Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Manzanillo

nilek2609

Dość topornie szło nam opuszczanie pokoju, mało co wyschło z tego co wczoraj wypraliśmy. Do tego trzeba było ogarnąć profil na workaway, więc trochę czasu to wszystko zajęło, ale przed południem jakoś udało się ruszyć w dalszą drogę. Piechotą dostaliśmy się na jedną z głównych ulic i próbowaliśmy dalej jechać autobusem gdzieś na południe, ale to było jak walka z wiatrakami, komunikacja w tym mieście jest prawdziwym koszmarem. Niewiele się zastanawiając zjedliśmy jakieś śniadanie obok i przeszliśmy się dwa kilometry dalej na obwodnicę. Stamtąd jakoś udało nam się złapać stopa na La Tiere, później szło ciężej, ale złapaliśmy w końcu tira.

IMG_20171219_120445_HDR

Nawet nie spodziewałem się że będziemy przejeżdżać przez tak piękną okolicę. Mniej więcej w połowie drogi trafiliśmy na płaskowyż, w oddali wysokie góry, dookoła płytkie jeziorka pełne ptaków, co jakiś czas plantacje agawy i po środku tego my. Mimo że przez pięć godzin przejechaliśmy zaledwie 250 km, to warto było. Antonio był na tyle przeładowany, że momentami jechaliśmy zaledwie 10 km/h, ale gdzie nam się śpieszy. w końcu, chwilę po dziewiętnastej wysadził nas przy Tecoman, jakieś 60 km od Manzanillo. Nareszcie wróciliśmy wróciliśmy do miejsca, gdzie na każdym kroku rosną kokosy, wspinaczka odpadała, ale za to pod nosem mieliśmy stoisko i za 12 peso dorwaliśmy jednego.

IMG_20171218_152328_HDR

Jeszcze przez chwilę próbowaliśmy coś złapać, ale w końcu odpuściliśmy i ruszyliśmy wzdłuż autostrady szukać miejsca na nocleg. Po drodze jeszcze kilka tacosów na kolacje i po przejściu siedmiu kilometrów rozbiliśmy się na plantacji kokosów. Kolejny one milion star hotel zaliczony, czy życie w ten sposób nie jest piękne?. Miejsce złoto, jedynie zwierzaki trochę straszyły, tak jak wbijające się w ziemię kokosy... Rano wstaliśmy razem ze wschodem słońca i przed ósmą po wysuszeniu namiotu wróciliśmy łapać.

IMG_20171218_162643_HDR

A godzinę później byliśmy już w mieście. Nogi od razu prowadziły nas w stronę jedzenia, a że zajechaliśmy nad ocean spokojny, to padło na świeże Ceviche (sałatka z surowej ryby, marynowanej w limonce). My się najedliśmy, więc przydało by się nakarmić też kogoś innego. Z kubkiem pełnym świeżych owoców powędrowaliśmy do sanktuarium legwanów trochę się zabawić.

IMG_20171218_170751_HDR

Jeszcze przed wyjazdem umieściliśmy to miejsce dość wysoko na liście tych do odwiedzenia i w końcu się udało. Niedawno mieliśmy nieco zmienić plan i całkiem ominąć Manzanillo, kierując się w stronę Puerto Escondido. Ale wyszło inaczej,góry dość mocno nas wymęczyły i trzeba było szybko zjechać na wybrzeże zaznać w końcu słońca.

IMG_20171218_185233

Jest to jedno z miejsc do którego warto nadrobić trochę kilometrów i je odwiedzić. Mało kto o nim wie i w sumie dobrze, ma to swój urok. Codziennie o dziesiątej rano legwany mają porę karmienia, więc najlepiej przyjść w tym czasie, wtedy można zobaczyć je z bliska. Przez resztę czasu wygrzewają się na drzewach i na dachu. Zabierzcie też owoce, najlepiej papaję i banany,a zobaczycie co się będzie działo. I najważniejsze, wejście jest za darmo,ale przy karmniku stoi wielka pucha na datki. Warto się dorzucić, żeby smoki miały codziennie świeże jedzenie.

IMG_20171219_071628

Z sanktuarium ruszyliśmy w kierunku plaży San Pedrito, po drodze w kocu udało mi się kupić maczetę. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, a dostałem ją dopiero tutaj za niecałą stówkę i to w sklepie wędkarskim, a ja głupi myślałem że znajdę ją na targu. Monika już się śmiać zaczynała, że pewnie sami je w domach robią :D

IMG_20171219_101559

Plaża dość mocne 3 na 5, ale woda czysta,mimo bliskiego sąsiedztwa portu. Jeśli chodzi o resztę, to bardzo trzeba uważać na jeżowce. Te tutaj są dwa razy większe od europejskich i miejscami mają dość jaskrawe kolory, więc pewnie mogą wyrządzić większe szkody niż tylko wbity kolec. Oprócz tego jest trochę ryb i kraby. Dodatkowym plusem tego miejsca jest możliwość wzięcia prysznica po kąpieli w oceanie. Podsumowując, warto tu wpaść, ale nie na zbyt długo. Miasto jest całkiem w porządku, mają jak wszędzie w Meksyku dobre jedzenie, ładne widoki i jeden z najważniejszych portów w kraju. Ale największą atrakcją są legwany.

IMG_20171219_1143541

Z plaży cofnęliśmy się na obiad do centrum miasta, polecamy knajpkę MeNuDeRia. Za 55 peso można zjeść Carne Asada (sporo mięsa, ryż, warzywa, fasolka), więc dość porządny obiad za grosze. Należało się nam po kilku ostatnich dniach. Później już w stronę wylotówki z miasta, tutaj spanie na plaży, albo w okolicy jest dość niebezpieczne, w każdym razie tak nam mówili w sanktuarium legwanów.

IMG_20171219_114726_HDR

Co ciekawe, gdy zaczęliśmy łapać, podchodzili do nas żule, albo inne typy naprawdę z pod ciemnej gwiazdy i mówiąc często płynnym angielskim próbowali jakoś pomóc. Najgorsze jest to że Ci z pod ciemnej gwiazdy ostrzegali nas, że jest tu bardzo niebezpiecznie i musimy uważać. To ja się pytam, jeśli my się ich dość boimy, to przed kim oni nas ostrzegali?. Chyba nie chcę wiedzieć... Któryś z kolei poradził aby wziąć autobus za miasto i tam łapać, więc w końcu posłuchaliśmy i jedynką wydostaliśmy się.

IMG_20171219_115458_HDR

Zaczęliśmy łapać na jednym ze skrzyżowań przy wyjeździe z miasta, duży karto z napisem Tecoman / Acapulco i co nas zabiera? Autokar jadący do Acapulco... Niestety wziął nas tylko do Tecoman, ale 60 km w takich warunkach, to bajka. Podobnie jak ostatnio, nie było sensu łapać, więc ze dwie godziny zeszło nam na znalezienie miejsca do spania w tym pyle. Rozłożyliśmy się zaraz przy wjeździe do miast a, dla odmiany na jednym z pól cukinii i poszliśmy spać. A rano jeszcze przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej w drogę.

IMG_20171219_122600_HDR

Znowu mieliśmy na tyle szczęścia, że złapaliśmy na stopa studenta chemi, który mówił po angielsku, więc dostaliśmy kolejną dawkę przydatnych informacji. Podrzucił nas 40 km dalej, skąd kolejne auto zabrało nas do małej wioski nad brzegiem Pacyfiku. Bajkowe miejsce na śniadanie, po środku niczego stała restauracja kilka metrów od plaży, z fajną obsługą i groszowym jedzeniem, jeszcze w takiej ilości że nie dało się tego przejeść. Po jedzeniu dalej żabimi skokami kierowaliśmy się w stronę celu, jedną z najpiękniejszych dróg wzdłuż wybrzeża.

IMG_20171219_131858_HDR

Łapiąc dalej, którymś autem z kolei trafiliśmy do Maruaty, tam jakby transport umarł i nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, więc postanowiliśmy się przenieść na jedyny w okolicy camping. Piękna zatoka między skałami, nocleg zapowiadał się naprawdę świetnie, więc od razu zapłaciliśmy, rozstawiłem nasz cały majdan, a po chwili się okazuje że nie mamy dostępu do wody. W każdym razie na naszej części pola, było kilku właścicieli, więc jakby kilka różnych campingów. Już myśleliśmy żeby się przenieść obok, ale kolejny chciał dwa razy tyle kasy, de facto za nic. Próbowaliśmy jakoś odzyskać pieniądze od faceta, ale się okazało, że poszedł do domu i miał nas gdzieś. Dopiero po dwóch godzinach się pojawił, nawet nie negocjował, oddał pieniądze, zamknął wszystko i poszedł. Byliśmy już spakowani i mieliśmy się zbierać, ale skoro byliśmy na plaży, to warto było nieco popływać. Później dogadaliśmy się z "sąsiadem" z za miedzy, żeby móc się wykąpać i na wylotówkę.

IMG_20171219_132513_HDR

Miejscowi nie byli zbyt chętni żeby nas zabrać, więc powoli kierowaliśmy się za miasto w poszukiwaniu noclegu. Po drodze staraliśmy się jeszcze coś złapać w tej ciemnicy, tak bardzie proforma, bo niewielka była szansa, że ktoś nas teraz weźmie. Ale za którymś takim razem trafiliśmy jak ślepa kura na ziarno. Zabrały nas dwie siostry, dostaliśmy kolację i jechaliśmy wspólnie w kierunku Acapulco. Przez większość dnia zrobiliśmy zaledwie 150 km, a teraz prawie trzy razy tyle. Wysiedliśmy dopiero o trzeciej nad ranem, gdy Panie zajechały do jednego z hoteli po środku niczego i próbowały wynająć dla nas wszystkich pokoje, a rano ruszylibyśmy dalej. Nie mogliśmy się na to zgodzić, tylko za naszą dwójkę zapłaciłyby prawie tysiąc peso, więc jakoś się z tego wymiksowaliśmy i rozbiliśmy się z namiotem dwieście metrów dalej w sadzie Mango.

IMG_20171221_113659

Wszystko właśnie tak miało się ułożyć, po kilku godzinach snu zajechaliśmy do kolejnego miasteczka, skąd złapaliśmy transport do samego Puerto Escondido. Niby 550 km dobrą drogą, do tego pick up, a nie tir, mimo to droga zajęła ponad dziesięć godzin. Na miejsce zajechaliśmy dopiero przed ósmą, ale za to zaoszczędziliśmy masę czasu, gdyby nie oni to spokojnie jechalibyśmy tu 2-3 kolejne dni. Do tego atmosfera była bardzo miła, przez całą drogę jechaliśmy na pace z Abrahamem, co chwilę prowadziliśmy jakieś dziwne wywody, spaliśmy i tak na zimianę do samego celu. 

Teotihuacan

nilek2609

Dzień zaczęliśmy od ciepłego prysznica, nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja, standardowo wyskoczyliśmy na Tacos w okolice Hidalgo i trzeba było się zbierać. Metrem dojechaliśmy na stacje Autobuses del Norte, a stamtąd za 50 peso autokarem na Teotihuakan. Na każdym przystanku ktoś wpadał do środka zjedzeniem i lodami, a połowę trasy drogę umilał nam miejscowy grajek z gitarą. W ciągu godziny dojechaliśmy na miejsce, na bramie kupiliśmy bilety za 70 peso i w drogę. Czytaliśmy że trzeba płacić standardowo za zdjęcia 45 peso, ale nam się upiekło,kasjer powiedział że telefony i mały sprzęt są za darmo. Minusem był brak przechowalni bagażu, ale coś pokombinowaliśmy i udało się zostawić plecaki w jednym ze sklepików z pamiątkami.

IMG_20171214_130518_HDR

Pierwsze kroki skierowaliśmy do świątyni pierzastego węża, później przez cytadelę i drogą śmierci w kierunku piramidy słońca. Po drodze daliśmy się namówić starszemu Panu na pamiątki, wszystko przez to, że jako jedyny w Meksyku rozpoznał skąd jesteśmy. Brali nas już za Niemców setki razy, Francuzów i Amerykanów, ale nigdy Polaków. Więc postanowiliśmy coś kupić, padło na obsydianowego bożka, trochę targowania i za 200 peso udało się kupić. Senior był na tyle miły, że w gratisie dostaliśmy jeszcze dwa gwizdki z bogiem kukurydzy i wody, więc każdy był wygrany.

G0020569

Idąc dalej drogą śmierci, trafiliśmy na plac, gdzie podobno odbywały się festiwale związane z rolnictwem i wodą. Większość informacji o tym miejscu, to tylko domysły, na terenie cały czas odbywają się wykopaliska, które tak naprawdę nie wiele wnoszą do historii Teotihuakan. Ale jedno jest pewne, ktoś tu mieszkał przed Aztekami i nikt nie wie kto, lud ten najprawdopodobniej nie używał języka pisanego, albo wszystko z jakiegoś powodu zostało zniszczone. Tego możemy się tylko domyślać.

IMG_20171214_130455_HDR

Cały kompleks drogi śmierci robił ogromne wrażenie, w głowie kotłowały się setki myśli, zwłaszcza że szliśmy drogą, tak jak ludzie prowadzeni na śmierć setki lat temu. W końcu doszliśmy do kresu, gdzie wszyscy kończyli swój żywot na szczycie piramidy słońca i podobnie jak my teraz, musieli się na nią wdrapać. Widok z góry zapierał dech, ta cała mistyczna otoczka przesycona magią tego miejsca, zostawiała wielki ślad w głowie..

IMG_20171214_133215_HDR

Przychodząc tutaj zapomnieliśmy tylko o jednym, chodzimy sobie w pełnym słońcu, a nie zabraliśmy najważniejszej rzeczy, wody. Mogliśmy kupić ją po drodze w sklepach, ale nikt o tym nie pomyślał. Więc chodziliśmy od sprzedawcy do sprzedawcy w poszukiwaniach, w końcu jakiś dziadek nas zaprowadził do kolejnego i za 20 peso kupiliśmy 0,5 litra... Więc polecam zaopatrzyć się wcześniej. 

IMG_20171214_134955_HDR

Pokonanie 265 schodów na tej wysokości było nie lada wyzwaniem, więc trochę czasu spędziliśmy u góry, ale było warto. Z tego co czytaliśmy na jednej z tablic, pod piramidą słońca jest ogromna jaskinia, gdzie według wcześniejszych wierzeń powstało całe życie we wszechświecie. Później ruszyliśmy dalej drogą dawnych procesji, aż do piramidy księżyca. Na tą już nie mieliśmy siły wchodzić, jedynie zrobiliśmy kilka zdjęć i poszliśmy dalej.

IMG_20171214_141402

Przy drugim wejściu zachaczyliśmy o dwa patia, jedno o nazwie Los Pitales, a drugie Los Jaguares. Są to dwa niewielkie kompleksy budynków, w których zachowało się kilka dawnych murali. Po takiej wycieczce należały nam się pożądne lody, w jednym ze sklepików udało nam się kupić mrożoną marakuję za całe 15 peso i wodę w normalnej cenie.

IMG_20171214_144141

Wracając powoli do naszego wyjścia, gdzie zostawiliśmy plecaki trafiliśmy na bawiące się pieski preriowe, kilka sporej wielkości jaszczurek, a nawet wycieczkę Polaków. Teraz czekało nas największe wyzwanie, jakoś trzeba było się stąd wydostać. Niby nic trudnego, ale nawet colectivo nie jechało w naszą stronę, wszyscy wracali do miasta Meksyk. Od 16 czatowaliśmy na jakieś auto, pół godziy późnie podeszła do nas amerykanka i poradziła wrócić się do Meksyku, bo stąd na Leon jedzie mało kto. Mimo to próbowaliśmy dalej i się opłaciło, lodziarz który stał za nami, podżucił nas do centrum Ecatepec, obok wjazdu na autopiste. Śmiesznie to trochę wyglądało, Monika mnie wysłała do przodu, a sama jechała w lodówce..

IMG_20171214_145045_HDR

To co działo się dalej, to istna szopka, po wyjściu z Walmarta poszliśmy na wjazd i mimo późnej pory zaczęliśmy łapać. Cholera wie co się tam stało, ale po paru minutach zrobił się ogromny korek i auta zaczęły odstawiać dziwną operetkę na drodze. Mimo że była to autostrada, nikt się tym za secjalnie nie przejmował, zawracali, jeździli pod prąd, cofali jeden na drugiego. Istny cyrk na kółkach, nawet federalna miała na to kompletnie gdzieś. Ale najlepszy był gościu, który latał między autami i sprzedawał świecące balony, to była w tym momencie wisieńka na torcie.

IMG_20171214_155737_HDR

Witamy w kraju, gdzie przepisy są umowne, a znaki drogowe nie mają żadnego znaczenia. Wcześiej jakoś tego nie widziałem, poprzednie miasta miały swojego rodzaju kulturę jazdy, a tu istny dziki zachód. Do tego wszystkiego jeszcze fajerwerki w oddali, normalnie bajka. Siedzieliśmy tam do około ósmej, odpuściliśmy dopiero po rozmowie z jakąś kobietą. Dość przejęcie radziła nam się z tamtąd zebrać jak najszybciej, bo tu może to być nasza ostatnia noc. To przelało czarę goryczy, szczególnie że chwilę wcześniej w krzakach obok Monika trafiła na bandę naćpanych meksykanów. Nie było wyjścia, trzeba było się jak najszybciej zbierać i szukać miejsca na nocleg, znalazłem nawet jakiś hotel na mapie. Ale w połowie drogi, na ślimaku znaleźliśmy kilka drzew i postanowiliśmy rozłożyć się przy jednym z nich na karimatach. Namiot byłby zbyt widoczny, a tak to przynajmniej był spokój. Trochę na przypale jak zwykle, ale trzeba sobie radzić.

 

Guadalachara i dalej :)

nilek2609

Wypoczęci rano wróciliśmy na stację pemexu napić się gorącej kawy, w tym czasie słońce zdążyło rozświetlić niebo i mogliśmy wrócić na wylot powoli łapać. Nie było co prawda tak ciepło jak w nocy (19 stopni), jedynie dziewięć stopni, ale zawsze to lepiej niż temperatura, którą mieliśmy przez ostatnie kilka dni. Dzisiaj poszło ekspresowo, w dwie minuty mamy auto i to z jakim kierowcą, płynnie mówił po angielsku. W końcu mogliśmy zapytać o nurtujące nas rzeczy tu w Meksyku, których nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

IMG_20171217_132758_HDR

Dojechaliśmy do Tepotzotlan na same bramki pod autostradą. Stąd już z górki, zjedliśmy śniadanie i wiśta dalej, nie czekaliśmy nawet chwili, od razu zabrał nas jeden z przejeżdżających tirów. Sto kilometrów dalej wysiadka na jednym z parkingów, zjedliśmy w knajpce po torcie i szukaliśmy dalej, zostało jedynie 230 km do celu. Trzeba było się nieco pośpieszyć bo Monikę zaczęły miejscowe dzieciaki atakować, chciały żeby im kupowała wszystko co popadnie, no i oczywiście pieniądze (amerykanie się nabrali). Tym razem trochę musieliśmy poczekać, ale opłaciło się łapać praktycznie po środku autostrady.. Po półgodziny złapaliśmy osobówkę do centrum Leon.

IMG_20171216_143307

Trochę poczytałem o okolicy miasta i zmieniliśmy zdanie o zostaniu tu na noc, szczególnie że host z którym się umawialiśmy, wystawił nas do wiatru. Spędziliśmy trochę czasu w McDonalds, w poszukiwaniu jakichś innych wariantów, ale tak jak wczoraj, było już zapóźno. Po przejściu kilku kilometrów w kierunku wylotówki, złapaliśmy pick upa, który jedynie podrzucił nas kawałek dalej na wjazd autostrady. Jeszcze przez godzinę próbowaliśmy szczęścia, w końcu jednak odpuściliśmy i po przejściu dwóch kilometrów wzdłuż drogi zaleźliśmy miejsce na namiot. Wszędzie dookoła smog nie pozwalający porządnie dychnąć, pełno syfu i KURZ, a ponoć miasto Meksyk ma z tym największy problem. A tu taka niespodzianka.

GOPR0583

Myśleliśmy że miejsce będzie najmniej przypałowe, jednak rano obudzili nas rolnicy z kosami, puki nie reagowali było ok. Ale jeden chyba miał jakiś problem, podjechał do domu i spuścił na nas psy, więc na szybko musieliśmy się zawinąć. Wróciliśmy na wjazd i zaczęliśmy łapać, trochę czasu poszło, dopiero po 10 zabrał nas Antonio. Kolejny zjazd, kolejny kierowca i lecimy dalej w stronę Guadalachary. Krajobraz robił się coraz bardziej pustynny, wszędzie złota trawa, niskie drzewa i susza. Najbardziej jednak dziwiły nas okoliczne dwie góry, kształtem bardzo przypominały świętą górę aborygenów Uluru w Australii. Były całkowicie płaskie, tak jakby je ktoś równał przy pomocy poziomicy.

IMG_20171217_132823_HDR

Nie ma to jak siedzieć w amerykańskim krążowniku szos, słuchając lecącego z radia kantry i przemierzać tą bezkresną przestrzeń. Dookoła kilometry ciągnących się pastwisk, tysiące krów, koni i piękne rancza. A za kierownicą Hektor dociskający gaz w rytmie muzyki, bajka, tego nie da się opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Im dalej jechaliśmy, tym częściej mijaliśmy kolejne plantacje agawy, a wszystko to na najlepszą tequilę świata, no i oczywiście pola kukurydzy, których wszędzie pełno. Co jakiś czas drogę patrolowały sępy, czychając aż trafi się jakaś świeża padlina.

IMG_20171217_132339_HDR

O piętnastej dojechaliśmy na przedmieścia Guadalajary. Wszystko się fajnie ułożyło, przez ostatnie sto kilometrów towarzyszyła nam ulewa, ale gdy wjechaliśmy do miasta, wszystko cudownie się uspokoiło. Do tego momentu mieliśmy szczęście, później było już nieco gorzej. Dość szybko ogarnęliśmy się w okolicy, na horyzoncie było widać Burger Kinga, więc mieliśmy gwarancję WiFi. Znalazłem go jakoś na GPSie i na dobry początek spacerek ponad dwa kilometry, ale trzeba było sprawdzić hostów. Niestety żaden z ludzi do których pisaliśmy nie mógł nas przyjąć, wszyscy byli poza miastem. Zostało nam jedynie szukanie na Bookingu, trafił się jeden fajny nocleg za normalne pieniądze, tylko że było do niego 16 km. Miasto jest ogromne, a niestety komunikacja dla kogoś kto tu nie mieszka jest kompletnie nie do ogarnięcia.

IMG_20171217_123704_HDR

Sprawdziliśmy mniej więcej dzielnice, gdzie mamy się dostać i próbowaliśmy znaleźć autobus. Wpadaliśmy do każdego po kolei pytając czy tam jedzie, aż w końcu "trafiliśmy". Kierowca powiedział że tam jedzie, ale po 10 km kazał wysiadać na ostatniej jego stacji, więc czekał nas sześcio kilometrowy spacer. Do tego musieliśmy jeszcze znaleźć działąjący bankomat, najlepszy byłby santander z którym nigdy nie ma problemu, tylko że przy większości stały kolejki po 50 osób... W końcu jakiś gość polecił naminny bank w okolicy i sie udało załątwić wszystko w minutkę (na 5 bakomatów działał jeden...). Z tamtąd prosto pod adres, plecaki ciążyły coraz bardziej, ale jakoś zdążyliśmy dojść na czas. Hotel okazał się prywatnymi pokojami o naprawdę fajnym standardzie, nieco tańsze były tylko klitki w czymś co przypominało cele w piwnicy, a tu mieliśmy łazienkę i dostęp do kuchni. Byliśmy tak głodni, że zostawiliśmy jedynie rzeczy i poszliśmy coś zjeść do okolicznej budki. Szczęście się do nas mocno po raz kolejny uśmiechnęło, sprzedawca mówił rewelacyjnie po angielsku, więc mogliśmy się dowiedzieć o okolicy,a szczególnie to na co mamy uważać.

IMG_20171217_132935_HDR

Od rana kurs na centrum i zwiedzamy. Miasto o wiele lepsze od Leon, czy Puebli, ale i tak nie zachwyca za mocno, brak tego efektu wow. Na początku ruszyliśmy zobaczyć Plaza de La Liberation, dość fajne miejsce z masą ludzi,które jednak polecam tylko na chwilę. Za to kościół świętego Augosta robi wrażenie, masa zdbień i piękna architektóra. Idąc dalej rozglądaliśmy się po stoiskach i mówiąc szczerze, nie polecam zakupów, wszędziejest masa podróbek, zamiast kamieni na 90 % kupicie barwioną żywicę, nawet bursztyn podrabiają. Podobnie jest na targu San Huan de Dios,wszędzie chińszczyzna, podrabiana skóra (szczególnie jeśli chodzi o kowbojki, po te polecam wybrać się do stacjonarnego sklepu, albo szewca), a reszta to sam chłam. Pierwsze takie miejsce, gdzie faktycznie nie ma co kupić, ani na czym zawiesić oka.

IMG_20171217_134426_HDR

Znowu na ulicach zrobił się dzikitłum, myśleliśmy że w Mexico City było dużo ludzi,ale tu jest dosłownie dzicz, ulicą nie da się spokojnie przejść. Wszędzie pełno klaunów, domków świętego mikołaja i oczywiście żebraków. Kolejne miasto które męczy, chociaż może to być nasze osobiste odczucie. Jest tu jednak kilka ładnych skwerów, gdzie można odpocząć, muzea, nawet jedno z figurami woskowymi, tylko za wszystko sobie życzą duże pieniążki.

IMG_20171217_145047_HDR

Dalej trafiliśmy do Katedry La Asunción de Maria,polecam zajżeć chociaż na chwilę, pięknie wygląda z zewnątrz, jak i w środku. Dalej z falą trafialiśmy na kolejne uliczki, aż wylądowaliśmy na obrzeżach centrum. Tam już nic ciekawego nas nie mogło czekać, więc powoli zebraliśmy się w stronę naszego pokoju. Dobrze się złożyło, bo nad miastem wisiały coraz czarniejsze chmury, a przed pokojem mieliśmy wywieszone pranie.

IMG_20171217_145527_HDR

W ostatnim momencie wszystko udało się zebrać i od tego momentu byliśmy uziemieni na dobrą godzinę. Później poszliśmy coś zjeść do tej samej budy co ostatnio i znowu zostaliśmy na dłużej. Horhe był tu jedną z niewielu osób z którymi mogliśmy się dogadać, więc miło się siedziało, a do tego miał najlepsze jedzenie w okolicy. Dzisiaj dodatkowo daliśmy się skusić na miejscowy specjał jego kolegi, nazywają to Tehuino, ale gorąco odradzam. Może komuś to posmakuje, ale mi nie pomogło i w tempie przyśpieszonym trzeba było wracać. Robią to o ile pamiętam z lodu, kukurydzy (niedojżałej), soli, chili i czegoś jeszcze. Ponoć ma gasić pragnienie w upalne dni, ale smakuje naprawdę źle.

 

Mexico City

nilek2609

Niezbyt chętnie opuszczaliśmy dom naszych nowych przyjaciół, ale trzeba było ruszać dalej przed siebie. Wspólnie zjedliśmy śniadanie, trochę po polsku, bo jak to bywa, po wczorajszym obiedzie dość sporo zostało, a tutaj nic się nie marnuje. Do tego Hojuela (tradycyjne wafle świąteczne) i przed jedenastą pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Czekała nas długa droga, więc wpadliśmy jeszcze do chedraui po jakieś zapasy. Ze sklepu przeszliśmy się dwa kilometry dalej Panamerikaną, do w miarę dobrego miejsca, gdzie mogliśmy zacząć łapać. Zaledwie po kilku minutach podeszła do nas parka i poradzili żebyśmy się przenieśli kilka kilometrów dalej na rozjazd. Mówili że nikt nas stąd nie zabierze, coś wspomnieli o taksówce i kazali iść za nimi. Po chwili zatrzymali pierwszą lepszą, pogadali z kierowcą i jakby to było dla nich normalne, Akita po prostu zapłaciła nam za transport. Próbowaliśmy oddawać, ale odmawiała życząc szczęścia i spokojnej drogi. Tak to nas zatkało, że nie wiedzieliśmy co powiedzieć, więc jedynie podziękowaliśmy.

IMG_20171212_092640

I faktycznie mieli rację, niecałe pół godziny później złapaliśmy pick upa w dalszą drogę. Po kilkunastu kilometrach kierowca zarządził przesiadkę do środka, ponoć miało padać. Opcja wydawała się dość dobra, ale po ponad godzinnej jeździe z Moniką na kolanach, po wyjściu nie mogłem chodzić przez jakiś czas. Kierowca wysadził nas w górach przed bramkami i tam polowaliśmy dalej na Mexico City.

IMG_20171211_114714

Około godzinę zajęło nam złapanie stopa w tym parszywym miejscu, liczyliśmy głównie na osobówki przez federalną która czatowała na bramkach, ale dla jednego z tirowców najwyraźniej nie było to problemem i zabrał nas do szoferki zaraz pod ich nosem. Mimo ostatniej akcji z kierowcą, postanowiliśmy zaryzykować i przejechać całą trasę, nawet w nocy, szczególnie że nie widzieliśmy przed zmrokiem żadnego dobrego miejsca do rozłożenia namiotu. Koło 18, zatrzymaliśmy się na kolację z potężną porcją kawy, żeby przypadkiem nie usnąć jak ostatnio. Kierowca wziął jeszcze prysznic i godzinę później byliśmy dalej w drodze.

IMG_20171211_185857

Tym razem dogadać się było ciężej niż z poprzednim kierowcą, ale coś tam udało nam się o okolicy dowiedzieć. Region Veracruz, przez który jechaliśmy, jest największym producentem plantanów (banany) i trzciny cukrowej, eksportują je na cały Meksyk. Po drodze mijaliśmy setki sadów, trochę dziwne było jedynie to że tylko część trasy pokonaliśmy autostradą. Patrząc na mapę, zrobiliśmy niezły zygzak, ale im bliżej celu, tym lepiej, nie było ważne jaką drogą. Gdyby nie ten kierowca, to nie przejechalibyśmy pewnie połowy trasy tego dnia.

IMG_20171212_090200_HDR

Koło północy zajechaliśmy na jeden z punktów widokowych na 2460 metrów, nie było zbyt wiele widać, ale patrząc na wysokość, perspektywa nocki w namiocie nas nieco przerażała. Przed pierwszą zatrzymała nas jeszcze policja federalna (wyglądają najmniej przyjemnie ze wszystkich), spodziewaliśmy się jakichś problemów, ale szybko poszło i jechaliśmy dalej. Około 80 km przed Pueblą czekał nas koniec trasy, jednak kierowca patrząc za okno stwierdził że możemy spać w środku i mamy do dyspozycji górne kojo, dostaliśmy nawet ekstra kocyk. Mimo że wyciągnęliśmy jeszcze śpiwór, na niewiele się to zdało, w środku robiło się coraz zimniej, ale przynajmniej nie tak jak by było w namiocie.

IMG_20171212_090313

Wstaliśmy jakoś po szóstej, pożegnaliśmy się i kilka minut później złapaliśmy busa na przedmieścia Puebli. Przez jakiś czas nie potrafiliśmy się ogarnąć, w autobusie miejskim zapłaciłem jakiemuś lewemu gościowi 20 peso za przejazd, trochę przepłaciliśmy, ale przynajmniej nie trzeba było dylać siedem kilometrów. Miasto niezbyt zachęcało do pobytu, wszędzie smród, brud itd. Jedynie ścisłe centrum miasta było ładne i dość zadbane. Rozejrzeliśmy się jedynie po sklepach, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy posiedzieć w parku na internecie, żeby do pożądku ogarnąć co mamy zesobą zrobić. Więc możnapowiedzieć że w Pueblispędziliśmy bezsensownie kilka godzin.

IMG_20171212_122319_HDR

Koło południa miejskim autobusem dojechaliśmy na dworzec i z tamtąd już autokarem do Mexico City. Nie było sensu się męczyć z wydostaniem z tak wielkiego miasta, szczególnie że czekało nas jeszcze większe. A biorąc autokar lądowaliśmy w samym centrum, co oszczędzało nam sporo czasu i nerwówki. Hotel mieliśmy już zabukowany, Booking dał na tylefajną promocje, że pobyt de facto wychodzi nas za darmo, więc od razu wzięliśmy na dwa dni. Później się pomyśli co i jakdalej.

IMG_20171212_124734_HDR

Na miejscu byliśmy koło 16, złapałem gdzieś wifi, ogarnęliśmy trasę do hotelu i wiśta do metra. Co chwilę odjeżdżały pełne składy, więc z plecakami nie było co się pchać. Najpierw jeden, później drugi, przy kolejnym okazało się że na cel obrali nas sobie kieszonkowcy. Widzieliśmy że kilku cały czas nas obserwuje, jednocześnie trzymali się blisko z każdej strony, gdy zmienialiśmy miejsce, od razu ruszali za nami. Po którejś takiej roszadzie zainteresowali się również policjanci, wiedzieli od razu o co chodzi i pod eskortą zaprowadzili nas do innej strefy, gdzie mają dostęp tylko kobiety z dziećmi, skąd na spokojnie mogliśmy odjechać. W razie problemu zawsze mamy o to prosić patrol.

IMG_20171212_125606_HDR

Hotel faktycznie był blisko centrum, z Hidalgo (stacja metra) do Polly mieliśmy zaledwie kilka minut. Dookoła sporo sklepików (pod jednym "Don Corleone"), park i cała ulica prostytutek, aż do samego hotelu. Pod wejściem jeszcze kilku transwestytów, po prostu bajka xD. Ale co tam, ważne że czysto i tanio. Zostawiliśmy rzeczy i po krótkim odpoczynkuruszyliśmy w miasto. Nie było zbyt wiele czasu ale zdązyliśmy obejść okolicę Pałacu Belaz Artez i targ książki który rozstawili obok. Szkoda że nie znamy perfekcyjnie hiszpańskiego, ksiązki kosztowały od 10 do 120 peso, więc śmieszne pieniądze. Co ciekawe, na wielu stoiskach leżało ich masę o tematyce satanistycznej. Zwiedziliśmy jeszcze budy z jedzeniem, po obserwowałem rozgrywki szachowe przy muzeum Diego Rivery i wróciliśmy do hotelu pożądnie się wyspać.

IMG_20171212_132731_HDR

Kolejny dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie żeby jak najwięcej zobaczyć. Nie było sęsu jeść od rana tuńczyka, skoro tyle dobroci mamy w okolicy, więc na śniadaniu zadokowaliśmy się przy hidalgo. Skąd później przez park poszliśmy kilka przecznic dalej do centrum i metrem na drógi koniec miasta poszukać gazu w Decathlonie (jeden z zaledwie kilku w Meksyku). Niestety nic z tego nie wyszło, nie można było go nawet zamówić, więc zawiedzeni stratączasu wróciliśmy do centrum zwiedzać.

IMG_20171212_141740_HDR

Przypadkiem trafiliśmy na budkę z informację turystyczną, facet łamanym angielskim powiedziałnam conieco o okolicy i dał mapę miasta. Okazało się że za darmo możemy wejść na treny Pałacu Narodowego i w większości możemy go zwiedzić, gdyby nie informacja, nigdy byśmy nawet o tym nie pomyśleli. Po wizycie tam mogę powiedzieć tylko jedno, to miejsce powinno być na liście każdego kto odwiedzi miasto Meksyk. W środku jest wiele murali Diego Rivery, można zobaczyć Parlament (jest kilka razy mniejszy od naszego, można? MOŻNA!), do tego kilka razy dziennie, o pełnych godzinach w specjalnym pomieszczeniu jest wyświetlana historia Meksyku od czasów Majów/Azteków do chwili obecnej. Jedna z najlepszych atrakcji tego miejsca naszym zdaniem. Na wejściu nie przestraszcie się jedynie wojska, polecam też wszystkie ostre przedmioty, albo gaz pieprzowy zostawić w hotelu, jeśli jednak ktoś zapomni, zawsze można je zostawić w przechowalni (Meksyk mocno...).

IMG_20171212_202405

Po dwóch godzinach zwiedzania pałacu przenieśliśmy się do katedry Sagrario Metropolitano, której osobiście nie polecamy, z zewnątrz robi wrażenie, ale w środku nic nadzwyczajnego. Ciekawiej było obok, gdzie meksykanie przebrani za Azteków odpędzali złe moce i oczyszczali organizm za pieniążka (sporo mieli chętnych). Trochę czasu nam to wszystko zajęło, ale z każdą kolejną chwilą chcieliśmy więcej i więcej. Ze ścisłego centrum przeszliśmy się jeszcze na targ z pamiątkami kupić coś dla rodziny i odpocząć ze dwie godziny w hotelu. Gdy zaczęło się ściemniać ruszyliśmy dalej na plac Giribaldi, gdzie każdego wieczora zbierają się Mariachi. Liczyliśmy, że będą pięknie grali na każdym rogu, ale niestety się zawiedliśmy, paradowali jedynie w swoich pięknych strojach niczym pawie popijające kawę i palące papierosy. Jedynie kilku z nich przygrywało gringo podczas picia Tequili w barze, reszta miała to gdzieś. Odpuściliśmy po godzinie, zjedliśmy jeszcze kolację gdzieś po drodze i wróciliśmy do hotelu spać.

IMG_20171213_1140281

Mieliśmy nadzieję że na kolejną noc przyjmie nas host tu w Mexico city, ale się nie udało, więc rano dopłaciłem za trzecią z kolei i po dziesiątej ruszyliśmy. O dziwo pod hotelem rozłożyło nam się targowisko z zieleniną, więc nie mogliśmy odpuścić i kupiliśmy trochę owoców za grosze (rozkładają się chyba co środę, wcześniej ich nie było). Później spacerkiem kilka przecznicna główny plac Zocalo i targ świąteczny na Venustiano Carranza. Gdzieś po drodze udało nam się dorwać Pembaco z kurczakiem (ciasto z nadzieniem, zmarzone w głębokim oleju) za 14 peso, a że nie jedliśmy śniadania, to warto było spróbować czegośnowego.

IMG_20171213_1151213

Idąc dalej trafiliśmy na targ Manzanarez z dobrym jedzeniem i masą kosmetyczek hurtowo robiących pazokcie, dajcie wiarę, stoisk było dziesiątki. Więc jeśli któraś z pań będzie miała problem, to tu napewno się nią odpowiednio zajmą. W końcu jednak doszliśmy do prawdziwego celu, na targ Sonora, chyba największy w całym Meksyku, nie jestem dokładnie pewien. Dla mnie był największym, naktórym byłem kiedykolwiek. Oprócz głównego budynku i placu, rozciąga się na kilka kolejnych przecznic, razem z sąsiadującymi uliczkami. Można tu kupić dosłownie wszystko, jeśli chcecie urne na prochy w kształcie czaszki, to ją dostaniecie właśnie tu. Kadzidła, zioła, wszelkiej maści przyprawy, mieszanki szczęśliwych ziół, Maryjki i inne święte obrazki też tu są. Nie przeszkadza to jednak żeby zaraz obok sprzedawali eliksiry, laleczki Vodo, mieszanki dziwnych rzeczy na każdą dolegliwość i intencję, trafiliśmy nawet na dwie czarownice. Z każdym krokiem przestawaliśmy ogarniać co się do okoła dzieje, miejscami targ przypominał ten z ulic Śmiertelego Nokturnu w Harrym Potterze. Dalej były stoiska z wszelkiej maści zwierzętami, takimi jak psy, koty, świnki morskie, kury czy żółwie, ale chętni mogli też kupić pawie, wrony, sowy, krokodyla, a nawet kilkumetrowego Pytona. Oprócz tego wszelkiej maści pamiątki, wyroby z drewna, buty, biżuterię, ozdoby świąteczne, marihuanę i tysiące innych rzeczy których nie wymieniłem, a na które nikt z nas by nie wpadł, że mógł by właśnie tam je znaleźć. Wystarczyło by dobrze poszukać, albo zapytać. Tutaj teżpo raz pierwszy spróbowałem prażonych świerszczy, plecam :D.

IMG_20171213_120037

Spędziliśmy tam dobre dwie godziny, często porywani przez tłum ludzi, spokojnie można powiedzieć że były ich dziesiątki tysięcy, tak jak tysiące straganów. Nie wiem czy udało się nam zobaczyć chociaż dwadzieścia procent tego molocha, ale zaczął nas przytłaczać i szukaliśmy spokojnego miejsca do odpoczynku, za dużo już tego było na dzisiaj. Pszliśmy do najbliższej stacji metra i pojechaliśmy na Chapultepec, do jednego z największych parków świata. Monika kupiła paczkę orzeszków i za 20 peso mieliśmy niezłą frajdę z wiewiórami, pozowały dozdjęć, momentami wchodziły nagłowę, a orzechów szukały dosłownie wszędzie. Przez pierwsze pół godziy było fajnie, do czasu jak nie przyleciało całe stado, wtedy chyba one miały większą frajdę skacząc po Monice, której chwilę wcześniej skończyły się orzechy.

IMG_20171213_124741

Gdy szliśmy dalej przez park, przypadkiem trafiliśmy na domorosłego czarodzieja prowadzącegojakiś wywód przed gromadką ludzi, trzymając przy tym szklankę wodyi jakąś buteleczkę z czarnym płynem. Nie rozumiałem zbyt wiele, jedynie dziesiątki razy powtarzane słowo śmierć. Dalej na całej długości jednej z uliczek można było kupić kolejne pamiątki, lody i jedzenie. Tym razem taniej niż na mieście, wkońcu mogłem kupić koszuklę którą upatrzyłem nad wodospadami Agua Azul, tylko tym razem za połowę ceny.

IMG_20171213_130336

Dawno tak intensywnie nie zwiedzaliśmy jak przez ostatnie dni, park był ogromny, a chcieliśmy jeszcze dzisiaj coś zobaczyć, więc niestarczyło by czasu. Zajrzeliśmy jeszcze nad jezioro i aleją poetów powoli kierowaliśmy się do wyjścia. Sprawdziliśmy jeszcze na mapie jak dojechać do kościoła matki Boskiej z Gwadelupy i wsiedliśmy do metra. Po kilku stacjach mieliśmy przesiadkę na Pino Suarez i podobnie jak ostatnim razem próbowali nas okraść. Tym razem było to jednak lepiej zorganizowane, schodząc po schodach jakiś facet zaczął nas dość intensywnie obserwować, po czym zrobił zdjęcie. Chwilę później, gdy wsiadaliśmy do metra, jakaś parka zrobiła przy wejściu sztuczny tłum i próbowali ukraść nam nerki. Monice odpuścili po chwili bo miała spiętą na opaski zaciskowe i nie udało im się jej odpiąć. Ja zapomniałęm dzisiaj tego zrobić i w ostatniej chwili złapałem moją za pasek, poczułem tylko jak lekko opadła i zobaczyłem jak facet próbował z nią wyskoczyć. Całe szczęście że drzwi się zamknęły i nie zdążył, byłoby po kamerce, telefonie i kluczach do hotelu. Reszta była w tej ukrytej.

IMG_20171213_131454

Jeśli ktoś z was będzie na Pino Suarez, albo dwóch okolicznych stacjach, niech trzyma się na baczności. Z tego co widzieliśmy, to krążą między tymi trzema stacjami, ale głównie na tej, więc uważajcie. Po tym wszystkim odechciało nam się czegokolwiek, przesiedliśmy się jeszcze raz a inną nitkę i wysiedliśmy na Normal. Miał być tam kościół, ale chyba coś mi się pomyliło i trafiliśmy w złe miejsce. Jednak nie mieliśmy już ochoty wracać metrem tych kilku stacji, więc piechotą dotarliśmy na hidalgo, zjedliśmy jeszcze po kilka tacosów na kolację i po 19 leżeliśmy już w wyrku.

IMG_20171213_145901

PS: jeśli ktoś chciałby tu przyjechać zwiedzać miasto, a niema pomysłu na nocleg, to polecamy hotel Polly. Mieści się 5 minut od stacji Hidalgo, na rogu Celle Zaragoza i Orozco y Berra. Okolicadość ciekawa, wieczorami kręci się sporo prostytutek, ale jest wszędzie blisko i może posłużyć jako bardzo dobrabaza wypadowa. Za noc wychodzi 273 peso od pokoju dwuosobowego, codziennie sprzątają i co najważniejsze, nie kradną. Zostawiliśmy drobne i całą elektronikę na wierzchu, nigdy nic nie zginęło, a nawet przybyło. Sprzątaczka znalazła w pokoju jakiś kolczyk i położyła go obok reszty naszych rzeczy.

IMG_20171213_171048_HDR

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci