodzimy na drogę jakieś półtorej godziny później i zaczynamy łapać, a tu podjeżdża nasz kierowca i ze śmiechem mówi że nas podrzuci kawałek dalej na krzyżówkę do La Ventosa. Zabawiliśmy tam dłużej niż byśmy chcieli, ale w końcu trafiliśmy na właściwą drogę skąd zabrał nas dalej dziwny typ. Zatrzymuje się Pick up, facet pokazuje gestem że mamy się pakować na pake, tylko pytanie gdzie u licha jedzie. Podchodzę do drzwi żeby zapytać co i jak, a on w tym czasie zamyka się na cztery spusty jakbym miał go okraść, ale nie odjeżdża. Chwilę pogadaliśmy przez zamkniętą szybę i wskoczyliśmy na pake, a on ruszył w nieznane. Po pół godziny koniec trasy i tak przed wieczorem wylądowaliśmy w dziurze zabitej dechami, jechać dalej nie było sensu, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Okolica bez szału, więc szliśmy tak przed siebie z dobry kilometr aż znaleźliśmy idealną kryjówkę na wjeździe do kolejnej dziury o nazwie Lachigoló. Jak to mówią "najciemniej pod latarnią" i tak właśnie się rozbiliśmy, tylko że za jakimś murkiem , gdzie nikt nas bielizna mógł zobaczyć. 

IMG_20180415_152734

Po raz kolejny nie mogłem spać za dobrze i wstałem bladym świtem, jednak jakoś przeczekałem do rana i koło siódmej razem z Moniką poszliśmy szukać śniadania. Patrząc na ilość szyldem, w okolicy powinno być sześć knajp, lecz znaleźliśmy zaledwie dwie. Nie było jednak z czego się cieszyć, każda próba zamówienia czegokolwiek kończyła się fiaskiem. Nie mieli nawet głupich jajek czy kawy z mlekiem które sprzedaje się wszędzie... Po kilku minutach stopem dojechaliśmy do nieco większego miasta, gdzie w końcu zjedliśmy w spokoju śniadanie i mogliśmy ruszyć najedzeni w dalszą drogę. Po niezbyt miłym starcie dnia, szczęście zaczęło się do nas uśmiechać. Kolejna kobieta która nas zabrała, oprócz tego że była przemiła, mówiła po angielsku, to jeszcze zostawiła nas w idealnym miejscu pod Minatitlan (jakieś 200km dalej). Ze zjazdu przenieśliśmy się nieco dalej w cień i od razu zatrzymuje się auto, podbiegam z myślą że jedziemy dalej, a tu niespodzianka. Dwie starsze panie które nas siedziały chwilę wcześniej, podjechały tylko po to żeby dać nam zimne napoje i życzyć miłej podróży :) 

IMG_20180416_194944_HDR

Gdy tylko odjechały zabrał nas dziwny starszy facet, zostaliśmy zamknięci w klatce do przewozu krów i tak dojechaliśmy aż do kolejnych bramek. Tam też zrobiło się dość dziwnie, idąc na drugą stronę zobaczyliśmy sporą ilość wozów na sygnale i od razu myśl, nie pojedziemy dalej, pewnie jakoś wypadek i w ogóle.. Gdy jednak znaleźliśmy się bliżej, okazało się że po środku tego wszystkiego stała trumna, dookoła której stało od cholery ludzi. Pogrzebu po środku autostrady bym się nigdy nie spodziewał, ale jak widać fu wszystko jest możliwe. Tak jak szybki stop dalej, zdążyliśmy kupić jedynie napoje w sklepie obok i już mieliśmy okazję. Zgarnął nas Eduardo, kolejna osoba z którą na spokojnie mogliśmy porozmawiać po angielsku, nie wysyłając już hiszpańskiego. Później nie było już tak pięknie, koło 14 dojechaliśmy do Villahermosy (po raz trzeci), wysiadamy z auta i świat spowalnia. Żar leje się z nieba, w cieniu 40 stopni, a my jesteśmy w centrum miasta i to na własne życzenie. Mieliśmy zjeść jakiś obiad i ruszyć dalej w stronę Palenque, ale po "spacerze farmera" w tym piekarniku, zmieniliśmy nieco zdanie. Później trochę czasu spędziliśmy w Mc, skąd poszliśmy do tego samego motelu co ostatnim razem. Trzy i pół kilometra pieszo zrobiło swoje, na miejscu padliśmy oboje jak zwłoki..

IMG_20180416_210554_HDR

Monika coś nie mogła się zwlec z łóżka, więc ruszyliśmy trochę z opóźnieniem, ale przed ósmą opuściliśmy hotel. W nocy była sporą ulewa, dzięki czemu mieliśmy rano rześkie powietrze i nawet ten kilometr na wylotówkę szło się całkiem przyjemnie. Kilkanaście minut i mamy pierwsze auto. Zabrał nas Ismael razem z rodziną, było trochę problemów po drodze (auto robiło psikusy), ale jakoś dojechaliśmy do Nuevo Esperanza. Tu nie czekaliśmy nawet chwili, rozejrzeliśmy się jedynie za śniadaniem po okolicy i trafiliśmy na stopa do samego Campeche. Jak na dzisiejszy dzień i pogodę, to wygraliśmy z tym autem jak w totolotka. Zatrzymała się dziewczyna o fioletowych włosach i zaprasza do środka, gdyby nie ona, to nie wiem czy zrobilibyśmy chociaż połowę tej trasy.  Ruch niezbyt wielki, do tego przez prawie 300 km towarzyszyła nam ściana deszczu, przez co trochę to wszystko zajęło, ale w końcu koło 14 byliśmy na miejscu.

IMG_20180417_115757

Nasza nowa koleżanka wysadziła nas pod dworcem ADO i lekko zdenerwowana (raz trochę jej się zboczyło do rowu) odjechała, a my poszliśmy na internety żeby skontaktować się jakoś z Łukaszem. Niecałą godzinę później trafiliśmy na niego przy forcie w centrum miasta i wspólnie poszliśmy na poszukiwania obiadu. W końcu padło na chińczyka, gdzie za całe 100 peso jesz ile chcesz. Później jeszcze kawa w Mc, małe zakupy gdzieś po drodze i spacer w stronę wylotówki w poszukiwaniu miejsca na nocleg, co nie było zbyt łatwe. Jak zawsze każdy możliwy skrawek zieleni znajdował się za płotem, a jeśli już był "otwarty" to albo nie dało się tam ręki wsadzić, albo był podmokły. Żadna z tych opcji nie zachęcała, więc szliśmy tak przed siebie dobre osiem kilometrów, aż wylądowaliśmy na obrzeżach miasta. Z braku chęci do dalszego marszu, siedliśmy przy jakimś pomniku, otworzyliśmy po piwie i zaczęliśmy dumać co by tu ze sobą zrobić. Pewne było że nie idziemy już dalej, więc albo siedzimy, albo rozbijamy namioty za ciężarówkami z budowy, co się okazało najlepszym wyjściem.

IMG_20180417_122731

Wstaliśmy na spokojnie o szóstej, przywitaliśmy się z cieciem który w nocy świecił nam po namiotach i godzinę później zaczęliśmy łapać w trójkę stopa do Meridy. Po tym jak ktoś podrzucił nas na obwodnicę, wszystko się schrzaniło, kompletnie nie mogliśmy ruszyć się z miejsca. Na kciuki nikt nie reagował, więc zrobiliśmy małą tabliczkę z napisem Merida, co też nie zmieniło reakcji kierowców. Dopiero bilbord który zrobiliśmy z kartonu po prądnicy coś zmienił, na jednym gościu zrobił takie "wrażenie" że aż zawrócił po nas i w końcu po ponad trzech godzinach wdychania psiej padliny ruszyliśmy dalej. Droga z Jose mijała naprawdę fajnie, uśmiechnięty i rozgadany facet, który miał łeb na karku. Nawet gdy zatrzymała nas policja, wydawało się jak by miał ich gdzieś, mimo że zatrzymali nas na prawie pół godziny i przeszukiwali auto. Wszystko jednak obyło się bez problemów i chwilę po południu wysadził nas pod lotniskiem, skąd pojechaliśmy do centrum coś zjeść i pokręcić się po okolicy. Znaleźliśmy fajny pokój z AIRBNB na drugim końcu miasta, tylko nie wiedzieliśmy za bardzo jakim autobusem się do niego dostać. Wtedy chociaż tutaj przydała się do czegoś policja, miejski straszak sam do nas podszedł i zapytał czy nie potrzebujemy pomocy, po czym wytłumaczył skąd mamy jechać i dzięki niemu pół godziny później mogliśmy paść jak muchy na wygodne łóżka.

IMG_20180417_123455

Mimo że trochę zarwaliśmy nockę, to rano "pełni" energii postanowiliśmy zobaczyć miasto. Ogarnęliśmy kilka miejsc na mapie i po 11 ruszyliśmy busem do centrum. Tam na pierwszy ogień poszło muzeum Casa Montejo, do którego szczerze mówiąc trafiliśmy przez przypadek. W środku trochę mebli i innych świecidełek z dawnych lat, średnio było co oglądać, ale za to wejście za darmo, więc nic nie straciliśmy. Później ruszyliśmy na podbój targowisk miejskich, które miały być najlepszą kulinarną atrakcją tego miasta, w każdym razie według wszystkich ostatnich kierowców. Znaleźliśmy na mapie kilka z całkiem dobrymi ocenami, z czego trzy (Lucas Galves, San Benito i Crafts Silver) z nich były obok siebie i to dość blisko nas, więc zaliczyliśmy jedynie te. Oba stanowiły jeden wielki ogrom z masą jak zawsze ciekawych rzeczy, więc spędziliśmy tam kilka godzin. Przekąsiliśmy co nieco, kupiliśmy kilka pierdół i ruszyliśmy w stronę Parque Zoológico del Centenario. Mieliśmy do przejścia może z dwa kilometry, więc nawet nie fatygowaliśmy się z szukaniem autobusu, dzięki czemu trafiliśmy co Cocina Economica El Mil Chistes.

IMG_20180417_152842

Nie byliśmy zbyt głodni, ale zapach "schabowego" tak przyciągał, że nie mogliśmy sobie odmówić i poszliśmy na obiad (dla chętnych krzyżówka Celle 63 i 68). Najedzeni do pełna w końcu dotarliśmy do ogrodu zoologicznego. Co ciekawe, jest to kolejna atrakcja w mieście za którą nie zapłaciliśmy ani grosza, teren całego  parku jest dostępny dla wszystkich, jedyna opłata to JEDEN peso za przejażdżkę kolejką dookoła. Można powiedzieć że park dzieli się na dwie części, w pierwszej jest taka mała strefa odpoczynku z miejscami zabaw dla dzieci, a w drugiej znajdziecie setki dzikich zwierząt. Z początku myśleliśmy że będzie to takie mini zoo ze zwierzakami które można znaleźć w wiejskiej zagrodzie, a tu niespodzianka. Widzieliśmy masę ptaków, hipopotamy, zebry, kilka gatunków dzikich kociaków, krokodyle, pytony, dziesiątki małp (od kapucynek, po pawiany i goryle), tak jak wiele innych. Podobnie jak na targu, tam również spędziliśmy ładnych kilka godzin, więc od razu po wyjściu wróciliśmy autobusem do centrum, skąd dalej do mieszkania odpocząć.

IMG_20180417_155259

Ostatnie chwile w Puerto :(

nilek2609

Większość dnia spędziliśmy na słodkim nic nie robieniu, dopiero po południu Damian wyszedł z małą propozycją żeby wyskoczyć na plażę Corzanillo, więc spakowaliśmy się w parę minut i w drogę. Tym razem nie mogłem odpuścić i wziąłem GoPro, czego efekt na dniach zobaczycie na Facebooku. Później mała impreza w kebabie i dalej na dzikie densy w cyrku, gdzie jeden z naszych znajomych organizował sporą imprezę w nocy. Zapowiadało się dość ciekawie, dopóki nie dojechaliśmy na miejsce i się okazało że grają dziwną wersję techniawki, a że nie byliśmy wykręceni, więc muzyka nie podeszła nam do gustu. Plus z tego był chociaż jeden, teraz mogę powiedzieć przynajmniej że "imprezowałem" w cyrku. 

IMG_20180406_124724

Kolejnego dnia bawiliśmy się na grillu Kamila, który był de facto na pożegnanie rodziców i sióstr Damiana. Niestety nie było nam dane spędzić tam zbyt wiele czasu. Po kilku miesiącach odezwał się jeden z zębów i nawet ketonal nie był zbyt pomocny w tej chwili, więc wróciliśmy po prostu do domu z Moniką. Rano cała rodzinka spakowała się do busa i pojechali do Oaxaci, a naszej trójce został pod opieką dom i kebab. Całe szczęście że ząb postanowił chwilowo odpuścić. 

G02401291

Następne cztery dni były dość ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza dla mnie, szczególnie że jeszcze nigdy nie byłem odpowiedzialny za żadną restauracje. Trochę latania za zakupami, ogarniania lokalu, a w szczególności czy wszystko gra w kasie. Nie powiem że nie było to nieco stresujące bo bym skłamał, ale koniec końców wszystko wyszło jak należy. 

G0250133

Z resztą nie tylko to mnie cieszyło, któregoś dnia zgadaliśmy się z Kamilem na poranny surfing. Nie sądziłem że będę musiał tak wcześnie wstać, ale nie żałuję ani trochę. Był to trzeci kwietnia, pobudka chwilę po piątej, dwadzieścia minut później siedziałem już u Kamila na ganku popijając gorącą kawę, a chwilę później w drogę. W kilka minut doszliśmy na sam koniec La Punta, szybki instruktaż i do wody. Z początku wszystko mi się myliło, kilka razy mało brakowało i bym zarobił w pysk deską innego surfera któremu jakimś cudem wpierniczyłem się w falę. Ale widok słońca na fali, pelikanów pikujących do wody zaledwie pół metra dalej i oczywiście adrenalina, która dawała niezłego kopa.

GOPR0002

Kilka prób uważam jak na pierwszy raz za dość udane, ale najlepsza była ta w której nieco pomógł mi Kamil, wpychając mnie na fale. Udało mi się przepłynąć na fali cholernie długi odcinek, który był jednocześnie moim ostatnim. Nagle w obu nogach złapał mnie skurcz, lekka panika, ale szybko się ogarnąłem i wróciłem do brzegu. Dopiero później dowiedziałem się że to normalne, szczególnie gdy ma się nierozruszane odpowiednie partie mięśni. Tego dnia jednak już do wody nie wchodziłem. Później kilka godzin snu i powrót do ogarniania bieżących spraw w restauracji.

G04501582

Kolejnego dnia w nocy, chwilę po tym jak zamknęliśmy kebaba, wrócił Damian z Debi, więc nie mogło się obejść bez małej imprezki powitalnej. Na stół wjechała butelka rumu, jeszcze szybki kurs po coca-colę, kilka kolejek i świat spowolnił... Po kilku dniach spokoju, ząb postanowił po raz kolejny o sobie przypomnieć, tylko tym razem ze zdwojoną siłą. Na tą cholerną ósemkę nie pomagał już nawet tramadol. Nie było innego wyjścia jak wizyta u dentysty. Rano szybki kurs do miasta, cyknąłem kilka fotek na rentgenie i Pani ogłasza wyrok, "musisz go wyrwać/wyciąć operacyjnie"...

IMG_20180329_225846

Nie były to zbyt dobre wieści, ale do Polski z tym raczej nie dolecę, więc po ogarnięciu wszystkiego siedziałem u Debi na fotelu. Po czterech zastrzykach ze znieczuleniem i kilku cięciach próbowała go jakoś wyciągnąć. Dopiero po dwóch godzinach walk i moich grymasów jakoś się udało go wyrwać. Co prawda gdy zeszło znieczulenie, dalej dziób mnie bolał,ale nie tak jak wcześniej, a z każdym kolejnym dniem było lepiej. Jedynym minusem było zalecenie o jedzeniu jedynie płynnych posiłków (zupy, jogurty) przez kolejne dwa tygodnie... Męka...

IMG_20180330_182831_HDR

W ciągu ostatnich pięciu dni nic specjalnego się nie działo, no może poza urodzinami Moniki. Trochę zabawy, później kilka drinków i na sam koniec miał wjechać tort, który chwilę później miał według meksykańskiego zwyczaju wylądować na twarzy solenizatki, ale jakoś o nim zapomnieliśmy. Przez resztę czasu kręciliśmy się po centrum Puerto, gdzie szukaliśmy ostatnich pamiątek, sosów i inych specyfików których w Polsce nie idzie dostać. A tak to standardowo La Punta i kursy międy domem a kebabem, gdzie mieliśmy dostęp do neta. Trzeba było na powrót ściągnąć sporo filmów i książek żeby było co robić w samolocie i na lotniskach. Mimo że zostało do wylotu jeszcze 11 dni i najchętniej nie ruszalibyśmy się z miejsca, to trzeba było powoli kierować się w strone Cancun. Lepiej tak niż gdybyśmy mieli nie zdążyć na lot. 

 

 

 

Odwiedziny u Luisa w Tuxli

nilek2609

Po wyjeździe z farmy kreciliśmy się jeszcze przez chwilę po San Cristobal i podobnie jak kilka miesięcy temu próbowaliśmy się wydostać z miasta do Tuxli. Już zapomniałem jak ciężko się stopuje w tym kierunku, więc po godzinie byliśmy zmuszeni wziąć colectivo żeby dojechać na miejsce o w miarę ludzkiej godzinie. Busik podrzucił nas do centrum skąd musieliśmy jakoś dostać się na drugą stronę miasta do jego domu. Nieco odzwyczailiśmy się od słońca, więc te kilka kilometrów pod obciążeniem robiło swoje, ale jakoś się udało i przed 18 byliśmy na miejscu. Zaledwie po kilku minutach odzyskaliśmy całą radość, to miejsce i Ci ludzie mają w sobie tyle pozytywnej energii co nie jedna elektrownia atomowa. Nie wiem kto bardziej się stęsknił, czy my czy oni, ale było po prostu jak w domu. Nawet ciasto wspólnie zrobiliśmy. 

DSC_04522

Kolejnego dnia jak to bywało wcześniej, trzeba było coś upichcić dobrego, więc poszliśmy z Moniką na targ po świeże warzywa i po powrocie zabraliśmy się za robienie szałotu (sałatki warzywnej). Luis nie miał chwilowo dla nas czasu, więc do późnego popołudnia kreciliśmy się między kuchnią a pokojem. Wszystko przez to że czekał go ważny dzień, dzisiaj odbiera nagrodę za całokształt swojej pracy na rzecz miasta i ochrony przyrody, więc musiał się nieco przygotować. Koło 17 ubraliśmy się w najlepsze ciuchy jakie można było znaleźć w plecakach i razem z Aną pojechaliśmy na galę. Masa ludzi, cała rodzina Luisa z wszystkimi ciotkami, babciami ect. I nasza dwójka, która jakby nie pasowała do tego całego obrazka. Ale co tam, musieliśmy tu być żeby go dopingować. Później w domu czekała nas mała impreza na cześć laureata i co było miłą niespodzianką, również z okazji naszych zaręczyn. Pojawiła się nawet sąsiadka z naprzeciwka, która miała urodziny, więc mieliśmy potrójne święto z masą gości w domu. 

IMG_20180227_201624

W czwartek rano mieliśmy za to okazję rozdziewiczyć autostopowo naszego rodzynka, co prawda na niezbyt dalekiej trasie, ale zawsze coś. Luis już nieco wcześniej pisał nam o wypadzie na wodospady Chorreradero, więc właśnie tam pojechaliśmy. Pierwszy stop i już czuł się jak ryba w wodzie, podobnie jak w jednym z jeziorek pod wodospadem, gdzie dwie godziny później pływaliśmy w lodowatej wodzie. Z początku mieliśmy oboje opory, każdy zanurzył się jedynie po kolana i licytowaliśmy się kto pierwszy wskoczyć całkowicie. Trochę to trwało ale było warto. 

IMG_20180228_143320

Siedzieliśmy tam dobre pięć godzin, co i tak uważam za zbyt mało, bo okolica jest naprawdę piękna. Nie licząc wodospadu, kilku małych spadów z basenami i widoków, jest jeszcze ogromna Jaskinia (3,5 km) której kawałek mogliśmy zobaczyć. Niestety bez przewodnika nie można było wchodzić dalej niż sto metrów, co i tak nam odpowiadało. Jeszcze krótka drzemka i powoli trzeba było wracać. Szczęście jednak nam dopisywało, na głównej drodze po kilku minutach złapaliśmy stopa pod sam dom. Okazało się że gościu który nas zabrał, jest sąsiadem Luisa z ulicy obok, więc traf w dziesiątkę. Wieczorem dołączyło do nas jeszcze kilkoro znajomych, Alonzo (mąż Any) przygotował przekąski, Michelade (piwo z chilli) i siedzieliśmy do późnej nocy popijając piwo przy tańcu w rytmach latino. 

IMG_20180228_185105

Rano jednak trzeba było się zbierać gdzieś dalej, w sobotę Luis miał mieć kilkoro gości z couchsurfingu, więc nie chcieliśmy robić kłopotu i sztucznego tłoku. Jakoś tak wyszło że się do tego wszystkiego czymś podtduliśmy, więc tym bardziej trzeba było się zbierać. Wszystko jak zwykle tak się zakręciło że po południu wylądowaliśmy po raz tysięczny tej podróży w San Cristobal. To miasto ma w sobie jakąś moc, która za każdym razem nas do siebie przyciąga i nie potrafimy się jej oprzeć. Więc podobnie jak przed workawayem zadokowaliśmy się na La Garcie w cabani, na kolejne cztery noce, żeby jakoś dojść do siebie i znaleźć pomysł na kolejne dni. 

GOPR0117

Jakoś jednak udało się ogarnąć pomysł, postawiliśmy na kolejne sprawdzone miejsce jakim jest Puerto Escondido. Colectivo dojechaliśmy do centrum, kupiliśmy śniadanie w naszej ulubionej francuskiej piekarni i piechotą na wylotowkę.. Tym razem stop do Tuxli poszedł dość szybko, ale dalej już było ciężko. Miasto jest zbyt duże żeby je przejść pieszo, a bez kogoś miejscowego nie idzie ogarnąć transportu lokalnego (każdy bus ma numer - kierunek w którym jedzie). Więc odpuściliśmy na chwilę, zjedliśmy obiad u Chińczyka w Sorianie i poszliśmy kawałek dalej na obwodnicę. Wiedzieliśmy że będzie ciężko, ale zbyt wielkiego wyboru nie mieliśmy. W końcu po kilku godzinach się udało i z miasta wywieźli nas handlarze ananasem. I tak wylądowaliśmy po 18 na pemexie po środku niczego, na dalszą drogę było już za późno. Obejrzeliśmy jakiś film, w tym czasie stacja nieco opustoszała i mogliśmy się spytać ochrony o nocleg, na który oczywiście się zgodzili. Za butelkę coca coli, mieliśmy obstawę przez całą noc :). 

GOPR0090

Rano powoli ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem szło dużo lepiej, pierwszym stopem dojechaliśmy do miasta Arriaga. Co ciekawe miasto jest dość duże, dziesiątki hoteli na każdym kroku, a wszystko do okoła wygląda jak jeden wielki slums bez perspektyw na poprawę (o tym nieco dalej). Po kilku kolejnych pick upach wylądowaliśmy dosłownie po środku niczego, droga marzenie (szybkiego ruchu), tylko brakowało aut. Przez ponad godzinę przyjechało zaledwie pięć, kierowcy jednak nie byli chętni do zabierania, a my nie mieliśmy już wody.  W końcu jednak podwiozła nas taksówka kawałek dalej, skąd kolejnym autem trafiliśmy na główną drogę przy wybrzeżu. 

GOPR0126

Kawałek przejechaliśmy w przeciwnym kierunku, a chwilę później jechaliśmy już w stronę Huatulco ze starszym małżeństwem. Na miejscu zapowiadało się że zostaniemy tu na noc, szczęście jednak chciało żebyśmy dojechali do celu jeszcze dzisiaj i ostatnie 123 km przejechaliśmy na strzał. Kierowca wsadził nas na La Puncie, więc od razu skierowaliśmy się do kebaba u Damiana. Nareszcie zjedliśmy porządną kolacje, wypiliśmy po piwie, a że było już dość późno to zaprosili nas razem z Debi do siebie na noc.

IMG_20180301_141940_HDR

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci