Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wizyta w Konsulacie

nilek2609

30 maj 2014

Udało mi się wstać o wiele szybciej niż Kasia, więc skorzystałem z okazji i starałem się przygotować jakiś mały plan podróży po Armenii, znaleźć jakieś ciekawe miejsca warte odwiedzenia... Jakiś czas tak siedziałem  na schodach, aż jedna z dziewczyn zawołała mnie na śniadanie, obudziłem Kasie, zanim jednak zdążyła się ogarnąć, postanowiłem skorzystać z okazji i pożyczyłem hostelowego laptopa żeby zgrać wszystkie zdjęcia na dysk.

Pierwszym dzisiejszym celem był park zwycięstwa przy pomniku Matki Armenii, pod którą znajdowało się coś w stylu muzeum wojny, niestety nie mogłem zrobić żadnego zdjęcia z powodu zakazu.. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miejsce, szczerze odradzam, niema tam nic ciekawego, a czasu żeby się tam dostać potrzeba dość dużo.

DSC_00181

Kierując się powoli w kierunku Błękitnego Meczetu, wpadliśmy do Polskiego konsulatu, dowiedzieć się czegoś na temat wiz i możliwości dostania się do Iranu, bądź Azerbejdżanu łatwym sposobem. Jednak dostanie się do ambasady z początku wydawało się dość trudne, nie wiedzieliśmy że musimy wcześniej zapowiedzieć swoją wizytę telefonicznie. Pani w domofonie kazała nam czekać, mijały kolejne minuty, dalej kazali czekać przed bramą, dopiero po 45 minutach ktoś po nas wyszedł i wprowadził do środka gdzie mieliśmy czekać na wizytę. Po kilku minutach przyszedł młody, góra kilka lat starszy ode mnie chłopak, który okazał się o dziwo Ambasadorem. Przedstawiliśmy całą sytuację Panu Łukaszowi, gdzie chce jechać, jak podróżujemy i okazało się że spotkaliśmy bratnią dusze, ponieważ za czasów studiów też dużo podróżował jak my. 

DSC_0013W odpowiedzi dostaliśmy kilka dobrych i złych wieści. Okazało się że do Azerbejdżanu nie ma sensu się pchać na siłę, wyrobienie wizy jest bardzo czasochłonne (3 tygodnie) i kosztowne. Były jednak wieści o wiele lepsze dotyczące Iranu, wizę możemy wyrobić od ręki w ciągu jednego dnia w Trabzonie. Na dokładkę dostaliśmy wiele pozytywnych informacji o ludziach, życiu i łapaniu stopa w Iranie, z początku myśleliśmy że jest to kraj niebezpieczny, że nie warto się tam pchać. Spędziliśmy tam tylko pół godziny, a wiemy wszystko i niema co się bać, jedziemy do Iranu :)

DSC_0028Ale najpierw czekał na nas Błękitny meczet, chwilę po wejściu na jego teren poznaliśmy "wiecznego studenta" o imieniu Reza, z którym przez ponad godzinę dyskutowaliśmy o różnicach kulturowych, religii, wojnach, ect. Od ponad 20 lat studiuje, zrobił kilka kierunków, aktualnie ogarnia germanistykę, natomiast po godzinach jest dentystą jak jego ojciec :D. Jest jedną z niewielu tak otwartych osób, jak chyba nikt inny, stara się nie ograniczać, według niego każdy ma prawo wejść do kościoła, meczetu czy synagogi, powinien poznać te miejsca i je zrozumieć niezależnie od tego jakiego jest wyznania.

DSC_00331Reza dał nam też wiele wskazówek o podróżach po Iranie z którego pochodzi, o miejscach które warto zobaczyć, jednocześnie zaznaczył że sami mamy dokonywać wyborów co chcemy zobaczyć i gdzie. Po chwili zaprosił nas do obejrzenia meczetu od środka, tam też poznaliśmy jego przyjaciela Mohameda. Kasia dostała specjalną chustę żeby okryć głowę, musiała też wejść do środka z innej strony, nie tak jak my głównym wejściem. Zrobiliśmy wiele wspólnych zdjęć, dostaliśmy też małą lekcje historii i niestety trzeba było się żegnać.
DSC_0048Powoli trzeba bylo wracać, zahaczyliśmy jeszcze jakiś fast food, kupiliśmy piwo i wróciliśmy do hostelu. Internet mieliśmy tylko dla siebie więc skorzystałem z opcji żeby ściągnąć resztę map azji i dopiero po 2 mogłem iść spokojnie spać..

Erywań - Dzień pierwszy

nilek2609

29 maj 2014

Nie chcieliśmy tracić całego dnia na wylegiwanie, zjedliśmy szybkie śniadanie (coś co jeszcze wczoraj było kolacją) i wychodzimy, kierunek monastyr, gdzie przypadkiem trafiliśmy na poranną modlitwę księży. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po okolicznych wzgórzach...

DSC_0366... skąd mieliśmy iść na plaże, spędzić ostatnie chwile nad Sevanem...

DSC_0373Kawałek przed nią zaczepiali nas sprzedawcy, sprzedający różnej maści pamiątki, w tym obsydian w którym się po prostu zakochałem, ale stwierdziłem że nie ma co wieźć go przez pół świata

DSC_0372Smocze szkło jednak nie dawało za wygraną, plaża na którą trafiliśmy była pełna obsydianu, woda też mieniła się czarnymi perełkami z każdej strony. Zamiast chwili, siedzieliśmy tam ponad godzinę upychając go po kieszeniach, wybierając to lepsze okazy :D

DSC_0384Dopiero przed 12 wróciliśmy do naszej niebieskiej chatki po rzeczy, pożegnaliśmy właścicieli, pogoniliśmy paru chętnych "taksówkarzy" i ruszyliśmy na drogę główną. Korzystając z okazji że ruch był niezbyt wielki, wyskoczyłem na skałki, wracając kilka minut później widzę że do Kasi dołączyło trzech chłopaków, podchodzę, zagaduje, a tu niespodzianka POLACyyyy 

DSC_0437Po raz kolejny musieliśmy odganiać taksówki i miejscowych naciągaczy, jednak po pół godziny się udało i zabrał nas Stefan ze swoim synem Armenem, którzy obiecali zabrać nas do stolicy. Rozmawialiśmy trochę o naszej podróży, o Armenii i naszych małych znaleziskach z przed godziny, oni jednak postanowili nas chyba przebić i pokazali nam po drodze całe zbocza pełne obsydianu, niektóre "kawałki" były wielkości lodówki albo i malucha, w porównaniu z nimi nasze były mikroskopijne...

DSC_0432Nawet nie zauważyliśmy jak szybko czas minął, dotarliśmy na miejsce, Stefan chciał jednak zawieźć nas do samego hostelu (polecam One Way), przez pół godziny kręciliśmy się w kółko pytając ludzi gdzie on dokładnie jest. W końcu jeden z taksiarzy wskazał nam kierunek, 2 minuty od miejsca w którym się zatrzymaliśmy, więc podziękowaliśmy kierowcy i ruszyliśmy spacerkiem się zameldować.

DSC_0418Samiutkie centrum miasta, nic dziwnego że mało kto potrafił wskazać nam konkretne miejsce, hostel otworzyli dopiero miesiąc temu... Na wejściu dostaliśmy kawę i ciacho domowej roboty , dziewczyny pokazały nam od razu miejsca warte zobaczenia, oprócz tego mieliśmy dostęp do wszystkiego, pierwszy hostel w którym nie trzeba płacić extra za pralkę, a wszystko za 4000 dram.

DSC_0417Nie było co tracić czasu, ruszyliśmy na podbój miasta, przez kilka godzin zaglądaliśmy to tu, to tam, szukając ciekawszej atrakcji, w końcu wylądowaliśmy na Kaskadach, najlepszy dzisiejszy traf. Z samej góry był najlepszy widok na Erywań, co pięterko ogród, posąg albo wymyślna fontanna. Na dokładkę w środku czekało na nas dalsze zwiedzanie, darmowe muzeum sztuki nowoczesnej, albo coś w ten deseń.

DSC_0398W końcu jednak przyszedł czas i na piwo, przez chwilę szukaliśmy jakiegoś dobrego miejsca, padło na restaurację z muzyka na żywo, wyglądała trochę tak jak byśmy do niej nie pasowali, ale co tam, wyjść nie wypadało. Piwko po 5zł w takim lokalu, aż żal było nie skorzystać, jedno, potem kolejne, do tego chipsy, chlebek i sosy na zagryske. Po godzinie zadowoleni zbieramy się do wyjścia, poprosiłem o rachunek, jak burżuj dorzuciłem kilka stówek ekstra i zadowolony sie ubieram, jednak chyba coś nie pasowało, wrócił kelner i mówi że za mało, nie policzyłem przekąsek... czerwony ze wstydu dołożyłem brakującą kwotę i wyszliśmy czym prędzej.

DSC_0488Zbliżał się wieczór, zrobiliśmy jeszcze małą rundkę po mieście i wróciliśmy o hostelu. Pierwszy raz od miesiąca do prania nie musiałem używać rąk, przynajmniej raz będą porządnie wyprane :D

Czas spróbować swoich sił w Armenii

nilek2609

Taka miła niespodzianka czekała na nas z samego rana :D

DSC_0300Do tego wino, które przyniosła chwilę wcześniej poznana Polsko-Włoska parka, wszystko było fajne i miłe, ale trzeba było się pożegnać i ruszać dalej.

10944252_10204587930832896_60653683_oW drodze na wylotówkę przypadkiem trafiliśmy na kolejną atrakcję..

DSC_0310poznając przy okazji nowego kolegę z Dubaju, który bardzo chciał sobie strzelić fotkę.

DSC_0305Chwilę później trafiliśmy na kilku studentów, którzy uświadomili nam że ciężko się stąd wydostać, więc złapaliśmy za 1,5 lari marszrutkę do Kumisi. Kierowca wysadził nas na jednym z "przystanków" pośród niczego, nie licząc małej piekarni, gdzie za śmieszne pieniądze dostaliśmy świeży chleb prosto z glinianego pieca.

DSC_0314

Mała przerwa na kanapki, po czym łapiemy dalej, kilka minut i z piskiem opon zatrzymuje się przy nas tir, mamy transport prawie na granicę..

DSC_03131Kolejne auto i lądujemy w Armeni, granica wygląda jak jedno z miejsc gdzie nie chcielibyście się znaleźć , po prostu totalne zadupie.. Od razu po odprawie poszliśmy do jedynego w okolicy kantoru, wymieniliśmy jakieś drobne kwoty i próbowaliśmy swojego szczęścia na nowym terenie. 

Pierwszy traf nie był zbyt zachęcający, kierowca nie zamierzał nas zabierać za darmo, od razu zaproponował 5000 dram za podwiezienie, czyli sporą część tego co przed chwilą dostaliśmy w kantorze. Kolejne "kilka" minut czekania, ruch prawie zerowy, nie licząc kilku miejscowych aut, aż w końcu trafił się kierowca tira którego zatrzymaliśmy, kierowca dał nam do zrozumienia że nie jedzie w naszym kierunku i odjechał, jednak kilka metrów dalej ponownie stanął i  powiedział że może nas zabrać do rozwidlenia kilka kilometrów dalej.

DSC_0316Trafił nam się jednak los na loterii, Karo olał swojego dyspozytora, pojechał ponad 100 km w przeciwnym kierunku żeby zostawić nas w Dilijan skąd mieliśmy już rzut beretem do Sevan. Takiego miłego prezentu pierwszego dnia w Armeni się nie spodziewaliśmy. Niestety muszą też być minusy, odkąd opuściliśmy okolicę granicy bez przerwy towarzyszył nam deszcz, z którym musieliśmy się borykać bez dachu nad głową w Dilijan, szczególnie że 99% kierowców żądało zapłaty za podwiezienie, z czego 80% nie było taksówkami.

Jednak jedna z normalnych taksówek wyłamała się przed szereg i kierowca zabrał nas kilka kilometrów do rozjazdu na Sevan i życzył powodzenia.

DSC_0322Sytuacja taka jak wcześniej, osaczyli nas kierowcy proponując jeden za drugim podwiezienie gdzie tylko zechcemy za tyle i tyle dolarów $$$$$. Chwilę później staje kolejne auto, więc od razu wyskoczyłem z tekstem że dziękujemy za TAXI ect, kierowca poczuł się obrażony, powiedział że nie należy do tych co chcą za wszystko pieniądze albo cokolwiek innego, po czym zaprosił do auta i zawiózł w okolice monastyru w Sevan, kupił lody i się z nami pożegnał.

DSC_0381

Nie wiedzieliśmy czego możemy spodziewać się w nocy, woleliśmy nie ryzykować nocy pod namiotem, więc podpytaliśmy spotkanych turystów z okolicy ile płacą za hotel w którym mieszkają, nie było zbyt kolorowo - 20 000 dram za noc (160zł).

Chwilę później trafiliśmy jednak na Armeńczyka, który zaproponował nam "domek smerfa" za 5000 od głowy, na co bez namysłu się zgodziliśmy, lepszej oferty na pewno nie dostaniemy nigdzie w okolicy . Dał nam klucze i kilka niezbędnych gadżetów jak papier, jakieś naczynia i coś tam jeszcze. Warunki iście autostopowe, kołdra sprawiała wrażenie jak by wędrowała sama po łóżku, łazienka też miała własne patenty typu 2w1, wąż od prysznica służył też jako spłuczka, a to wszystko zamykał bombowy kurek od wody. Z leksza ogarnięci, wpadliśmy jeszcze do jedynego sklepiku po prowiant, na koniec postanowiliśmy dzień skończyć nad brzegiem jeziora popijając miejscowe piwo.

 

Dolina Truso i spotkanie z wojakami

nilek2609

27 maj 2014

Na szlak wyszliśmy po 9, kilka kilometrów trekingu, częściowo szutrówką, częściowo skracając na przełaj przez krzaki, malutkie ścieżki, aż w końcu po dwóch godzinach dotarliśmy do monastyru Tsminda Sameba.

DSC_0129Niby odcinek niezbyt długi, ale jednak dawał popalić, wszystko przez to że od dawna nie chodziło się po górach, papierosy z resztą też swoje dawały, a to tylko 2170m npm, co by było gdybyśmy chcieli wejść na sam Kazbeg (5033m) brodząc w śniegu przy minusowych temperaturach. 

DSC_0133Około 12 zaczęliśmy się powoli zbierać do zejścia, robiło się coraz zimniej, do tego na resztę naszej grupki, u pod nurza góry czekało auto, więc w miarę szybkim krokiem musieliśmy wrócić do miasteczka.

DSC_0146Skorzystaliśmy z propozycji i razem z nimi wróciliśmy autem do gościńca w którym spaliśmy. Na miejscu postanowiliśmy po raz kolejny zmienić plany, zamiast zostać pod Kazbegiem jeszcze dwa dni i odpocząć, ruszyliśmy dalej razem z resztą. Kierowca zgodził się na dodatkowe dwie osoby i tak w siódemkę jakimś cudem wpakowaliśmy się do jego auta, razem z tymi wszystkimi plecakami...

DSC_0159Kierując się powoli w stronę Tblisi, odbiliśmy kilka kilometrów w bok, gdzie mieliśmy zahaczyć o kolejny punkt dnia, Dolinę Truso. Na miejscu dostaliśmy dwie godziny na zwiedzanie i mieliśmy cichą nadzieje że nas tu kierowca nie zostawi..

DSC_0153Przeszliśmy zaledwie 300m i na dalszej drodze stanął nam Gruziński wojak, mówił coś po ichniejszemu, czego nie dało się zbytnio zrozumieć, Seba próbował się z nim dogadać po rosyjsku, niestety nic to nie dało. Chwilę później zjawiło się dwóch kolejnych, na szczęście jeden z nowych znał ruski, powiedział  że nie ma przejścia i musimy zawrócić, bo 50 km dalej czeka wujek Putin..

497Nasze usilne prośby jednak poskutkowały, zaprowadzili nas w inna część, tam gdzie mogą przebywać turyści i się "pożegnali". W ciągu godziny udało nam się przejść prawie całą trasę, próbując po drodze swoich sil w  poszukiwaniu kryształów górskich i innych minerałów.

DSC_0215

Niestety nie udało nam się dojść do końca, z powodu zniszczonego mostu musieliśmy przerwać wcześniej niż się spodziewaliśmy. W drodze powrotnej trafiliśmy na ten sam patrol który nas tutaj wpuścił, z tą różnicą że teraz każdy z nich był uzbrojony. Minęli nas, tak jak my dotarli do mostu i zawrócili w nasza stronę, czemu towarzyszyło cholernie dziwne uczucie, szczególnie że jeden z nich co jakiś czas się zatrzymywał, strzelał w bliżej nieznanym kierunku i szedł dalej.

623W pewnym momencie zatrzymał się obok nas, dał broń do ręki i woła foto foto... Kolejna mała atrakcja która jednak nie skończyła się zbyt miło, chwilę później dogonił nas jak sądzę jego wściekły dowódca, musiał widzieć że robiliśmy zdjęcia i zaczął się na nas drzeć, kazał usuwać wszystkie zdjęcia...

DSC_0246Na koniec między całą trójką wybuchła sprzeczka, więc woleliśmy stamtąd szybko się "ewakuować" , mając ich przez cały czas na "ogonie". Pilnowali nas aż do czasu gdy wyjechaliśmy z doliny... 

Kilka zdjęć udało się uratować :D

DSC_02541Kierując się dalej zahaczyliśmy jeszcze źródła wody mineralnej, które były przy samej drodze, więc nie trzeba było daleko szukać, polecam spróbować, naprawdę dobra.

DSC_0255

Godzinę później byliśmy już w Tblisi na dworcu, gdzie mieliśmy się pożegnać z Alice, Sebastianem i Kamilem, którzy mieli ruszać pociągiem do Batumi, niestety zostali uziemieni z powodu braku biletów, więc wszyscy wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy do centrum, do jednego z hosteli.

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci