Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

W końcu Nikaragua ;)

nilek2609

Od rana zaczynaliśmy się pakować, mieliśmy czas na wymeldowanie do 12, więc postanowiliśmy to zrobić dość szybko i przenieść się do baru ogarnąć na internetach dalszy plan. Przez dobre dwie godziny patrzyłem w mapę jak kołek i szukałem dobrego i taniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zaszyć na te kilka dni. Już nawet myśleliśmy żeby załatwić workaway gdzieś dalej, ale było zbyt mało czasu. Dopiero pod koniec wpadł nam pomysł żeby napisać jeszcze raz do ministerstwa migracji Nikaragui z pytaniem czy jest możliwość wcześniejszego wjazdu. Liczyliśmy że najszybciej odpiszą dopiero jutro (była niedziela), więc zebraliśmy rzeczy i już mieliśmy wychodzić, gdy przyszła wiadomość zwrotna. Okazało się że w każdej chwili możemy wjechać do kraju mając wcześniejszą decyzję. Od razu zostawiliśmy rzeczy w tym samym pokoju z którego dopiero co się wymeldowaliśmy i polecieliśmy do biura podróży kupić bilety na busa. Zobaczymy tylko co powiedzą na to, że wjeżdżamy inną drogą, oby nie robili z tym problemu. Wychodzi więc na to że spędzimy tu trzy noce, ale przynajmniej jest ładnie. Zjedliśmy jedynie obiad i wróciliśmy do błogiego nic nie robienia, no może z małymi przerwami. Później jeszcze chwila na plaży, ostatnia wizyta w sklepie w La Libertad i posiedzenie z naszym kochanym Jose. Który swoją drogą, od dzisiaj będzie jeździł na rowerze w naszej pięknej odblaskowej kamizelce autostopowej.

IMG_20180124_144317

Kompletnie się nie wyspałem, zamiast położyć się jak normalny człowiek w miarę wcześnie, to oglądałem filmy, ale jakoś udało się wstać przed siódmą. Wzięliśmy szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie graty, jeszcze po jakiejś kanapce na zabicie głodu i kwadrans przed ósmą przyjechał bus. Z nami był już pełen komplet, jeszcze tylko zgarnęliśmy drugiego kierowce z La Libertad i bezpośrednio w kierunku granicy z Hondurasem. Swoją drogą dość bezpieczny transport nam się trafił, jeden kierowca ma ze 140 kg wagi, a drugi wygląda jak góra mafijnych mięśni, więc raczej nikt im nie podskoczy. Po jedenastej zatrzymaliśmy się na obiad w okolicach El Divisadero. W końcu comedor z dobrym jedzeniem, gdzie za pełny talerz płaci się 5$, a nie za podłego burgera.

IMG_20180122_131104

Wyjeżdżając z Salwadoru, na granicy nie zapłaciliśmy ani grosza, sprawdzili nam jedynie dokumenty i puścili dalej. Busem podjechaliśmy pod kolejne bramki, gdzie czekała nas zabawa z odprawą po stronie Hondurasu. Po raz pierwszy na granicy przeszliśmy pełną kontrolę biometryczną, co dość mocno mnie zdziwiło, szczególnie że wjeżdżamy do kraju zapomnianego przez Boga... Tym razem dostaliśmy pieczątki w paszport, zapłaciliśmy jeszcze po 3$ za tranzyt i ruszyliśmy dalej w drogę. Między granicami mieliśmy do przejechania zaledwie 130 km, więc to był jedyny odcinek jaki mogliśmy zobaczyć i niezbyt wiele mogę powiedzieć o kraju. Wszędzie dookoła teren wygląda jak pustynia, w większości niewielka roślinność, często wypalona przez miejscowych do zera i to całymi hektarami.. Podobnie jak Gwatemala i Salwador mają tu spory problem ze śmieciami, z tą tylko różnicą, że tu na nich pasły się krowy na zmianę z sępami... Domy wyglądają różnie, od naprawdę biednych lepianek z błota, do kilku pokojowych ładnych domków. Ciekawostką też jest to, że od wyjazdu z Meksyku nie widzieliśmy żadnego punktu kontrolnego na drodze, dopiero tutaj zaczęły się pojawiać (bardzo młodzi wojskowi, niczym dzieciaki).

IMG_20180123_151733_HDR

O wpół do czwartej zajechaliśmy na granicę, odprawa z Hondurasem poszła po raz kolejny dość szybko, ta sama procedura co wcześniej, nawet mimo sporej kolejki zajęło to zaledwie kilkanaście minut. Gorzej było z wjazdem do Nikaragui. Na granicy na dobry początek przeszliśmy rentgen z wszystkimi rzeczami, później kontrola dokumentów i oczekiwanie. Było trochę biegania, ale kierowca załatwił za nas praktycznie wszystko, tylko na sam koniec  coś im się popieprzyło w systemie i musieliśmy czekać. Ciekawe jest to że oprócz kontroli na granicy, wszystkie skany dokumentów są wysyłane jeszcze raz do ministerstwa i dopiero po akceptacji mogą nas puścić dalej. Już na początku słyszeliśmy że zajmie to około 45 minut, ale przez problemy z systemem siedzieliśmy tam do 18, dopiero wtedy oddali nam paszporty.

IMG_20180124_144901_HDR

Dość padnięci równo po 12 godzinach dojechaliśmy do centrum Leon. Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej, ale wystarczyło przejść się kilka metrów i znaleźliśmy hostel za 155 cordob (5$), więc jeszcze taniej niż było na bookingu. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść po okolicy. Pierwsze wrażenie rewelacja, wszędzie czysto, ładne centrum, nie śmierdzi i co najważniejsze, nie ma tu po zęby uzbrojonej policji/ochrony. O takiej porze ciężko było by spacerować wcześniej, nikt nie martwi się że wyskoczy ktoś z za rogu i go okradnie. Krążąc tak między uliczkami, wpadliśmy do jakiegoś marketu zobaczyć co mają ciekawego (sprawdzić ceny) i aż uroniliśmy łzę na stoisku z pieczywem, po dwóch miesiącach dostaliśmy najprawdziwszy chleb. Do tego mieliśmy kupić jakieś piwko, ale że rum wychodził w tym starciu lepiej, to decyzja była prosta. Wróiliśmy do hotelu i zaczęliśmy mały chill out. Nie siedzieliśmy długo sami, po chwili dołączył Francuz z couchsurfingu, później Włosi i kilka innych narodowości, a reszta potoczyła się dalej sama.

IMG_20180124_161732

Kolejny dzień zaczął się dla nas dopiero po południu, ale za to byliśmy w pełni wypoczęci i mogliśmy ruszyć na podbój miasta. Zjedliśmy śniadanie u Jordańczyka i na dobry początek poszliśmy odwiedzić kilka kościołów. Wpadamy hur dur do pierwszego z nich zrobić kilka zdjęć i kapa, trafiliśmy na pogrzeb, przed oczami przeleciała nam tylko trumna... Nie był to za dobry start, więc od razu się ewakuowaliśmy żeby nie przeszkadzać w ceremoni. Kilka uliczek dalej zaopatrzyliśmy się w pamiątki i poszliśmy zobaczyć kolejny z kościołów. Chyba nie mamy do tego dzisiaj szczęścia, otwieram drzwi i świat spowalnia, zacząłem aż przecierać oczy z niedowierzania bo nie sądziłem że coś takiego zobacze, totatny mindfuck. Po drógiej stronie ołtarza stała grupka ludzi rozmawiając przy ogromnym stole z Jezusem we własnej osobie... Dopiero po chwili doszło do nas że to pochylona figura, ale zrobiła na nas niezłe pierwsze wrażenie. Dalej trafiliśmy na obrzeża miasta, gdzie w końcu chcieliśmy zobaczyć jeden z tutejszych cmentarzy, ale nie był tak widowiskowy jak sądziliśmy, więc wróciliśmy w stronę centrum. Rozejżeliśmy się jeszcze trochę i z zakupami wróciliśmy do hostelu zaplanować kolejnych kilka dni. Tak poznaliśmy miejscowego adwokata, który zagadywał do nas co jakiś czas podrzucając pomysły na miejsca warte zobaczenia i stawiał kolejne piwa.

IMG_20180124_175140_HDR

Mając ogarnięty plan na kolejnych kilka dni, po 11 wymeldowaliśmy się z hostelu i ruszyliśmy przed siebie. Na dobry początek śniadanie w subwayu, jakoś tak wyszło najtaniej i na wylotówkę z miasta. Po 13 złapaliśmy stopa w kierunku miasteczka Mateare, droga pierwsza klasa, naprawdę niczym lustro, wszystko ładnie wykoszone od linijki, dużo pastwisk i ładna zabudowa. Kierowca wysadził nas pod sklepem i stamtąd poszliśmy w głąb miasteczka żeby zobaczyć jezioro Managua, przy okazji znaleźć miejsce na camping. Niestety się przeliczyliśmy, syf jak cholera to mało powiedziane, plaża ze śmieci, ale przynajmniej był ładny widok na kopcący wulkan Momotombo. Opcja noclegu odpadła, więc ruszyliśmy dalej do stolicy.

IMG_20180124_175206_HDR1

Kolejnym autem dojechaliśmy pod monument Hugo Chavesa, więc oficjalnie pierwszy punkt można skreślić z listy miejsc do zobaczenia. Kawałek dalej zobaczyliśmy jeszcze "Tribuna Monumental" i poszliśmy nieco odpocząć przy mrożonej kawie w Parku Luisa Alfonso Velasqueza. Później Pałac Narodowy, Katedra Santiago de Managua i przez Plaza de la Republica doszliśmy na Plaza de la fe Juan Pablo II, gdziepo środku placu stoi wielki pomnik z podobizną Jana Pawła II, upamiętniający jego wizytę w Managui. Z tego co widzieliśmy, sporo ludzi lubi tu przesiadywać, niektórzy uczą się jeździć autami, a inni wypasają konie. Idąc dalej mijaliśmy budy z jedzeniem, kolejne alejki i parki, aż trafiliśmy na zamknięty targ, gdzie doprowadził nas GPS, gdy kierowaliśmy się do hotelu. Miejsce o tej porze wyglądało mocno nieszczególnie i chyba takie było, bo zaledwie po stu metrach zaczepił nas jakiś facet mówiąc żebyśmy nie szli dalej, bo dla nas będzie zbyt niebezpiecznie. Po czym wyprowadził w bok i kazał iść inną drogą, problem był tylko taki, że każda kolejna uliczka wyglądała podobnie, więc nie było za bardzo jak tego obejść. Dopiero gdy z jednej z uliczek wyszedł gość ciągnąc za sobą metrową maczetę, postanowiliśmy nadrobić około kilometra, żeby tylko ominąć to miejsce, szczególnie że obok stało jeszcze kilku takich agentów.

IMG_20180124_180828

Do hotelu zostało niewiele ponad dwa kilometry, okolica robiła się jakby przyjemniejsza, więc szliśmy już na spokojnie rozmawiająco tym co się dzieje. Chwilę później kolejny facet nas zatrzymuje, mówiąc żebyśmy lepiej nie rozmawili w swoim języku, tylko po hiszpańsku, bo będziemy bezpieczniejsi... Przeszliśmy kolejne metry i tym razem trzech gości nas zatrzymuje, już naprawdę nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć, słyszeliśmy że Nikaragua jest bezpieczna i w ogóle, a tu takie mecyje. Wcześniej w Leon wszystko było ok, a tu każdy napotkany człowiek nas ostrzega przed wszystkim. Tych trzech nie chciało tak szybko odpuścić, wypytali co tu robimy, gdzie dokładnie idziemy i kazali jechać zatrzymaną taksówką prosto pod adres. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, więc wsiedliśmy i za 80 cordob kierowca odwiózł nas pod drzwi. Od razu zameldowaliśmy się u właścicielki, wypełniliśmy co trzeba i chcieliśmy zjeść kolację w okolicy. Kobieta nas zatrzymała i zaczeła dawać konkrete instrukcje, gdzie, jak i którędy mamy iść, nawet którą stroną drogi... Oprócz tego kazała jak najszybciej wracać, jeśl trafimy przy skrzyżowaniu na większą grupkę ludzi. Kompletnie nie wiemy co się tu dzieje, ale woleliśmy posłuchać kobiety, która w końcu tu mieszka. 

IMG_20180124_182238

Idąc w jedną stronę, nie znaleźliśmy nic otwartego, więc poszliśmy gdzie indziej, aż trafiliśmy na bar z hamburgerami. Chcieliśmy w końcu zjeść coś innego, ale za wielkiego wyboru teraz nie było. Zamówiliśmy po jednym na wynos i tak siedzieliśmy na schodach czekając na zamówienie, a tu podchodzi jakiś cichociemny typ, wita się z nami, później z kilkoma innymi osbami, po czym jak by to było normalne, wyciąga ze spodni (nie z kieszeni) dwa 40 centymetrowe noże i próbuje je sprzedać... Nie było co dłużej się kręcić, wzięliśmy jedzenie po kilku minutach i jak po sznurku wróciliśmy do pokoju. A jutro spadamy dalej, bo i tak zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że bywaliśmy w o wiele gorzej wyglądających miejscach jak np Xela w Gwatemali, więc nie do końca rozumiemy dlaczego ludzie są tu tak przerażeni.  

GTA San Salvador

nilek2609

Mimo że wstaliśmy przed piątą, dopiero trzy godziny później ruszyliśmy się ze stacji, było jeszcze zbyt wcześnie i mało aut jeździło, do tego żołądek dalej stawiał mocne opory. Na cztery auta dojechaliśmy do granicy z Salwadorem i poszliśmy się odprawić w punkcie migracyjnym. Pozytywnie nas zaskoczyli Gwatemalczycy,po raz kolejny nie zapłaciliśmy ani grosza za wyjazd, więc kolejne 5$ zostaje nam w kieszeni. Chyba nawet nie wiedzieli że mamy coś płacić. Z resztą patrząc na miny Salwadorczyków widzących nasze paszporty, oni jeszcze bardziej nie ogarniali, przejście które wybraliśmy nie było zbyt turystyczne.

IMG_20180117_163232_HDR

Brak pieczątki w paszporcie mnie nieco zmartwił, ale okazało się że w Gwatemali na wjeździe dają wjazdówkę na 90 dni do czterech krajów (Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Nikaragui). Ruch na granicy był zerowy, przed wjazdem stała setka tirów, a tu zaledwie kilka i ani jednej osobówki, więc za 0,55$ pojechaliśmy autobusem do Metapan. Na miejscu zrobiliśmy przerwę w subwayu, w końcu mogłem w siebie wmusić jakieś jedzenie. Dalej nie było sensu jechać stopem, transport jest za tani i nie trzeba czekać. Za bilety do Santa Anny zapłaciliśmy jedynie dolara (50km), podobnie z jedzeniem, jedynie 2,5$ co było miłą odmianą po Gwatemali.

IMG_20180117_163117

W wioskach i mniejszych miasteczkach prawie nie widać broni, wszystko wygląda o wiele bardziej bogato niż w Gwatemali (na początku). Ale podobnie jak wcześniej centrum jest mocno nie szczególne, tu jako przykład podam miasto Santa Anna do którego przyjechaliśmy na pierwszą noc. Z tego co czytaliśmy, jest to drugie najniebezpieczniejsze miasto Salwadoru, aż tak złego wrażenia nie robi pod tym względem, chociaż ochrona trzyma cały czas palce na spuście. Tutaj też po raz pierwszy widziałem żeby policja oprócz zwykłej broni nosiła prawie trzydziesto-centymetrowe noże, więc dość konkretnie. Jakoś długa broń przestała na mnie robić tutaj wrażenie, w każdym kącie, odkąd wjechaliśmy do Meksyku ktoś stoi w nią uzbrojony...

IMG_20180117_175218

Jednym z autobusów miejskich dojechaliśmy do centrum miasta, skąd piechotą dość szybko doszliśmy do hotelu. Okolica dość specyficzna, ale nie wyglądała na aż tak tragiczną. Zostawiliśmy plecaki, zrobiliśmy zakupy i przeszliśmy się chwilę po okolicy, jednak przed zachodem słońca wróciliśmy do pokoju, nie było co kusić losu. Mieliśmy jednocześnie zamiar zrobić milion rzeczy, chociażby pranie czy przepakowanie plecaków, bo zaczynały ciążyć, ale nic z tego, padliśmy jak kawki. Rano zjedliśmy jedynie śniadanie i zaczęliśmy się zbierać po 8 w kierunku stolicy. Staliśmy tak przy jednym ze skrzyżowań i zacząłem się śmiać, po chwili mówię do Moniki że wyglądamy jak świadkowie Jehowy. Wykrakałem... Po 10 sekundach, nie wiadomo skąd zjawiło się kilku i pomogło znaleźć właściwy autobus na terminal. Skąd dalej luksusowym autobusem za 1,35$ pojechaliśmy do San Salvador.

IMG_20180118_140224

Po południu zostawiliśmy rzeczy w jednym z hoteli na strzeżonym osiedlu i ruszyliśmy w miasto. Odwiedzając po kolei miejsca takie jak Bazylika Corazon, Metropolitan Cathedral de San Salvador,Pałac Narodowy i Iglesia de Rosario, w sumie tylko to widzieliśmy. W mieście nie ma praktycznie nic innego do zobaczenia, centrum to jedno wielkie śmietnisko, chociaż widać że chcą coś z tym zrobić. Okolica pałacu i Plaza de la Libertad są w ciągłej budowie,ale to nie zmienia faktu, że wszędzie leżą tony śmieci. Z każdego kąta śmierdzi uryną powodując wielki odruch wymiotny, podobnie jak te małe rzeczki do których spływa często kanalizacja. Tu nawet zabrzańska Bytomka w porównaniu z tym ściekiem jest jak krystalicznie czyste górskie źródło. 

IMG_20180118_145111

FETOR tego miasta przekracza wszelkie wyobrażenia, wiele miejsc było paskudnych, ale jeszcze nie aż tak. Nawet jedzenie pozostawia wiele do życzenia, tutaj comedory jednak odpadają i zostają jedynie sieciówki, albo samodzielnie przygotowana "kolacja". Higiena w tych miejscach niestety pozostawia wiele do życzenia, więc albo płacisz nieco więcej, albo zaopatrujesz się w dobre tabletki i zapas papieru toaletowego... Nie było co siedzieć dłużej w centrum, skoczyliśmy jedynie dowiedzieć się czegoś o busach do Nikaragui i wróciliśmy do hotelu jakoś to ogarnąć.

IMG_20180119_174625_HDR

Kolejny dzień nie ułatwił zbyt wiele, podobnie jak sprzeczne informacje, do tego cholerne ministerstwo Nikaragui miało nas kompletnie w dupie i nie chcieli odpowiedzieć na żadne pytania dotyczące wjazdu (rozłączali czat). Postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i poszliśmy do innego biura tica bus wypytać o granice, oraz bilety z innych miast. Na szczęście dla nas, po kilku godzinach w końcu odpisali na jednego z maili i wiedzieliśmy na czym stoimy. Z tica wzięliśmy za 0,6$ autobus do La Libertad, a stamtąd już stopem do El Tunco, gdzie na pałe chcieliśmy ogarnąć jakiś workaway.

IMG_20180120_171449_HDR

W końcu jakieś ładne miejsce warte uwagi, piaszczysto-kamieniste czarne plaże, mało śmieci i palmy. Nawet ceny w tym miasteczku tak nie straszą. Pokręciliśmy się trochę po okolicy szukając miejsca na nocleg, wszystko wygląda tu o wiele bezpieczniej niż gdzie indziej, ale nie na tyle żeby rozkładać się na dziko z namiotem. Byliśmy w kilkunastu miejscach, aż w końcu zaproponowali dobrą cenę i warunki w prywatnym pokoju. Śmieszne jest to że bardziej się opłaca wziąć pokój niż camping, czy dormitorium. Plus podróżowania w dwie osoby.

IMG_20180120_174250_HDR

Polecam każdemu wpaść tu chociaż na jedną noc, jeśli chodzio zachody słońca to miejsce bije te z Puerto Escondido na łeb, na szyję. Oprócz tego nie ma tu zbyt wiele do roboty, zjedliśmy jakąś kolację, wróciliśmy do firewood pogadać trochę z barmanem i próbowaliśmy jakoś spędzić resztę dniaprzy piwku. Wysłaliśmy już papiery do Nicaragui, podobnie jak zapytania na workaway i można już było tylko czekać na rozwój sytuacji. Nie mając zbyt wielu możliwości, kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na jeszcze jedną noc w tym miejscu, więc poranek zaczęliśmy od wielkiego prania. Później śniadanie i sjesta na plaży, od Meksyku nie mieliśmy okazji popływać. Gdy wróciliśmy koło 14, okazało się że dostaliśmy pozytywną decyzję z ministerstwa i 26 możemy wjechać do Nikaragui. Fajnie że odpowiedzieli tak szybko, ale co my przez te sześć dni mamy niby tu robić.. Z nimi nigdy nie wiadomo, jak piszą że decyzja jest wydawana do 7 dni, to człowiek spodziewa się odpowiedzi najszybciej za 8 dni, a tu taka niespodzianka. Jakieś dwie godziny później z braku pomysłów pojechaliśmy stopem na zakupy do La Libertad, zjedliśmy obiad w subwayu i wróciliśmy do El Tunco. 

Livingston - Czarna dziura

nilek2609

Po dziesiątej wymeldowaliśmy się z hotelu, zjedliśmy jeszcze po burgerze i na wylotówkę z miasta. Przez większość drogi towarzyszył nam młody chłopiec, szedł za nami krok w krok i zadawał mnóstwo pytań. Zazwyczaj padało to samo co zwykle, ale tym razem dzieciak zapytał ile wydaliśmy na bilety żeby tu przylecieć, gdy zobaczył kwotę, okrzyknął nas milionerami. W końcu jednak się rozdzieliliśmy i przed południem udało nam się złapać stopa dalej. Pierwszy raz w tej części świata zasugerowano nam że mamy zapłacić za przejazd, jednakże skończyło się jedynie na czczym gadaniu. Ale za to jakim, praktycznie nie rozumieliśmy nic z rozmowy kierowcy i jego towarzysza, brzmiało to chrząkanie, albo dziwny dialekt arabski. Dopiero później dowiedzieliśmy się że rozmawiali w języku Czuh, jest to jeden z języków majańskich, którego używa zaledwie 22 tysiące ludzi w Gwatemali (wikipedia).

IMG_20180115_135829_HDR

Patrząc na drogę którą jechaliśmy, nie dziwię się że Google nie chciało mnie tędy poprowadzić, ale jakoś udało się przejechać przez skały i wylądowaliśmy w Patzun. Kolejnym autem przenieśliśmy się nieco dalej do Patzicia, skąd dalej przypadkowo trafionym Uberem dojechaliśmy bezpośrednio do miasta Antigua Guatemala. W końcu po raz pierwszy w tym kraju trafiliśmy do ładnego i godnego uwagi miasta. Wszędzie dookoła architektura kolonialna, nie ma syfu na ulicach, masa turystów i piękny widok na koleje wulkany. Nie spędziliśmy tu może zbyt wiele czasu, zaledwie kilka godzin, ale na pewno nie był on stracony. Teraz się nie dziwię, czemu miasto jest dumą Gwatemalczyków. Spokojnie można powiedzieć, że jest to miasto na miarę San Cristobal de las Casas, z tą tylko różnicą, że jest nieco większe. Mnóstwo tu restauracji, pamiątek wszelkiej maści, jedynie ceny odstraszają.

IMG_20180113_151131_HDR

Wychodząc powoli z miasta o zachodzie słońca, dostaliśmy małą niespodziankę od natury, po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję zobaczyć erupcję wulkanu. Może nie była widowiskowa, Fuego jakby się zakrztusił, ale i tak fajnie coś takiego zobaczyć, może gdzie indziej będzie widać lawę. Koło 18 zrobiliśmy małą przerwę na wylocie z miasta, nie zdążyliśmy nawet odpocząć, a już się ktoś zatrzymał pytając gdzie chcemy jechać. Droga do stolicy to jeden wielki korek, mieliśmy hosta zaledwie 33 km dalej, z czego połowę trasy spędziliśmy w sznurze aut, ale jakoś udało się dojechać. I tak trafiliśmy na prywatne, strzeżone osiedle. Przywitał nas wesoły ochroniarz z długą bronią, któremu musieliśmy podać wszystkie dane z paszportu, dopiero wtedy zezwolił na wejście. Ale, co jak co, miejsce było ogarnięte, z resztą jak nasz host. Wcześniej gdy z nim pisaliśmy, wysłał nam wszystkie informacje jak do niego trafić, mapkę domu z pokojem gdzie mamy spać i informacją że drzwi są zawsze otwarte, oraz tym że pewnie się nie zobaczymy, bo pracuje. Mieliśmy jednak szczęście, bo skończył szybciej (pracuje zdalnie przez internet) i jednak się udało. Nie tylko poznaliśmy Minora, ale też zafundował nam kolację w chińskiej knajpce i objazdową wycieczkę po mieście (bardzo rzadko to robi). Dzięki temu nie marnowaliśmy tu całego kolejnego dnia. Swoją drogą niema tu nic secjalnego, kilka zabytków, masa uzbrojonej po zęby policji i w sumie tyle.

IMG_20180113_170432_HDR

Rano po dziesiątej zebraliśmy się z mieszkania i szukaliśmy jakiejś opcji na wydostanie się z miasta. Piechotą doszliśmy na Periferico (obwodnica) i autobusem staraliśmy się dostać na 18 dzielnicę. Facet którego poznaliśmy na przystanku który nam pomógł, mówił że jedzie tam gdzie my, więc wsiedliśmy do tego samego chicken busa i wylądowaliśmy w centrum miasta (ostatni przystanek)... Trzeba brać tutaj poprawkę na ludzi, niektórzy mimo że chcą pomóc, to nie wiedzą jak trafić w dane miejsce. Musieliśmy przejść kolejny spory kawałek, a że nie jedliśmy śniadania, to zrobiliśmy dłuższą przerwę w Del Puete.

IMG_20180114_114323

Trafiło nam się sporo niezbyt pozytywnych informacji na grupach w internecie i nasz plan podróży stanął pod znakiem zapytania. Po drodze do Puerto Barrios mieliśmy zachaczyć o Semuc Champey (wodospady), ale okazało się że w Coban przez cały kolejny tydzień leje i jest cholernie zimno, więc odpuściliśmy jadąc bezpośrednio inną drogą. Z miasta w końcu udało nam się wydostać osobówką do Sanarte, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Szanse na dojechanie do celu przez rozbudowywaną panamerikane były niewielkie, więc zrobiliśmy zakupy na noc i staraliśmy się szukać czegoś dalej. Koło 16 złapaliśmy cysternę z paliwem, myśleliśmy że droga będzie się ciągła, wolna jazda i te sprawy. Nic z tego, kierowca ostro parł do przodu, zdażało się nawet że wyprzedzał policyjne radiowozy na podwujnej :D. Do tego zjechaliśmy grubo ponad kilometr niżej i od razu jechało się lepiej w takiej przyjemnej temperaturze, więcej drzew owocowych, prostych miejsc na namiot... Myśleliśmy że jedziemy góra kilkadziesiąt kilometrów dalej (tak zrozumieliśmy), a koniec końców przejechaliśmy prawie całą trasę do Puerto. Kierowca wysadził nas dopiero po dwudziestej na skrzyżowaniu dróg do Rio Duce i Puerto, około pięćdziesiąt kilometrów przed celem.

IMG_20180115_111525

Siedzieliśmy praktycznie po środku niczego, nie licząc kilku comedorów i tej stacji. Trochę czasu spędziliśmy na internecie, po czym poszliśmy do ostatniego otwartego miejsca coś zjeść. Nie wiedzieliśmy co można tu zamówić, nie mieli menu, ale za to ktoś gadał po angielsku i obiecał że przygotują nam coś za 20 quetzali. Kilka minut czekania i dostaliśmy pyszną kawę, jajka z fasolą, ser ze śmietaną i smażone banany (ze śmietaną smakują jak pierogiz jagodami). Gdy w końcu byliśmy pełni, poszliśmy rozbić się kilkadziesiąt metrów dalej na polanie za jakimś domem, żeby rano było bliso drogi.

IMG_20180115_113720

Dobrze że nie rozłożyliśmy się nieco wcześniej na innym polu, rano gdy wracaliśmy na stację, okazało się że wypuścili tam spore stadko byków. Chwilę spędziliśmy jeszcze na stacji i na dwa stopy dojechaliśmy do centrum Puerto Barrios. W mieście niema niczego specjalnego, do tego ostatni kierowca kazał nam na siebie mocno uważać, więc szybko zawinęliśmy się do Livingston. Doszliśmy za jakimiś plecakami do małego portu, skąd pływają prywatne łódki do miasta, jest to jedyny sposób żeby tam się dostać. Z tego co się dowiedzieliśmy, za podróż płacimy po 15 quetzali, jednak na miejscu zażądali o wiele więcej, więc nie mając wyjścia zapłaciliśmy po 50 (inaczej nie oddali by plecaków)...

IMG_20180115_135947_HDR

Po wyjściu z łodzi musieliśmy nieco ochłonąć, siedzieliśmy gdzieś na uboczu i zaczęli nas ogarniać naganiacze z hoteli. Tak poznaliśmy czarnego Toma, który zaprowadził nas na camping Casa Iguana. Po tym jak się zameldowaliśmy, Tom też nieco oskubał nas z pieniędzy. Niestety tu za wszystko trzeba płacić, nawet za tą niewielką pomoc, nie jest tak jak w innych częściach kraju. Trochę czasu spędziliśmy na campingu i poszliśmy się przejść przez miasto w poszukiwaniu plaży, w końcu jesteśmy na wybrzeżu. Miasto w większości przypomina wioskę rybacką, wszędzie suszą ryby, które czuć już z daleka, podobnie jak rynsztoki. "Plaża" którą znaleźliśmy to jeden wielki śmietnik, dobrze wyglądają jedynie główne uliczki i tereny hoteli, podobnie część restauracji i knajpek.

IMG_20180115_140519_HDR

Totalnie normalne dla ludzi tutaj jest proponowanie mocnych narkotyków, z resztą problemów raczej tu nie mają, prawie nie ma tu policji która by tego pilnowała. Sporą część czasu spędziliśmy siedząc przy piwku w jednym z barów, który polecił am z resztą Tom.. Dopiero gdy zaczęło się ściemniać przenieśliśmy się do jednego z comedorów przy porcie, zjedliśmy kolacje, w Pollo Campero wzięliśmy jeszcze coś na wynos i wróciliśmy na camping. Noc nie należy tu do zbyt bezpieczych. Woleliśmy zostać w pewnym miejscu z ochroną, niż ryzykować utratą sprzętu, który musieliśmy nosić ze sobą. Na początku siedzieliśmy sami gdzieś z boku, ale zaczęło zbierać się coraz to więcej ludzi, więc się przyłączyliśmy do rozpoczynającej się imprezy.

IMG_20180115_150148_HDR

Wczoraj wyglądało wszystko fajnie i pięknie na camingu, bawiliśmy się razem z ludźmi z workawaya, nawet myśleliśmy żeby zostać nieco dłużej pracując tutaj. Wszystko jednak było zbyt kolorowe, poza siedzeniem w jednym miejscu, nie było by nic więcej do roboty. Ostatecznie do opuszczenia tego miejsca przekonał nas rachunek, nie sądziłem że będą nas chcieli na sam koniec kantować na kasie i to wolontariusze... Pewnie robią tak każdemu, tylko pytanie czy z własnej woli, czy mają tak nakazane przez właściciela. W każdym razie na plus nam wyszło zapisywanie wszystkiego co zamawialiśmy. I z czystym sumieniem opuściliśmy Livingston jedną z łodzi o jedenastej. Nie żałujemy przyjazdu, to miejsce nauczyło nas ważnej rzeczy, zamieszkujący to miejsce lud Garifuna to po prostu złodzieje (reszty się domyślcie).

IMG_20180115_161648_HDR

Pod portem zachaczyliśmy o comedora żeby jeszcze przed dalszą drogą zjeść coś pożądnego i to też się udało, ale był mały haczyk... Mięsko dobre, cała reszta również, więc bardzo szybko opróżniliśmy talerze do zera. Jednak gdy przyszło po raz kolejny do płącenia, okazało się że jako turyści płacimy więcej, mimo że pokazywałem kelnerce cenę wiszącą jak byk na ścianie. Jakoś to jednak przecierpieliśmy, gorzej że Pani była tak miła, że wraz z moją porcją dostałem w prezencie montezumę i przez resztę dnia czułem się jak trup. Mieliśmy już dość całej tej okolicy i chcieliśmy jak najszybciej opuścić miasto, ale się nie dało. Quetzale prawiena wykończeniu, więc autobus odpadał, a jeśli chodzi o ludzi, to tu jest kompletnie inny świat. Każdy śmiał się pogardliwie, często pokazując niezbyt miłe rzeczy, albo po prostu nas zlewali. Co jakiś czas zmienialiśmy miejsca i nic, dopiero po przejściu 6 kilometrów się udało. Wszystko dzięki temu że zrobił się ogromny korek i koło szesnastej zgarnął nas George do ciężarówki. Chyba najprzyjemniejszy człowiek dzisiejszego dnia, oprócz tego że nas zabra z tej dziury, to podczas któregoś postoju kupił mi proszki na żołądek i odstawił nas do miejsca gdzie mogliśmy spokojnie rozbić namiot. Jak sam powiedział, dalej nas nie będzie ciągnął, tam czekają nas tylko góry, a tu będziemy mieli równy teren i ciepło.

Jezioro Atitlan

nilek2609

Koło południa wyszliśmy na obrzeża miasta łapać stopa. Masa mijających nas ludzi próbowała nam pomóc, często odsyłali nas na dworzec nie dowierzając, że "gringo" może nie mieć pieniędzy na autobusy. Inni się witali, dzieciaki robiły wielkie oczy patrząc na plecaki, a reszta życzyła nam po prostu powodzenia. Może miasta nie są za specjalne i wcale nie porywają, ale w tych szczerych uśmiechach można się zakochać. W końcu zdecydowaliśmy się na chicken busa i za trzy quetzale dojechaliśmy do miasteczka Quattro Caminos (cztery drogi). Zawsze chciałem się przejechać jednym z tych starych, przerobionych szkolnych autobusów i w końcu nadarzyła się okazja.

IMG_20180112_173610_HDR

Jadąc dalej już stopem, trafiliśmy dosłownie do nieba, wczorajszy rekord wysokości został pobity o kolejne metry, tym razem siedzieliśmy na 3020 m. Przepiękna droga w chmurach, ale piekielnie zimno i mokro, szczególnie jak w którąś wjechaliśmy. Trafiliśmy na kolejnego kierowcę który fundował nam darmową wycieczkę, zatrzymując się co jakiś czas na kolejnych punktach widokowych i wodospadach. Monika z jej galopującym lękiem wysokości, większość czasu siedziała na pace z głową wpatrzoną w podłogę. Momentami sam miałem ochotę tak zrobić, szczególnie gdy zjeżdżaliśmy do Panjachel. Widoki zapierały dech w piersiach, szczególnie te na wulkany Antigua i San Pedro.

IMG_20180111_134850

Po noclegu u Nestora postanowiliśmy wziąć dzisiaj hotel, żeby na spokojnie się ogarnąć do porządku i w końcu wziąć prysznic. Od jeziora szliśmy w kierunku centrum zaglądając do kolejnych, ale ceny mocno odstraszały, minimum 120 quetzale za noc. Któryś z kolei naganiacz w końcu zapytał ile jesteśmy w stanie zapłacić, gdy padło 70 quetzali, zgodził się i zaprowadził nas do hotelu San Pedro, gdzie dostaliśmy prywaty pokój. Zostawiliśmy jedynie rzeczy i poszliśmy dalej na poszukiwania jedzenia, tak dla odmiany.

IMG_20180111_151011_HDR

Na jednej z głównych ulic znaleźliśmy w miarę przystępne ceny w restauracji, w każdym razie lepsze, niż te które widzieliśmy w pierwszej chwili. Żołądki nieco się skurczyły, ale jakoś podołaliśmy sporej porcji fahity (mięso smażone z cebulą i papryką w przyprawach) i poszliśmy zwiedzać. Przy Celle Santander odwiedziliśmy targ z pamiątkami, które naprawdę robią wrażenie, wszystko wygląda lepiej niż w Meksyku, ale ma też o wiele wyższą cenę. Jednakże można się z nimi dość mocno targować, chociaż w sumie nie trzeba, sami w końcu schodzą z ceny. Monika z ciekawości zapytała o cenę jakiejś narzuty i aż się ugięła słysząc 1200 quetzali. Sprzedawca widząc jej reakcję od razu się zreflektował i spuścił cenę o bagatela 700 quetzali.

IMG_20180111_150630_HDR

Oprócz tego wzdłuż ulicy jest masa restauracji z bardzo dobrze wyglądającym jedzeniem, w każdej cena za talerz wynosi +/- 30 quetzali, więc jak na te warunki jest całkiem spoko. Na końcu ulicy jest taras widokowy nad brzegiem jeziora, skąd bardzo dobrze widać wszystkie wulkany, szczególnie w nocy. Szkoda że nie zdążyliśmy na zachód słońca, ale za to mieliśmy okazję pobawić się z dzieciakami które zaczepiały nas odkąd przyszliśmy. Zaczęło się na spokojnie od kilku piątek i ganianego, a skończyło na pytaniach:

D: Jak się nazywasz?

M: Monia

D: A on?

M: Nil

D: A skąd jesteś?

M: Z Polski.

D: Jesteś gringo?

M: Nie, jestem Polką.

D: Cooooooo????

IMG_20180111_154211_HDR1

Kolejnego dnia rano stwierdziliśmy że niema co opuszczać miasta tak szybko, szczególnie że chcemy zobaczyć zachód słońca na tle wulkanów. Zjedliśmy po owsiance, póniej jeszczepo taco (tutejsze są naprawdę dobre) i ruszyliśmy na poszukiwania jakiejś małej miejscowej piekarni. Z tego co czytała Monika, trzeba tu obowiązkowo spróbować chleba bananowego. I ktoś miał rację, za 13 quetzali dostaliśmy bochen pysznego chleba w kształcie serca. Dokupiliśmy jeszcze kilka babeczek i poszliśmy na porządną gwatemalską kawę.

IMG_20180112_143536_HDR

Wracając w stronę centrum, zachaczyliśmy o market Despensa Familiar, którego nie polecam, ceny naprawdę zabójcze. Ci co pragną gotować samodzielnie, mogą się dość mocno zdziwić, bo o wiele taniej wychodzi jedzenie w restauracji. Okoliczny targ z zieleniną i innymi pierdołami też nie zachwyca, mało co można tam kupić, ale za to mają dobre lody. Idąc dalej, przez przypadek trafiliśmy na muzeum czekolady. De facto był to sklep prowadzony przez naprawdę fajnego gościa, który z miłą chęcią o wszystkim opowiada i daje spróbować wszystkiego. Oprócz czekolady, kakao, kawy i innych standardowych rzeczy, można tu kupić nawet herbatę z łupin (nie wiedziałęm że coś takiego istnieje i jest takie pyszne), albo likiery.

IMG_20180112_152026_HDR

Ulicą Santander wróciliśmy nieco odpocząć do hotelu, a godzinę później siedzieliśmy już na tarasie widokowym oglądając piękny zachód słońca. Szkoda że niema żadnej erukcji, z tego miejsca mielibyśmy nieziemskie widowisko. Wracając trafiliśmy na deptak ciągnący się wzdłóż "plaży", nie wiem jakim cudem wcześniej go przeoczyliśmy. Jest tu wiele lepszych miejsc do obserwacji, niż na tym tarasie, tak jak długie pomosty dla łodzi. Oprócz tego jest sporo restauracji, kramów z drinkami i rękodziełem, a nawet dilerów otwarcie proponujących trawę, czy tabletki ekstazy.

IMG_20180112_153619_HDR

Wszystko jednak zaczyna zamierać zaraz po zachodzie słońca, każdy powoli pakuje dobytek i wraca do domu. Plusem tego są spadkicen, lepiej się negocjuje. Mimo że jest piątek, w mieście nic się nie dzieje, jedynie w pojedynczych restauracjach siedzą ludzie. Nie chcieliśmy tak szybko zbierać się do hotelu, więc wpadliśmy do jednej z nich na happy hour napić się chociaż mohito. Zdziwiła nas bardzo obsługa tego miejsca, naszym kelnerem był zabiegany 12-14 latek, a mimo to dawno nie widziałem tak profesionalnego zachowania, a to było tak naprawdę jeszcze dziecko.

IMG_20180113_112028

Nie sądziliśmy że jeszcze dzisiaj gdzieś wyjdziemy, ale odezwał się do nas host z Xeli. Okazało się że przyjechał do miasta i chciałby się spotkać. Umówiliśmy się na 22 w restauracji Atlantis, która w nocy zamienia się w dość sporą imprezownie. Jednak się okazało że miasto umiera zaledwie na kilka godzin i odradza się na nowo niczym feniks. Z początku mieliśmy zostać w barze, ale skończyło się happy hour, więc wpadliśmy po piwo do jakiegoś sklepu i przenieśliśmy się na pomost. Tutaj przynajmniej było dość cicho i mogliśmy spokojnie porozmawiać. 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci