Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Światełko w tunelu...

nilek2609

9 maj 2014

O 5 obudziły nas halogeny wycelowane prosto w nasze oczy i coraz to większa liczba klientów więc za dobrze nam się nie udało pospać, raptem 3,5 godziny.

DSC_0696Dwie godziny później złapaliśmy pierwszego tureckiego tira, który wyratował nas z tego pechowego miejsca i przewiózł kilkadziesiąt kilometrów dalej na kolejny parking, potem kolejny i jeszcze jeden, aż wylądowaliśmy pod Szegedem. Szybki zwiad po okolicy w poszukiwaniu Polskich tablic...

DSC_0699I mamy trafienie, na środku parkingu stał polski bus do którego dolecieliśmy żeby porozmawiać z kierowcą. Piotrek zadowolony z tego że będzie miał towarzystwo, od razu zaproponował nam posiłek i częstował wszystkim co miał, podładował również telefony.

Spędziliśmy z nim cały dzień rozmawiając o przysłowiowej "dupie Maryni", pogoda dopisywała, jedynie marny ruch psuł całość odwlekając szansę dalszej drogi. Więc bez zastanowienia zacząłem robić gruntowne pranie, kto wie kiedy nadarzyła by się kolejna okazja. Po 18 zobaczyliśmy światełko w tunelu, w postaci Marcina, kolejnego polskiego kierowcy który wynagrodził nam wszystko obiecując długą trasę, więc długo się nie zastanawiając podziękowaliśmy za wszystko Piotrkowi i ruszyliśmy w dalszą drogę. Pod wieczór wylądowaliśmy na granicy Węgiersko-Rumuńskiej, gdzie cały dobytek został w tirze, a my ruszyliśmy pieszo do bramek mając jedynie "nerki" ze sobą. 

Rozmowa na Granicy: 

C: Jak tu dotarliście? Autem? Autobusem?

M: Nie, przyszliśmy pieszo

C: Gdzie macie wasze bagaże, plecaki?

M: Nie mamy, nie były nam potrzebne

C: A gdzie idziecie

M: Do Rumuni

C: Na piechotę ?

M: Dajcie mi swoje dokumenty

Gdy tylko zobaczył że jesteśmy z polski, nie pytał już o nic więcej, oddał nam paszporty i kazał iść dalej. Po drugiej stronie zabrał nas Marcin i ruszyliśmy na parking kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzie mieliśmy kręcić pauzę. Na miejscu zamierzaliśmy poszukać dobrego miejsca na rozbicie namiotu, jednak skończyło się na odwiedzinach w okolicznym barze, gdzie czekali już na nas pozostali dwaj kierowcy z Polski, z którymi Marcin jeździ w konwoju do Turcji. Kilka piw później wróciliśmy do tira, kierowca oznajmił że wcześnie ruszamy więc możemy spać na dolnej koi... A rano Kierunek Sofia.

Budapeszt po raz trzeci...

nilek2609

8 maj 2014

Pierwsza myśl po przebudzeniu - "zabić", wszystko przez dzwoniący od dłuższego czasu telefon, który obudził by umarlaka, za to Kasia nie była nim za bardzo przejęta i spała w najlepsze. Później okazało się że to jej rodzice chcieli się upewnić że wszystko z nią w porządku, uspokoiła ich i zaczęliśmy się zbierać, Jan w między czasie zrobił śniadanie, po którym odprowadziliśmy go do metra gdzie się rozdzieliliśmy.

DSC_0687Idąc w stronę wylotówki zrobiliśmy jeszcze "małe" zakupy, dzięki czemu mieliśmy dwa razy więcej do noszenia, co skutkowało brakiem chęci do dalekich poszukiwań odpowiedniego miejsca do łapania. Znaleźliśmy jedynie krzyżówkę z której wszystkie drogi prowadziły ku autostradzie, co było dla nas jedyną opcją, bo jak dobrze wiecie autostopowicz + autostrada, to nie jest dobre połączenie dla policji w Austrii. 

Spędziliśmy tam ponad trzy godziny, do czasu gdy szalony Węgier sparaliżował dla nas cały ruch na krzyżowce, co wyzwoliło falę klaksonów i wszechobecnego niezadowolenia. Miny kierowców widząc naszą dwójkę z ogromnymi plecakami, próbujących jakoś wpakować się do pełnego auta były bezcenne ale po takim czasie było nam wszystko jedno, byle ruszyć dalej. 

Kierowca wywiózł nas za miasto i kazał na siebie poczekać w okolicy kolejnego Mc około 1-2 godziny, po czym miał nas zabrać do Budapesztu, więc stwierdziliśmy że warto zaczekać. Niestety nam się to nie opłaciło, straciliśmy na tym prawie dwie godziny, a on się nie pojawił więc ruszyliśmy na drogę, dziesięć minut później trafiliśmy na auto do granicy. Kolejne 10 i mamy w końcu tira do Budapesztu, który po trzecim razie zaczął robić się nudny. Cale szczęście kierowca nie miał zamiaru wjeżdżać do miasta i wysadził nas na dużym parkingu dla tirów skąd powinniśmy mieć duże szanse jeszcze dzisiaj ruszyć dalej, więc najpierw zabraliśmy się za regeneracje sił witalnych kanapkami, na zmianę robiąc obchód po parkingu i łapiąc stopa.

Każdy z kierowców których pytaliśmy o podwózkę za każdym razem nas spławiał, jedyna propozycja jaką otrzymaliśmy, to podróż do Włoch co nie było za bardzo w naszym kierunku. Po kolejnej godzinie prób, poszliśmy do jedynego ciepłego miejsca w okolicy jakim był McDonald w którym najchętniej zostalibyśmy na noc. Na niektórych blogach trafiłem informacje, że nieoficjalnie można się tam przespać. Nasz niestety był tylko do 22, wtedy pracownicy pozamykali wszystkie wejścia, a my byliśmy nadal w środku, nikt nam nic nie powiedział, więc siedzieliśmy dalej. Dopiero o 23 menadżerka przypomniała sobie że dalej tam siedzimy i postanowiła nas w końcu wygonić po ichniejszemu, kompletnie nic nie rozumiejąc poprosiłem żeby powtórzyła po angielsku co chyba ją zaskoczyło bo przez dłuższą chwilę nie umiała z siebie wydusić ani jednego słowa. W końcu padło "MUST RAUS", nie był to co prawda angielski ale wiedzieliśmy że nasza biesiada się skończyła i musimy wyjść..

DSC_0693

Nie mając innej alternatywy rozłożyliśmy karimaty przy toaletach, między wejściem na stację a Mc i poszliśmy spać.

Pożegnanie z Moniką

nilek2609

7 maj 2014

Nie wyszła nam pobudka o szóstej ale lepsza 8 niż wcale, więc jak zazwyczaj staraliśmy się szybko ogarnąć żeby nie tracić czasu, chwilę później byliśmy już gotowi do drogi. Niestety dzisiaj nadszedł dzień naszego rozstania bo czekał na nią wielki amerykański sen, a na mnie już czekała Kasia w Austrii.

Przed 9 znaleźliśmy auto do Krakowa, którym miała odjechać Monika. Pożegnaliśmy się i ruszyłem łapać coś dla siebie w przeciwnym kierunku z czym było ciężej. Pierwsze auto złapałem dopiero po godzinie i wylądowałem w Rabce, korzystając z okazji że jestem jeszcze w Polsce zadzwoniłem do domu żeby uspokoić trochę rodzinę i łapałem dalej. Dwa auta później byłem już w Jabłonce i starałem się okiełznać Kasie która co jakiś czas pytała gdzie jestem i kiedy w końcu będę, a ja nadal byłem w Polsce.

Wydostać się z Jabłonki było dość ciężko ale dopiero gdy dotarłem do granicy słowackiej poczułem się jak w autostopowym piekle, z jednej strony żadne auto nie chciało mnie zabrać a z drugiej starszy jegomość przeganiał mnie cały czas z parkingu bo mu nie pasowała moja obecność . Spędziłem tak ponad dwie godziny pytając każde auto w okolicy czy nie mogli by mnie zabrać, aż w końcu się udało i zabrała mnie słowacka parka dzięki której wylądowałem 20 km dalej, skąd 10-15 minut później zabrał mnie Marcin, polski kierowca tira z którym rozmawiałem kilka godzin wcześniej przy winietach. Jechał pod sam Wiedeń na załadunek, więc po wysiadce miał bym tylko kilka kilometrów do celu.

Dopiero przed 20 dotarliśmy do rafinerii gdzie nasze drogi się rozeszły przy deszczowej pogodzie, która nie za bardzo sprzyjała łapaniu. Pierwsze co musiałem znaleźć to odpowiednią drogę w tym labiryncie serpentyn, co w końcu się udało i po 10 minutach zabrało mnie młode małżeństwo Austriaków.

Po chwili zaczęli nieśmiało rozmowę, byli bardzo ciekawi jak można w taki sposób podróżować i żyć w trasie, więc pytali o wszystko, ale najlepsza była ta część:

Aust.: długo już tak podróżujesz?

Ja: od kilku tygodni

A: nie boisz się że coś Ci się może stać, że ktoś cię napadnie

J: nie ma się czego bać

A: masz chociaż jakiś gaz do obrony

J: Tak

A: a nóż

J: tak

A: WYSIADAJ!!!

Skończyło się na żartach i zawieźli mnie w miejsce skąd miałem tylko 2 minuty do MC gdzie miałem się spotkać z Kasią. Pierwsze co zrobiłem po dotarciu na miejsce i powitaniu to zamówienie wszystkiego co się da ze "strefy dobrych cen" bo padałem z głodu, w międzyczasie staraliśmy się znaleźć jakiegoś hosta który mógł by nas dzisiaj przenocować, ale o tej porze graniczyło to z cudem. Więc z tego po czasie zrezygnowaliśmy i ruszyliśmy po pomoc do wujka Google w znalezieniu jak najtańszego noclegu.

DSC_0680

Pierwszy hostel do którego trafiliśmy był zamknięty, drugi chyba zlikwidowany a reszty nie udało nam się znaleźć. Nie wiedzieliśmy co zrobić, przecież w samym centrum nie rozbijemy namiotu, więc zaczepiliśmy młodego chłopaka prosząc o pomoc w poszukiwaniach. Z początku nie miał zielonego pojęcia ale podzwonił i znalazł kilka opcji, z których najtańsza była za 20 euro co nam nie za bardzo odpowiadało. Po chwili spytał nas czy nie przeszkadzało by nam gdybyśmy mieli spędzić noc u niego, na co oczywiście od razu się zgodziliśmy. Wpakował nas w tramwaj, potem metro, jeszcze po drodze małe zakupy w okienku i koło 1 byliśmy na miejscu. Przez kilka kolejnych godzin rozmawialiśmy głównie o gatunkach muzycznych, słuchając nagrań i jego małych koncertów na żywo które dawał na Keyboardzie.

DSC_0683 

Kierunek Polska...

nilek2609

6 maj 2014

Dzisiejszą pobudkę zawdzięczamy obsłudze węgierskiej autostrady która przez 15 minut gwizdała i wołała z góry próbując nas wykurzyć z namiotu co im się w końcu udało.

DSC_0620Kazali nam zbierać manatki i zwijać z naszego poletka, więc nie mieliśmy za dużo do gadania i przed 12 wróciliśmy na autostradę szukać pierwszego auta. Pół godziny później mieliśmy okazje na pierwszy transport, ale niestety go nie zauważyliśmy, więc uciekł trąbiąc na pożegnanie. Monika stwierdziła że w miasteczku kilka kilometrów dalej mamy większą szansę coś złapać, więc doszliśmy do pierwszego wiaduktu żeby zejść z autostrady i obraliśmy kierunek na Gyor.

DSC_0626 Jednak ta opcja nam nie wypaliła, kompletnie nic się nie chciało zatrzymać, do tego ruch był marny więc wróciliśmy kolejnym wiaduktem na autostradę próbować dalej. Byliśmy nieco zrezygnowani ale postanowiliśmy się nie poddawać i pół godziny później zabrała nas kobieta z którą dojechaliśmy do najbliższej stacji skąd mieliśmy większe szanse na dalszą podróż.

Pierwsze co jednak zrobiliśmy to okupacja restauracji, w brzuchach kiszki marsza grają, dookoła wszystko ładnie pachnie i kusi do kupienia a w naszych portfelach ani jednego forinta. Udało się jednak zapłacić europejską walutą więc z radością opróżnimy talerze do zera.

Po obiedzie szczęście do nas się uśmiechnęło i Monika znalazła polskiego kierowcę który obiecał że nas zabierze w okolice Krakowa, ale najpierw musimy zaliczyć 3,5 godzinny postój przy lotnisku gdzie miał rozładunek. Dalszą drogą i poszukiwaniami nie musieliśmy się martwić więc gdy on się rozładowywał, my buszowaliśmy po Tesco szukając smakołyków na kolacje.

Przed 19 byliśmy już w trasie, jeszcze tego samego dnia załapaliśmy się na pierogi ruskie już po polskiej stronie, a koło 3 nad ranem wylądowaliśmy w Myślenicach na ostatnim naszym postoju gdzie pożegnaliśmy się z kierowcą i poszliśmy rozłożyć namiot.

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci