Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Piknik

nilek2609

1 czerwiec 2014

Pobudka nie należała do najgorszych, o dziwo nikt z naszej dwójki nie odczuwał żadnych skutków wczorajszego melanżu, może nie licząc naszego gospodarza, któremu kac dawał ostro popalić tak jak i jego córeczka :D

DSC_0138Po śniadaniu Artur zabrał nas raz jeszcze na swoje pole żeby pokazać co dokładnie hoduje, bo według niego wczoraj tego nie widzieliśmy. Siedzieliśmy tak ponad godzinę pijąc herbatę i usiłując go jakoś przekonać żeby zabrał nas z tego odludzia i zawiózł na główną drogę.

Wracając zahaczyliśmy jeszcze o ten sam sklepik co wczoraj, zabraliśmy prowiant, sprzedawczynię (która okazała się nie tylko jego koleżanka...). Zamiast odstawić nas na drogę, postanowili zrobić sobie małą wycieczkę po "okolicy", dzięki temu przejechaliśmy ponad 80 km, lądując na kolejnym odludziu, przy górskiej rzece gdzie czekał nas piknik.

DSC_01391
Nie mając za bardzo co robić, postanowiłem spróbować złowić coś w rzece, niestety nic nie miało ochoty wskoczyć na haczyk... Przekąsiłem co nieco i kolejny pomysł, może znajdę jakieś minerały na okolicznym wzgórzu, kolejna klapa, chociaż może  nie do końca, znalazłem maleństwa których bym się tam w ogóle nie spodziewał. Między skałami leżały dziesiątki a może i setki/tysiące skamieniałych muszli, niby nic ale tysiące lat historii w rękach.

DSC_01591Po dwóch Artur zarządził zbiórkę i po chwili odwiózł nas na główną, na pożegnanie dostaliśmy jeszcze 2 siatki przekąsek i każdy ruszył w swoją drogę. Nie więcej niż po 10 minutach siedzieliśmy w kolejnym aucie, mamy transport do Sisian, więc kolejne 80 km będzie za nami. Przed samym miastem zatrzymaliśmy się przy jakiejś zatoczce, chwila rozmowy i kierowca załatwił nam kolejny transport, tym razem na Goris  w starym rozklekotanym Kamazie. Najśmieszniejsze było to, że ciężarówka do której mieliśmy wsiadać, była właśnie "naprawiana", kierowca powiedział że jak tylko skończą to nas może zawieść.

DSC_0164Kilkadziesiąt uderzeń młota później w końcu ruszyliśmy mając cichą nadzieję że trasa minie dość szybko, jednak kamaz to nie ferrari i nie rozwijał na tych górkach zabójczych prędkości, kierowcy z resztą też się nie śpieszyło. W połowie drogi zatrzymaliśmy się jeszcze w jakiejś przydrożnej knajpce, gdzie zrobiliśmy małą pauze na herbatę z jego znajomymi i dalej w drogę. Okazało się że nasz obecny kierowca też miał na imię Artur, tyle że o wieleeee młodszy (24 lata), ale podobnie jak tamten miał już żonę i kilkuletnią córeczkę.

DSC_01531Dopiero koło 21 dotarliśmy do Goris, było zbyt późno na szukanie wifi i hosta, więc byliśmy że tak powiem w czarnej dupie... Artur jednak zaproponował nam małą pomoc, obdzwonił nam wszystkie okoliczne hostele/hotele i znalazł najtańszy za 500 Dram. Za taką cenę spodziewaliśmy się podobnych warunków jak wcześniej, a tu niespodzianka, mały hotelik, w pokojach pełne wyposażenie, nawet kapcie Dostaliśmy :D

38 dzień podróży

nilek2609

31 maj 2014

Od rana szukałem jakiejś wolnej kanapy na CSie, ogarniając orientacyjną trasę, jak na razie odpowiedzi nie były zachęcające, mały odzew, ale nie było sensu się denerwować. Czekało już na nas śniadanie, po którym dołączyli do nas Francuzi ze złotymi informacjami dla nas, jak np możliwość wjazdu na teren autonomii Górnego Karabachu w Azerbejdżanie. Z wizą też ma nie być problemu i można ją dostać na nieoficjalnym przejściu granicznym.

Na pożegnanie, od właściciela hostelu dostaliśmy jeszcze kilka namiarów w Karabachu i ruszyliśmy szukać dobrego miejsca do łapania przed miastem. Przeszliśmy kilka kilometrów, a wszystko tylko po to żeby nie użerać się z natrętnymi taksówkami, jednak nic to nie dało, od nich po prostu nie da się uciec, nawet napis na kartonie "NO TAXI" nie pomagał...

DSC_0054W końcu jednak trafiliśmy na Sureina, który wywiózł nas ze stolicy, po drodze dzieląc się z nami kolejną dawką informacji na temat życia w Armenii, problemach i zarobkach, czyli po prostu szarej rzeczywistości. Zdziwiło nas, że wiedział też sporo o Polsce, chciał sie dowiedzieć co się u nas dzieje po tym co się stało w Smoleńsku, jakie są stosunki z Rosją ect..

DSC_0071Chwilę później dojechaliśmy do Khor Virap, gdzie wysadził nas Surein i odjechał dalej.  W tej małej wiosce/miasteczku znajduje się ponoć najstarszy kościół katolicki od którego zaczęła się Chrystianizacja w Armenii. Dochodząc na miejsce lekko zdziwiony patrzę na zaparkowane obok auta, stało tam dziewięć nowiutkich terenowych mercedesów, Bentley, auto na dyplomatycznych blachach i kilka innych z podobnej półki. Trafiliśmy na wesele jakiejś ważnej osoby :D

DSC_0290Ceremonia o dziwo trwała zaledwie kilka  minut, po czym wszyscy zaczęli cykać sobie zdjęcia, a my spokojnie mogliśmy zobaczyć okolice. Chyba najciekawszym miejscem tutaj są cele znajdujące się kilkanaście metrów pod ziemią, do których jedyna droga prowadzi po wąskich drabinach przez dziury w podłodze jednej z kaplic.

DSC_0105Wracając wpadliśmy na lekko głupawy pomysł, mianowicie próbowaliśmy łapać gości wracających z ceremonii, nawet tego pięknego Bentleya... Jednak skończyło się jedynie na pozdrowieniach i życzeniu powodzenia, każde auto było pełne :(.  Na nasze szczęście chwilę później zatrzymała się przy nas inna rodzinka w osobówce, którzy podwieźli nas kilka kilometrów do głównej drogi. Kolejne kilka minut i złapaliśmy następnego kierowcę, tym razem w kierunku miasteczka Ararat.

DSC_01121Kierowca uświadomił nam że tam kompletnie nic niema, więc postanowiliśmy się nie pchać do miasteczka i wysiedliśmy kilka kilometrów wcześniej. Znaleźliśmy jedyny zacieniony kawałek przy drodze, gdzie można było się schować przed grzejącym słońcem. 

Po kilku minutach zatrzymało się obok auto z dwójką młodych Armeńczyków, dostaliśmy mrożoną butelkę wody, jabłka i tak dotrzymywali nam towarzystwa próbując się dogadać, niestety coś nam to nie wychodziło. Niedługo po nich przyjechał ich znajomy i staliśmy się małą okoliczną atrakcją. Zaczęły zatrzymywać się kolejne auta, nie mając innego wyjścia daliśmy nogę...

DSC_0116I tak wylądowaliśmy w kolejnym aucie jadącym do Araratu, chwilę później lądujemy w jakimś domu, częstują nas kawą i słodkościami, poznajemy całą rodzinę, wszystko dzieje się dość szybko. Pojawiają się kolejne osoby, w tym jakiś młody chłopak w koszulce z własnym zdjęciem na którym ma XXX medali i wszyscy się chwalą że jest championem ligi hiszpańskiej boksu, taka rodzinna maskotka :D. Pół godziny później znowu jesteśmy w aucie, jedziemy do kolejnego domu, tym razem do Artura.

DSC_0126

 Kazał nam się rozgościć i zaczął szykować szaszłyki na kolację, wypiliśmy przy okazji po kilka piwek, po czym stwierdził że musi jechać po rodzinę do stolicy, powiedział że niedługo będzie i nas tak zostawił. 

Półtorej godziny później, gdy cała trójka wróciła, szaszłyki były upieczone, Mira (żona Artura) przygotowała resztę i siedliśmy do kolacji. Później czekały nas kolejne piwa... flaszka... po czym jak gdyby nigdy nic wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy zobaczyć jego dobytek (pole), kolejne kieliszki pękły, lądujemy w jakimś sklepie gdzie podrywał sprzedawczynie... kolejny domek, tym razem w jakimś sadzie, kolejne pół litra... nie wiem jakim cudem ale pojechaliśmy dalej, jakoś udawało mu się prowadzić, a noc była jeszcze młoda...

Wizyta w Konsulacie

nilek2609

30 maj 2014

Udało mi się wstać o wiele szybciej niż Kasia, więc skorzystałem z okazji i starałem się przygotować jakiś mały plan podróży po Armenii, znaleźć jakieś ciekawe miejsca warte odwiedzenia... Jakiś czas tak siedziałem  na schodach, aż jedna z dziewczyn zawołała mnie na śniadanie, obudziłem Kasie, zanim jednak zdążyła się ogarnąć, postanowiłem skorzystać z okazji i pożyczyłem hostelowego laptopa żeby zgrać wszystkie zdjęcia na dysk.

Pierwszym dzisiejszym celem był park zwycięstwa przy pomniku Matki Armenii, pod którą znajdowało się coś w stylu muzeum wojny, niestety nie mogłem zrobić żadnego zdjęcia z powodu zakazu.. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miejsce, szczerze odradzam, niema tam nic ciekawego, a czasu żeby się tam dostać potrzeba dość dużo.

DSC_00181

Kierując się powoli w kierunku Błękitnego Meczetu, wpadliśmy do Polskiego konsulatu, dowiedzieć się czegoś na temat wiz i możliwości dostania się do Iranu, bądź Azerbejdżanu łatwym sposobem. Jednak dostanie się do ambasady z początku wydawało się dość trudne, nie wiedzieliśmy że musimy wcześniej zapowiedzieć swoją wizytę telefonicznie. Pani w domofonie kazała nam czekać, mijały kolejne minuty, dalej kazali czekać przed bramą, dopiero po 45 minutach ktoś po nas wyszedł i wprowadził do środka gdzie mieliśmy czekać na wizytę. Po kilku minutach przyszedł młody, góra kilka lat starszy ode mnie chłopak, który okazał się o dziwo Ambasadorem. Przedstawiliśmy całą sytuację Panu Łukaszowi, gdzie chce jechać, jak podróżujemy i okazało się że spotkaliśmy bratnią dusze, ponieważ za czasów studiów też dużo podróżował jak my. 

DSC_0013W odpowiedzi dostaliśmy kilka dobrych i złych wieści. Okazało się że do Azerbejdżanu nie ma sensu się pchać na siłę, wyrobienie wizy jest bardzo czasochłonne (3 tygodnie) i kosztowne. Były jednak wieści o wiele lepsze dotyczące Iranu, wizę możemy wyrobić od ręki w ciągu jednego dnia w Trabzonie. Na dokładkę dostaliśmy wiele pozytywnych informacji o ludziach, życiu i łapaniu stopa w Iranie, z początku myśleliśmy że jest to kraj niebezpieczny, że nie warto się tam pchać. Spędziliśmy tam tylko pół godziny, a wiemy wszystko i niema co się bać, jedziemy do Iranu :)

DSC_0028Ale najpierw czekał na nas Błękitny meczet, chwilę po wejściu na jego teren poznaliśmy "wiecznego studenta" o imieniu Reza, z którym przez ponad godzinę dyskutowaliśmy o różnicach kulturowych, religii, wojnach, ect. Od ponad 20 lat studiuje, zrobił kilka kierunków, aktualnie ogarnia germanistykę, natomiast po godzinach jest dentystą jak jego ojciec :D. Jest jedną z niewielu tak otwartych osób, jak chyba nikt inny, stara się nie ograniczać, według niego każdy ma prawo wejść do kościoła, meczetu czy synagogi, powinien poznać te miejsca i je zrozumieć niezależnie od tego jakiego jest wyznania.

DSC_00331Reza dał nam też wiele wskazówek o podróżach po Iranie z którego pochodzi, o miejscach które warto zobaczyć, jednocześnie zaznaczył że sami mamy dokonywać wyborów co chcemy zobaczyć i gdzie. Po chwili zaprosił nas do obejrzenia meczetu od środka, tam też poznaliśmy jego przyjaciela Mohameda. Kasia dostała specjalną chustę żeby okryć głowę, musiała też wejść do środka z innej strony, nie tak jak my głównym wejściem. Zrobiliśmy wiele wspólnych zdjęć, dostaliśmy też małą lekcje historii i niestety trzeba było się żegnać.
DSC_0048Powoli trzeba bylo wracać, zahaczyliśmy jeszcze jakiś fast food, kupiliśmy piwo i wróciliśmy do hostelu. Internet mieliśmy tylko dla siebie więc skorzystałem z opcji żeby ściągnąć resztę map azji i dopiero po 2 mogłem iść spokojnie spać..

Erywań - Dzień pierwszy

nilek2609

29 maj 2014

Nie chcieliśmy tracić całego dnia na wylegiwanie, zjedliśmy szybkie śniadanie (coś co jeszcze wczoraj było kolacją) i wychodzimy, kierunek monastyr, gdzie przypadkiem trafiliśmy na poranną modlitwę księży. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po okolicznych wzgórzach...

DSC_0366... skąd mieliśmy iść na plaże, spędzić ostatnie chwile nad Sevanem...

DSC_0373Kawałek przed nią zaczepiali nas sprzedawcy, sprzedający różnej maści pamiątki, w tym obsydian w którym się po prostu zakochałem, ale stwierdziłem że nie ma co wieźć go przez pół świata

DSC_0372Smocze szkło jednak nie dawało za wygraną, plaża na którą trafiliśmy była pełna obsydianu, woda też mieniła się czarnymi perełkami z każdej strony. Zamiast chwili, siedzieliśmy tam ponad godzinę upychając go po kieszeniach, wybierając to lepsze okazy :D

DSC_0384Dopiero przed 12 wróciliśmy do naszej niebieskiej chatki po rzeczy, pożegnaliśmy właścicieli, pogoniliśmy paru chętnych "taksówkarzy" i ruszyliśmy na drogę główną. Korzystając z okazji że ruch był niezbyt wielki, wyskoczyłem na skałki, wracając kilka minut później widzę że do Kasi dołączyło trzech chłopaków, podchodzę, zagaduje, a tu niespodzianka POLACyyyy 

DSC_0437Po raz kolejny musieliśmy odganiać taksówki i miejscowych naciągaczy, jednak po pół godziny się udało i zabrał nas Stefan ze swoim synem Armenem, którzy obiecali zabrać nas do stolicy. Rozmawialiśmy trochę o naszej podróży, o Armenii i naszych małych znaleziskach z przed godziny, oni jednak postanowili nas chyba przebić i pokazali nam po drodze całe zbocza pełne obsydianu, niektóre "kawałki" były wielkości lodówki albo i malucha, w porównaniu z nimi nasze były mikroskopijne...

DSC_0432Nawet nie zauważyliśmy jak szybko czas minął, dotarliśmy na miejsce, Stefan chciał jednak zawieźć nas do samego hostelu (polecam One Way), przez pół godziny kręciliśmy się w kółko pytając ludzi gdzie on dokładnie jest. W końcu jeden z taksiarzy wskazał nam kierunek, 2 minuty od miejsca w którym się zatrzymaliśmy, więc podziękowaliśmy kierowcy i ruszyliśmy spacerkiem się zameldować.

DSC_0418Samiutkie centrum miasta, nic dziwnego że mało kto potrafił wskazać nam konkretne miejsce, hostel otworzyli dopiero miesiąc temu... Na wejściu dostaliśmy kawę i ciacho domowej roboty , dziewczyny pokazały nam od razu miejsca warte zobaczenia, oprócz tego mieliśmy dostęp do wszystkiego, pierwszy hostel w którym nie trzeba płacić extra za pralkę, a wszystko za 4000 dram.

DSC_0417Nie było co tracić czasu, ruszyliśmy na podbój miasta, przez kilka godzin zaglądaliśmy to tu, to tam, szukając ciekawszej atrakcji, w końcu wylądowaliśmy na Kaskadach, najlepszy dzisiejszy traf. Z samej góry był najlepszy widok na Erywań, co pięterko ogród, posąg albo wymyślna fontanna. Na dokładkę w środku czekało na nas dalsze zwiedzanie, darmowe muzeum sztuki nowoczesnej, albo coś w ten deseń.

DSC_0398W końcu jednak przyszedł czas i na piwo, przez chwilę szukaliśmy jakiegoś dobrego miejsca, padło na restaurację z muzyka na żywo, wyglądała trochę tak jak byśmy do niej nie pasowali, ale co tam, wyjść nie wypadało. Piwko po 5zł w takim lokalu, aż żal było nie skorzystać, jedno, potem kolejne, do tego chipsy, chlebek i sosy na zagryske. Po godzinie zadowoleni zbieramy się do wyjścia, poprosiłem o rachunek, jak burżuj dorzuciłem kilka stówek ekstra i zadowolony sie ubieram, jednak chyba coś nie pasowało, wrócił kelner i mówi że za mało, nie policzyłem przekąsek... czerwony ze wstydu dołożyłem brakującą kwotę i wyszliśmy czym prędzej.

DSC_0488Zbliżał się wieczór, zrobiliśmy jeszcze małą rundkę po mieście i wróciliśmy o hostelu. Pierwszy raz od miesiąca do prania nie musiałem używać rąk, przynajmniej raz będą porządnie wyprane :D

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci