Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Livingston - Czarna dziura

nilek2609

Po dziesiątej wymeldowaliśmy się z hotelu, zjedliśmy jeszcze po burgerze i na wylotówkę z miasta. Przez większość drogi towarzyszył nam młody chłopiec, szedł za nami krok w krok i zadawał mnóstwo pytań. Zazwyczaj padało to samo co zwykle, ale tym razem dzieciak zapytał ile wydaliśmy na bilety żeby tu przylecieć, gdy zobaczył kwotę, okrzyknął nas milionerami. W końcu jednak się rozdzieliliśmy i przed południem udało nam się złapać stopa dalej. Pierwszy raz w tej części świata zasugerowano nam że mamy zapłacić za przejazd, jednakże skończyło się jedynie na czczym gadaniu. Ale za to jakim, praktycznie nie rozumieliśmy nic z rozmowy kierowcy i jego towarzysza, brzmiało to chrząkanie, albo dziwny dialekt arabski. Dopiero później dowiedzieliśmy się że rozmawiali w języku Czuh, jest to jeden z języków majańskich, którego używa zaledwie 22 tysiące ludzi w Gwatemali (wikipedia).

IMG_20180115_135829_HDR

Patrząc na drogę którą jechaliśmy, nie dziwię się że Google nie chciało mnie tędy poprowadzić, ale jakoś udało się przejechać przez skały i wylądowaliśmy w Patzun. Kolejnym autem przenieśliśmy się nieco dalej do Patzicia, skąd dalej przypadkowo trafionym Uberem dojechaliśmy bezpośrednio do miasta Antigua Guatemala. W końcu po raz pierwszy w tym kraju trafiliśmy do ładnego i godnego uwagi miasta. Wszędzie dookoła architektura kolonialna, nie ma syfu na ulicach, masa turystów i piękny widok na koleje wulkany. Nie spędziliśmy tu może zbyt wiele czasu, zaledwie kilka godzin, ale na pewno nie był on stracony. Teraz się nie dziwię, czemu miasto jest dumą Gwatemalczyków. Spokojnie można powiedzieć, że jest to miasto na miarę San Cristobal de las Casas, z tą tylko różnicą, że jest nieco większe. Mnóstwo tu restauracji, pamiątek wszelkiej maści, jedynie ceny odstraszają.

IMG_20180113_151131_HDR

Wychodząc powoli z miasta o zachodzie słońca, dostaliśmy małą niespodziankę od natury, po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję zobaczyć erupcję wulkanu. Może nie była widowiskowa, Fuego jakby się zakrztusił, ale i tak fajnie coś takiego zobaczyć, może gdzie indziej będzie widać lawę. Koło 18 zrobiliśmy małą przerwę na wylocie z miasta, nie zdążyliśmy nawet odpocząć, a już się ktoś zatrzymał pytając gdzie chcemy jechać. Droga do stolicy to jeden wielki korek, mieliśmy hosta zaledwie 33 km dalej, z czego połowę trasy spędziliśmy w sznurze aut, ale jakoś udało się dojechać. I tak trafiliśmy na prywatne, strzeżone osiedle. Przywitał nas wesoły ochroniarz z długą bronią, któremu musieliśmy podać wszystkie dane z paszportu, dopiero wtedy zezwolił na wejście. Ale, co jak co, miejsce było ogarnięte, z resztą jak nasz host. Wcześniej gdy z nim pisaliśmy, wysłał nam wszystkie informacje jak do niego trafić, mapkę domu z pokojem gdzie mamy spać i informacją że drzwi są zawsze otwarte, oraz tym że pewnie się nie zobaczymy, bo pracuje. Mieliśmy jednak szczęście, bo skończył szybciej (pracuje zdalnie przez internet) i jednak się udało. Nie tylko poznaliśmy Minora, ale też zafundował nam kolację w chińskiej knajpce i objazdową wycieczkę po mieście (bardzo rzadko to robi). Dzięki temu nie marnowaliśmy tu całego kolejnego dnia. Swoją drogą niema tu nic secjalnego, kilka zabytków, masa uzbrojonej po zęby policji i w sumie tyle.

IMG_20180113_170432_HDR

Rano po dziesiątej zebraliśmy się z mieszkania i szukaliśmy jakiejś opcji na wydostanie się z miasta. Piechotą doszliśmy na Periferico (obwodnica) i autobusem staraliśmy się dostać na 18 dzielnicę. Facet którego poznaliśmy na przystanku który nam pomógł, mówił że jedzie tam gdzie my, więc wsiedliśmy do tego samego chicken busa i wylądowaliśmy w centrum miasta (ostatni przystanek)... Trzeba brać tutaj poprawkę na ludzi, niektórzy mimo że chcą pomóc, to nie wiedzą jak trafić w dane miejsce. Musieliśmy przejść kolejny spory kawałek, a że nie jedliśmy śniadania, to zrobiliśmy dłuższą przerwę w Del Puete.

IMG_20180114_114323

Trafiło nam się sporo niezbyt pozytywnych informacji na grupach w internecie i nasz plan podróży stanął pod znakiem zapytania. Po drodze do Puerto Barrios mieliśmy zachaczyć o Semuc Champey (wodospady), ale okazało się że w Coban przez cały kolejny tydzień leje i jest cholernie zimno, więc odpuściliśmy jadąc bezpośrednio inną drogą. Z miasta w końcu udało nam się wydostać osobówką do Sanarte, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Szanse na dojechanie do celu przez rozbudowywaną panamerikane były niewielkie, więc zrobiliśmy zakupy na noc i staraliśmy się szukać czegoś dalej. Koło 16 złapaliśmy cysternę z paliwem, myśleliśmy że droga będzie się ciągła, wolna jazda i te sprawy. Nic z tego, kierowca ostro parł do przodu, zdażało się nawet że wyprzedzał policyjne radiowozy na podwujnej :D. Do tego zjechaliśmy grubo ponad kilometr niżej i od razu jechało się lepiej w takiej przyjemnej temperaturze, więcej drzew owocowych, prostych miejsc na namiot... Myśleliśmy że jedziemy góra kilkadziesiąt kilometrów dalej (tak zrozumieliśmy), a koniec końców przejechaliśmy prawie całą trasę do Puerto. Kierowca wysadził nas dopiero po dwudziestej na skrzyżowaniu dróg do Rio Duce i Puerto, około pięćdziesiąt kilometrów przed celem.

IMG_20180115_111525

Siedzieliśmy praktycznie po środku niczego, nie licząc kilku comedorów i tej stacji. Trochę czasu spędziliśmy na internecie, po czym poszliśmy do ostatniego otwartego miejsca coś zjeść. Nie wiedzieliśmy co można tu zamówić, nie mieli menu, ale za to ktoś gadał po angielsku i obiecał że przygotują nam coś za 20 quetzali. Kilka minut czekania i dostaliśmy pyszną kawę, jajka z fasolą, ser ze śmietaną i smażone banany (ze śmietaną smakują jak pierogiz jagodami). Gdy w końcu byliśmy pełni, poszliśmy rozbić się kilkadziesiąt metrów dalej na polanie za jakimś domem, żeby rano było bliso drogi.

IMG_20180115_113720

Dobrze że nie rozłożyliśmy się nieco wcześniej na innym polu, rano gdy wracaliśmy na stację, okazało się że wypuścili tam spore stadko byków. Chwilę spędziliśmy jeszcze na stacji i na dwa stopy dojechaliśmy do centrum Puerto Barrios. W mieście niema niczego specjalnego, do tego ostatni kierowca kazał nam na siebie mocno uważać, więc szybko zawinęliśmy się do Livingston. Doszliśmy za jakimiś plecakami do małego portu, skąd pływają prywatne łódki do miasta, jest to jedyny sposób żeby tam się dostać. Z tego co się dowiedzieliśmy, za podróż płacimy po 15 quetzali, jednak na miejscu zażądali o wiele więcej, więc nie mając wyjścia zapłaciliśmy po 50 (inaczej nie oddali by plecaków)...

IMG_20180115_135947_HDR

Po wyjściu z łodzi musieliśmy nieco ochłonąć, siedzieliśmy gdzieś na uboczu i zaczęli nas ogarniać naganiacze z hoteli. Tak poznaliśmy czarnego Toma, który zaprowadził nas na camping Casa Iguana. Po tym jak się zameldowaliśmy, Tom też nieco oskubał nas z pieniędzy. Niestety tu za wszystko trzeba płacić, nawet za tą niewielką pomoc, nie jest tak jak w innych częściach kraju. Trochę czasu spędziliśmy na campingu i poszliśmy się przejść przez miasto w poszukiwaniu plaży, w końcu jesteśmy na wybrzeżu. Miasto w większości przypomina wioskę rybacką, wszędzie suszą ryby, które czuć już z daleka, podobnie jak rynsztoki. "Plaża" którą znaleźliśmy to jeden wielki śmietnik, dobrze wyglądają jedynie główne uliczki i tereny hoteli, podobnie część restauracji i knajpek.

IMG_20180115_140519_HDR

Totalnie normalne dla ludzi tutaj jest proponowanie mocnych narkotyków, z resztą problemów raczej tu nie mają, prawie nie ma tu policji która by tego pilnowała. Sporą część czasu spędziliśmy siedząc przy piwku w jednym z barów, który polecił am z resztą Tom.. Dopiero gdy zaczęło się ściemniać przenieśliśmy się do jednego z comedorów przy porcie, zjedliśmy kolacje, w Pollo Campero wzięliśmy jeszcze coś na wynos i wróciliśmy na camping. Noc nie należy tu do zbyt bezpieczych. Woleliśmy zostać w pewnym miejscu z ochroną, niż ryzykować utratą sprzętu, który musieliśmy nosić ze sobą. Na początku siedzieliśmy sami gdzieś z boku, ale zaczęło zbierać się coraz to więcej ludzi, więc się przyłączyliśmy do rozpoczynającej się imprezy.

IMG_20180115_150148_HDR

Wczoraj wyglądało wszystko fajnie i pięknie na camingu, bawiliśmy się razem z ludźmi z workawaya, nawet myśleliśmy żeby zostać nieco dłużej pracując tutaj. Wszystko jednak było zbyt kolorowe, poza siedzeniem w jednym miejscu, nie było by nic więcej do roboty. Ostatecznie do opuszczenia tego miejsca przekonał nas rachunek, nie sądziłem że będą nas chcieli na sam koniec kantować na kasie i to wolontariusze... Pewnie robią tak każdemu, tylko pytanie czy z własnej woli, czy mają tak nakazane przez właściciela. W każdym razie na plus nam wyszło zapisywanie wszystkiego co zamawialiśmy. I z czystym sumieniem opuściliśmy Livingston jedną z łodzi o jedenastej. Nie żałujemy przyjazdu, to miejsce nauczyło nas ważnej rzeczy, zamieszkujący to miejsce lud Garifuna to po prostu złodzieje (reszty się domyślcie).

IMG_20180115_161648_HDR

Pod portem zachaczyliśmy o comedora żeby jeszcze przed dalszą drogą zjeść coś pożądnego i to też się udało, ale był mały haczyk... Mięsko dobre, cała reszta również, więc bardzo szybko opróżniliśmy talerze do zera. Jednak gdy przyszło po raz kolejny do płącenia, okazało się że jako turyści płacimy więcej, mimo że pokazywałem kelnerce cenę wiszącą jak byk na ścianie. Jakoś to jednak przecierpieliśmy, gorzej że Pani była tak miła, że wraz z moją porcją dostałem w prezencie montezumę i przez resztę dnia czułem się jak trup. Mieliśmy już dość całej tej okolicy i chcieliśmy jak najszybciej opuścić miasto, ale się nie dało. Quetzale prawiena wykończeniu, więc autobus odpadał, a jeśli chodzi o ludzi, to tu jest kompletnie inny świat. Każdy śmiał się pogardliwie, często pokazując niezbyt miłe rzeczy, albo po prostu nas zlewali. Co jakiś czas zmienialiśmy miejsca i nic, dopiero po przejściu 6 kilometrów się udało. Wszystko dzięki temu że zrobił się ogromny korek i koło szesnastej zgarnął nas George do ciężarówki. Chyba najprzyjemniejszy człowiek dzisiejszego dnia, oprócz tego że nas zabra z tej dziury, to podczas któregoś postoju kupił mi proszki na żołądek i odstawił nas do miejsca gdzie mogliśmy spokojnie rozbić namiot. Jak sam powiedział, dalej nas nie będzie ciągnął, tam czekają nas tylko góry, a tu będziemy mieli równy teren i ciepło.

Jezioro Atitlan

nilek2609

Koło południa wyszliśmy na obrzeża miasta łapać stopa. Masa mijających nas ludzi próbowała nam pomóc, często odsyłali nas na dworzec nie dowierzając, że "gringo" może nie mieć pieniędzy na autobusy. Inni się witali, dzieciaki robiły wielkie oczy patrząc na plecaki, a reszta życzyła nam po prostu powodzenia. Może miasta nie są za specjalne i wcale nie porywają, ale w tych szczerych uśmiechach można się zakochać. W końcu zdecydowaliśmy się na chicken busa i za trzy quetzale dojechaliśmy do miasteczka Quattro Caminos (cztery drogi). Zawsze chciałem się przejechać jednym z tych starych, przerobionych szkolnych autobusów i w końcu nadarzyła się okazja.

IMG_20180112_173610_HDR

Jadąc dalej już stopem, trafiliśmy dosłownie do nieba, wczorajszy rekord wysokości został pobity o kolejne metry, tym razem siedzieliśmy na 3020 m. Przepiękna droga w chmurach, ale piekielnie zimno i mokro, szczególnie jak w którąś wjechaliśmy. Trafiliśmy na kolejnego kierowcę który fundował nam darmową wycieczkę, zatrzymując się co jakiś czas na kolejnych punktach widokowych i wodospadach. Monika z jej galopującym lękiem wysokości, większość czasu siedziała na pace z głową wpatrzoną w podłogę. Momentami sam miałem ochotę tak zrobić, szczególnie gdy zjeżdżaliśmy do Panjachel. Widoki zapierały dech w piersiach, szczególnie te na wulkany Antigua i San Pedro.

IMG_20180111_134850

Po noclegu u Nestora postanowiliśmy wziąć dzisiaj hotel, żeby na spokojnie się ogarnąć do porządku i w końcu wziąć prysznic. Od jeziora szliśmy w kierunku centrum zaglądając do kolejnych, ale ceny mocno odstraszały, minimum 120 quetzale za noc. Któryś z kolei naganiacz w końcu zapytał ile jesteśmy w stanie zapłacić, gdy padło 70 quetzali, zgodził się i zaprowadził nas do hotelu San Pedro, gdzie dostaliśmy prywaty pokój. Zostawiliśmy jedynie rzeczy i poszliśmy dalej na poszukiwania jedzenia, tak dla odmiany.

IMG_20180111_151011_HDR

Na jednej z głównych ulic znaleźliśmy w miarę przystępne ceny w restauracji, w każdym razie lepsze, niż te które widzieliśmy w pierwszej chwili. Żołądki nieco się skurczyły, ale jakoś podołaliśmy sporej porcji fahity (mięso smażone z cebulą i papryką w przyprawach) i poszliśmy zwiedzać. Przy Celle Santander odwiedziliśmy targ z pamiątkami, które naprawdę robią wrażenie, wszystko wygląda lepiej niż w Meksyku, ale ma też o wiele wyższą cenę. Jednakże można się z nimi dość mocno targować, chociaż w sumie nie trzeba, sami w końcu schodzą z ceny. Monika z ciekawości zapytała o cenę jakiejś narzuty i aż się ugięła słysząc 1200 quetzali. Sprzedawca widząc jej reakcję od razu się zreflektował i spuścił cenę o bagatela 700 quetzali.

IMG_20180111_150630_HDR

Oprócz tego wzdłuż ulicy jest masa restauracji z bardzo dobrze wyglądającym jedzeniem, w każdej cena za talerz wynosi +/- 30 quetzali, więc jak na te warunki jest całkiem spoko. Na końcu ulicy jest taras widokowy nad brzegiem jeziora, skąd bardzo dobrze widać wszystkie wulkany, szczególnie w nocy. Szkoda że nie zdążyliśmy na zachód słońca, ale za to mieliśmy okazję pobawić się z dzieciakami które zaczepiały nas odkąd przyszliśmy. Zaczęło się na spokojnie od kilku piątek i ganianego, a skończyło na pytaniach:

D: Jak się nazywasz?

M: Monia

D: A on?

M: Nil

D: A skąd jesteś?

M: Z Polski.

D: Jesteś gringo?

M: Nie, jestem Polką.

D: Cooooooo????

IMG_20180111_154211_HDR1

Kolejnego dnia rano stwierdziliśmy że niema co opuszczać miasta tak szybko, szczególnie że chcemy zobaczyć zachód słońca na tle wulkanów. Zjedliśmy po owsiance, póniej jeszczepo taco (tutejsze są naprawdę dobre) i ruszyliśmy na poszukiwania jakiejś małej miejscowej piekarni. Z tego co czytała Monika, trzeba tu obowiązkowo spróbować chleba bananowego. I ktoś miał rację, za 13 quetzali dostaliśmy bochen pysznego chleba w kształcie serca. Dokupiliśmy jeszcze kilka babeczek i poszliśmy na porządną gwatemalską kawę.

IMG_20180112_143536_HDR

Wracając w stronę centrum, zachaczyliśmy o market Despensa Familiar, którego nie polecam, ceny naprawdę zabójcze. Ci co pragną gotować samodzielnie, mogą się dość mocno zdziwić, bo o wiele taniej wychodzi jedzenie w restauracji. Okoliczny targ z zieleniną i innymi pierdołami też nie zachwyca, mało co można tam kupić, ale za to mają dobre lody. Idąc dalej, przez przypadek trafiliśmy na muzeum czekolady. De facto był to sklep prowadzony przez naprawdę fajnego gościa, który z miłą chęcią o wszystkim opowiada i daje spróbować wszystkiego. Oprócz czekolady, kakao, kawy i innych standardowych rzeczy, można tu kupić nawet herbatę z łupin (nie wiedziałęm że coś takiego istnieje i jest takie pyszne), albo likiery.

IMG_20180112_152026_HDR

Ulicą Santander wróciliśmy nieco odpocząć do hotelu, a godzinę później siedzieliśmy już na tarasie widokowym oglądając piękny zachód słońca. Szkoda że niema żadnej erukcji, z tego miejsca mielibyśmy nieziemskie widowisko. Wracając trafiliśmy na deptak ciągnący się wzdłóż "plaży", nie wiem jakim cudem wcześniej go przeoczyliśmy. Jest tu wiele lepszych miejsc do obserwacji, niż na tym tarasie, tak jak długie pomosty dla łodzi. Oprócz tego jest sporo restauracji, kramów z drinkami i rękodziełem, a nawet dilerów otwarcie proponujących trawę, czy tabletki ekstazy.

IMG_20180112_153619_HDR

Wszystko jednak zaczyna zamierać zaraz po zachodzie słońca, każdy powoli pakuje dobytek i wraca do domu. Plusem tego są spadkicen, lepiej się negocjuje. Mimo że jest piątek, w mieście nic się nie dzieje, jedynie w pojedynczych restauracjach siedzą ludzie. Nie chcieliśmy tak szybko zbierać się do hotelu, więc wpadliśmy do jednej z nich na happy hour napić się chociaż mohito. Zdziwiła nas bardzo obsługa tego miejsca, naszym kelnerem był zabiegany 12-14 latek, a mimo to dawno nie widziałem tak profesionalnego zachowania, a to było tak naprawdę jeszcze dziecko.

IMG_20180113_112028

Nie sądziliśmy że jeszcze dzisiaj gdzieś wyjdziemy, ale odezwał się do nas host z Xeli. Okazało się że przyjechał do miasta i chciałby się spotkać. Umówiliśmy się na 22 w restauracji Atlantis, która w nocy zamienia się w dość sporą imprezownie. Jednak się okazało że miasto umiera zaledwie na kilka godzin i odradza się na nowo niczym feniks. Z początku mieliśmy zostać w barze, ale skończyło się happy hour, więc wpadliśmy po piwo do jakiegoś sklepu i przenieśliśmy się na pomost. Tutaj przynajmniej było dość cicho i mogliśmy spokojnie porozmawiać. 

Pierwsze chwile w Gwatemali

nilek2609

W końcu przyszedł czas żeby porzucić wygodę i ruszyć w dalszą drogę ku nieznanemu. Rano po odebraniu prania, przeszliśmy się jeszcze na zakupy do Soriany i w południe na wylotówkę. Ciężkie to było kilkaset metrów pod górkę, mimo że denga odpuściła, to z plecakami i tak było ciężko się wdrapać. Na dobry początek nie dogadaliśmy się zbytnio z pierwszym kierowcą, który zaledwie po pięciu kilometrach wysadził nas w środku centrum pod dworcem ADO. Próbowaliśmy coś łapać, ale dość ciemno to wyglądało, więc przeszliśmy się kilkaset metrów dalej szukać szczęścia pod Mc'Donalds. Nic to nie dało, więc przed piątą odpuściliśmy i autobusem pojechaliśmy do Mitli. Ludzie w tym stanie są naprawdę nieogarnięci, nie chodzi mi tu o kierowców, tylko dosłownie wszystkich. Oaxaca to chyba jedyny stan w Meksyku, o którym z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mieszkają sami idioci, których przekracza nawet jazda autobusem...

IMG_20180110_124429_HDR

Tak dojechaliśmy na przedmieścia Mitli (chyba). Zapowiadało się dość ciekawie, sklepik kilka kilometrów od cywilizacji na wygwizdowiu, a przed nim ochrona z długą bronią... Myśleliśmy że utknęliśmy tu na noc, zaledwie po przejechaniu czterdziestu kilometrów, ale jakoś się udało i złapaliśmy podwózkę do Tehuantepec z okolicznym lekarzem. Trochę to trwało, ale po dziesiątej dojechaliśmy na przedmieścia, gdzie rozłożyliśmy namiot i poszliśmy spać. Od Puerto Escondido nie mieliśmy tak ciepło, jedynym problemem tutaj był tylko wiatr, momentami zastanawialiśmy się czy odlecimy. Na początku rozłożyłem samą siatkę, ale nie dało się spać, więc nieco później doszedł tropik i jakoś dotrwaliśmy do rana.

IMG_20180109_072147_HDR

Jak zawsze droga nas prowadziła, na stopa przy autostradzie czekaliśmy może kilka minut i zabrał nas pick up. Po raz trzeci w Meksyku wygraliśmy życie i trasę na kilkaset kilometrów. Wyjechaliśmy po wpół do dziewiątej, a pięć godzin później siedzieliśmy zaledwie dwadzieścia kilometrów od granicy z Gwatemalą. Była dość wczesna pora, do celu zostało jedynie 130 km, jednakże postanowiliśmy zadokować się na dzisiejszą noc gdzieś w Tapahuli. Nie było sensu przejeżdżać granicy i spać w zimnie, gdzieś w górach, skoro hosta mieliśmy ugadanego na jutro w Quetzaltenango. Większość czasu spędziliśmy na dworcu ADO, gdzie zostawił nas Luis i dopiero późnym popołudniem poszliśmy kilka kilometrów dalej w stronę wylotówki. Według wujka Google ziemia obiecana miała być przed stacją pemexu, ale wyglądało to zgoła inaczej. Na stacji mieliśmy okazję wziąć darmowy prysznic i koło 22 rozbiliśmy się z namiotem na chodniku dosłownie przy drodze, innego wyjścia nie było.

IMG_20180109_085343

Łapiąc stopa rano, przez dobrą godzinę odganialiśmy się od taksówek i innego rodzaju środków transportu, którzy płoszyli nam inne auta. Okazało się jednak że miejscowi nie za bardzo chcieli nas zabrać na granice, po prostu się bali przemytu. W końcu wsiedliśmy do jednego z colectivo i o dziwo za darmo podrzucili nas do Tuxli Chico, gdzie spędziliśmy jakiś czas. Później kolejnym colectivo za dyszkę dostaliśmy się już na granicę, gdzie czekał nas zupełnie inny świat. Wszędzie pełno cinkciarzy proponujących wymianę waluty, oraz inne zielone specjały których nie polecam zabierać do Gwatemali, za przysłowiową trawkę można spędzić sporo lat za kratkami.

IMG_20180110_121928

Granica przypominała nieco tą Turecko-Bułgarską, z tym że Turcją w tym przypadku był Meksyk, a Gwatemala czarną dziurą, w każdym razie w tym miejscu. Z tego co czytaliśmy na stronie MSZtu, za wyjazd z kraju musimy zapłacić po 25 dolarów amerykańskich. Jednakże słyszeliśmy, że przylatując do Meksyku, mamy wszystko opłacone przez linię lotniczą i cała reszta zależy tylko od chytrości pogranicznika. Mieliśmy jednak przygotowane peso na taką ewentualność. Panie w okienku były na tyle miłe, że po sprawdzeniu pieczątek w paszporcie kazały schować pieniądze. Więc informacja dla wszystkich, NIE DAJCIE SIĘ NACIĄGNĄĆ. Naszych znajomych tak załatwili, gdy wjeżdżali do Belize i to na 30 dolarów, więc jeszcze więcej. Dalej jeśli chodzi o przejście, polecam pytać o biuro migracyjne (miejscowi zaprowadzą za pieniążka), bo do Gwatemali można wejść tak po prostu bez pieczątki w paszporcie (buda stoi na uboczu między sklepami), co skończyło by się sporą karą na wyjeździe.

IMG_20180110_124837_HDR

Na dobry początek mogę powiedzieć, że jest to kompletnie inny świat, autostop działa świetnie, nie czekaliśmy dłużej niż kilka minut. Z pod granicy pick upem dostaliśmy się do miasta Malacatan, nic specjalnego, ale na jego tle pięknie wygląda wulkan Tajumulco (4220 mn.p.m.). Na kolejne auto nawet nie czekaliśmy, Monika zdążyła jedynie machnąć ręką i od razu zabrał nas Esarian (zapis fonetyczny). Droga do Quetzaltenango przypominała mocno tą z Puerto Escondido do Oaxaci, pełno serpentyn i wysokie góry. wszędzie wzdłuż drogi, dosłownie wszędzie, każde zbocze aż po horyzont było obrośnięte krzakami kawowymi. Kierowca który nas wziął, był na tyle miły, że co jakiś czas robił przystanki w ciekawszych miejscach żebyśmy mogli na spokojnie się rozejrzeć i zrobić zdjęcia.

IMG_20180110_131326_HDR

Gwatemala to kolejny kraj w którym człowiek może zakochać się od pierwszego wejrzenia. Ludzie są przemili, zawsze chętni do pomocy, uśmiechnięci, nawet taksówkarze nie są natarczywi. Z San Pedro Sacantepequez zabrała nas mała ciężarówka (taka zabudowana), z początku dogadywaliśmy się jakoś po hiszpańsku, a już chwilę później okazało się że kierowca mówi płynnie po angielsku (dużo ludzi zna tutaj ten język). Na jednym z przystanków wpadł do nas z wielkim uśmiechem i zaczął zaciekawiony pytać o wszystko. Kolejnym miłym zaskoczeniem było to że udało mi się pobić Turecki rekord wysokości (2637m), tym razem wjechaliśmy na 2998m, więc oficjalnie najwyższe miejsce na ziemi w którym byłem.

IMG_20180110_124533_HDR

Koło piętnastej dojechaliśmy na obrzeża Xeli (skrót od Quetzaltenango). W okolicy znaleźliśmy jakieś centrum handlowe i postanowiliśmy się tam nieco zadokować, zjeść coś, a przede wszystkim znaleźć internet żeby skontaktować się z hostem. Galeria na miarę Paryża czy Berlina, ale wszytko jest tu cholernie drogie, jedzenie w głupim Mc'Donalds kosztuje prawie dwa razy tyle co w Meksyku. Jakąś godzinę później dostaliśmy namiar z google maps od hosta i poszliśmy do centrum w poszukiwaniu adresu. Miasto kompletnie nie zachwyca, przez te kilka kilometrów które przeszliśmy, wszystko wyglądało jak jeden wielki SLUMS. Do tego host jakoś dziwnie z nami pisze, tak jak by nie chciał nas widzieć. Siedzieliśmy jak trusie przez godzinę czekając aż się pojawi, ale nic z tego.

IMG_20180110_174951

Dopiero w Wendy's dorwaliśmy neta, wysłał nam kolejny adres gdzie pracuje do późna i tam mieliśmy się pojawić. Wszystko tak się pokręciło, że siedzieliśmy w knajpie prawie do 22 czekając aż skończy zajęcia, po czym zmienił adres po raz kolejny... Jak wcześniej na ulicach kręciło się sporo ludzi, tak o tej porze miasto wyglądało jeszcze straszniej, połączenie The Walking Dead i I am Legend, a my po środku tego wszystkiego. W końcu trafiliśmy do baru gdzie prowadził kolejne lekcje i czekaliśmy aż zrobi przerwę żeby dostać klucze. Pięć godzin siedzenia na dupie tak naprawdę po nic... Gdybyśmy wiedzieli wcześniej co nas tu czeka, to nawet nie zajechalibyśmy do tego miasta, szczególnie że kompletnie nic tu niema oprócz wulkanów, na które nie mamy jak wejść bo Monika miała problem z nogą.

IMG_20180111_101235

Dostaliśmy w końcu klucze od "mieszkania" i wróciliśmy nazad pod pierwszy adres. Okazało się, że będziemy spać w jego szkole tańca połączonej z siłownią i salą bokserską. Wchodzimy do góry po schodach, a tam pod wejściem dwa psy i czterech żuli śpiących pod drzwiami... Gdy Nestor mówił, że będą tam spać również jego przyjaciele, to w najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się tego. Dla pewności zapytałem jednego z nich czy to na pewno właściwy adres - potwierdził. Chyba nie byliśmy do końca przygotowani na tą stronę Gwatemali.

IMG_20180111_073123

Następnego dnia rano nie mogliśmy namierzyć nigdzie Nestora, więc zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy do Mc skorzystać z internetu i skontaktować się z drugim hostem, który obiecał nas dzisiaj przyjąć. Niestety zaczął się wykręcać jakimiś pracami w ogrodzie, kombinować że jednak nie może nas wziąć i w końcu przestał odpisywać, szkoda że nie powiedział tego wcześniej. Nie było innego wyjścia jak wynieść się z Xeli jak najszybciej się da. Zanim jednak przestał odpisywać, powiedział nam że miasto jest faktycznie niebezpieczne. Mieliśmy tego namiastkę w nocy, widząc masę ćpunów, meneli i ludzi spod ciemnej gwiazdy, w tygodniu to ponoć pikuś. Dopiero w weekendy zaczyna się prawdziwa jazda. Opracowaliśmy jakiś plan na Gwatemalę i ruszyliśmy w kierunku jeziora Atitlan.

 

Oaxaca - Królestwo czekolady.

nilek2609

Dzień po sylwestrze w końcu zaczęliśmy się zbierać z Puerto Escondido, nie powiem że było lekko, ale smutno było wyjeżdżać z tego miejsca. Po dziesiątej byliśmy gotowi do wymarszu z Buena Ondy, jeszcze tylko chwila na sprawdzenie plecaków i poszliśmy po raz ostatni (w każdym razie teraz) na śniadanie do Damiana. Ciężko było się zebrać,ale w końcu dostaliśmy się na główną i nawet dość szybko poszło, po kilku minutach jechaliśmy w stronę miasta Oaxaca. Na dwa auta dojechaliśmy do Pochutli i na jakiś czas zapowiadał się koniec jazdy. Przynajmniej mieliśmy fajne miejsce przy krzyżówce, gdzie czas umilali nam artyści uliczni. Rozsiedliśmy się niedaleko oxxo (sklep) i czekaliśmy na okazję. Po jakimś czasie wyskoczyłem kupić coś do picia, nie zdążyłem nawet otworzyć lodówki i słyszę telefon. Okazało się że niedaleko nas stanęło jakieś auto i Monikę zagadało jakieś dziecko, że ktoś na nią czeka w środku. I faktycznie, małżeństwo które się zatrzymało, chciało nas zabrać do Oaxaci.

IMG_20180105_121544

Od razu na wejściu dostaliśmy po zimnej puszce piwa i w drogę. Damian ostrzegał nas że czeka nas ciężki przejazd, ale nie sądziłem że aż tak. Przez kolejne 250 kilometrów czekały nas w 99% same serpentyny, istny rollercoaster przez całą drogę, do tego piwo piliśmy na równi z kierowcą i jego żoną, a przepaści coraz większe. Całość zajęła nam ponad sześć godzin. W okolicy Oaxaci byliśmy dopiero po 22, więc postanowiliśmy wysiąść w jednym z miasteczek (przedmieścia) kilka kilometrów przed celem, żeby nie pakować się na noc do centrum, skoro mieliśmy jeszcze sporo czasu na dojazd. Zjedliśmy po hot-dogu kilka metrów dalej i poszliśmy się rozbić na polu za stacją benzynową.

IMG_20180104_144309

A z samego rana w drogę, wstaliśmy już o czwartej, było tak zimno że nie dało się dłużej, ale na dobre wyszło. Jakąś godzinę później złożyliśmy ociekający wodą namiot i przenieśliśmy się na stacje napić się gorącej kawy, przy okazji przeczekać do wschodu słońca w ciepełku. I na spokojnie o 7 ruszyliśmy z miejsca, standardowo próbowała nas zabrać setka taksówek, autobusy z początku odmawiały współpracy, ale po kilku minutach jeden jednak postanowił się wyłamać. Bilety po siedem peso, komfortowe warunki jazdy i tak wylądowaliśmy na starym mieście. Od pierwszej chwili uderzył nas piękny zapach, knajpki zamknięte, stoisk jeszcze brak o tej porze, ale wszędzie unosi się zapach czekolady.

IMG_20180105_121444

Zaledwie dwie uliczki dalej rozsiedliśmy się obok żywej szopki, zjedliśmy po tamale, obowiązkowo po kubku gorącej czekolady i siedzieliśmy tak na ławce obserwując co się dzieje w okolicy. Dopiero po 10 ruszyliśmy się z miejsca i powędrowaliśmy pod adres do Judy, u której mieliśmy robić remont mieszkania na workawayu. Faktycznie tak jak pisała, dostaliśmy prywatny pokój i dostęp do całej reszty mieszkania, więc elegancko. Chwilę posiedzieliśmy z Judy, po czym oboje padliśmy jak kłody,dopiero po trzech godzinach jakoś udało nam się zwlec z łóżka i czekała nas miła, ciepła niespodzianka - obiadek. Później przydało się zacząć coś robić, więc poszliśmy do sklepu po jeszcze jeden wałek i powoli zaczynaliśmy szykować pokój na jutro do malowania. Nie było co się śpieszyć z robotą, szczególnie że mamy na to kilka dni (robota według zaleceń ma być jak na odpierdziel)  i tylko dwa pokoje, a dalej czujemy się średnio.

IMG_20180105_161933_HDR

Rano od ósmej zaczęliśmy zabawę z pierwszym pokojem, w życiu nie sądziłem że moja robota będzie tak kiedykolwiek wyglądała, czyli jak dla mnie lekka fuszerka. W tym pokoju miało być jedynie pomalowane, proponowałem żeby to zrobić nieco lepiej od podstaw, ale jeśli mieszkanie jest wynajęte i to tylko na rok, to w sumie się nie dziwie że nie chce w to ładować kasy. Uwinęliśmy się do 14 z całą pracą i poszliśmy się przejść po mieście w poszukiwaniu lekarza mówiącego po angielsku, tak jak nam zalecił ubezpieczyciel. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze co nieco po drodze, ale jedyne co się udało, to zjeść po kanapce w Subwayu i padliśmy, szybka nawrotka do pokoju i o 19 już spaliśmy.

IMG_20180106_172128

Kolejny dzień  był nieco lepszy, rano wstaliśmy jak na kacu z mocno obniżoną temperaturą, ale za to z większą chęcią do życia. Może to zasługa 13 godzin snu? Zeszliśmy na dół z myślą o ciepłym śniadaniu, a tu już wszystko gotowe, czekały na nas naleśniki i gorąca kawa. Po śniadaniu dogadaliśmy się co dalej mamy robić, domalowaliśmy ostatnią warstwę na jednej ze ścian i resztę dnia mieliśmy wolną. Więc jeszcze szybki prysznic i do lekarza na badania. Wizyta de facto potwierdziła tylko nasze przypuszczenia. Lekarz po wywiadzie i badaniu od razu powiedział że dopadła nas Denga... Tak to jest ze statystykami, prawdopodobieństwo zachorowania na denge w tym regionie było prawie zerowe, a my trafiliśmy tak "fajnie", że dopadło nas oboje. I niech teraz ktoś powie że nie warto się szczepić i dmuchać na zimne, mimo repelentów i tak nas złapało. Dobrze przynajmniej, że nie trafiła nam się Zica, bo przez pół roku byśmy chodzili kompletnie bez życia, niczym chodzące trupy.

IMG_20180106_171014

Dostaliśmy rozkaz żeby jeść i pić w dużej ilości, więc po wizycie w aptece wyskoczyliśmy na obiad do Domino's. Tak jak kazał lekarz, zjedliśmy jeszcze po dwie tabletki i po godzinie wróciliśmy do życia, nawet nie wiecie jak zajebiście czuje się zdrowy człowiek po takiej chorobie. Najedzeni i pełni energii ruszyliśmy przed siebie, po drodze wpadliśmy na mrożone kakao do Mayordomo, później targ Benito Juarez. Kolejne miejsce warte odwiedzenia, oprócz comedorów i wszelkiej maści warzyw, można tu dostać około setki rodzajów Mezcalu, nawet takie z wężem, skorpionem, czy ptasznikami. Każdy znajdzie coś dla siebie.

IMG_20180105_162927_HDR

Śmiało można powiedzieć że Oaxaca spływa najlepszym kakao, które jak już wcześniej pisałem, czuć wszędzie. W każdym rogu stoi gdzieś na półce mezcal, a dla tych odważniejszych prażone robaki, które są tutejszą przekąską. Kręciliśmy się tak po okolicy, aż wróciliśmy na główny plac. Siedzieliśmy tak może z pół godziny, a gdy już mieliśmy się zbierać do "domu", ktoś zaczął grać, więc postanowiliśmy jeszcze chwilę zostać. Wszystko się jednak zmieniło po kilku minutach, przysiadł się do nas starszy Amerykanin i zaczęliśmy rozmawiać. W końcu mieliśmy na tyle sił i chęci na cokolwiek, że spędziliśmy z nim resztę dnia. Nawet nie zauważyliśmy kiedy wybiła 22, dopiero wtedy postanowiliśmy się zebrać.

IMG_20180105_161858_HDR

W sobotę dzień zaczęliśmy po raz kolejny na pełnym luzie, z nową energią o dziesiątej zaczęliśmy pracę i zaledwie po dwóch godzinach z kawałkiem wszystko było gotowe. Judi pozwoliła nam zostać do poniedziałku, więc po obiedzie ruszyliśmy dalej eksplorować miasto. Próbowaliśmy znaleźć naszego amerykańskiego psychologa z którym umówiliśmy się wczoraj na Zocalo, ale mimo że kręciliśmy się po okolicy dwie godziny, nie udało się go namierzyć, więc poszliśmy się przejść sami. Nie mieliśmy żadnego celu, więc szliśmy po prostu przed siebie, aż trafiliśmy na obrzeża miasta, a że nie było tam nic do roboty, to wróciliśmy do punktu wyjścia. 

IMG_20180107_173750_HDR

Naszego ostatniego dnia u Judy, zaczęliśmy gorączkowo planować dalszą podróż, szczególnie że wczoraj udało nam się dorwać tanie bilety powrotne do europy na koniec kwietnia. Teraz trzeba było wszystko ogarnąć jakoś logistycznie, szczególnie że lot powrotny mamy z Meksyku, niestety im niżej tym były droższe. Później żeby nie było, pomogliśmy jeszcze co nieco Judy w domu, wysłaliśmy ciuchy do pralni i do południa leniuchowaliśmy na tarasie. Pod wieczór spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi naszej pracodawczyni, zjedliśmy wspólnie obiad, później świąteczne (na trzech króli) ciasto z niespodzianką. W środku były ukryte plastikowe ludziki, jeśli ktoś w swoim kawałku trafi na jeden z nich, wtedy według zwyczaju "płaci" za tamale. I na koniec dnia ostatni spacer po Zocalo, później już trzeba było zacząć się pakować.

 

Jeśli chcesz być na bierząco, zapraszam do śledzenia naszych poczynań na facebooku - LINK u góry strony:)

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci