Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Pierwsze chwile w Gwatemali

nilek2609

W końcu przyszedł czas żeby porzucić wygodę i ruszyć w dalszą drogę ku nieznanemu. Rano po odebraniu prania, przeszliśmy się jeszcze na zakupy do Soriany i w południe na wylotówkę. Ciężkie to było kilkaset metrów pod górkę, mimo że denga odpuściła, to z plecakami i tak było ciężko się wdrapać. Na dobry początek nie dogadaliśmy się zbytnio z pierwszym kierowcą, który zaledwie po pięciu kilometrach wysadził nas w środku centrum pod dworcem ADO. Próbowaliśmy coś łapać, ale dość ciemno to wyglądało, więc przeszliśmy się kilkaset metrów dalej szukać szczęścia pod Mc'Donalds. Nic to nie dało, więc przed piątą odpuściliśmy i autobusem pojechaliśmy do Mitli. Ludzie w tym stanie są naprawdę nieogarnięci, nie chodzi mi tu o kierowców, tylko dosłownie wszystkich. Oaxaca to chyba jedyny stan w Meksyku, o którym z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mieszkają sami idioci, których przekracza nawet jazda autobusem...

IMG_20180110_124429_HDR

Tak dojechaliśmy na przedmieścia Mitli (chyba). Zapowiadało się dość ciekawie, sklepik kilka kilometrów od cywilizacji na wygwizdowiu, a przed nim ochrona z długą bronią... Myśleliśmy że utknęliśmy tu na noc, zaledwie po przejechaniu czterdziestu kilometrów, ale jakoś się udało i złapaliśmy podwózkę do Tehuantepec z okolicznym lekarzem. Trochę to trwało, ale po dziesiątej dojechaliśmy na przedmieścia, gdzie rozłożyliśmy namiot i poszliśmy spać. Od Puerto Escondido nie mieliśmy tak ciepło, jedynym problemem tutaj był tylko wiatr, momentami zastanawialiśmy się czy odlecimy. Na początku rozłożyłem samą siatkę, ale nie dało się spać, więc nieco później doszedł tropik i jakoś dotrwaliśmy do rana.

IMG_20180109_072147_HDR

Jak zawsze droga nas prowadziła, na stopa przy autostradzie czekaliśmy może kilka minut i zabrał nas pick up. Po raz trzeci w Meksyku wygraliśmy życie i trasę na kilkaset kilometrów. Wyjechaliśmy po wpół do dziewiątej, a pięć godzin później siedzieliśmy zaledwie dwadzieścia kilometrów od granicy z Gwatemalą. Była dość wczesna pora, do celu zostało jedynie 130 km, jednakże postanowiliśmy zadokować się na dzisiejszą noc gdzieś w Tapahuli. Nie było sensu przejeżdżać granicy i spać w zimnie, gdzieś w górach, skoro hosta mieliśmy ugadanego na jutro w Quetzaltenango. Większość czasu spędziliśmy na dworcu ADO, gdzie zostawił nas Luis i dopiero późnym popołudniem poszliśmy kilka kilometrów dalej w stronę wylotówki. Według wujka Google ziemia obiecana miała być przed stacją pemexu, ale wyglądało to zgoła inaczej. Na stacji mieliśmy okazję wziąć darmowy prysznic i koło 22 rozbiliśmy się z namiotem na chodniku dosłownie przy drodze, innego wyjścia nie było.

IMG_20180109_085343

Łapiąc stopa rano, przez dobrą godzinę odganialiśmy się od taksówek i innego rodzaju środków transportu, którzy płoszyli nam inne auta. Okazało się jednak że miejscowi nie za bardzo chcieli nas zabrać na granice, po prostu się bali przemytu. W końcu wsiedliśmy do jednego z colectivo i o dziwo za darmo podrzucili nas do Tuxli Chico, gdzie spędziliśmy jakiś czas. Później kolejnym colectivo za dyszkę dostaliśmy się już na granicę, gdzie czekał nas zupełnie inny świat. Wszędzie pełno cinkciarzy proponujących wymianę waluty, oraz inne zielone specjały których nie polecam zabierać do Gwatemali, za przysłowiową trawkę można spędzić sporo lat za kratkami.

IMG_20180110_121928

Granica przypominała nieco tą Turecko-Bułgarską, z tym że Turcją w tym przypadku był Meksyk, a Gwatemala czarną dziurą, w każdym razie w tym miejscu. Z tego co czytaliśmy na stronie MSZtu, za wyjazd z kraju musimy zapłacić po 25 dolarów amerykańskich. Jednakże słyszeliśmy, że przylatując do Meksyku, mamy wszystko opłacone przez linię lotniczą i cała reszta zależy tylko od chytrości pogranicznika. Mieliśmy jednak przygotowane peso na taką ewentualność. Panie w okienku były na tyle miłe, że po sprawdzeniu pieczątek w paszporcie kazały schować pieniądze. Więc informacja dla wszystkich, NIE DAJCIE SIĘ NACIĄGNĄĆ. Naszych znajomych tak załatwili, gdy wjeżdżali do Belize i to na 30 dolarów, więc jeszcze więcej. Dalej jeśli chodzi o przejście, polecam pytać o biuro migracyjne (miejscowi zaprowadzą za pieniążka), bo do Gwatemali można wejść tak po prostu bez pieczątki w paszporcie (buda stoi na uboczu między sklepami), co skończyło by się sporą karą na wyjeździe.

IMG_20180110_124837_HDR

Na dobry początek mogę powiedzieć, że jest to kompletnie inny świat, autostop działa świetnie, nie czekaliśmy dłużej niż kilka minut. Z pod granicy pick upem dostaliśmy się do miasta Malacatan, nic specjalnego, ale na jego tle pięknie wygląda wulkan Tajumulco (4220 mn.p.m.). Na kolejne auto nawet nie czekaliśmy, Monika zdążyła jedynie machnąć ręką i od razu zabrał nas Esarian (zapis fonetyczny). Droga do Quetzaltenango przypominała mocno tą z Puerto Escondido do Oaxaci, pełno serpentyn i wysokie góry. wszędzie wzdłuż drogi, dosłownie wszędzie, każde zbocze aż po horyzont było obrośnięte krzakami kawowymi. Kierowca który nas wziął, był na tyle miły, że co jakiś czas robił przystanki w ciekawszych miejscach żebyśmy mogli na spokojnie się rozejrzeć i zrobić zdjęcia.

IMG_20180110_131326_HDR

Gwatemala to kolejny kraj w którym człowiek może zakochać się od pierwszego wejrzenia. Ludzie są przemili, zawsze chętni do pomocy, uśmiechnięci, nawet taksówkarze nie są natarczywi. Z San Pedro Sacantepequez zabrała nas mała ciężarówka (taka zabudowana), z początku dogadywaliśmy się jakoś po hiszpańsku, a już chwilę później okazało się że kierowca mówi płynnie po angielsku (dużo ludzi zna tutaj ten język). Na jednym z przystanków wpadł do nas z wielkim uśmiechem i zaczął zaciekawiony pytać o wszystko. Kolejnym miłym zaskoczeniem było to że udało mi się pobić Turecki rekord wysokości (2637m), tym razem wjechaliśmy na 2998m, więc oficjalnie najwyższe miejsce na ziemi w którym byłem.

IMG_20180110_124533_HDR

Koło piętnastej dojechaliśmy na obrzeża Xeli (skrót od Quetzaltenango). W okolicy znaleźliśmy jakieś centrum handlowe i postanowiliśmy się tam nieco zadokować, zjeść coś, a przede wszystkim znaleźć internet żeby skontaktować się z hostem. Galeria na miarę Paryża czy Berlina, ale wszytko jest tu cholernie drogie, jedzenie w głupim Mc'Donalds kosztuje prawie dwa razy tyle co w Meksyku. Jakąś godzinę później dostaliśmy namiar z google maps od hosta i poszliśmy do centrum w poszukiwaniu adresu. Miasto kompletnie nie zachwyca, przez te kilka kilometrów które przeszliśmy, wszystko wyglądało jak jeden wielki SLUMS. Do tego host jakoś dziwnie z nami pisze, tak jak by nie chciał nas widzieć. Siedzieliśmy jak trusie przez godzinę czekając aż się pojawi, ale nic z tego.

IMG_20180110_174951

Dopiero w Wendy's dorwaliśmy neta, wysłał nam kolejny adres gdzie pracuje do późna i tam mieliśmy się pojawić. Wszystko tak się pokręciło, że siedzieliśmy w knajpie prawie do 22 czekając aż skończy zajęcia, po czym zmienił adres po raz kolejny... Jak wcześniej na ulicach kręciło się sporo ludzi, tak o tej porze miasto wyglądało jeszcze straszniej, połączenie The Walking Dead i I am Legend, a my po środku tego wszystkiego. W końcu trafiliśmy do baru gdzie prowadził kolejne lekcje i czekaliśmy aż zrobi przerwę żeby dostać klucze. Pięć godzin siedzenia na dupie tak naprawdę po nic... Gdybyśmy wiedzieli wcześniej co nas tu czeka, to nawet nie zajechalibyśmy do tego miasta, szczególnie że kompletnie nic tu niema oprócz wulkanów, na które nie mamy jak wejść bo Monika miała problem z nogą.

IMG_20180111_101235

Dostaliśmy w końcu klucze od "mieszkania" i wróciliśmy nazad pod pierwszy adres. Okazało się, że będziemy spać w jego szkole tańca połączonej z siłownią i salą bokserską. Wchodzimy do góry po schodach, a tam pod wejściem dwa psy i czterech żuli śpiących pod drzwiami... Gdy Nestor mówił, że będą tam spać również jego przyjaciele, to w najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się tego. Dla pewności zapytałem jednego z nich czy to na pewno właściwy adres - potwierdził. Chyba nie byliśmy do końca przygotowani na tą stronę Gwatemali.

IMG_20180111_073123

Następnego dnia rano nie mogliśmy namierzyć nigdzie Nestora, więc zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy do Mc skorzystać z internetu i skontaktować się z drugim hostem, który obiecał nas dzisiaj przyjąć. Niestety zaczął się wykręcać jakimiś pracami w ogrodzie, kombinować że jednak nie może nas wziąć i w końcu przestał odpisywać, szkoda że nie powiedział tego wcześniej. Nie było innego wyjścia jak wynieść się z Xeli jak najszybciej się da. Zanim jednak przestał odpisywać, powiedział nam że miasto jest faktycznie niebezpieczne. Mieliśmy tego namiastkę w nocy, widząc masę ćpunów, meneli i ludzi spod ciemnej gwiazdy, w tygodniu to ponoć pikuś. Dopiero w weekendy zaczyna się prawdziwa jazda. Opracowaliśmy jakiś plan na Gwatemalę i ruszyliśmy w kierunku jeziora Atitlan.

 

Oaxaca - Królestwo czekolady.

nilek2609

Dzień po sylwestrze w końcu zaczęliśmy się zbierać z Puerto Escondido, nie powiem że było lekko, ale smutno było wyjeżdżać z tego miejsca. Po dziesiątej byliśmy gotowi do wymarszu z Buena Ondy, jeszcze tylko chwila na sprawdzenie plecaków i poszliśmy po raz ostatni (w każdym razie teraz) na śniadanie do Damiana. Ciężko było się zebrać,ale w końcu dostaliśmy się na główną i nawet dość szybko poszło, po kilku minutach jechaliśmy w stronę miasta Oaxaca. Na dwa auta dojechaliśmy do Pochutli i na jakiś czas zapowiadał się koniec jazdy. Przynajmniej mieliśmy fajne miejsce przy krzyżówce, gdzie czas umilali nam artyści uliczni. Rozsiedliśmy się niedaleko oxxo (sklep) i czekaliśmy na okazję. Po jakimś czasie wyskoczyłem kupić coś do picia, nie zdążyłem nawet otworzyć lodówki i słyszę telefon. Okazało się że niedaleko nas stanęło jakieś auto i Monikę zagadało jakieś dziecko, że ktoś na nią czeka w środku. I faktycznie, małżeństwo które się zatrzymało, chciało nas zabrać do Oaxaci.

IMG_20180105_121544

Od razu na wejściu dostaliśmy po zimnej puszce piwa i w drogę. Damian ostrzegał nas że czeka nas ciężki przejazd, ale nie sądziłem że aż tak. Przez kolejne 250 kilometrów czekały nas w 99% same serpentyny, istny rollercoaster przez całą drogę, do tego piwo piliśmy na równi z kierowcą i jego żoną, a przepaści coraz większe. Całość zajęła nam ponad sześć godzin. W okolicy Oaxaci byliśmy dopiero po 22, więc postanowiliśmy wysiąść w jednym z miasteczek (przedmieścia) kilka kilometrów przed celem, żeby nie pakować się na noc do centrum, skoro mieliśmy jeszcze sporo czasu na dojazd. Zjedliśmy po hot-dogu kilka metrów dalej i poszliśmy się rozbić na polu za stacją benzynową.

IMG_20180104_144309

A z samego rana w drogę, wstaliśmy już o czwartej, było tak zimno że nie dało się dłużej, ale na dobre wyszło. Jakąś godzinę później złożyliśmy ociekający wodą namiot i przenieśliśmy się na stacje napić się gorącej kawy, przy okazji przeczekać do wschodu słońca w ciepełku. I na spokojnie o 7 ruszyliśmy z miejsca, standardowo próbowała nas zabrać setka taksówek, autobusy z początku odmawiały współpracy, ale po kilku minutach jeden jednak postanowił się wyłamać. Bilety po siedem peso, komfortowe warunki jazdy i tak wylądowaliśmy na starym mieście. Od pierwszej chwili uderzył nas piękny zapach, knajpki zamknięte, stoisk jeszcze brak o tej porze, ale wszędzie unosi się zapach czekolady.

IMG_20180105_121444

Zaledwie dwie uliczki dalej rozsiedliśmy się obok żywej szopki, zjedliśmy po tamale, obowiązkowo po kubku gorącej czekolady i siedzieliśmy tak na ławce obserwując co się dzieje w okolicy. Dopiero po 10 ruszyliśmy się z miejsca i powędrowaliśmy pod adres do Judy, u której mieliśmy robić remont mieszkania na workawayu. Faktycznie tak jak pisała, dostaliśmy prywatny pokój i dostęp do całej reszty mieszkania, więc elegancko. Chwilę posiedzieliśmy z Judy, po czym oboje padliśmy jak kłody,dopiero po trzech godzinach jakoś udało nam się zwlec z łóżka i czekała nas miła, ciepła niespodzianka - obiadek. Później przydało się zacząć coś robić, więc poszliśmy do sklepu po jeszcze jeden wałek i powoli zaczynaliśmy szykować pokój na jutro do malowania. Nie było co się śpieszyć z robotą, szczególnie że mamy na to kilka dni (robota według zaleceń ma być jak na odpierdziel)  i tylko dwa pokoje, a dalej czujemy się średnio.

IMG_20180105_161933_HDR

Rano od ósmej zaczęliśmy zabawę z pierwszym pokojem, w życiu nie sądziłem że moja robota będzie tak kiedykolwiek wyglądała, czyli jak dla mnie lekka fuszerka. W tym pokoju miało być jedynie pomalowane, proponowałem żeby to zrobić nieco lepiej od podstaw, ale jeśli mieszkanie jest wynajęte i to tylko na rok, to w sumie się nie dziwie że nie chce w to ładować kasy. Uwinęliśmy się do 14 z całą pracą i poszliśmy się przejść po mieście w poszukiwaniu lekarza mówiącego po angielsku, tak jak nam zalecił ubezpieczyciel. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze co nieco po drodze, ale jedyne co się udało, to zjeść po kanapce w Subwayu i padliśmy, szybka nawrotka do pokoju i o 19 już spaliśmy.

IMG_20180106_172128

Kolejny dzień  był nieco lepszy, rano wstaliśmy jak na kacu z mocno obniżoną temperaturą, ale za to z większą chęcią do życia. Może to zasługa 13 godzin snu? Zeszliśmy na dół z myślą o ciepłym śniadaniu, a tu już wszystko gotowe, czekały na nas naleśniki i gorąca kawa. Po śniadaniu dogadaliśmy się co dalej mamy robić, domalowaliśmy ostatnią warstwę na jednej ze ścian i resztę dnia mieliśmy wolną. Więc jeszcze szybki prysznic i do lekarza na badania. Wizyta de facto potwierdziła tylko nasze przypuszczenia. Lekarz po wywiadzie i badaniu od razu powiedział że dopadła nas Denga... Tak to jest ze statystykami, prawdopodobieństwo zachorowania na denge w tym regionie było prawie zerowe, a my trafiliśmy tak "fajnie", że dopadło nas oboje. I niech teraz ktoś powie że nie warto się szczepić i dmuchać na zimne, mimo repelentów i tak nas złapało. Dobrze przynajmniej, że nie trafiła nam się Zica, bo przez pół roku byśmy chodzili kompletnie bez życia, niczym chodzące trupy.

IMG_20180106_171014

Dostaliśmy rozkaz żeby jeść i pić w dużej ilości, więc po wizycie w aptece wyskoczyliśmy na obiad do Domino's. Tak jak kazał lekarz, zjedliśmy jeszcze po dwie tabletki i po godzinie wróciliśmy do życia, nawet nie wiecie jak zajebiście czuje się zdrowy człowiek po takiej chorobie. Najedzeni i pełni energii ruszyliśmy przed siebie, po drodze wpadliśmy na mrożone kakao do Mayordomo, później targ Benito Juarez. Kolejne miejsce warte odwiedzenia, oprócz comedorów i wszelkiej maści warzyw, można tu dostać około setki rodzajów Mezcalu, nawet takie z wężem, skorpionem, czy ptasznikami. Każdy znajdzie coś dla siebie.

IMG_20180105_162927_HDR

Śmiało można powiedzieć że Oaxaca spływa najlepszym kakao, które jak już wcześniej pisałem, czuć wszędzie. W każdym rogu stoi gdzieś na półce mezcal, a dla tych odważniejszych prażone robaki, które są tutejszą przekąską. Kręciliśmy się tak po okolicy, aż wróciliśmy na główny plac. Siedzieliśmy tak może z pół godziny, a gdy już mieliśmy się zbierać do "domu", ktoś zaczął grać, więc postanowiliśmy jeszcze chwilę zostać. Wszystko się jednak zmieniło po kilku minutach, przysiadł się do nas starszy Amerykanin i zaczęliśmy rozmawiać. W końcu mieliśmy na tyle sił i chęci na cokolwiek, że spędziliśmy z nim resztę dnia. Nawet nie zauważyliśmy kiedy wybiła 22, dopiero wtedy postanowiliśmy się zebrać.

IMG_20180105_161858_HDR

W sobotę dzień zaczęliśmy po raz kolejny na pełnym luzie, z nową energią o dziesiątej zaczęliśmy pracę i zaledwie po dwóch godzinach z kawałkiem wszystko było gotowe. Judi pozwoliła nam zostać do poniedziałku, więc po obiedzie ruszyliśmy dalej eksplorować miasto. Próbowaliśmy znaleźć naszego amerykańskiego psychologa z którym umówiliśmy się wczoraj na Zocalo, ale mimo że kręciliśmy się po okolicy dwie godziny, nie udało się go namierzyć, więc poszliśmy się przejść sami. Nie mieliśmy żadnego celu, więc szliśmy po prostu przed siebie, aż trafiliśmy na obrzeża miasta, a że nie było tam nic do roboty, to wróciliśmy do punktu wyjścia. 

IMG_20180107_173750_HDR

Naszego ostatniego dnia u Judy, zaczęliśmy gorączkowo planować dalszą podróż, szczególnie że wczoraj udało nam się dorwać tanie bilety powrotne do europy na koniec kwietnia. Teraz trzeba było wszystko ogarnąć jakoś logistycznie, szczególnie że lot powrotny mamy z Meksyku, niestety im niżej tym były droższe. Później żeby nie było, pomogliśmy jeszcze co nieco Judy w domu, wysłaliśmy ciuchy do pralni i do południa leniuchowaliśmy na tarasie. Pod wieczór spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi naszej pracodawczyni, zjedliśmy wspólnie obiad, później świąteczne (na trzech króli) ciasto z niespodzianką. W środku były ukryte plastikowe ludziki, jeśli ktoś w swoim kawałku trafi na jeden z nich, wtedy według zwyczaju "płaci" za tamale. I na koniec dnia ostatni spacer po Zocalo, później już trzeba było zacząć się pakować.

 

Jeśli chcesz być na bierząco, zapraszam do śledzenia naszych poczynań na facebooku - LINK u góry strony:)

Puerto Escondido - Miejsce gdzie zmieniło się wszystko...

nilek2609

W końcu jednak dotarliśmy na miejsce. Mieliśmy jedynie znaleźć nocleg i ruszyć na plażę do Abrahama i jego rodziny napić się nieco piwa, w każdym razie ja, bo Monika dalej miała coś nie tak z żołądkiem. Ale niestety nie wyszło. Znaleźliśmy najtańszy hostel w okolicy i padliśmy na dziób, nawet nie zdążyliśmy wziąć prysznica. Łóżko miało dzisiaj takie przyciąganie, że po kilku minutach oboje już spaliśmy.

IMG_20171230_175426

Kolejnego dnia rano czekała nas niemiła niespodzianka, okazało się że nie ma bieżącej wody i jesteśmy w ciemnej... Czekaliśmy do południa w nadziei, że coś się zmieni,ale niestety nie wyszło. Na szczęście właściciel zrozumiał ten problem i oddał nam połowę pieniędzy, więc za pokój wyszły nas grosze. Później ruszyliśmy na poszukiwania czegoś lepszego, w każdym razie jeśli chodzi o cenę. I tak trafiliśmy do Damiana, Polaka który za drugim końcu świata otworzył bar z kebabem "El Polaco kebab". Gorąco polecamy to miejsce, ceny są naprawdę fajne i nigdzie w okolicy nie zjecie takiej ilości porządnego jedzenia tak tanio.
GOPR0036

Kawałek dalej znaleźliśmy dość fajny camping Buena Onda, prowadzony przez dwójkę Francuzów przy samej plaży. Cena była dość spora, ale wszystko czego nam było trzeba, mieliśmy w zasięgu ręki. Więc miejsce było dobre na kilka kolejnych dni. Przez pierwsze dwa po prostu się obijaliśmy, walcząc z falami oceanu (nie) spokojnego, opalać się nie było sensu, słońce łapało wystarczająco podczas samego spaceru. Po pierwszym dniu zrezygnowałem nawet z koszuli, temperatura nie spadała poniżej 25 stopni, nawet w nocy, lekkie piekło, szczególnie że tu też jest teraz zima, ale w końcu tropiki.

IMG_20171222_163735

W dzień wigilii wypadło trochę po świętować, więc na bogato zaczęliśmy dzień. Mimo problemów z tutejszym gazem, Monice jakoś udało się upichcić spaghetti na śniadanie. Później życzenia świąteczne i rozmowy z rodzinką na facebookach. Przez różnicę w czasie wychodziło tak, że oni siadali do kolacji, a my na dobre nie zdążyliśmy się dobudzić. Śniadanie może nie było zbyt świąteczne, wypadało zjeść jakąś rybkę, żeby jakoś utrzymać chodź trochę tradycji nawet tutaj. Lecz pech chciał, że akurat dzisiaj buda z grillowaną rybą była zamknięta, więc padło na burgery.

IMG_20171228_180028_HDR

Z początku nie mieliśmy żadnych planów na wieczór, a że na campingu nie za bardzo się kleiło, więc musieliśmy znaleźć sobie jakieś zajęcie. W końcu jednak umówiliśmy się z jednym z poznanych w mieście Polaków. Kamil przyszedł po nas gdzieś po 20 i powoli zaczynaliśmy rozkręcać wspólnie małą imprezę. Na początku spokojnie, a później za sprawą Havana Club znaleźliśmy się w centrum miasta z ekipą od nas z campingu i zabawa trwała do białego rana we Flayu (w każdym razie tak twierdzi wujek Google).

IMG_20171228_181046

Rano (po spaniu) było już nieco ciężej, trochę nam zajęło dojście do siebie, ale chłodne piwo każdego postawi na nogi. Później nieco walki z falami przy zachodzie słońca i kolejny dzień świętowania. Jakoś trzeba było spędzić te święta, więc kolejna impreza była kwestią chwili i bardzo dobrą opcją. I tak praktycznie dzień w dzień, Puerto to miejsce na typowy chillout i ładowanie akumulatorów. Większość dnia była bardzo podobna, leń nas ogarnął, mieliśmy zmienić camping na nieco tańszy, ale jest tak fajnie, że nie potrafimy odejść.

IMG_20171224_160934_HDR

Dopiero dwa dni po świętach postanowiliśmy coś ze sobą zrobić i ruszyć nieco z miejsca, ale tak na spokojnie. Po południu jednym z busików pojechaliśmy do centrum na zakupy do chedraui, a później na targ po świerze warzywa na obiad. Z początku miał być makaron, ale że jesteśmy nad oceanem i wszędzie sprzedają piękne świeże ryby, to padło na Lucjana z patelni.

IMG_20171226_120454

Powoli zatracaliśmy się w tym miejscu, dni mijały, nikt nie wie kiedy, każdy niby podobny do drugiego, ale w jakiś sposób inny. Zwiedziliśmy okolicę, imprezowaliśmy, krążyliśmy od plaży do plaży, byliśmy przeszukiwani przez policję, ale koniec końców większość czasu spędzaliśmy bycząc się hamaku. Takie lenistwo jest piękne.

GOPR0038

W sylwestra chcieliśmy dać z siebie sto procent, ale od początku coś było nie tak, w każdym razie ze mną. Od rana czułem się jak śnięta ryba, kręciłem się jedynie między plażą, a campingiem i narzekałem na wszystko dookoła. Byłem gorący jak bojler (Monika twierdziła że aż parzę), myślałem, że słońce bardziej mnie przypiekło, ale to nie było to. Dopiero wieczorem sprawdziłem temperaturę i się okazało, że mam ponad 39 stopni...

IMG_20171223_101853

Wszystko jednak się ułożyło za sprawą cudownych tabletek Ibupromu i zimnego prysznica. Nie chciałem odpuścić tego dnia, szczególnie że o północy planowałem zrobić coś specjalnego. W końcu po dwudziestej zebraliśmy się z namiotu, po drodze zgarnęliśmy jeszcze Kamila i razem poszliśmy do El Polaco. Damiana niestety tam nie było, ale jakoś się odnaleźliśmy u Pepe Taco. Tam poznaliśmy jeszcze Polsko-Włoską ekipę podróżującą po Ameryce Północnej i impreza powoli zaczęła się rozkręcać.

IMG_20171230_174224_HDR

W którymś momencie przenieśliśmy się do mieszkania Debi i Damiana, gdzie dwójka Włochów odpadła, więc ich zostawiliśmy i taksówką zebraliśmy się na Zicatelę, poszukać tam nieco szczęścia. Imprezy może nie znaleźliśmy, ale wyszło tak jak powinno. Jakoś przed północą pojawiliśmy się na plaży i wtedy dokonałem chyba najważniejszej decyzji w moim życiu. W chwili gdy wybiła północ OŚWIADCZYŁEM się Monice, myślałem nad wieloma innymi miejscami, ale to była dobra decyzja. Powiedziała TAK. :) :)

 

Manzanillo

nilek2609

Dość topornie szło nam opuszczanie pokoju, mało co wyschło z tego co wczoraj wypraliśmy. Do tego trzeba było ogarnąć profil na workaway, więc trochę czasu to wszystko zajęło, ale przed południem jakoś udało się ruszyć w dalszą drogę. Piechotą dostaliśmy się na jedną z głównych ulic i próbowaliśmy dalej jechać autobusem gdzieś na południe, ale to było jak walka z wiatrakami, komunikacja w tym mieście jest prawdziwym koszmarem. Niewiele się zastanawiając zjedliśmy jakieś śniadanie obok i przeszliśmy się dwa kilometry dalej na obwodnicę. Stamtąd jakoś udało nam się złapać stopa na La Tiere, później szło ciężej, ale złapaliśmy w końcu tira.

IMG_20171219_120445_HDR

Nawet nie spodziewałem się że będziemy przejeżdżać przez tak piękną okolicę. Mniej więcej w połowie drogi trafiliśmy na płaskowyż, w oddali wysokie góry, dookoła płytkie jeziorka pełne ptaków, co jakiś czas plantacje agawy i po środku tego my. Mimo że przez pięć godzin przejechaliśmy zaledwie 250 km, to warto było. Antonio był na tyle przeładowany, że momentami jechaliśmy zaledwie 10 km/h, ale gdzie nam się śpieszy. w końcu, chwilę po dziewiętnastej wysadził nas przy Tecoman, jakieś 60 km od Manzanillo. Nareszcie wróciliśmy wróciliśmy do miejsca, gdzie na każdym kroku rosną kokosy, wspinaczka odpadała, ale za to pod nosem mieliśmy stoisko i za 12 peso dorwaliśmy jednego.

IMG_20171218_152328_HDR

Jeszcze przez chwilę próbowaliśmy coś złapać, ale w końcu odpuściliśmy i ruszyliśmy wzdłuż autostrady szukać miejsca na nocleg. Po drodze jeszcze kilka tacosów na kolacje i po przejściu siedmiu kilometrów rozbiliśmy się na plantacji kokosów. Kolejny one milion star hotel zaliczony, czy życie w ten sposób nie jest piękne?. Miejsce złoto, jedynie zwierzaki trochę straszyły, tak jak wbijające się w ziemię kokosy... Rano wstaliśmy razem ze wschodem słońca i przed ósmą po wysuszeniu namiotu wróciliśmy łapać.

IMG_20171218_162643_HDR

A godzinę później byliśmy już w mieście. Nogi od razu prowadziły nas w stronę jedzenia, a że zajechaliśmy nad ocean spokojny, to padło na świeże Ceviche (sałatka z surowej ryby, marynowanej w limonce). My się najedliśmy, więc przydało by się nakarmić też kogoś innego. Z kubkiem pełnym świeżych owoców powędrowaliśmy do sanktuarium legwanów trochę się zabawić.

IMG_20171218_170751_HDR

Jeszcze przed wyjazdem umieściliśmy to miejsce dość wysoko na liście tych do odwiedzenia i w końcu się udało. Niedawno mieliśmy nieco zmienić plan i całkiem ominąć Manzanillo, kierując się w stronę Puerto Escondido. Ale wyszło inaczej,góry dość mocno nas wymęczyły i trzeba było szybko zjechać na wybrzeże zaznać w końcu słońca.

IMG_20171218_185233

Jest to jedno z miejsc do którego warto nadrobić trochę kilometrów i je odwiedzić. Mało kto o nim wie i w sumie dobrze, ma to swój urok. Codziennie o dziesiątej rano legwany mają porę karmienia, więc najlepiej przyjść w tym czasie, wtedy można zobaczyć je z bliska. Przez resztę czasu wygrzewają się na drzewach i na dachu. Zabierzcie też owoce, najlepiej papaję i banany,a zobaczycie co się będzie działo. I najważniejsze, wejście jest za darmo,ale przy karmniku stoi wielka pucha na datki. Warto się dorzucić, żeby smoki miały codziennie świeże jedzenie.

IMG_20171219_071628

Z sanktuarium ruszyliśmy w kierunku plaży San Pedrito, po drodze w kocu udało mi się kupić maczetę. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, a dostałem ją dopiero tutaj za niecałą stówkę i to w sklepie wędkarskim, a ja głupi myślałem że znajdę ją na targu. Monika już się śmiać zaczynała, że pewnie sami je w domach robią :D

IMG_20171219_101559

Plaża dość mocne 3 na 5, ale woda czysta,mimo bliskiego sąsiedztwa portu. Jeśli chodzi o resztę, to bardzo trzeba uważać na jeżowce. Te tutaj są dwa razy większe od europejskich i miejscami mają dość jaskrawe kolory, więc pewnie mogą wyrządzić większe szkody niż tylko wbity kolec. Oprócz tego jest trochę ryb i kraby. Dodatkowym plusem tego miejsca jest możliwość wzięcia prysznica po kąpieli w oceanie. Podsumowując, warto tu wpaść, ale nie na zbyt długo. Miasto jest całkiem w porządku, mają jak wszędzie w Meksyku dobre jedzenie, ładne widoki i jeden z najważniejszych portów w kraju. Ale największą atrakcją są legwany.

IMG_20171219_1143541

Z plaży cofnęliśmy się na obiad do centrum miasta, polecamy knajpkę MeNuDeRia. Za 55 peso można zjeść Carne Asada (sporo mięsa, ryż, warzywa, fasolka), więc dość porządny obiad za grosze. Należało się nam po kilku ostatnich dniach. Później już w stronę wylotówki z miasta, tutaj spanie na plaży, albo w okolicy jest dość niebezpieczne, w każdym razie tak nam mówili w sanktuarium legwanów.

IMG_20171219_114726_HDR

Co ciekawe, gdy zaczęliśmy łapać, podchodzili do nas żule, albo inne typy naprawdę z pod ciemnej gwiazdy i mówiąc często płynnym angielskim próbowali jakoś pomóc. Najgorsze jest to że Ci z pod ciemnej gwiazdy ostrzegali nas, że jest tu bardzo niebezpiecznie i musimy uważać. To ja się pytam, jeśli my się ich dość boimy, to przed kim oni nas ostrzegali?. Chyba nie chcę wiedzieć... Któryś z kolei poradził aby wziąć autobus za miasto i tam łapać, więc w końcu posłuchaliśmy i jedynką wydostaliśmy się.

IMG_20171219_115458_HDR

Zaczęliśmy łapać na jednym ze skrzyżowań przy wyjeździe z miasta, duży karto z napisem Tecoman / Acapulco i co nas zabiera? Autokar jadący do Acapulco... Niestety wziął nas tylko do Tecoman, ale 60 km w takich warunkach, to bajka. Podobnie jak ostatnio, nie było sensu łapać, więc ze dwie godziny zeszło nam na znalezienie miejsca do spania w tym pyle. Rozłożyliśmy się zaraz przy wjeździe do miast a, dla odmiany na jednym z pól cukinii i poszliśmy spać. A rano jeszcze przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej w drogę.

IMG_20171219_122600_HDR

Znowu mieliśmy na tyle szczęścia, że złapaliśmy na stopa studenta chemi, który mówił po angielsku, więc dostaliśmy kolejną dawkę przydatnych informacji. Podrzucił nas 40 km dalej, skąd kolejne auto zabrało nas do małej wioski nad brzegiem Pacyfiku. Bajkowe miejsce na śniadanie, po środku niczego stała restauracja kilka metrów od plaży, z fajną obsługą i groszowym jedzeniem, jeszcze w takiej ilości że nie dało się tego przejeść. Po jedzeniu dalej żabimi skokami kierowaliśmy się w stronę celu, jedną z najpiękniejszych dróg wzdłuż wybrzeża.

IMG_20171219_131858_HDR

Łapiąc dalej, którymś autem z kolei trafiliśmy do Maruaty, tam jakby transport umarł i nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, więc postanowiliśmy się przenieść na jedyny w okolicy camping. Piękna zatoka między skałami, nocleg zapowiadał się naprawdę świetnie, więc od razu zapłaciliśmy, rozstawiłem nasz cały majdan, a po chwili się okazuje że nie mamy dostępu do wody. W każdym razie na naszej części pola, było kilku właścicieli, więc jakby kilka różnych campingów. Już myśleliśmy żeby się przenieść obok, ale kolejny chciał dwa razy tyle kasy, de facto za nic. Próbowaliśmy jakoś odzyskać pieniądze od faceta, ale się okazało, że poszedł do domu i miał nas gdzieś. Dopiero po dwóch godzinach się pojawił, nawet nie negocjował, oddał pieniądze, zamknął wszystko i poszedł. Byliśmy już spakowani i mieliśmy się zbierać, ale skoro byliśmy na plaży, to warto było nieco popływać. Później dogadaliśmy się z "sąsiadem" z za miedzy, żeby móc się wykąpać i na wylotówkę.

IMG_20171219_132513_HDR

Miejscowi nie byli zbyt chętni żeby nas zabrać, więc powoli kierowaliśmy się za miasto w poszukiwaniu noclegu. Po drodze staraliśmy się jeszcze coś złapać w tej ciemnicy, tak bardzie proforma, bo niewielka była szansa, że ktoś nas teraz weźmie. Ale za którymś takim razem trafiliśmy jak ślepa kura na ziarno. Zabrały nas dwie siostry, dostaliśmy kolację i jechaliśmy wspólnie w kierunku Acapulco. Przez większość dnia zrobiliśmy zaledwie 150 km, a teraz prawie trzy razy tyle. Wysiedliśmy dopiero o trzeciej nad ranem, gdy Panie zajechały do jednego z hoteli po środku niczego i próbowały wynająć dla nas wszystkich pokoje, a rano ruszylibyśmy dalej. Nie mogliśmy się na to zgodzić, tylko za naszą dwójkę zapłaciłyby prawie tysiąc peso, więc jakoś się z tego wymiksowaliśmy i rozbiliśmy się z namiotem dwieście metrów dalej w sadzie Mango.

IMG_20171221_113659

Wszystko właśnie tak miało się ułożyć, po kilku godzinach snu zajechaliśmy do kolejnego miasteczka, skąd złapaliśmy transport do samego Puerto Escondido. Niby 550 km dobrą drogą, do tego pick up, a nie tir, mimo to droga zajęła ponad dziesięć godzin. Na miejsce zajechaliśmy dopiero przed ósmą, ale za to zaoszczędziliśmy masę czasu, gdyby nie oni to spokojnie jechalibyśmy tu 2-3 kolejne dni. Do tego atmosfera była bardzo miła, przez całą drogę jechaliśmy na pace z Abrahamem, co chwilę prowadziliśmy jakieś dziwne wywody, spaliśmy i tak na zimianę do samego celu. 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci