Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Ruszamy na podbój Emiratów

nilek2609

30 września - 1 października 2015

Kilka minut po 6 przyjechał Szczepan, zmieniliśmy kilka słów i postanowiliśmy jeszcze chwilę się przespać. Dopiero dwie godziny później zaczęło się gorączkowe pakowanie rzeczy, sprawdziliśmy co faktycznie będzie nam potrzebne, tym razem musieliśmy się ograniczyć do niewielkiego "szkolnego" plecaka.

DSCN1314Szybki prysznic, kolejny raz sprawdziliśmy czy wszystko jest i przed dziewiątą byliśmy już na dole, gdzie czekała już Karolina, która miała nas podrzucić na lotnisko do Katowic. Po drodze zrobiliśmy jeszcze na szybkie śniadanie w McDrive i galopem na lotnisko. 

DSC_00091Odprawę zaliczyliśmy wyjątkowo sprawnie i czekamy na pierwszy lot do Malmo. Do odlotu było jeszcze trochę czasu, więc odwiedziliśmy kilka sklepów na "bezcłówce", pokręciliśmy się po okolicy i w końcu chwilę po 11 siedzieliśmy już na pokładzie Airbusa 320.

DSC_00102Na miejscu byliśmy po zaledwie godzinie, do kolejnego lotu mamy jeszcze sześć godzin, więc nie było większego sensu siedzieć cały czas na lotnisku. Wyszliśmy na parking sprawdzić na mapie gdzie dokładnie jesteśmy i po chwili zdecydowaliśmy się na mały wypad do Malmo, żeby spędzić jakoś wolny czas.

DSC_00164Pięć minut później złapaliśmy parkę Polaków jadących do Oxie Kyrka, tam z jakiegoś marketu zrabowałem karton żeby lepiej się łapało i próbujemy szukać czegoś dalej. Nie sądziłem że stop tutaj może sprawiać tak wielki problem, ludzie nam po prostu nie ufali i nie byli chętni do zabierania kogokolwiek nawet taki mały kawałek, więc po jakimś czasie zaczęliśmy się bać że nie zdążymy na kolejny lot.

DSC_00173Byliśmy na tyle zdesperowani, że wróciliśmy pod market z którego brałem karton i zaczęliśmy szukać TAXI. Co było dość dziwne, nie potrafiliśmy żadnej namierzyć, mimo że pytaliśmy każdej napotkanej osoby, niby gdzieś nas kierowali, ale na miejscu nigdy żadnej nie było. W końcu trafiliśmy przypadkiem na kolejnego Polaka, który po zakupach zawiózł nas z powrotem na terminal...

DSC_0020

Godzinę później przeszliśmy kolejną odprawę celną, tym razem do czegoś musieli się przyczepić i zabrali kilka rzeczy mi i Szczepanowi. Później poszło już z górki, dwie godzinki lotu i lądujemy w Sofii.

DSC_0021Na dobry początek przesunęliśmy zegarki o godzinę do przodu i poszliśmy szukać jakiegoś taniego transportu z lotniska, oczywiście zaraz pojawili się taksówkarze z "najlepszymi" ofertami typu 30 lew (15 euro) za kurs na drugi koniec miasta. Dla nas dość drogo, więc zaczęliśmy negocjacje i w końcu stanęło na połowie ceny.

DSC_0022I tak znaleźliśmy się u Dymitara w domu, gdzie mieliśmy spędzić kolejne dwie noce. Host okazał się przesympatycznym człowiekiem, który na nowo postanowił otworzyć się na ludzi, szczególnie na nowe znajomości, więc zaczął mały eksperyment i zapraszał do siebie wszystkich którzy szukali przysłowiowej kanapy na CSie. Dla niego nie było wielkiej różnicy czy jesteś sam czy z 10 przyjaciół, z chęcią przygarniał wszystkich, więc jak się domyślacie, nie tylko my tam byliśmy.

DSC_00271Mimo jego otwartości czasem dość ciężko było z nim rozmawiać, szczególnie twarzą w twarz, a wszystko przez różnice w kodach pocztowych jego oczu, co chyba każdemu sprawiło by niemały problem.

DSC_00283Rano, gdy już wszyscy wstali, musieliśmy ustalić jakiś plan działania, bo klucz do mieszkania było tylko jeden, a każdy z nas zmierzał w innym kierunku. Na początku mieliśmy iść razem z parką Hindusów na Free Walking Tour, ale stwierdziliśmy że wolimy jednak sami zwiedzić miasto, zamiast krzątać się bez sensu za przewodnikiem, szczególnie że byliśmy w "najpiękniejszym" mieście...

DSC_00293Nie mieliśmy konkretnego planu zwiedzania, korzystaliśmy jedynie z jakiejś miejskiej mapki zabytków i tak odbijaliśmy się jak ping pongi od kolejnych miejsc "wartych" zobaczenia. Co jakiś czas robiliśmy krótkie przerwy w kawiarniach i tak powoli zleciał nam cały dzień.

DSC_00303Przed powrotem do mieszkania zrobiliśmy małe zakupy na wieczór, trzeba było jakoś podziękować Dymitarowi za gościnę w nieco Polskim stylu, a że na sklepowej półce stała butelka Sobieskiego, to nadarzyła się ku temu dość dobra okazja. 

DSC_00322Chwilę później byliśmy pod klatką, ale niestety nikt jeszcze nie wrócił i nie mogliśmy się dostać do mieszkania, więc poszliśmy zjeść jeszcze jakąś kolację i  wróciliśmy dwie godziny później, Wtedy już udało nam się wejść i reszta wieczora potoczyła się swoim torem :D

Kupari - kiedyś piękne uzdrowisko, dziś ruina...

nilek2609

9-10 września 2015

Po raz kolejny przebudziłem się jako pierwszy, żeby nie budzić dziewczyn, na dobry początek poszedłem przejść się nieco po okolicznej "mikro" plaży, ale to jednak nie było to, cały czas nawoływał mnie jeden z budynków, w którym wczoraj prawie utknęliśmy. 

DSC_0733Nie myślałem nad tym zbyt wiele, od razu skierowałem kroki do jednego z wejść hotelu Goricina i zniknąłem w środku. W dzień budynek wyglądał strasznie, a co dopiero wczoraj w nocy, gdy chodziliśmy korytarzami przy świetle niezbyt mocnej latarki...

DSC_06862Tym razem nie była jednak zbyt często potrzebna, bo światło wchodziło przez większość wybitych okien, jedynie w piwnicy trzeba było sobie jakoś radzić. Budynek robił ogromne wrażenie, na każdym z pięter masa pokoi pełnych zniszczonego sprzętu hotelowego, zardzewiałe windy, tynk odpadający ze ścian, łuszcząca się farba i co tylko można sobie wyobrazić.

DSC_0695Postawcie się w naszej sytuacji, lądujecie w środku nocy, gdzieś po środku tego wielkiego budynku, nie macie pojęcia gdzie jest wyjście i czego możecie się spodziewać za rogiem. Gdyby wtedy w środku był ktoś jeszcze oprócz nas i nagle pojawił się gdzieś obok, to chyba wszyscy narobiliśmy srogo w gacie.

DSC_0709Chyba zgodzicie się ze mną, że miejsce jest idealne do nakręcenia jakiegoś mocnego horroru, albo stworzenia pokoju ucieczek w ogromnej skali z masą różnych scenariuszy. Takie coś robiłoby ogromne wrażenie, szczególnie że jest tam jak w labiryncie.

DSC_0729Z dolnych pięter udało mi się dojść na poddasze do sterowni windami, a stamtąd przez jedno z okien wyszedłem na dach żeby z wysokości podziwiać ten piękny widok. Nogi niezbyt pewnie stąpały po zniszczonych dachówkach, ale nie wiele mnie to interesowało, po prostu parłem do przodu szukając nowych wrażeń.

DSC_0728W środku czas zleciał mi bardzo szybko, dopiero jak zobaczyłem na zegarku że jest po dziewiątej, doszło do mnie że spędziłem tam prawie trzy godziny. Nie przeszkadzało mi to jednak żeby po wyjściu przenieść się do nieco mniejszego budynku obok i sprawdzenia co ciekawego ten w sobie kryje.

DSC_0691Pół godziny później wróciłem do dziewczyn, zjedliśmy wspólnie śniadanie i koło jedenastej ruszyliśmy na stację benzynową obok głównej drogi. Wypiliśmy po kawie i chwilę później staliśmy na drodze polując na pierwsze auta.

DSC_07202Chorwaccy kierowcy jak zwykle nas nie zawiedli swoim podejściem, tak jak za każdym razem i teraz dało się odczuć że jesteśmy traktowani jak gorszy sort, a mówiąc dosadnie "jak gówno".

DSC_0685Tym razem staraliśmy się na to nie zwracać zbytnio uwagi i po prostu robić swoje. W końcu przyniosło to jakieś rezultaty, chwilę po 15 dziewczyny złapały terenówkę na Albańskich blachach. Z początku nie byliśmy zbyt przekonani żeby jechać z jakimkolwiek mieszkańcem tego kraju, ale jakoś trzeba było się do tego przekonać i zacisnąć wargi, szczególnie że na miejscowych nie za bardzo mogliśmy liczyć.

DSC_06962Nie spodziewaliśmy się że facet aż tak nam może pomóc w powrocie do domu, przejechaliśmy z nim całą Chorwację, kawałek Bośni, Słowenię i w końcu po północy wylądowaliśmy w Austrii, gdzie zaczął rozglądać się za jakimś noclegiem.

DSC_0690Ceny za każdym razem zwalały z nóg, nawet jego, więc mu powiedzieliśmy żeby nami się nie przejmował, my jakoś sobie damy radę, a on musi się wyspać żeby mógł jechać spokojnie dalej.

DSC_0727Takim oto sposobem zawitaliśmy w centrum Grazu, gdzie w końcu wynajął pokój, a my zabraliśmy rzeczy i zaczęliśmy się kręcić po okolicy szukając jakiegoś miejsca do spania dla siebie, ewentualnie przeczekania jakoś nocy.

DSC_0731Dworzec niestety odpadł na samym początku, bo na noc go zamykali, w metrze wielki brat miał oko na każdy najmniejszy zakamarek, z resztą i tak nie mieliśmy jak wejść przez bramki. Odpadła nawet ostatnia deska ratunku, czyli przyjazny każdemu podróżnikowi McDonald's.

DSC_0732W końcu jednak znaleźliśmy jakiś hostel, gdzie na wejściu każdy z nas dostał po kubku gorącej kawy i pozwolili nam przeczekać do rana w lobby. Gdy przyszło do płacenia, recepcjonista tylko się uśmiechnął i życzył nam spokojnej nocy. Oprócz tego dostaliśmy klucze od jednej z łazienek, gdzie mogliśmy się do porządku ogarnąć i zmienić ciuchy na coś cieplejszego bo niska temperatura coraz bardziej dawała o sobie znać, a co to dopiero będzie w Polsce.

DSC_0734Resztę czasu spędziliśmy szperając w czeluściach internetu, dopiero przed ósmą opuściliśmy hostel, żeby punktualnie zjawić się przy aucie, tak jak umawialiśmy się z kierowcą. Kilka minut czekania i lecimy w dalszą drogę, tym razem jedynie duchem bo ciała po pół godziny spały jak zabite.

DSC_0742Dojechaliśmy do Drezna, gdzie po przejechaniu wspólnie ponad półtora tysiąca kilometrów musieliśmy się pożegnać. Stąd podróż była już tylko czystą formalnością, w ciągu chwili znaleźliśmy się w kolejnym aucie, tym razem ze starszym Niemcem, który podrzucił nas na pierwszą stację benzynową po Polskiej stronie.

DSC_0755W końcu mogłem się dorwać do najlepszego jedzenia za którym zawsze tęsknie wyjeżdżając z kraju, tudzież wracając, mowa oczywiście o HOT DOGach :D. o 22 złapaliśmy kolejne auto, tym razem rodaka, który wziął nas do Bolesławca, stamtąd już tylko niewielki kawałek dzielił nas od Wrocławia. Temperatura nie zachęcała, ale na ostatniej prostej z pomocą przyszedł jeden z busów który przywiózł nas prawie pod samą autostopową przystań, a gdy tylko weszliśmy do Narni, czas stanął w miejscu..

DSC_0756Podsumowanie:

Przejechane - 5250 km

czas - 26 dni

koszt - ok 1500 zł

 

24 godziny później...

nilek2609

8 września 2015

Pełni szczęścia opuściliśmy w końcu teren Albanii i razem z parką Niemców postanowiliśmy jechać dalej do Stolacu nad Zatokę Kotorską. Tam z centrum odebraliśmy Janka, stopika z którym umówiliśmy się jakiś czas temu na małą integracje i wspólnie pojechaliśmy zrobić małe zakupy na wieczór.

DSC_0665Później już bezpośrednio pojechaliśmy na jedno z pól namiotowych które wybrał nasz kierowca, niestety okazało się wybiegiem dla kóz i to dosłownie, a jedyne czego własnie teraz było nam trzeba, to spanie w kozich bobkach. Niewiele myśląc przenieśliśmy się zaledwie kilka metrów dalej na betonowy pomost przy wodzie i tam rozłożyliśmy w czwórkę nasze obozowisko.

DSC_0662Po 72 godzinach bez snu, zamiast w końcu odpocząć i do porządku się wyspać, postanowiliśmy świętować wyjazd z Albanii, z tej okazji otworzyliśmy piękną, litrową butelkę rumu dzięki której powoli zaczęło schodzić z nas całe napięcie, w końcu dzięki procentom zasnęliśmy jak małe dzieci.

DSC_0667Słońce nie dało nam zbyt długo pospać, obudziliśmy się chwilę po ósmej, zjedliśmy śniadanie i wbiliśmy na kozie pole namiotowe żeby w końcu po kilku dniach wziąć porządny prysznic. Później spakowaliśmy plecaki, posprzątaliśmy po sobie na pomoście i poszliśmy do okolicznej kawiarni skorzystać z internetu przy gorącym latte.

DSC_0661Stamtąd poszliśmy napić się zimnego piwka nad brzegiem morza, gdzie chcieliśmy jeszcze trochę odpocząć, zastanawiając się nad naszą dalszą podróżą i znaleźć kolejny cel do zdobycia. Później kolejna knajpka, w końcu była pora obiadowa, więc trzeba było wrzucić coś na ruszt, ale nie tak jak zwykle, tylko dla odmiany na bogato, więc oprócz wielkich porcji kurczaka z frytkami zamówiliśmy dwie duże porcje kalmarów. Masę razy słyszałem jak ludzie zachwalali to małe stworzonko, a że jesteśmy w miejscu gdzie występuje, to na pewno będzie świeże i smaczne, świeże nie było a co do tego drugiego też nie byłbym taki pewien, każdy stwierdził z dość krzywą miną, że jest ohydne... No cóż, wszystkiego w życiu trzeba kiedyś spróbować.

DSC_0669Chwilę po 18 ruszyliśmy w stronę przeprawy promowej, przeszliśmy jakoś dwa i pół kilometra i dosłownie przed portem zorientowałem się, że w połowie drogi przy jednym z punktów widokowych który wcześniej mijaliśmy, zostawiłem jedną z naszych reklamówek.

DSC_06641Niewiele się zastanawiając kazałem reszcie czekać i poszedłem w tamtym kierunku, po przejściu jakichś stu metrów zobaczyłem rower stojący obok budynku, podleciałem do dziadka stojącego obok i jakby to było całkiem normalne powiedziałem że pożyczam rower i za pięć minut zwrócę. Nie czekałem nawet na jakąkolwiek odpowiedź, po prostu pojechałem w siną dal. 

DSC_06721Przejechałem półtora kilometra, zabrałem zgubę, która na szczęście jeszcze tam była i zadowolony pedałuje z powrotem. Podziękowałem jeszcze starszemu Panu wielkim uśmiechem i chwilę później byłem już na przystanku gdzie czekała na mnie reszta.

G0574169

Pożegnaliśmy się z Jankiem, który postanowił jechać w nieco innym kierunku niż my, a chwilę później siedzieliśmy już na promie. Po zaledwie trzydziestu minutach dobiliśmy na drugą stronę i zabraliśmy się w końcu za łapanie stopa.

DSC_06762Nie trwało to zbyt długo, może 30-40 minut, jak zgarnął nas starszy Francuz, który dość miło nas zaskoczył tym, że rozmawiał z nami po Polsku. Dzięki jego pomocy wylądowaliśmy w centrum Herceg Novi, skąd chwilę później wziął nas jakiś chłopak do dość znanego miejsca wśród poszukiwaczy przygód i ludzi kochających "urban exoloring" (zwiedzanie opuszczonych miejsc).

DSC_06661Tak więc zawitaliśmy w ogromnym opuszczonym kompleksie hotelowym Kupari (okolice Dubrownika), miejsce o tej porze robiło naprawdę wielkie wrażenie, sceneria jak z horroru. Rozejrzeliśmy się nieco po okolicy i postanowiliśmy wejść do jednego z budynków w poszukiwaniu dobrego miejsca na nocleg, przeszliśmy kilka pięter, korytarzy i stanęliśmy jak wryci, robiło się coraz bardziej creepy, a my nie potrafiliśmy zlokalizować wyjścia.

DSC_06771Coraz bardziej włos jeżył się na głowie, ale w końcu znaleźliśmy drogę na zewnątrz. Kilka minut później zagadali do nas Matias, Leo i Anton, których poznaliśmy wczoraj na campingu pod Kotorem i podobnie jak my zamierzali spędzić tutaj noc. Poczęstowali nas jedzeniem, wypiliśmy po piwku i dla lepszego klimatu rozpaliliśmy "małe" ognisko pośrodku placu, co po 10 minutach skończyło się niespodziewaną wizytą policji. Kilka minut rozmowy i było po problemie, kazali jedynie zgasić ognisko i odjechali. Posiedzieliśmy wspólnie do północy, później rozłożyliśmy karimaty i poszliśmy spać.

DSC_06801

Krótki epizod w Albanii

nilek2609

6 września 2015

Wstałem bladym świtem z wielką nadzieją, że wczorajszy sztorm wyrzucił jakieś ciekawe pamiątki na brzeg, więc nie wiele myśląc nieco zaspany poszedłem na poszukiwania. Przeszedłem zaledwie kilka metrów i morze postanowiło mi zafundować orzeźwiającą pobudkę. Mimo że byłem cały mokry, szukałem dalej.

DSC_0630Nic nadzwyczajnego nie udało mi się znaleźć, zaledwie kilkadziesiąt muszelek, więc po godzinie wróciłem z powrotem na pięterko dobudzić dziewczyny. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, pożegnaliśmy się z pięknym widokiem i po 8 byliśmy z powrotem na wylotówce.

DSC_0628Jakieś 45 minut zajęło nam złapanie pierwszego auta, z kierowcą wróciliśmy kilka kilometrów do drogi którą wczoraj minęliśmy, czyli niecałe pięć kilometrów... Później zaledwie 100 metrów pieszo i zaprosił nas na kawę do swojej przyczepki Tito. Ciekawa postać, facet większość czasu spędza w swojej przyczepie rozmawiając z ludźmi i częstując ich kawą. Tylko jak ten człowiek się tam utrzymuje, skoro nic tak na prawdę nie robi?

DSC_0631Kilkaset metrów dalej dorwaliśmy drzewo pełne dojrzałych granatów, nie mogliśmy przejść obojętnie i od razu zerwaliśmy kilka, trafiło się nawet Kaki. Chwilę później złapaliśmy Włocha, który chciał nas podwieźć, ale zrezygnowaliśmy z niego na rzecz terenowego mercedesa z Polskim małżeństwem w środku, które z miła chęcią zabrało nas do Albanii.

DSC_0629Edward i Agnieszka przywieźli nas do Fushe Kruje i ruszyli dalej swoją trasą do Tirany, my natomiast postanowiliśmy zrobić małą przerwę na jedzonko, a Marcela w tym czasie złapała stopa do Dures. Kierowca razem z kolegą podrzucili nas do samego centrum w okolice portu i dość długo się żegnali z niezbyt wyraźnymi minami, najwyraźniej chcieli wyciągnąć od nas jakieś pieniądze za podwózkę. Na nieszczęście dla nich, nie potrafili się dogadać, co dość mocno ich irytowało, a my nie pozostawaliśmy dłużni i udawaliśmy głupich, że niby nie wiemy o co tak na prawdę im chodzi, aż w końcu odpuścili.

DSC_0637Po wyjeździe z Czarnogóry trafiliśmy po raz kolejny do innego świata, widać całkowicie inne podejście ludzi do nas, każdy trąbi, macha, czasem nawet przesyła buziaki, co jest całkiem miłe. Ale też jest druga strona medalu, większość, podobnie jak tych dwoje wcześniej domaga się płatności za przejazd z czym za każdym razem musieliśmy walczyć, ale jakoś się udawało. Kolejną ciekawostką tego kraju są wszechobecne stacje benzynowe, przykładowo stoisz sobie pośrodku niczego na jakimś skrzyżowaniu, a na 100-200 okolicznych metrach jest pięć stacji i podstawowe pytanie jakie każdy by sobie zadał brzmi: JAKIM CUDEM ONI SIĘ UTRZYMUJĄ, przecież to niema prawa tak działać...

DSC_06412Przeszliśmy się trochę po mieście, wymieniliśmy pieniądze w jednym z biur turystycznych i poszliśmy na zajebistego kebaba, później kawa i internety. Z "restauracji" próbowaliśmy się jakoś dostać do mariny portowej, przeszliśmy ponad dwa kilometry wzdłuż płotu szukając jakiegoś cichego wejścia, ale nic z tego nie wyszło, więc postanowiliśmy wyjść na
wylotówkę i spróbować szczęścia w innym mieście.

DSC_0642Przez pierwszy kwadrans odganialiśmy się od nachalnych kierowców, którzy postanowili sobie na nas dorobić, w końcu jednak zatrzymali się Pol i Meti, dwaj pozytywnie zakręceni goście, którzy zabrali nas swoim kabrioletem 160 km dalej do Vlory, gdzie po raz kolejny próbowaliśmy coś ugrać.

DSC_06472Pożegnaliśmy się chwilę po 21 i odjechali w siną dal, ale nie na długo bo kilka minut później okazało się że Marcela zostawiła u chłopaków w aucie swój telefon. Jak najszybciej dzwonimy, raz, drugi, trzeci i nic, nikt nie odbiera, ale po pięciu minutach słyszymy charakterystyczny gwizd Pola, podjeżdża z piskiem opon, oddaje telefon i z wielkim uśmiechem po raz kolejny się żegna.

DSC_0657

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci