Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Tuxtla Gutierrez i Kanion Sumidero

nilek2609

Żeby nie tracić czasu, na śniadanie poszliśmy od razu z plecakami. Wczoraj udało nam się ogarnąć pierwszego hosta w Meksyku, w mieście Tuxtla. Z początku mieliśmy się kierować do Puebli, ale Monika znalazła jakiś kanion w okolicy miasta i pokazy tańca, więc lekko zmieniliśmy plany. Po przejściu czterech kilometrów, okazało się że droga jest zablokowana przez policję,staraliśmy się łapać do czasu gdy jeden z kierowców powiedział nam że dalej strajkują nauczyciele i niema dojazdu do miasta. Dopiero o jedenastej razem z parką Gwatemalczyków udało nam się przekonać kierowcę pickupa, żeby jakoś spróbować ominąć ten protest. ale nic z tego, po dwóch kilometrach utknęliśmy w jeszcze większym korku...

IMG_20171209_114900

Poczekaliśmy jeszcze pół godziny z nadzieją, że może zaczną puszczać auta, ale nic z tego. Razem z Cheli i Andresem pożegnaliśmy kierowce i piechotą minęliśmy protestujących. Opłaciło się, w południe zabrała nas wszystkich jedna z osobówek, które zawróciły na blokadzie i dzięki temu wszyscy godzinę później byliśmy w Tuxtli. Kierowca zrobił o tyle fajną trasę, że wysiedliśmy zaledwie 300 metrów od domu naszego hosta, więc nie musieliśmy drałować. 

IMG_20171208_200228

Chwilę musieliśmy spędzić w okolicznej restauracji, żeby dać znać naszemu hostowi, że w końcu udało nam się dojechać. Wypiliśmy po piwie i akurat Luis odpisał że jest już na miejscu, więc mogliśmy wpadać. Z początku planowaliśmy zostawić jedynie plecaki i jechać zobaczyć ten wspaniały kanion, ale na wejściu wszystko się zmieniło. Od razu zdążyliśmy poznać całą rodzinę i jakoś tak wyszło że dzisiaj nie ruszamy się poza miasto.

IMG_20171208_202302

Wszystko jakoś tak fajnie zaczęło się układać, że chwilę później jedliśmy tutejsze chorizo, mieliśmy już nigdy nie tknąć tego świństwa, ale nas namówili. Tym razem okazało się pyszne, robione podobnie jak nasza jajecznica. Z tego co powiedział Luis, to mięsa w chedraui się nie kupuje, po pierwsze jest cholernie drogie, po drugie to niezbyt świeże, a po trzecie nie smaczne. Oni we wszystko starają zaopatrzyć się na targu miejskim. 

IMG_20171209_081305

Tym razem trzeba było jednak wyskoczyć do marketu, był po prostu najbliżej,a że nasz gospodarz lubi nowe dania, to Monika na dobry początek znajomości postanowiła upiec ciasto marchewkowe. Z początku baliśmy się że nie wyjdzie na tutejszych składnikach, orzechy włoskie zastąpiliśmy pekanem, kilku innych nie daliśmy. Jednak przed osiemnastą było gotowe i nie wyszło wcale takie złe, każdemu posmakowało, no może oprócz dzieciaków. Później ruszyliśmy na podbój miasta, Luis opowiedział nam co nieco o historii i okolicy. Ale najważniejszym punktem dzisiejszego wieczoru były tańce w Miramba Park.

IMG_20171209_081426

Usiedliśmy na jednej z ławek i obserwowaliśmy co będzie się działo.Luisa po chwili porwała jedna z kobiet, kolejna nas wycałowała, a reszta próbowała namówić do tańca. Trochę im to zajęło, w końcu jedna starsza Pani nie chciała przyjąć odmowy i musiałem wstać, zawstydzony trochę się pobujałem, bo tańcem tego nie można było nazwać. Jak to mówią, gringo nie potrafi tańczyć. Jednakże po jakimś czasie czar tego miejsca zadziałał, w głowie coś mi mówiło "a co mi tam, przecież nikt mnie tu nie zna" i zaciągnąłem Monikę na "parkiet". Mówi się że jeśli ktoś był w Miramba Park i nie zatańczył chociaż jednego tańca, to tak jak by go nigdy tu nie było. Po tańcach zrobiliśmy jeszcze małą rundkę pod monument, z pod którego rozpościerała się panorama na większą część miasta i stamtąd wróciliśmy już do domu.

IMG_20171209_114144_HDR

Kolejnego dnia specjalnie wstaliśmy po 7. Dzisiaj mieliśmy wspólnie z Moniką zrobić typowy Polski obiad dla dziewięciu osób, padło na mielone z mizerią i ziemniakami, więc dzień zaczęliśmy od wizyty na targu. Kupiliśmy jeszcze parę fantów w Chedraui, zakupy do domu, a my w colectivo i do Chiapa de Corzo. Wysiedliśmy z busa i nie wiedzieliśmy co dalej, na całe szczęście zaczepiły nas dwie dziewczyny, od razu zapytały czy chcemy zobaczyć kanion, a chwilę później zaprowadziły do biura gdzie mogliśmy kupić bilety.

GOPR0544

Zapłaciliśmy po 200 peso, kilkamiut czekania i busikiem zabrali nas do portu, skąd łodzią popłyneliśmy w głąb kanionu. Warto było wydać te pieniądze, u nas coś takiego kosztowałoby fortunę, o ile mielibyśmy takiemiejsce. Widoki rewelacyje, masa praków, nawet nasze czaple siwe tutaj zimują (a może i występują) razem z nami. Na początku trasy zawitaliśmy na małą skalistą plażę, gdzie wygrzewały się dziesiątki sępów, później kontrola opasek a środku rzeki i chwilępóźniej wpłynęliśmy do kanionu, którego ściany miejscami sięgają po tysiąc metrów, a głębokość prawie czterystu.

IMG_20171209_115037

Co jakiś czas nasz przewodnik zatrzymywał łódź w ciekawszych miejscach żebyśmy mogli spokojnie zrobić zdjęcia, coś przy tym opowiadając, niestety niewiele z tego rozumieliśmy. Trasa w jedną stronę ma około 40 km, kończy się kawałek przed elektrownią wodną, gdzie czekał nas sklepik najednej z łódek z przekąskami.

IMG_20171209_121823_HDR

W drodze powrotnej zawitaliśmy jeszcze do jednej z malutkich zatoczek, gdzie między gałęziami skakała małpa, a kilkaset metrów dalej leżał w trawie plastikowy krokodyl. Myśleliśmy że w końcu uda się nam jakiegoś zobaczyć w naturalnym środowisku, ale jednak jeszcze nie tutaj. Nieco ponad dwie godziny później busik odwiózł nas do centrum, skąd colectivo wróciliśmy do Tuxtli.

IMG_20171209_121938_HDR

Gdzieś w centrum miasta udało nam się złapać wifi, okazało się że nasz host musiał gdzieś wyskoczyć i jakiś czas go nie będzie w domu,ale jest reszta rodziny, więc mamy się czuć jak u siebie. Po powrocie od razu zabraliśmy się za przygotowanie obiadu, trochę czasu nam to zajęło, ale tylko z winy ichniejszego mało kalorycznego gazu, wszystko robiło się dwa razy dłużej. Ale w końcu było gotowe, baliśmy się nieco, że mieloe i mizeria będą dla nich mdłe, ale każdemu smakowało, nawet dzieci były zachwycone, a to jest najważniejsze. Najbardziej nas zaskoczyło, że tak polubili mizerię. Obstawialiśmy, że to będzie najmniej lubiana część dania, a było wręcz przeciwnie.

IMG_20171209_131012_HDR

Po obiedzie, razem z koleżanką Luisa pojechaliśmy do jednego z parków w centrum na pokaz filmu o Natali Lafourcade. Był to krótki dokument o jej karierze jako piosenkarki. Dość szybko nam poszło, zaledwie kilkanaście minut, spodziewaliśmy się czegoś innego, ale zawsze zostawał nam jeszcze spacer po innej części miasta. Do domu wróciliśmy pieszo, poznaliśmy kolejnych znajomych rodziny, zjedliśmy wspólnie po tradycyjnym tacos z tegoregionu. Które specjalnie przygotował szwagier Luisa, ponoć to jego specjalność. Wypiliśmy  jeszcze po kawie, chwila rozmowy i padnięci poszliśmy się położyć.

IMG_20171209_180620

San Cristobal de las Casas

nilek2609

Miasto od pierwszej chwili nas zachwyciło, taki Meksykański Kraków, dużo restauracji, masa ludzi i rewelacyjna atmosfera. Było dość zimno, więc nocleg w namiocie odpadał, ale bardzo szybko znaleźliśmy tani nocleg, dosłownie pierwszy hotel do którego weszliśmy okazał się w na tyle niskiej cenie że postanowiliśmy w nim zostać. Wszystko pod ręką, łazienka trochę śmiesznie rozwiązana, ale myślie o ciepłym prysznicu po tej trasie przez góry była na tyle dobra że nic nie było już ważne. Ogarnelismy się, zjedliśmy po taco,  jeszcze gorąca kawa i ruszyliśmy w miasto. 

IMG_20171207_093516

Poza wysokim sezonem turystycznym miasto jest bardzo tanie, restauracje, hotele i standardowo sklepiki. Ale rękodzieło to prawdziwy raj, mieliśmy ochotę wykupić wszystko, szczególnie że były prawie za darmo. Indianie bez negocjacji schodzili z ceny o połowę zaledwie po chwili. Dla przykładu, za ręcznie robione ponczo, albo bluzy chcieli jedynie 20 zł, u nas za coś takiego poniżej stówki cena by nie zeszła. Problemem jest tylko miejsce w plecaku, ale od czego jest poczta, jeśli będzie na tyle tanio żeby puścić paczkę do Polski, to czemu by nie kupić kilku fajnych pamiątek. 

IMG_20171205_185803

Do południa ogarnęliśmy wszystko co było trzeba i przenieśliśmy się dwieście metrów dalej, do nieco tańszego hotelu. Od razu zameldowaliśmy się na kolejne dwie noce i zaczęliśmy się szykować do puszczania baniek. Polecieliśmy po płyn do Chedraui, do tego jakieś wiadro i tak trzy kilometry w jedną stronę, później w drugą. Wróciliśmy do hotelu i pech chciał że gdzieś po drodze zostawiliśmy cały proszek do baniek, więc zaczęliśmy kombinować nad nowym przepisem. Znaleźliśmy kilka opcji zaczęła się gonitwa po aptekach, kolejny kurs do Chedraui po inne składniki, a później zabawa. Straciliśmy na tym praktycznie cały dzień, a baniek nie było,mimo wielu prób i błędów,nie chciały kompletnie wyjść, więc odpuściliśmy. Później okazało się, że choćbyśmy nie wiadomo co robili, to i tak by z tego nic nie wyszło z powodu wysokości.

GOPR0244

Rano gdy chcieliśmy garnąć nieco dalszą trasę, okazało się że nie mamy internetu, ani prądu (okazało się że cała ulica niema), więc zawiedzeni poszliśmy na śniadanie. Mimo że płaciliśmy sporo mniej niż wcześniej, to w cenie dostaliśmy porządne śniadanie,co nas dość pozytywnie zaskoczyło ;). Najedzeni ogarnęliśmy plan zwiedzania i ruszyliśmy na podbój miasta. Pierwszym punktem był kościół matki Boskiej z Gwadelupy, w końcu do nas doszło kim byli ci palladyni w busikach, każdy z nich był pielgrzymem jadącym właśnie do tego kościoła. W niedzielę szykuje się w mieście ogromna fiesta, szkoda że bańki nam nie wyszły i nie możemy tu zostać na dłużej.

IMG_20171207_094123

W centrum chcieliśmy odwiedzić kilka kolejnych kościołów,ale niestety wszystkie były zamknięte z powodu remontu. Więc skierowaliśmy się do kościoła Iglesia de San Cristobal, nasza kondycja chyba nie była zbyt dobra, a może to przez wysokość? Żeby dostać się na wzgórze gdzie stał, musieliśmy pokonać 286 schodów, więc co kilkanaście robiliśmy przerwę żeby nieco odpocząć. Kościół jednak nie zachwycał tak jak byśmy chcieli, ale jak już ty weszliśmy to wypadało chociaż obejść okolicę.

IMG_20171207_094316_HDR

Później udaliśmy się na skrzyżowanie Generała Utrilla i Escuadrón 201, gdzie mieści się największy targ z rękodziełem i pamiątkami w San Cristobal. Nie wiadomo gdzie podziać oczy,od ilości kolorów, kształtów i wzorów można było dostać oczopląsu. Mimo że nie poszło na bańkach, to i tak postanowiliśmy się zaopatrzyć w kilka rzeczy do domu.

IMG_20171207_101257_HDR

W ostatniej chwili udało nam się wrócić do hotelu, zaledwie pięć minut po wejściu rozpętało się piekło. Planowaliśmy zjeść jedynie obiad, zostawić zakupy i ruszać dalej, ale utknęliśmy w środku, z resztą, przy tej ulewie nawet parasol na niewiele by się zdał.Całe szczęście że zdążyli naprawić prąd w budynku, szkoda tylko że nie internet. Bo kompletnie nie było co robić.

IMG_20171207_105924_HDR

I tak trzy kolejne godziny spędziliśmy w pokoju, jak pogoda nieco się uspokoiła ruszyliśmy dalej zwiedzać. Większość ulicznych stoisk była taka sama, jednakże pojawiło się kilka nowych, w tym z różnymi wyciągami z marihuany, ale facet z całym workiem trawy, po prostu rozwalił mi system. Ten niestety nie pozwolił mi zrobić zdjęcia.

IMG_20171207_164123

Idąc dalej Aleją Generała Utrilla, trafiliśmy na targ dosłownie z wszystkim. Moża tu znaleźćświerze owoce/warzywa, suszone ryby, świerzo ubitą kurę, krowie kopyto, ciuchy,salon fryzjerski, fajerwerki sprzedawane przez ośmioletniego chłopca, masę ziół i innych cudów których nazwy nie znamy. Targ znajdujesię około 700 metrów od głównego placu w centrum miasta, naprawdę polecam tam zajrzeć. Jednocześnie musicie wiedzieć jedno, na 99,9 % będziecie tam jedynymi gringo, więc polecam trzymać się na baczności i nieafiszować z elektroniką, anigrubszą gotówką.

IMG_20171207_110205_HDR

Teraz coś o przedsiębiorczości meksykan. Z tego co mi się zdaje, niema tu czegoś takiego jak emerytura, czy zasiłki, a nawet jeśli są to pewnie bardzo nikłe. Widać to na każdym kroku przechadzając się uliczkami, miejscowi sprzedawcy sąw każdym wieku, od dzieci mających zaledwie 4-5 lat, do ludzi starszych, wyglądających na 80 albo i więcej. Każdy oże jak może i jkoś życie się kręci. U nas byłoby to nie do pomyślenia, ale popatrzcie jak dzieciaki uczą się przedsiębiorczości i szacunku do pieniądza.Wiedzą że jeśli niebędą pracować, to nie osiągną niczego.

IMG_20171207_100238_HDR

Na każdej ulicy coś się dzieje, gdy zapada zmierzch miasto tak naprawdę budzi się do życia, wszystkie poprzednie w których byliśmy, o tej porze zaczynały wymierać. Każdy kogo spotkaliśmy na swojej drodze opowiadał o San Cristobal w samych superlatywach i polecał tu przyjechać. A Ci którzy przyjechali na jeden dzień, potrafili tu spędzić nawet dwa tygodnie. Miasto tak przyciąga swoją różnorodnością i folklorem, że ma się ochotę spędzić tu resztę życia.

IMG_20171207_114354_HDR

Agua Azul i droga do San Cristobal de las Casas

nilek2609

Coś się podziało na campingu i rano byliśmy odcięci od bieżącej wody w naszej części, więc wychodziło na to że wykąpiemy się dopiero nad wodospadami Agua Azul. Na szczęście z pomocą przyszedł Marcin i zaproponował że możemy się umyć u nich w cabanii. Zjedliśmy wspólnie śniadanie u mamuśki, co było nie lada przeżyciem, każdy z nas zamówił danie "A", ona zaproponowała "B", a na koniec przyniosła "C". Nic kompletnie się nie zgadzało, tak jak by miała gdzieś to co kto co zamawiał i każdemu z osobna losowała dania wedle jej uznania. Miało to jednak swój urok.

IMG_20171205_110028

Po śniadaniu czekała nas najgorsza rzecz, musieliśmy się spakować, a żadne z nas nie miało na to ani chęci, ani siły, zostać też już nie chcieliśmy, trzeba było zmienić miejsce na nowe. Wspólnymi siłami jakoś to poszło i po dziesiątej szliśmy już piechotą do miasta, odchodząc seniora mamuśka wysłała nam kilka gorących buziaków i mówiła żebyśmy zostali jeszcze kilka dni. Mimo że była kobietą kompletą całkowicie wystrzeloną w kosmos i nie mogliśmy ogarnąć jej umysłem, to bardzo ją polubiliśmy.

IMG_20171205_0608211

Po tych paru dniach odpoczynku, plecaki już tak mocno nie ciążyły i dość szybko doszliśmy do Palenque. Jak zwykle kierunek chedraui, trochę odganiania od sprzedawców wycieczek, sklepikarzy ulicznych i lądujemy ma wylotówce. Słońce ostro dawało popalić, ale nie to było najgorsze, Monika pozbyła się klątwy montezumy, która za to odezwała się u mnie, a trzeba było jechać.

IMG_20171205_105346

Na krzyżówce pod ADO spędziliśmy dobrą godzinę i musieliśmy zmienić miejsce, nie było sensu dalej tam stać, skoro nikt nie chciał nas zgarnąć, jedynie podjeżdżały kolejne colectivo. Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów na kolejny rozjazd i łapaliśmy dalej. W końcu podeszła jakaś kobieta i coś zaczęła do nas gadać, mówiła na tyle chaotycznie i szybko, że nie mogliśmy jej zrozumieć. Tu coś o aucie, tu o autobusie, że mamy na nią poczekać bo na ruiny idzie po kogoś, więc daliśmy jej trochę czasu. Czekaliśmy prawie godzinę, a czas uciekał, była już szesnasta, a my nie ruszyliśmy się o krok z miasta. 

IMG_20171205_110326_HDR

W końcu zrozumieliśmy o co jej chodziło, proponowała nam wspólny przejazd autobusem, a nie podwózkę i dzięki temu straciliśmy godzinę łapania. O siedemnastej nie pozostało nam nic innego jak zostać w mieście i szukać miejsca na nocleg. Nie było co ryzykować dostania się w nocy na teren opanowany przez Zapatystów. Szczególnie że nie wiadomo czego się można po nich spodziewać, jedyne co wiemy to to że bardzo często blokują górskie drogi na trasie do San Cristobal i żądają pieniędzy za przejazd.

IMG_20171205_110436_HDR

Nie zostało nam nic innego jak wrócić się ładować na dworzec ADO i czekać aż ulice nieco opustoszeją żeby gdzieś w okolicy się rozbić. Siedzieliśmy tak do wpół do jedenastej, dworzec podobnie jak okolica opustoszała, jeździły jedynie pojedyncze taksówki, więc mogliśmy się ruszyć. Wróciliśmy na krzyżówkę i tropem zdjęć satelitarnych szukaliśmy dobrego miejsca, niestety wszystko co by nam odpowiadało, było albo podmokłe, albo za wysokim płotem. Nie pozostawało nic innego jak ruszyć w kierunku ruin i tam szukać szczęścia. Zaledwie sto metrów dalej zrobiliśmy przerwę przy napisie Palenque i zaczęliśmy krążyć po okolicy bez plecaków. W końcu postanowiłem że na totalnym przypale rozłożymy się na ścieżce rowerowej za murkiem, był na tyle wysoki i długi że nikt nas nie widział z drogi. Ludzie o tej porze raczej  nie będą spacerowa, więc to była najlepsza z dostępnych opcji. W Gruzji dałem rade spać na przystanku, na Słowenii też spaliśmy podobnie, to czemu by nie w Meksyku?

IMG_20171205_110514_HDR

Siedem godzin zdrowego snu wpadło, obudziliśmy się dopiero o szóstej jak zaczęli chodzić pierwsi ludzie, dawno tak szybko się nie zebraliśmy. Ekspresowa toaleta i wróciliśmy się na kilka minut do ADO sprawdzić czy ktoś odpisał na Couchsurfigu w sprawie noclegu w San Cristobal. Później już na wylotówkę, pierwsza godzina po raz kolejny nie przyniosła rezultatów, ale za to gdy przenieśliśmy się za posterunek policji federalnej, zabrały nas dwie Szwajcarki na kolejny rozjazd bezpośrednio w kierunku Agua Azul, niby 12 km ale w tym momęcie to było wiele. Teraz za to wiemy czemu nikt nas nie chciał wcześniej zabrać, nie robili tego wcale specjalnie, po prostu nikt w tym kierunku nie jechał. Na setkę przejeżdżających aut, może pięć tam skręcało, Nie było co się męczyć, więc zabraliśmy się pierwszym lepszym colectivo, już nie za 200 peso, ale jedyne 40 od głowy.

IMG_20171205_110653_HDR

O w pół do jedenastej colectivo wysadziło nas na zjeździe, sześć kilometrów przed wodospadami i z tąd miał czekać na nas spacer, ale zaczęłynas atakować taksówki. Z początku wszyscy chcieli po 25 peso, ale po cichaczu z jednym wytargowałem 15. Kolejne peso wyciągneli za wjazd na teren parku, tym razem po 40 i w końcu dojechaliśmy. Patrząc na to co tu się dzieje, baliśmy się zostawiać plecaków w recepcji, każdy lustrował co ze sobą mamy, co chwilę ktoś próbował nam coś wcisnąć. Jednej z kobiet odmówiliśmy zakupu czegokolwiek, ale gdy zobaczyła jak wyciągam bułkę żeby zrobić śniadanie, to po prostu ją sobie wzięła i odeszła. Chwilę później kolejna, na początku myśleliśmy że oferuje mi najstarsze usługi świata (widzielibyście ten wzrok), a ona próbowała wysępić na maślane oczka mamei (owoc). Cokolwiek bym nie wyjął z plecaka, po wszystko wyciągali ręce... Dobrze że nie dojechaliśmy tu wczoraj, bo chyba wyjechalibyśmy bez ubrań.

IMG_20171205_114837_HDR

Po kilku minutach jednak ta cała złość nieco zmalała, wodospady były przepiękne, szkoda tylko że woda nie była tak błękitna jak na zdjęciach które widzieliśmy, za dużo ostatnio musiało padać i nie zachęcała do pływania. Ale mimo to i tak warto było przyjechać żeby to wszystko zobaczyć. Jedynym minusem są setki straganów i nagabywacze patrzący na każdego jak na wypchany portwel, co dość mocno zniechęca do dalszego spaceru. Jednemu nawet daliśmy się naciągąć na owoce kakaowca, gorąco polecam, smak nie do opisania, po prostu bezbłędny. Przeszliśmy się jeszcze kawałek i wróciliśmy do wejścia szukać transportu do San Cristobal, nawet płatnego, byle tylko wyjechać. Ps: będąc tutaj uważajcie na portwele i sprzęt.

IMG_20171205_130615_HDR

Z dołu wszystkie colectivo i autobusy zdążyły wyjechać, ale po chwili podjechał do nas ten sam taksówkarz z którym tu przyjechaliśmy. Bez żadnego targowania od razu powiedział że za 30 peso zabiera nas do góry, więc nawet nie marudziłem. Pięć minut później siedzieliśmy już w colectivo do Ocosingo (40 peso od głowy). Przed piętnastą byliśmy już na miejscu, zero turystów, sami miejscowi i małe "malownicze" miasteczko pośród gór. Tu było już na tyle bezpiecznie, że postanowiliśmy szukać okazji za miastem, szkoda było wydawać na kolejnego busika.

IMG_20171205_145040

Nie cała godzina łapania i zabrał nas malutki pick up do samego San Cristobal de las casas. Po przejechaniu około 20 kilometrów, kierowca kazał mi schować telefon i zabronił robić zdjęć. Powiedział że teraz będziemy jechać dość niebezpieczną trasą i nie chce żeby po drodze były jakieś problemy. Okazało się że od Ocosingo do Oxchuc cały teren jest opanowany przez zapatystów, nic dziwnego że po drodze nie widzieliśmy ani jednego radiowozu, nawet policjanta. Pierwszy radiowóz pojawił się dopiero kilkaset metrów za bramą wyjazdową z Oxchuc, gdzie zapatyści zablokowali w kilkudziesięciu przejazd i zbierali obowiązkową daninę na swoją działalność...

IMG_20171205_145258

Lekką nutkę grozy wprowadzał jedynie kierowca, który na prawie całej trasie nikomu nie pozwolił się wyprzedzić i starał zachowywać znaczną odległość między innymi autami. Te które jakimś cudem go minęły, przy pierwszej okazji wyprzedzał. Później został tylko problem pogody, z każdym kilometrem byliśmy coraz wyżej w górach i temeratura spadała dość drastycznie, nie było już tak przyjemnie jak na wybrzeżu, czy w palenque. A my na wesoło w krótkich spodenkach i koszulce jechaliśmy dalej. Odpuściliśmy dopiero na dwóch tysiącach metrów, gdzie naprawdę zrobiłosię zimno. Z plecaków wyciągneliśmy polary, mimo to przy dziesięciu stopniach i wietrze we włosach, na niewiele się zdały. Ale w końcu po trzech godzinach jazdy (100km) dotarliśmy do centrum prawie europejskiego miasta. Ale o nim nieco później. 

IMG_20171205_152537

 

El Panchan - Magiczne miejsce pośrodku dżungli.

nilek2609

Na miejscu czekał na nas inny świat, w środku dżungli Meksykanie postawili dwie większe restauracje z dostępem do internetu (polecamy Chellis - mają happy hour), pięć małych campingów, małą budkę z domowym jedzeniem prowadzoną przez "Mamę" i kilka biur turystycznych. My wybraliśmy ten w sąsiedztwie Mamy i Chellis, jakoś najbardziej nam podpasował, do tego cena zwalała z nóg, zaledwie 30 peso (6zł), a w Tulum prawie trzy razy tyle. Tak to można żyć.

zdjcie1

Ciekawe jest tutaj to że namiotów nie rozstawia się na ziemi, tylko na specjalnie przygotowanych do tego zadaszonych podłogach trzy metry nad ziemią. Wszystko po to żeby ustrzec się przed grasującymi zwierzakami i spadającymi z wysokich drzew owocami, które nie raz nas tu wyrwały ze snu waląc w dach. Naprawdę fajnie to wszystko tu wygląda, lekko spartańskie warunki (w każdym razie dla większości ludzi), ale ma to swój urok, no i w końcu jesteśmy w dżungli. Ci co chcą luksusów zawsze mogą wybrać Cabanie za 300 peso, albo inną za 200 peso na widok której wybierzecie namiot.

zdjcie2

Po prysznicu ogarnęliśmy wszystko dookoła namiotu, łącznie z rozstawieniem hamaka. W międzyczasie odwiedziła nas seniora Mama, czyli gospodyni z budki obok. Na dobry początek zakomunikowała że tutaj ona jest naszą mamą i będzie nam gotować, później wyrecytowała dostępne menu z cenami i wróciła do siebie. Dzisiaj po tej ciężkiej nocy w trasie nie byliśmy zbyt dobrymi kompanami do rozmowy. Jak wcześniej wszystko szło gładko, tak teraz ledwo ogarnialiśmy co się do nas mówi, ale raczej nikt się tym zbytnio nie przejmował.

zdjcie3

Na dobry koniec dnia przeszliśmy się na spacer po okolicy i przypadkiem trafiliśmy na dwa stada drących się wyjców w koronach drzew. W końcu mogliśmy je zobaczyć w naturalnym środowisku, a nie jak to zwykle bywa w klatkach w zoo. W buszu dość mocno zaczęły ciąć komary, więc stwierdziliśmy że lepszą opcją jest happy hour w Chellis (tutaj trwa od 16 do 22), drinki po 6zł, dostęp do internetu i do tego miła obsługa. Tak to można żyć, a niektórzy dalej nie wierzą że da się tanio i fajnie podróżować bez większej spiny, często wystarczy tylko wyjść z domu, porzucić swoją strefę komfortu i tak jak ja leżeć w środku dżungli na hamaku (pisząc tą wstawkę).

zdjcie4

Wstaliśmy wcześnie rano żeby nie tracić dnia, seniora mama zagotowała nam wrzątku na kawę, zjedliśmy po tortii na śniadanie i piechotką do miasta na małe zakupy. W chedraui trafiliśmy na dość niecodzienny widok, w każdym razie dla nas Polaków. Z początku nie widziałem dokładnie o co chodzi, zobaczyłem tylko faceta z shotgunem po środku sklepu. Okazało się że uzupełniali bankomat i dwóch gości z obstawy było  uzbrojonych po zęby, mierząc cały czas w okolicę. Wychodząc zachaczyliśmy jeszcze o przydrożny sklepik z pamiątkami i colectivo za 20 peso pojechaliśmy do ruin, już nie chciało nam się dreptać tych kilku kilometrów z powrotem, skoro za 4zł można szybciej i wygodniej.

zdjcie5

Na bramie do parku wpadł do busa jeszcze jakiś facet z obsługi, skasował nas jeszcze po 32 peso za wjazd i już bezpośrednio jechaliśmy do ruin. Gdy tylko wyszliśmy, od razu obskoczyli nas przewodnicy pytając czy znamy hiszpański i skąd jesteśmy. Tego co zdarzyło się chwilę później nigdy byśmy się tu nie spodziewali, kazali nam poczekać i chwilę później przyprowadzili starszego Pana, który mówił po Polsku... Normalnie szczęka opadła nam do ziemi, co najlepsze Viktor Damas nauczył się naszego języka z książek i to bez niczyjej pomocy. Więc jeśli ktoś z was będzie w okolicy, zapytajcie o niego, wycieczka kosztuje dość sporo (około 1300 peso), więc my odpuściliśmy, ale jeśli będziecie w większej grupie to naprawdę warto.

zdjcie6

Bilety wstępu nie kosztują milionów monet, od osoby zaledwie 70 peso (14zł), więc bez tragedii. Przestraszyła nas jedynie informacja nad kasą o możliwości kręcenia i robienia zdjęć. Były dwa parkiety, pierwszy za 45 peso (9zł), a drugi prawie 5000 peso (925zł), więc bez zastanowienia pytam o tańszą opcję, a Pani zaczyna coś marudzić że no foto, no foto. Nie było sensu się kłócić, jedynie z samymi biletami poszliśmy do kolejnej bramki i weszliśmy do parku. Co kawałek widziałem jak ludzie robią zdjęcia, wątpię żeby każdy z nich płacił te chore pieniądze, a z drugiej strony szkoda by było wyjść stąd bez żadnego. Dla bezpieczeństwa zrobiłem w telefonie osobny ukryty folder, tak żeby zdjęć nie było widać w galerii i tak jak reszta włączyłem duszę fotografa. 

zdjcie7

Ruiny w Palenque zostały odkryte w osiemnastym wieku, mieściło się tutaj miasto Majów rządzone przez króla Pakala Wielkiego, a następnie jego syna Kana Balama. Cały ten kompleks robi ogromne wrażenie, składa się z wielu mniejszych lub większych budynków o różnym przeznaczeniu. Można tu znaleźć zarówno pozostałości świątyń, jak i domy Majów, a nawet boisko do gry w pelotę (rytualnej gry w piłkę). Najbardziej interesującą budowlą jest Świątynia inskrypcji, pod którą został pochowany król Pakal, wraz z sześcioma osobami zabitymi prawdopodobnie podczas ceremoni pogrzebowej. 

zdjcie8

Wieczorem dojechała do nas dwójka Polaków, więc zaczęliśmy sie integrować jak to na pożądanych Polaków przystało, a że było happy hour, to szło nam znacznie łatwiej i przyjemniej. Miło spędziliśmy kilka godzin, wymieniliśmy się informacjami o okolicy i koło północy poszliśmy spać. 

zdjcie_9

Rano dogadaliśmy się z Agnieszką i Marcinem że jak wrócą z ruin to wspólnie wyskoczymy na jedną z wycieczek na wodospady agua Azul. My w tym czasie poszliśmy w kierunku miasta, nawet nie spodziewaliśmy się że uda nam się złapać tym razem tak szybko stopa przy masie colectivo. Ale w po paru minutach zatrzymał się pick up z uczniami szkoły palladynów, każdy wysportowany, ubrany w prawilny dres z Matką Boską na klacie i kilkoma różańcami na szyji. Widok naprawdę niecodzienny ale warty zobaczenia. Porzucili nas okrężną droga na drugi koniec miasta, więc przy okazji mieliśmy darmowe zwiedzanie okolicy. Standardowo wpadliśmy na chwilę pod ADO i na śniadanie do chedraui. Później szybko w colectivo i z powrotem na camping. 

zdjcie10

O 12 miał być wyjazd na wodospady więc kupiliśmy bilety po 200 peso i w czwórkę czekaliśmy na busa. Pani nie była taka łaskawa żeby nas poinformować że niema wiecej miejsca, wzięła tylko pieniądze i zadowolona robiła swoje. Zrobiliśmy awanturę przed biurem i udało mi się odzyskać pieniądze, babka chciała nam wcisnąć jeszcze co innego, ale skapitulowaliśmy i wkurwieni poszliśmy do baru na piwo. Później zrobiliśmy najdziwniejszą rzecz jaką tylko można, leżąc pośrodku dżungli w hamaku oglądaliśmy koreański film o dwójce kucharzy... 

zdjcie11

Gdy Marcin z Agnieszką wrócili z Agua Azul, zabukowaliśmy się w chellis na burgerach. Później kolejna dziwna integracja, tym razem dołączyły do nas dwa miejscowe koty lubiące Tequile z limonką, kto by się spodziewał że ten wieczór tak się potoczy.

zdjcie12

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci