Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Na skróty przez cały kraj

nilek2609

23 maj 2014

Od rana czekało na nas nieuniknione suszenie przemoczonego namiotu, dopiero wtedy mogliśmy ruszyć z miejsca, w międzyczasie mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie i przygotować plecaki do drogi. Słońce nieśmiało wyglądało zza chmur grzejąc coraz mocniej, więc zamiast w drogę skierowaliśmy się po raz kolejny w kierunku morza, tym razem nawet Kasia postanowiła popływać. Koło 14 powoli trzeba było się zbierać, jako pierwszy cel obraliśmy sklep, niestety każdy który mijaliśmy po drodze był zamknięty, zniszczony, albo po prostu pusty, wszystko czekało na rozpoczęcie sezonu turystycznego.

DSC_0237

Nie znajdując żadnego, zaczęliśmy łapać na Kutaisi, do którego trafił nam się bezpośredni transport z młodym Gruzinem. Jechaliśmy tak przez kilka godzin rozmawiając o różnicach w życiu tutaj i w europie, dobrze nam się trafiło bo kierowca robił na wyspach i znał dobrze angielski. Mogliśmy się czegoś konkretnego dowiedzieć od osoby która tu mieszka, zamiast tego telewizyjnego chłamu.

DSC_0250Jakiś czas później Michael i Nugot postanowił zrobić mały postój przed Kutaisi i zaprosili nas na obiad. Jeśli ktoś z was będzie w okolicy, polecam barbecue z sosem themali, do tego lodowate piwko i będziecie w raju. Podczas obiadu Michael zastanawiał się po co w ogóle jedziemy do  tego miasta, przecież nic tam niema, jeśli chcecie możecie jechać ze mną do stolicy. 

DSC_0269Przejechaliśmy z nimi prawie cały kraj, ale jeszcze na sam koniec chcieli nam zrobić małą niespodziankę i zboczyliśmy z trasy żeby zwiedzić jedno z pierwszych miast Gruzji, Mcchetę. Było już późno i prawie wszystko pozamykane, ale się udało i co nieco mogliśmy zobaczyć. Godzinę później byliśmy już w Tbilisi, gdzie pojawił się mały problem , nie pomyśleliśmy o noclegu...

Kierowca niestety nie miał nam jak pomóc,  więc postanowiliśmy obdzwonić "Domy Polskie" i inne instytucje, wszystkie niestety pełnia tylko funkcję biur i nie mają miejsca ani sposobności żeby nas przenocować. Skończyło się na tym że jeździliśmy po mieście szukając hostelu/hotelu, innego wyjścia nie było. Dopiero o 23 trafiliśmy na pierwszy tani hotelik, godzina późna, Michael musiał już jechać do siebie, więc nie mając wyboru postanowiliśmy już tam zostać, nie było już sensu szwendać się po mieście.

Kobuleti

nilek2609

22 maj 2014

Miny ludzi czekających na poranny autobus były bezcenne, gdy zobaczyli jak śpimy na tym przystanku, więc nie było sensu siedzieć tam dłużej. Przespaliśmy raptem dwie godziny, spakowaliśmy śpiwory i ruszyliśmy na poszukiwania stacji benzynowej  gdzie będziemy mogli się chociaż trochę odświeżyć, naładować baterie i coś zjeść. Pogoda zaczęła dopisywać, w sieci pisali że kolejne kilka dni ma być słoneczne i dość ciepło, nie tracąc czasu zdecydowaliśmy się opuścić to śmieszne miasto i u udać się do mniej znanego ale spokojnego, urokliwego Kobuleti.

DSC_0196Sprawdziliśmy mapy i ruszamy na wylotówkę szukać pierwszego auta, nagle złapały nas jakieś trzy młode dziewczyny, na oko może 16-17 lat, chciały nam pomóc szukać, ale chyba nie do końca zrozumiały o co nam chodziło i zatrzymały jedną z marszrutek. Jedna z nich powiedziała coś do kierowcy, a reszta wpakowała nas do środka, po czym zapłaciły za bilet i dały resztę, byliśmy tak nie wyspani że z pierwszej chwili nie wiedzieliśmy co się do końca dzieje, jednak gdy to do nas doszło, chcieliśmy wysiąść i oddać pieniądze, jednak jedyne co mogliśmy zrobić to tylko podziękować przez okienko i się pożegnać.

DSC_0233Marszrutką dojechaliśmy za miasto i znaleźliśmy miejsce idealne, wysepka, spory ruch więc łapiemy, niestety większość ludzi wywęszyła interes i chcą robić za taxi, jednak łatwo udawało się ich pozbyć. Szybko zmieniliśmy miejsca, kilkaset metrów od razu złapaliśmy normalnego busika i to bezpośrednio do Kobuleti, pod samiutką plażę. 

DSC_0209Słońce pięknie świeci, rozłożyliśmy się przy samej wodzie, szybka kontrola temperatury i na tą chwilę udało się pomoczyć tylko nogi, jest za zimna. Byliśmy prawie sami na ogromnej plaży, jedynie kilku wędkarzy i dzieciaków rozsianych po okolicy, więc spokojnie mogliśmy uciąć sobie kolejną drzemkę.

DSC_0219jakiś czas później coś nas jednak budzi, odwiedzili nas goście których tutaj bym się kompletnie nie spodziewał, a mianowicie starsze, chyba małżeństwo, które zaczęło nas zagadywać po rosyjsku, chwilę później stałem już z jakąś książeczką w ręce i mnie oświeciło, JEHOWI dorwali mnie nawet tutaj, kilka tysięcy kilometrów od domu. Lekko zdenerwowany starałem się szybko ich pogonić i wróciliśmy do drzemki.

DSC_02241
Spędziliśmy tam kilka kolejnych godzin, piliśmy piw z miejscowymi i staraliśmy się dobrze bawić, alkohol zaczął działać jak translator, łamany pod słyszany rosyjski, trochę angielskiego, polskiego i jakoś się dogadywaliśmy. Przyszła nawet odwaga na kąpiel w zimnej wodzie. Dzień mijał w najlepsze, do pewnego niemiłego incydentu po którym w pośpiechu opuściliśmy plażę. Szybko sprawdziliśmy mapy i znaleźliśmy idealne miejsce na namiot w jakimś lasku, przeszliśmy tak trzy kilometry i kompletnie nic, do tego pogoda zaczęła płatać figle. Nie było już sensu iść dalej, rozejrzeliśmy się tylko po okolicy za wolnym skrawkiem trawy i w deszczu rozłożyliśmy się pod jakimś domem.

Gruzja Georgia Gurdżystan

nilek2609

21 maj 2014

Po czterech dniach spędzonych w domu Onura, przyszedł czas żeby się pożegnać i ruszyć na Gruzińskie podboje. Jak zawsze nasz poranny plan spalił na panewce, strasznie się rozleniwiliśmy przez te kilka ostatnich dni, gdy już wszystko było na dobrej do tego drodze, zatrzymał nas Czezz i poprosił żebyśmy zostali chociaż do śniadania.

20140521_134039Nasi przyjaciele szykowali śniadanie, Kasia z Nathanem po raz ostatni postanowili zagrać w tryktraka, natomiast ja szukałem przydatnych informacji o Gruzji i przy okazji naszych rodaków stopujących gdzieś w okolicy. W pewnym momencie zgarnął mnie do siebie Czezz i poprosił o pomoc przy śniadaniu, wchodzę do kuchni a tam totalny meksyk, jeden robi ciasto, drugi lepi z tego coś ala nasze oponki/pączki, a dla mnie zostało smażenie, takiego czegoś jeszcze nie było :D

DSC_0149Niestety robiło się "późno" a czekał nas ładny kawałek drogi do przejechania, chcemy dzisiaj przekroczyć granicę i wylądować w Batumi . Podziękowaliśmy wszystkim za te kilka dni studenckiego życia i ruszyliśmy w trójkę. Gdzieś w połowie drogi rozdzieliliśmy się z Nathanem który ruszał w przeciwnym kierunku, na pożegnanie dostał jeszcze od nas pakiet autostopowy (kartki i markera) i zniknął nam z horyzontu, a my szukaliśmy czegoś do Rize.

DSC_0150Staneliśmy na wzniesieniu i zaczynamy łapać w towarzystwie miejscowej konkurencji, niestety im udało się szybciej, ale neima się co łamać, każdy w końcu coś złapie. Kasia po jakimś czasie chciała zmienić miejsce nas inne, ale przekonałem ją żeby jeszcze chwile zostać, chociaż do czasu aż nie minie nas 10 kolejnych aut i tu niespodzianka, właśnie to dziesiąte nas zabrało. Tak trafiliśmy na Hasana i jego kolegę, którzy nas odstawili do centrum Rize, tam zrobiliśmy małe zapasy na później i szukaliśmy kolejnego miejsca . Główna droga ciągła się przez całe miasto, ładne kilka kilometrów, do tego była oddzielona od pozostałych płotkiem, nie mając wyboru przeszliśmy za niego przez jakąś dziurę i szliśmy jak gdyby nigdy nic. 

DSC_0152Przeszliśmy może 300m i już widzimy jak na równoległej do nas drodze zatrzymuje się radiowóz, z którego biegli w naszym kierunku policjanci, sądziliśmy że szykują się kłopoty, a tu miła niespodzianka, skończyło się tylko na tym że mamy się cofnąć i wrócić na chodnik. Niestety, przed samą dziurą w płocie zatrzymał się kolejny radiowóz i tym razem skończyło się przejażdżką w radiowozie, mieliśmy tylko cicha nadzieje że wywiozą nas na koniec miasta, co też zrobili zasuwając jak wariaci przez całe centrum, po czym zawrócili i odwieźli nas na "PKS", na samym początku miasta... Kopary nam po prostu opadły, teraz to dopiero jesteśmy w czarnej dupie, na dodatek nic oprócz taksówek nie chce nas zabrać. Spędziliśmy tak prawie dwie godziny, do czasu gdy zatrzymało się ciemne auto, w środku trzech gości w garniturach i pojawia się propozycja, zabieramy was na mecz siatkówki (jeden z nich był trenerem drużyny) a potem podwieziemy was na autostradę skąd będzie wam łatwiej łapać. Robiło się ciemno, a przed nami jeszcze ponad 100 km do przejechania, więc postanowiliśmy zrezygnować i po naszych prośbach jeden z nich zawiózł nas jeszcze przed meczem.

DSC_0168Z autostrady zabrał nas za darmoszkę minibus do Pazar, jest grubo po 20 więc szanse na dalszą drogę maleją, do tego mamy sytuacje podobną jak kilkanaście dni temu, nigdzie niema dobrego miejsca na namiot. Ruch prawie umarł, nie mając żadnego pomysłu zrobiliśmy sobie przerwę gdzieś na uboczu żeby zjeść kolację, a po 22 wróciliśmy próbować dalej. Kilka minut później BINGO, zatrzymał się przed nami autokar za który pewnie trzeba będzie zapłacić, więc staliśmy po prostu jak głupki z myślą że da sobie spokój i odjedzie, ale jednak nie, zaczął jeszcze do nas cofać. Wyskakuje kierowca, pyta gdzie zmierzamy, po czym każe wsiadać do środka, na wzmiankę o pieniądzach machnął tylko ręką. I tak przejechaliśmy ponad 80 km, było dobrze ale i tak mieliśmy jeszcze kawałek do granicy. Licząc na dalsze szczęście łapaliśmy dalej i kolejny traf, znikąd zjawił się przed tunelem Giokan i przewiózł nas ten ostatni odcinek trasy.

DSC_0173Tam trafiliśmy na dziwną sytuacje, idziemy spokojnie do przejścia, po czym ktoś wyskoczył z kolejnego autokaru i każe wsiadać bo niby granice w nim trzeba pokonać, przejechaliśmy tak nie więcej niż 50 metrów, po czym wysiadka do tureckiej kontroli paszportowej. Kilka minut później odprawieni, tym razem pieszo, idziemy do Gruzińskiej odprawy, gdzie przeżyliśmy lekki szok, przed nami czekało jakieś 200 osób a było po 23... Sądziliśmy że o takiej godzinie ruch będzie niewielki, jednak poszło dość sprawnie i tak jak chcieliśmy, jeszcze tego samego dnia powitaliśmy Gruzję. 

DSC_0184Od samego początku niemałe zaskoczenie, weszliśmy do pierwszego lepszego sklepiku przy granicy, a tu papierosy po 3-4zł, piwo w podobnej cenie (litrowe), trzeba było skorzystać i uczcić nasz przyjazd. Usiedliśmy przy stoliku, babuszka do piwa przyniosła nam zmrożone kufle, po prostu raj.. Kilka minut siedzenia i dostajemy zaproszenie od Mamuki z sąsiedniego stolika  na małą imprezkę, niestety musieliśmy odmówić, zaczęło wychodzić z nas zmęczenie i trzeba było się zbierać. Na pożegnanie zamówił nam jeszcze po kawie i ruszyliśmy pieszo w kierunku Batumi. 

DSC_0192Przeszliśmy może kilkaset metrów i zgarnęło nas Taxi, kierowca nie chciał od nas żadnych pieniędzy, jeszcze zatrzymał się specjalnie w sklepie żeby kupić nam przynajmniej jakieś napoje, po czym odstawił nas do centrum miasta. Tam zaczęliśmy od razu szukać miejsca na namiot, jest pomysł, kierujemy się na plaże, tam nikt nie powinien się czepiać. Dookoła pełno hoteli, wymyślnych kiczowatych budowli i długi deptak, nawet znaleźliśmy miejsce na noc.

Namiot rozbiliśmy na piasku przy budce ratownika/ochrony, gdy mieliśmy zamiar do niego wchodzić zjawiła zjawiła się policja, gdzieś zadzwonili i kazali nam zbierać nasz cały majdan, bo tu nie możemy spać. Zmarnowani szukamy dalej, jest prawie 4 nad ranem, chcieliśmy tylko iść spać, nie było już ważne gdzie i w jaki sposób, po prostu się przespać. I tak padło na jeden z przystanków autobusowych, rozłożyliśmy się jak gdyby nigdy nic na ławeczce, przykryliśmy śpiworami i tak zasnęliśmy...

Sumela Monastiri

nilek2609

20 maj 2014

Odkąd jesteśmy w Turcji, prawie każdy dzień kończy się pobudką w południe, ale kto by się tym przejmował, przecież do pracy nie idziemy. Dzisiaj jest wielki dzień, nawracamy Nathana na nasz sposób podróży. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy się w małe plecaki i w trójkę ruszyliśmy w stronę wylotówki na "Macke". Pogoda chyba dalej nas nie lubi, dalej nic się nie zmieniało, na szczęście dla nas, po kilkunastu minutach złapaliśmy pierwsze auto.

DSC_0025Kolejne kilkanaście i lądujemy od dzisiejszego celu, którym jest Klasztor Sumela. Ale najpierw musimy rozwiązać problem natury finansowej, od kilku dni nie możemy trafić na żaden kantor, liry się wyczerpały, a jurkami nigdzie nie zapłacimy, ostatnią deską ratunku było znalezienie bankomatu.

DSC_0026Całe miasteczko obskoczone i w końcu jest jedna ściana płaczu, minuta "modlitwy", pin wklepany i okazuje się że trochę zaskórniaków tam zostało. Jeszcze tylko małe zakupy, żeby później nie bidować patrząc na ceny dla turystów i idziemy za miasto, kolejne kilka minut i kolejne kilka kilometrów przebyte. Z Trabzonu mieliśmy jedynie 50 km, a trzeba było je pokonać na trzy stopy, niestety w 80% tą trasą kursują jedynie taksówki i autokary wycieczkowe więc niema co się za bardzo dziwić, ale po kawałeczku dotarliśmy do celu.

DSC_0090za wejście zapłaciliśmy po 15 lir (=22zł) od łebka, trochę sporo dla nas, ale i tak warto, nie można się przyzwyczajać że wszystko jest za darmo, nawet dla nas :D.

Klasztor i wszystko w okolicy robiło wrażenie, tylko wszechobecna MGŁA potrafiła zdenerwować, każda próba zrobienia dobrego zdjęcia kończyła się niezbyt ciekawie, ale koniec marudzenia, jesteśmy tu gdzie chcieliśmy i to się liczy.

DSC_0038Wracając znaleźliśmy małą drogę na skróty, zamiast pokonywać serpentyny asfaltu, postanowiliśmy przejść się bardziej naturalną ścieżką na przełaj, czemu towarzyszyły liczne upadki niektórych z nas, ale przynajmniej było wesoło. Dotarliśmy z powrotem na parking, gdzie wcześniej wysadzili nas Kurdowie i zaczynamy szukać transportu, mijało nas coraz to więcej aut, każde pełne, nikt nie ma miejsca żeby nas zabrać, a jeśli taki się trafi to po prostu jedzie dalej. Przez chwilę zastanawialiśmy  się nawet nad jednym z busów stojących nieopodal, jednak po godzinie przestaliśmy tylko rozmyślać i poszliśmy zapytać o cenę. Szybka odpowiedź, 10 lir od głowy za transport do Trabzonu, jednak chwilę później kierowca patrząc na nas chyba wyczul interes i wyskoczył z trzy razy większą kwotą. Nie mieliśmy zamiaru dać się okradać, "grzecznie" podziękowaliśmy, a on dalej proponował "20 lir do Macki", za taki kawałek taniej bym zapłacił za taryfę w warszawie.

DSC_0140Nie daliśmy się przekonać i ruszyliśmy piechotą łapiąc po drodze każde auto. Pięć minut później Nathan złapał swojego pierwszego busa, może na nie tak wielką odległość jak byśmy chcieli (3km) ale zawsze coś. Kolejne kilka minut i zatrzymuje się "rajdowiec" z którym w 10-15 minut dojechaliśmy do samego Trabzonu, gdzie na pożegnanie dał nam jeszcze swoją wizytówkę i kazał dzwonić w razie jakichkolwiek problemów. 

Wróciliśmy na mieszkanie, niestety Onura nie było, ale na szczęście zastaliśmy kogoś w środku, kto otworzył nam drzwi. Po jego powrocie mała niespodzianka, przyjechali kolejni goście i na dobry początek imprezy zrobili dla wszystkich obiad. Przez kilka godzin rozkręcaliśmy się w domu, w końcu przenieśliśmy się do Campusu robiąc "cuda wianki".

Jeszcze na koniec porządny kebab i do domu na sjestę. 

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci