Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

24 godziny później...

nilek2609

8 września 2015

Pełni szczęścia opuściliśmy w końcu teren Albanii i razem z parką Niemców postanowiliśmy jechać dalej do Stolacu nad Zatokę Kotorską. Tam z centrum odebraliśmy Janka, stopika z którym umówiliśmy się jakiś czas temu na małą integracje i wspólnie pojechaliśmy zrobić małe zakupy na wieczór.

DSC_0665Później już bezpośrednio pojechaliśmy na jedno z pól namiotowych które wybrał nasz kierowca, niestety okazało się wybiegiem dla kóz i to dosłownie, a jedyne czego własnie teraz było nam trzeba, to spanie w kozich bobkach. Niewiele myśląc przenieśliśmy się zaledwie kilka metrów dalej na betonowy pomost przy wodzie i tam rozłożyliśmy w czwórkę nasze obozowisko.

DSC_0662Po 72 godzinach bez snu, zamiast w końcu odpocząć i do porządku się wyspać, postanowiliśmy świętować wyjazd z Albanii, z tej okazji otworzyliśmy piękną, litrową butelkę rumu dzięki której powoli zaczęło schodzić z nas całe napięcie, w końcu dzięki procentom zasnęliśmy jak małe dzieci.

DSC_0667Słońce nie dało nam zbyt długo pospać, obudziliśmy się chwilę po ósmej, zjedliśmy śniadanie i wbiliśmy na kozie pole namiotowe żeby w końcu po kilku dniach wziąć porządny prysznic. Później spakowaliśmy plecaki, posprzątaliśmy po sobie na pomoście i poszliśmy do okolicznej kawiarni skorzystać z internetu przy gorącym latte.

DSC_0661Stamtąd poszliśmy napić się zimnego piwka nad brzegiem morza, gdzie chcieliśmy jeszcze trochę odpocząć, zastanawiając się nad naszą dalszą podróżą i znaleźć kolejny cel do zdobycia. Później kolejna knajpka, w końcu była pora obiadowa, więc trzeba było wrzucić coś na ruszt, ale nie tak jak zwykle, tylko dla odmiany na bogato, więc oprócz wielkich porcji kurczaka z frytkami zamówiliśmy dwie duże porcje kalmarów. Masę razy słyszałem jak ludzie zachwalali to małe stworzonko, a że jesteśmy w miejscu gdzie występuje, to na pewno będzie świeże i smaczne, świeże nie było a co do tego drugiego też nie byłbym taki pewien, każdy stwierdził z dość krzywą miną, że jest ohydne... No cóż, wszystkiego w życiu trzeba kiedyś spróbować.

DSC_0669Chwilę po 18 ruszyliśmy w stronę przeprawy promowej, przeszliśmy jakoś dwa i pół kilometra i dosłownie przed portem zorientowałem się, że w połowie drogi przy jednym z punktów widokowych który wcześniej mijaliśmy, zostawiłem jedną z naszych reklamówek.

DSC_06641Niewiele się zastanawiając kazałem reszcie czekać i poszedłem w tamtym kierunku, po przejściu jakichś stu metrów zobaczyłem rower stojący obok budynku, podleciałem do dziadka stojącego obok i jakby to było całkiem normalne powiedziałem że pożyczam rower i za pięć minut zwrócę. Nie czekałem nawet na jakąkolwiek odpowiedź, po prostu pojechałem w siną dal. 

DSC_06721Przejechałem półtora kilometra, zabrałem zgubę, która na szczęście jeszcze tam była i zadowolony pedałuje z powrotem. Podziękowałem jeszcze starszemu Panu wielkim uśmiechem i chwilę później byłem już na przystanku gdzie czekała na mnie reszta.

G0574169

Pożegnaliśmy się z Jankiem, który postanowił jechać w nieco innym kierunku niż my, a chwilę później siedzieliśmy już na promie. Po zaledwie trzydziestu minutach dobiliśmy na drugą stronę i zabraliśmy się w końcu za łapanie stopa.

DSC_06762Nie trwało to zbyt długo, może 30-40 minut, jak zgarnął nas starszy Francuz, który dość miło nas zaskoczył tym, że rozmawiał z nami po Polsku. Dzięki jego pomocy wylądowaliśmy w centrum Herceg Novi, skąd chwilę później wziął nas jakiś chłopak do dość znanego miejsca wśród poszukiwaczy przygód i ludzi kochających "urban exoloring" (zwiedzanie opuszczonych miejsc).

DSC_06661Tak więc zawitaliśmy w ogromnym opuszczonym kompleksie hotelowym Kupari (okolice Dubrownika), miejsce o tej porze robiło naprawdę wielkie wrażenie, sceneria jak z horroru. Rozejrzeliśmy się nieco po okolicy i postanowiliśmy wejść do jednego z budynków w poszukiwaniu dobrego miejsca na nocleg, przeszliśmy kilka pięter, korytarzy i stanęliśmy jak wryci, robiło się coraz bardziej creepy, a my nie potrafiliśmy zlokalizować wyjścia.

DSC_06771Coraz bardziej włos jeżył się na głowie, ale w końcu znaleźliśmy drogę na zewnątrz. Kilka minut później zagadali do nas Matias, Leo i Anton, których poznaliśmy wczoraj na campingu pod Kotorem i podobnie jak my zamierzali spędzić tutaj noc. Poczęstowali nas jedzeniem, wypiliśmy po piwku i dla lepszego klimatu rozpaliliśmy "małe" ognisko pośrodku placu, co po 10 minutach skończyło się niespodziewaną wizytą policji. Kilka minut rozmowy i było po problemie, kazali jedynie zgasić ognisko i odjechali. Posiedzieliśmy wspólnie do północy, później rozłożyliśmy karimaty i poszliśmy spać.

DSC_06801

Krótki epizod w Albanii

nilek2609

6 września 2015

Wstałem bladym świtem z wielką nadzieją, że wczorajszy sztorm wyrzucił jakieś ciekawe pamiątki na brzeg, więc nie wiele myśląc nieco zaspany poszedłem na poszukiwania. Przeszedłem zaledwie kilka metrów i morze postanowiło mi zafundować orzeźwiającą pobudkę. Mimo że byłem cały mokry, szukałem dalej.

DSC_0630Nic nadzwyczajnego nie udało mi się znaleźć, zaledwie kilkadziesiąt muszelek, więc po godzinie wróciłem z powrotem na pięterko dobudzić dziewczyny. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, pożegnaliśmy się z pięknym widokiem i po 8 byliśmy z powrotem na wylotówce.

DSC_0628Jakieś 45 minut zajęło nam złapanie pierwszego auta, z kierowcą wróciliśmy kilka kilometrów do drogi którą wczoraj minęliśmy, czyli niecałe pięć kilometrów... Później zaledwie 100 metrów pieszo i zaprosił nas na kawę do swojej przyczepki Tito. Ciekawa postać, facet większość czasu spędza w swojej przyczepie rozmawiając z ludźmi i częstując ich kawą. Tylko jak ten człowiek się tam utrzymuje, skoro nic tak na prawdę nie robi?

DSC_0631Kilkaset metrów dalej dorwaliśmy drzewo pełne dojrzałych granatów, nie mogliśmy przejść obojętnie i od razu zerwaliśmy kilka, trafiło się nawet Kaki. Chwilę później złapaliśmy Włocha, który chciał nas podwieźć, ale zrezygnowaliśmy z niego na rzecz terenowego mercedesa z Polskim małżeństwem w środku, które z miła chęcią zabrało nas do Albanii.

DSC_0629Edward i Agnieszka przywieźli nas do Fushe Kruje i ruszyli dalej swoją trasą do Tirany, my natomiast postanowiliśmy zrobić małą przerwę na jedzonko, a Marcela w tym czasie złapała stopa do Dures. Kierowca razem z kolegą podrzucili nas do samego centrum w okolice portu i dość długo się żegnali z niezbyt wyraźnymi minami, najwyraźniej chcieli wyciągnąć od nas jakieś pieniądze za podwózkę. Na nieszczęście dla nich, nie potrafili się dogadać, co dość mocno ich irytowało, a my nie pozostawaliśmy dłużni i udawaliśmy głupich, że niby nie wiemy o co tak na prawdę im chodzi, aż w końcu odpuścili.

DSC_0637Po wyjeździe z Czarnogóry trafiliśmy po raz kolejny do innego świata, widać całkowicie inne podejście ludzi do nas, każdy trąbi, macha, czasem nawet przesyła buziaki, co jest całkiem miłe. Ale też jest druga strona medalu, większość, podobnie jak tych dwoje wcześniej domaga się płatności za przejazd z czym za każdym razem musieliśmy walczyć, ale jakoś się udawało. Kolejną ciekawostką tego kraju są wszechobecne stacje benzynowe, przykładowo stoisz sobie pośrodku niczego na jakimś skrzyżowaniu, a na 100-200 okolicznych metrach jest pięć stacji i podstawowe pytanie jakie każdy by sobie zadał brzmi: JAKIM CUDEM ONI SIĘ UTRZYMUJĄ, przecież to niema prawa tak działać...

DSC_06412Przeszliśmy się trochę po mieście, wymieniliśmy pieniądze w jednym z biur turystycznych i poszliśmy na zajebistego kebaba, później kawa i internety. Z "restauracji" próbowaliśmy się jakoś dostać do mariny portowej, przeszliśmy ponad dwa kilometry wzdłuż płotu szukając jakiegoś cichego wejścia, ale nic z tego nie wyszło, więc postanowiliśmy wyjść na
wylotówkę i spróbować szczęścia w innym mieście.

DSC_0642Przez pierwszy kwadrans odganialiśmy się od nachalnych kierowców, którzy postanowili sobie na nas dorobić, w końcu jednak zatrzymali się Pol i Meti, dwaj pozytywnie zakręceni goście, którzy zabrali nas swoim kabrioletem 160 km dalej do Vlory, gdzie po raz kolejny próbowaliśmy coś ugrać.

DSC_06472Pożegnaliśmy się chwilę po 21 i odjechali w siną dal, ale nie na długo bo kilka minut później okazało się że Marcela zostawiła u chłopaków w aucie swój telefon. Jak najszybciej dzwonimy, raz, drugi, trzeci i nic, nikt nie odbiera, ale po pięciu minutach słyszymy charakterystyczny gwizd Pola, podjeżdża z piskiem opon, oddaje telefon i z wielkim uśmiechem po raz kolejny się żegna.

DSC_0657

 

Pierwszorzędny nocleg nad brzegiem morza

nilek2609

5 września 2015

Chwilę po południu zaczęliśmy powoli składać nasze małe obozowisko, a koło pierwszej poszliśmy z plecakami do knajpki przy wylotówce żeby napić się kawy i do porządku ogarnąć jakiś plan na kilka kolejnych dni. Niestety prognoza pogody pokrzyżowała nam nieco plany i trzeba było szukać słońca gdzieś indziej.

DSC_0574Trochę to zajęło, ale jakoś się dogadaliśmy i zamiast na Durmitor, kierowaliśmy się w stronę Albanii. Po raz pierwszy na Bałkanach udało nam się złapać coś w zaledwie pięć minut i to w trójkę :D

DSC_0573I tak dojechaliśmy do Baru, małej mieściny z niedobitkami turystów na których postanowiliśmy co nieco zarobić i dobrze się zabawić, więc rozłożyliśmy się z bańkami na deptaku przy plaży. 

DSC_0577W godzinę do czapki wpadła dość miła sumka, więc humor nam dopisywał, nie licząc małego incydentu z naszymi kochanymi rodakami, a dokładniej mówiąc, pewna rodzinka postanowiła stać na uboczu oglądając bańki. Nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie to że, nie pozwalali podejść bliżej swoim dzieciom, które aż rwały się do zabawy. Pani cebula powtarzała im tylko "Nie podchodźcie za blisko, bo będzie trzeba zapłacić", po czym ustawiła dzieciaki w odpowiednim miejscu i cykała zdjęcia chowając się za palmą...

DSC_0583Koło 18 zaczęliśmy poszukiwania apteki, czarnogórskie jedzenie niestety niezbyt dobrze na nas działało, więc trzeba było jakoś temu zaradzić i kupić jakieś krople na żołądek. Później jeszcze dwukilometrowy spacer na wylotówkę i łapiemy.

DSC_0623W ciągu pół godziny złapaliśmy podwózkę na zabójcze dwadzieścia kilometrów i tam utknęliśmy. Oczywiście próbowaliśmy coś łapnąć przez kolejne dwie godziny, ale nic z tego nie wyszło, więc poszliśmy do sklepu po jakąś kolację i szukać miejsca na nocleg.

DSC_06202Powoli kierowaliśmy się w stronę morza szukając jakiegoś zadaszonego miejsca, gdzie byśmy mogli się rozłożyć i schować jednocześnie przed nadciągającą ulewą. Po kilku minutach trafiliśmy na dwa niedokończone budynki, które idealnie nam pasowały, trzeba było jedynie poczekać jakiś czas zanim rozejdą się ludzie z okolicy żebyśmy mogli niepostrzeżenie tam wejść. 

DSC_06221Wypiliśmy po piwku nad brzegiem morza i w końcu mogliśmy spokojnie wbić na pięterko jednego z budynków. Miejsce okazało się idealne, piękny widok na wybrzeże, pełne zadaszenie, więc burza nam nie straszna i nie musieliśmy rozkładać namiotów, tylko spokojnie można było przespać się na karimatach. Na dobry koniec dnia otworzyliśmy jeszcze jedną z butelek kupionych w Mostarze i oglądaliśmy coraz silniejszy sztorm.

DSC_0624

Dwa dni błogiej sielanki

nilek2609

3-4 września 2015

Kolejny piękny dzień w Czarnogórze rozpoczynamy  leniwym śniadaniem w towarzystwie jednego z bezpańskich psiaków, który liczył że skapnie mu małe co nieco z konserwy. Niewiele się pomylił, z resztą jak można by było odmówić mu tej małej przyjemności.

G0473761W południe wpadliśmy jeszcze do sklepu po małe zakupy i bezpośrednio polecieliśmy na plaże. Po drodze nawet kupiłem materac do pływania, niestety przez wcześniejszy problem z przeziębieniem musiałem uważać żeby nie zanurzać głowy, więc nici z nurkowania, a jedyne co mi pozostało to pływać właśnie na nim...

GOPR3781Ale nie było tak źle, mieliśmy dla siebie prawie setkę wygodnych leżaków plażowych z których mogliśmy korzystać za free bez ograniczeń, kilka kroków do baru, obok restauracja z pizzą na kawałki za grosze, więc śmiało mogliśmy uznać że jesteśmy w raju.

GOPR3868Koło 17 znalazła nas Marcela z którą umówiliśmy się kilka dni wcześniej na małą integrację, myśleliśmy że zbyt szybko nas nie znajdzie, szczególnie że mieliśmy siedzieć w namiocie dopóki nie przyjedzie, ale na szczęście z pomocą przyszły chłopaki z recepcji, pokazali jej gdzie jesteśmy rozbici i powiedzieli że siedzimy gdzieś na plaży, co wiele ułatwiło.

GOPR3944Trzy godzinki później wróciliśmy na camping, godzinka na porządną kąpiel, ogarnięcie i poszliśmy do jednej z restauracji w "centrum" Petrovac na kolację, trzeba było w końcu spróbować jakiegoś dobrego regionalnego jedzonka. Na początek jako czekadełko zamówiliśmy po piwie, później Marcela dostała "risotto", a my "jagnięcinę" z frytkami.

GOPR4002Niestety nic do siebie nie pasowało, ani jedno, ani drugie nie było tym czym miało być, o ile nam wiadomo to mięso raczej nie powinno być gumowate, do tego po kilku minutach zaczęło śmierdzieć zmokłym psem, było po prostu niejadalne...

GOPR4020Na oczach kelnera nakarmiliśmy tym daniem psiaka, który od przyjazdu przez większość czasu nam towarzyszył, chociaż jemu smakowało. Tylko teraz był jeden problem, co myśmy do cholery jedli, kucharz którego poprosiliśmy do stolika cały czas się upierał że jedliśmy tradycyjnie pieczone jagnię, po czym dziwnie się podśmiewał razem z resztą obsługi...

GOPR4026Mieliśmy tylko nadzieje że nie był to jeden z bezpańskich psiaków których w okolicy jest bardzo dużo. Z dość znaczącym grymasem wyszliśmy z restauracji, wróciliśmy do namiotu po jedną z nalewek kupionych w Mostarze i wróciliśmy z powrotem na plażę. Rozpaliłem ognisko i miło spędziliśmy kolejne kilka godzin. 

DSC_0571Kolejnego dnia od rana wylegiwaliśmy się na plaży, pływaliśmy po okolicznych jaskiniach, dziewczyny przez większość czasu nurkowały czego im strasznie zazdrościłem, ale ja za to miałem ogromną frajdę robiąc podwodne zdjęcia i przez większość czasu latałem po okolicy szukając czegoś ciekawego do uchwycenia.

GOPR4029Koło 19 stwierdziliśmy że chyba przyszedł czas na jakiś posiłek, więc poszliśmy po kilka kawałków pizzy żeby trochę uspokoić żołądki i wróciliśmy na pole wziąć porządny prysznic po tych morskich wygłupach :D

GOPR4122Chwila w sieci i po 20 poszliśmy do sklepu po jakieś kiełbaski, co okazało się nie lada wyzwaniem szczególnie, że ichniejsze wyroby nie zachęcały za bardzo do kupna, a co dopiero do jedzenia. Większość bardziej przypominała parówki, ale coś w końcu trzeba było kupić.

GOPR4126Do tego jeszcze kilka piwek, wróciliśmy na plażę zrobić kolejne ognisko i usmażyć kiełbaski. Większość czasu spędziliśmy w trójkę, dopóki o północy nie dołączyła do nas jakaś miejscowa ekipa, która przypłynęła łódką i postawiła trochę się ogrzać przy ognisku. Zamieniliśmy kilka słów z dwójką, reszta ani be, ani me, ani kukuryku i po kilku minutach po prostu zawinęli się dalej. 

GOPR4130Więc przez chwilę byliśmy znowu tylko w trójkę, ale do czasu bo Marcele dopadła klątwa wczorajszego obiadu i wróciła do namiotu, a my razem z Moniką spędziliśmy jeszcze kilka godzin przy ognisku. 

GOPR4135

 

 

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci