Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Ostatnie chwile w Puerto :(

nilek2609

Większość dnia spędziliśmy na słodkim nic nie robieniu, dopiero po południu Damian wyszedł z małą propozycją żeby wyskoczyć na plażę Corzanillo, więc spakowaliśmy się w parę minut i w drogę. Tym razem nie mogłem odpuścić i wziąłem GoPro, czego efekt na dniach zobaczycie na Facebooku. Później mała impreza w kebabie i dalej na dzikie densy w cyrku, gdzie jeden z naszych znajomych organizował sporą imprezę w nocy. Zapowiadało się dość ciekawie, dopóki nie dojechaliśmy na miejsce i się okazało że grają dziwną wersję techniawki, a że nie byliśmy wykręceni, więc muzyka nie podeszła nam do gustu. Plus z tego był chociaż jeden, teraz mogę powiedzieć przynajmniej że "imprezowałem" w cyrku. 

IMG_20180406_124724

Kolejnego dnia bawiliśmy się na grillu Kamila, który był de facto na pożegnanie rodziców i sióstr Damiana. Niestety nie było nam dane spędzić tam zbyt wiele czasu. Po kilku miesiącach odezwał się jeden z zębów i nawet ketonal nie był zbyt pomocny w tej chwili, więc wróciliśmy po prostu do domu z Moniką. Rano cała rodzinka spakowała się do busa i pojechali do Oaxaci, a naszej trójce został pod opieką dom i kebab. Całe szczęście że ząb postanowił chwilowo odpuścić. 

G02401291

Następne cztery dni były dość ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza dla mnie, szczególnie że jeszcze nigdy nie byłem odpowiedzialny za żadną restauracje. Trochę latania za zakupami, ogarniania lokalu, a w szczególności czy wszystko gra w kasie. Nie powiem że nie było to nieco stresujące bo bym skłamał, ale koniec końców wszystko wyszło jak należy. 

G0250133

Z resztą nie tylko to mnie cieszyło, któregoś dnia zgadaliśmy się z Kamilem na poranny surfing. Nie sądziłem że będę musiał tak wcześnie wstać, ale nie żałuję ani trochę. Był to trzeci kwietnia, pobudka chwilę po piątej, dwadzieścia minut później siedziałem już u Kamila na ganku popijając gorącą kawę, a chwilę później w drogę. W kilka minut doszliśmy na sam koniec La Punta, szybki instruktaż i do wody. Z początku wszystko mi się myliło, kilka razy mało brakowało i bym zarobił w pysk deską innego surfera któremu jakimś cudem wpierniczyłem się w falę. Ale widok słońca na fali, pelikanów pikujących do wody zaledwie pół metra dalej i oczywiście adrenalina, która dawała niezłego kopa.

GOPR0002

Kilka prób uważam jak na pierwszy raz za dość udane, ale najlepsza była ta w której nieco pomógł mi Kamil, wpychając mnie na fale. Udało mi się przepłynąć na fali cholernie długi odcinek, który był jednocześnie moim ostatnim. Nagle w obu nogach złapał mnie skurcz, lekka panika, ale szybko się ogarnąłem i wróciłem do brzegu. Dopiero później dowiedziałem się że to normalne, szczególnie gdy ma się nierozruszane odpowiednie partie mięśni. Tego dnia jednak już do wody nie wchodziłem. Później kilka godzin snu i powrót do ogarniania bieżących spraw w restauracji.

G04501582

Kolejnego dnia w nocy, chwilę po tym jak zamknęliśmy kebaba, wrócił Damian z Debi, więc nie mogło się obejść bez małej imprezki powitalnej. Na stół wjechała butelka rumu, jeszcze szybki kurs po coca-colę, kilka kolejek i świat spowolnił... Po kilku dniach spokoju, ząb postanowił po raz kolejny o sobie przypomnieć, tylko tym razem ze zdwojoną siłą. Na tą cholerną ósemkę nie pomagał już nawet tramadol. Nie było innego wyjścia jak wizyta u dentysty. Rano szybki kurs do miasta, cyknąłem kilka fotek na rentgenie i Pani ogłasza wyrok, "musisz go wyrwać/wyciąć operacyjnie"...

IMG_20180329_225846

Nie były to zbyt dobre wieści, ale do Polski z tym raczej nie dolecę, więc po ogarnięciu wszystkiego siedziałem u Debi na fotelu. Po czterech zastrzykach ze znieczuleniem i kilku cięciach próbowała go jakoś wyciągnąć. Dopiero po dwóch godzinach walk i moich grymasów jakoś się udało go wyrwać. Co prawda gdy zeszło znieczulenie, dalej dziób mnie bolał,ale nie tak jak wcześniej, a z każdym kolejnym dniem było lepiej. Jedynym minusem było zalecenie o jedzeniu jedynie płynnych posiłków (zupy, jogurty) przez kolejne dwa tygodnie... Męka...

IMG_20180330_182831_HDR

W ciągu ostatnich pięciu dni nic specjalnego się nie działo, no może poza urodzinami Moniki. Trochę zabawy, później kilka drinków i na sam koniec miał wjechać tort, który chwilę później miał według meksykańskiego zwyczaju wylądować na twarzy solenizatki, ale jakoś o nim zapomnieliśmy. Przez resztę czasu kręciliśmy się po centrum Puerto, gdzie szukaliśmy ostatnich pamiątek, sosów i inych specyfików których w Polsce nie idzie dostać. A tak to standardowo La Punta i kursy międy domem a kebabem, gdzie mieliśmy dostęp do neta. Trzeba było na powrót ściągnąć sporo filmów i książek żeby było co robić w samolocie i na lotniskach. Mimo że zostało do wylotu jeszcze 11 dni i najchętniej nie ruszalibyśmy się z miejsca, to trzeba było powoli kierować się w strone Cancun. Lepiej tak niż gdybyśmy mieli nie zdążyć na lot. 

 

 

 

Od teraz wszystko kręci się w oku Puerto Escondido

nilek2609

Od czasu jak pojawiliśmy się u Damiana i Debi, wszystko fajnie zaczęło się układać. Na dobry początek chcieliśmy porządnie odpocząć po podróży, więc pierwsze dwa dni po prostu leniuchowaliśmy. Później zaczęliśmy pomagać w domu i El Polaco kebab, ponad trzy miesiące podróży potrafi stać się męczące, więc chcieliśmy posiedzieć gdzieś dłużej. 

IMG_20180317_140212

W domu w ciągu dwóch dni postawiliśmy z Damianem pokój dla wolontariuszy, nic specjalnego, jedynie trochę drewna, śrub i sklejki, ale chodziło jedynie o stworzenie takiej małej prywatnej oazy. Kilka mniejszych napraw, trochę roboty na komputerze i jakoś dni leniwie nam mijały. Czasem siedzieliśmy w knajpie pomagając obsługiwać klientów, a czasem w kuchni siekając warzywa. Prawdziwa robota zaczęła się dopiero gdy razem z Debi zdecydowali że weźmiemy udział w Reggae Festiwalu. Masa przygotowań, nieprzespane noce, ale wszystko wyszło całkiem fajnie. Każdy dostał swoją część zadań i przez dwa dni staraliśmy się żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Dla każdego była to nowość, ale wszyscy razem jakoś daliśmy radę. 

IMG_20180317_231700

Po tym całym zamieszaniu każdy chciał jedynie odpocząć, lecz nie każdemu było to dane. Razem z Moniką przez kolejne kilka dni szwendaliśmy się po okolicy, smażyliśmy się na plaży i oczywiście pływaliśmy ile wlezie. W każdym razie ja, Monika zazwyczaj czytała książkę za książką, więc sam musiałem walczyć z falami, które co jakiś czas postanawiały mnie porządnie przemielić i sponiewieranego wywalić na brzeg. Gdy zaczynaliśmy się nudzić, wracaliśmy do "El Polaco" pomóc co nieco ale po festiwalu Damian stwierdził że mamy odpocząć do porządku i nie chce nas tam widzieć xD 

IMG_20180327_183250_HDR

Powoli również zbliżał się termin najważniejszej imprezy w życiu Debi i Damiana, mowa oczywiście o ich weselu, więc każdego czekało sporo pracy. Mimo wszystko musiał też znaleźć się czas na odpoczynek i ostatnie imprezy przed tą ważną chwilą. Cały czas coś się działo, ostatnie przymiarki, ogarnięcie plaży i knajpki obok której miało wszystko się wydarzyć. 

20180324_181200

Stopniowo zaczynaliśmy się też bawić, dziewczyny zdążyły zaliczyć trzy wieczory panieńskie, a my jakoś nie mogliśmy się zebrać. Dopiero trzy dni przed weselem jakoś tak wyszło że w kilka osób siedliśmy na spokojnie przy flaszce i toczyliśmy wielką dyskusję. Wszystko jednak rozkręciło się w ostatni dzień wolności Damiana. Zebraliśmy się w kilka osób w domu, później dojechali jeszcze znajomi i po kilku butelkach ruszyliśmy w miasto, a co było dalej to wiemy tylko my i wujek Google.

G0050152

Poranek był ciężki chyba dla każdego, nie wyspani, brak siły i chęci do czegokolwiek, a wesele zaledwie za kilka godzin. Kilka rzeczy jeszcze trzeba było ogarnąć i chociaż trochę się przespać. Ale wszystko się udało i po 17 zaczęła się zabawa, a niecałą godzinę później młoda para podpisała cyrograf na resztę życia. Po tej całej papirologii wszyscy zaczęli składać życzenia i zaczęliśmy się bawić. Pierwsze tańce, przekąski, boskie rybne taco i tak do wczesnych godzin rannych.

GOPR0407

Kolejne dni spędziliśmy dość aktywnie zwiedzając okolicę i biesiadując na plaży. Na dobry początek klify w okolicach lotniska, skąd rozciąga się piękny widok na całe Puerto i okolicę, a zachód słońca jest po prostu bajeczny. Można tam również zobaczyć krokodyle, niestety tym razem nie były zbyt chętne żeby pokazywać się ludziom, albo było już zbyt późno. Kiedyś i tak tu wrócimy więc może uda się kolejnym razem.   

IMG_20180328_064103

Jakiś czas później była nocna wycieczka za miasto na Lagunę Manialtepec. Jest to jedno z trzech miejsc na ziemi, gdzie można zobaczyć fluorescencyjny plankton. Myśleliśmy już wcześniej żeby tam wyskoczyć, ale jakoś nie było chęci i baliśmy się że możemy nic nie zobaczyć, jednak pojechaliśmy i faktycznie było warto. Na miejscu dostliśmy kapoki i motorówką ruszyliśmy na poszukiwania przez jezioro. Kapitan c jakiś czas robił dziwne manewry łodzią, zatrzymywł się i świecił latarą po krzakach, aż w końcu znalazł to co chciał. Kilka minut rozmów i razem z Damianem i Łukaszem wskoczyliśmy do nieco stęchłej wody. Księżyc świecił zbyt mocno, więc z początku niewiele było widać. Gdy jednak podpływaliśmy bliżej brzegu, gdzie było kompletnie ciemno, z każdym naszym ruchem rąk woda zaczynała świecić, jakby ktoś włączył światło. Bajeczne uczucie i fajna ciekawostka.IMG_20180328_075351_BURST4

Ostatnim miejscem, akurat na pozytywne zakończenie, był wypad łodzią na otwarty ocean żeby zobaczyć delfiny. Ciężko było wstać tak bladym świtem, ale jakoś po piątej wygramoliliśmy się z łóżka i godzinę późniejj siedzieliśmy radośnie w pick upie jadąc do przystani. Chwila przygotowań, po czym wpakowali nas do łodzi i wypłynęliśmy na otwarte wody. Pierwszą godzinę kręciliśmy się po okolicy wypatrując śladu wielkich rybek (no dobra ssaków), aż w końcu się udało. W pewnym momencie z nikąd pojawiła się całą rodzinka delfinów, które bawiły się przed naszą łodzią wyskakując co rusz z wody.

GOPR0420

Jednak nie delfiny były największą atrakcją tego dnia, był nią samotnie pływający Humbak (wieloryb), który kilka razy postanowił się pokazać na powierzchni. Oprócz niego trafiło się jeszcze kilka żółwi morskich i tak po trzech godzinach zakończyliśmy przygodę kilka kilometrów od brzegu. Rano nikt nie zdążył zjeść śniadania, więc po "wyokrętowaniu" przenieśliśmy się całą ferajną do knajpki na plaży i zamówiliśmy nieco frykasów. Na początek na stół wjechały wielkie Langustynki, pyszne skorupiaki, ale za dużo z nimi zabawy żeby dobrać się do mięska. Jako danie główne wjechało kilka rybek, których nazwy nikt nie znał, ważne jednak że były dobre. Później kilka godzin snu i mały wypad na plażę z siostrą Damiana, po jakimś czasie dołączył jeszcze Kamil i tak de facto zakończyliśmy dzień.

IMG_20180328_102345_HDR

Odwiedziny u Luisa w Tuxli

nilek2609

Po wyjeździe z farmy kreciliśmy się jeszcze przez chwilę po San Cristobal i podobnie jak kilka miesięcy temu próbowaliśmy się wydostać z miasta do Tuxli. Już zapomniałem jak ciężko się stopuje w tym kierunku, więc po godzinie byliśmy zmuszeni wziąć colectivo żeby dojechać na miejsce o w miarę ludzkiej godzinie. Busik podrzucił nas do centrum skąd musieliśmy jakoś dostać się na drugą stronę miasta do jego domu. Nieco odzwyczailiśmy się od słońca, więc te kilka kilometrów pod obciążeniem robiło swoje, ale jakoś się udało i przed 18 byliśmy na miejscu. Zaledwie po kilku minutach odzyskaliśmy całą radość, to miejsce i Ci ludzie mają w sobie tyle pozytywnej energii co nie jedna elektrownia atomowa. Nie wiem kto bardziej się stęsknił, czy my czy oni, ale było po prostu jak w domu. Nawet ciasto wspólnie zrobiliśmy. 

DSC_04522

Kolejnego dnia jak to bywało wcześniej, trzeba było coś upichcić dobrego, więc poszliśmy z Moniką na targ po świeże warzywa i po powrocie zabraliśmy się za robienie szałotu (sałatki warzywnej). Luis nie miał chwilowo dla nas czasu, więc do późnego popołudnia kreciliśmy się między kuchnią a pokojem. Wszystko przez to że czekał go ważny dzień, dzisiaj odbiera nagrodę za całokształt swojej pracy na rzecz miasta i ochrony przyrody, więc musiał się nieco przygotować. Koło 17 ubraliśmy się w najlepsze ciuchy jakie można było znaleźć w plecakach i razem z Aną pojechaliśmy na galę. Masa ludzi, cała rodzina Luisa z wszystkimi ciotkami, babciami ect. I nasza dwójka, która jakby nie pasowała do tego całego obrazka. Ale co tam, musieliśmy tu być żeby go dopingować. Później w domu czekała nas mała impreza na cześć laureata i co było miłą niespodzianką, również z okazji naszych zaręczyn. Pojawiła się nawet sąsiadka z naprzeciwka, która miała urodziny, więc mieliśmy potrójne święto z masą gości w domu. 

IMG_20180227_201624

W czwartek rano mieliśmy za to okazję rozdziewiczyć autostopowo naszego rodzynka, co prawda na niezbyt dalekiej trasie, ale zawsze coś. Luis już nieco wcześniej pisał nam o wypadzie na wodospady Chorreradero, więc właśnie tam pojechaliśmy. Pierwszy stop i już czuł się jak ryba w wodzie, podobnie jak w jednym z jeziorek pod wodospadem, gdzie dwie godziny później pływaliśmy w lodowatej wodzie. Z początku mieliśmy oboje opory, każdy zanurzył się jedynie po kolana i licytowaliśmy się kto pierwszy wskoczyć całkowicie. Trochę to trwało ale było warto. 

IMG_20180228_143320

Siedzieliśmy tam dobre pięć godzin, co i tak uważam za zbyt mało, bo okolica jest naprawdę piękna. Nie licząc wodospadu, kilku małych spadów z basenami i widoków, jest jeszcze ogromna Jaskinia (3,5 km) której kawałek mogliśmy zobaczyć. Niestety bez przewodnika nie można było wchodzić dalej niż sto metrów, co i tak nam odpowiadało. Jeszcze krótka drzemka i powoli trzeba było wracać. Szczęście jednak nam dopisywało, na głównej drodze po kilku minutach złapaliśmy stopa pod sam dom. Okazało się że gościu który nas zabrał, jest sąsiadem Luisa z ulicy obok, więc traf w dziesiątkę. Wieczorem dołączyło do nas jeszcze kilkoro znajomych, Alonzo (mąż Any) przygotował przekąski, Michelade (piwo z chilli) i siedzieliśmy do późnej nocy popijając piwo przy tańcu w rytmach latino. 

IMG_20180228_185105

Rano jednak trzeba było się zbierać gdzieś dalej, w sobotę Luis miał mieć kilkoro gości z couchsurfingu, więc nie chcieliśmy robić kłopotu i sztucznego tłoku. Jakoś tak wyszło że się do tego wszystkiego czymś podtduliśmy, więc tym bardziej trzeba było się zbierać. Wszystko jak zwykle tak się zakręciło że po południu wylądowaliśmy po raz tysięczny tej podróży w San Cristobal. To miasto ma w sobie jakąś moc, która za każdym razem nas do siebie przyciąga i nie potrafimy się jej oprzeć. Więc podobnie jak przed workawayem zadokowaliśmy się na La Garcie w cabani, na kolejne cztery noce, żeby jakoś dojść do siebie i znaleźć pomysł na kolejne dni. 

GOPR0117

Jakoś jednak udało się ogarnąć pomysł, postawiliśmy na kolejne sprawdzone miejsce jakim jest Puerto Escondido. Colectivo dojechaliśmy do centrum, kupiliśmy śniadanie w naszej ulubionej francuskiej piekarni i piechotą na wylotowkę.. Tym razem stop do Tuxli poszedł dość szybko, ale dalej już było ciężko. Miasto jest zbyt duże żeby je przejść pieszo, a bez kogoś miejscowego nie idzie ogarnąć transportu lokalnego (każdy bus ma numer - kierunek w którym jedzie). Więc odpuściliśmy na chwilę, zjedliśmy obiad u Chińczyka w Sorianie i poszliśmy kawałek dalej na obwodnicę. Wiedzieliśmy że będzie ciężko, ale zbyt wielkiego wyboru nie mieliśmy. W końcu po kilku godzinach się udało i z miasta wywieźli nas handlarze ananasem. I tak wylądowaliśmy po 18 na pemexie po środku niczego, na dalszą drogę było już za późno. Obejrzeliśmy jakiś film, w tym czasie stacja nieco opustoszała i mogliśmy się spytać ochrony o nocleg, na który oczywiście się zgodzili. Za butelkę coca coli, mieliśmy obstawę przez całą noc :). 

GOPR0090

Rano powoli ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem szło dużo lepiej, pierwszym stopem dojechaliśmy do miasta Arriaga. Co ciekawe miasto jest dość duże, dziesiątki hoteli na każdym kroku, a wszystko do okoła wygląda jak jeden wielki slums bez perspektyw na poprawę (o tym nieco dalej). Po kilku kolejnych pick upach wylądowaliśmy dosłownie po środku niczego, droga marzenie (szybkiego ruchu), tylko brakowało aut. Przez ponad godzinę przyjechało zaledwie pięć, kierowcy jednak nie byli chętni do zabierania, a my nie mieliśmy już wody.  W końcu jednak podwiozła nas taksówka kawałek dalej, skąd kolejnym autem trafiliśmy na główną drogę przy wybrzeżu. 

GOPR0126

Kawałek przejechaliśmy w przeciwnym kierunku, a chwilę później jechaliśmy już w stronę Huatulco ze starszym małżeństwem. Na miejscu zapowiadało się że zostaniemy tu na noc, szczęście jednak chciało żebyśmy dojechali do celu jeszcze dzisiaj i ostatnie 123 km przejechaliśmy na strzał. Kierowca wsadził nas na La Puncie, więc od razu skierowaliśmy się do kebaba u Damiana. Nareszcie zjedliśmy porządną kolacje, wypiliśmy po piwie, a że było już dość późno to zaprosili nas razem z Debi do siebie na noc.

IMG_20180301_141940_HDR

Zatoka Meksykanska, powrót do San Cristobal de las Casas i "gówniany" workaway.

nilek2609

 Miejsce było na tyle przypałowe, że wstaliśmy chwilę po piątej, cofnęliśmy się nieco na CirkleK żeby napić się kawy i po 7 zaczęliśmy łapać stopa. Tabasco jednak nie jest rajem autostopowym, więc dwie godziny później wzięliśmy autobus do Villahermosa. Niestety przespaliśmy nasz zjazd i wysiedliśmy dopiero dwa kilometry dalej, a że nie chciało nam się drałować, to poszliśmy inną drogą próbując tam swoich sił. No i wyszło tak, że utknęliśmy... Dopiero po jakichś dwóch godzinach udało się zatrzymać jakiegoś pick upa, którego kierowca obiecał podrzucić nas kolejne dwa kilometry dalej na główny wyjazd. Lecz chyba nie do końca zrozumiał o co nam chodzi i zrobiliśmy wspólnie dobre 15 km w całkowicie przeciwnym kierunku, a z jadącego pick upa nie będziemy przecież skakać. No ale cóż poradzić, wylądowaliśmy tam i trzeba było sobie jakoś radzić, przeszliśmy na drugą stronę drogi, a tam z pomocą przyszli technicy z CCTV, którzy zabrali nas z powrotem w to samo miejsce z którego startowaliśmy rano (objechaliśmy całe miasto dookoła). W końcu po raz kolejny wzięliśmy colectivo, tym razem na skrzyżowanie z miastem Frontera, skąd mieliśmy już zaledwie dwadzieścia parę kilometrów do campingu który znalazłem u wujka Google. 

IMG_20180219_0905101

I tak o piętnastej byliśmy u celu, okolica okazała się totalnie inna niż się spodziewaliśmy, zero czegokolwiek, nie było sklepów, najmniejszego comedora, czy zwykłej budki z jedzeniem. Zaledwie pięć minut później siedzieliśmy na jedynym pick upie i staraliśmy się znaleźć coś innego, bardziej normalnego. Wszystko jednak potoczyło się inaczej, jakiś czas później złapaliśmy innego kierowcę, który powiedział że najlepsze co możemy zrobić, to pójść do hotelu w Paraiso (tam nas zawiózł) i kolejnego dnia uciekać jak najdalej z Tabasco. Z tego co nam mówił, to wszystko w okolicy zmieniło się dwa lata temu, gdy pomniejsze karierę narkotykowe postanowiły się tu "przeprowadzić" i wtedy zrobiło się niebezpiecznie, więc turyści omijają ten stan szerokim łukiem (o czym nie wiedzieliśmy).. Erik zostawił nas w centrum miasta, gdzie zrobiliśmy rundkę po niezbyt tanich hotelach, więc postanowiliśmy zawinąć ogon pierwszym lepszym autobusem jak najdalej się dało. Niestety na dworcu ADO mieliśmy do wyboru jedynie trzy opcje, które niezbyt nas urządzały, ale gdzieś trzeba było się ruszyć. I tak po kilku godzinach wylądowaliśmy spowrotem w Villahermosa, tam musieliśmy już wziąć jakiś normalny nocleg, żeby do porządku się ogarnąć po tych paru dniach. 

IMG_20180209_162214_HDR

Mieliśmy jeszcze kilka dni do startu pracy na farmie, ale stwierdziliśmy że najlepszą opcją będzie powrót do San Cristobal de las Casas już teraz. Ruszyliśmy w dalszą drogę z samego rana i na kilka aut dojechaliśmy do jakiejś dziury w górach, zaledwie 60 km od celu. Dawno nie byliśmy w takim miejscu, z którego musieliśmy po prostu uciekać i to dość szybko. Idąc w stronę wylotówki, zaczęło nas gonić kilku niezbyt przyjaźnie wyglądających typów, całe szczęście ktoś nas zgarnął i nie zdążyli dobiec. W kolejnej dziurze trafiliśmy na równie przypałowe osoby, ale o tym nawet nie pisze, bo i tak byście nie uwierzyli. Jednak później poszło już z górki, złapaliśmy ostatnie auto tego dnia, którym tragicznymi górskimi drogami dojechaliśmy do San Cristobal. Półgodzinny spacer do centrum, tam zjedliśmy kolację i taksówką pojechaliśmy na drugi koniec miasta do Cabanii, gdzie wynajęliśmy pokój na kolejne trzy dni. 

DSC_03961

W końcu mogliśmy do porządku wypocząć i ogarnąć jakoś rzeczy, szczególnie namiot, któremu nieco się zatęchło. Zanieśliśmy nawet pranie do pralni, żeby wyglądało porządnie po tych kilku tygodniach prania w zlewie. I tak naprawdę nie robiliśmy później nic szczególnego, większość czasu spędziliśmy w mieście i krążyliśmy po targach szukając rzeczy na farmę. Później masowe pobieranie filmów, na miejscu trzeba było coś robić, a że nie ma tam internetu, ani zasięgu, to jakoś trzeba było się zabezpieczyć. Dopiero w czwartek wszystko się zaczęło, po śniadaniu dostaliśmy maila z informacją że mamy być na miejscu po południu, więc po południu spakowaliśmy wszystkie rzeczy i pojechaliśmy do centrum. Po 15 jeszcze szybka wizyta w bankomacie i pojechaliśmy busem do Nuevo Zinacantan. Stamtąd mieliśmy iść już piechotą, albo stopem, ale po kilometrze odpuściliśmy, drogą przez góry była za ciężka. Jakieś pół godziny pojechaliśmy dalej jedyną przejeżdżającą taksówką za całe 30 peso :). Ranczo wyglądało całkiem fajnie, od razu przywitały nas wszystkie zwierzęta, a chwilę później Stefani (żona właścicielia). Pokazała nam miejsca do spania, wyjaśniła większość zasad panujących na ranczo i zajęła się swoją robotą a my w tym czasie zapoznawaliśmy się z Adamem (Kanadyjczyk), który podobnie jak my przyjechał na wolontariat. 

DSC_04091

Pierwszy dzień pracy zapowiadał się dość fajnie, wstaliśmy chwilę po siódmej, zjedliśmy śniadanie z Adamem, a godzinę później kalosze na nogi i startujemy. Nie sądziłem że az tyle tego będzie, przez kolejne pięć godzin nie robiliśmy nic innego jak czyszczenie końskich boksów i ogarnianie porządku na całym terenie rancza. Koniec końców po tych kilku godzinach wywieźliśmy z Moniką aż 25 pełnych taczek gnoju.. Później zjedliśmy obiad (wegetariański..) wspólnie z całą rodziną gospodarzy i poszliśmy nieco odpocząć w naszym Bunk House. Wieczorem winko i kolacja z parką Hiszpańsko-Niemiecką, a później spać. 

IMG_20180217_074842

Drugi dzień pracy nie był już tak kolorowy, zakwasy na całym ciele, średnie chęci do pracy od zasiedzenia, ale trzeba było się ruszyć. Na początku zaczęliśmy podobnie jak wczoraj od śniadania i sprzątania obejścia, tym razem zajęło to zaledwie pół godziny, ale później czekała nas gorsza robota. Myśleliśmy że będziemy się zajmować głównie zwierzętami i będę mógł się czegoś nauczyć, coś zbudować, tak jak pisali nam na workawayu, a tu się okazuje że nic z tych rzeczy. Po porannych porządkach, Sam zagonił nas do kopania melioracji na pastwisku... Więc po kilku godzinach byliśmy totalnie wypompowani z energii, nawet trawa na obiedzie nic nie pomogła, jeszcze bardziej człowiek siły nie miał, nie wiem jak ludzie mogą tak żyć przez lata bez jakiegokolwiek mięsa. Popołudnie miało być bardziej obiecujące, Adam miał jeździć konno, ale nawet on się nie załapał, bo przyjechało sporo klientów, więc siedzieliśmy u siebie i po prostu odpoczywaliśmy. Dopiero po południu razem z Moniką poszliśmy się przejść na spacer po okolicy, który zmienił się w pogoń za przerośniętym chihuahuą o imieniu Tortoro. Później kolacja w polskim wydaniu, kilka filmów dla relaksu i spać. 

IMG_20180217_142838

Kolejne dni zapowiadały się dość podobnie, za każdym razem każdy zaczynał się od sprzatnięcia obejścia i innych prac (np. sprzątania suchych toalet po gosciach), których nikt nie zamierzał robić. Przyjechaliśmy w to miejsce z myślą o jeździe konnej (w moim przypadku nauce), budowaniu i pomocy przy zwierzętach, ale póki co wszystko sprowadzało się do gówna.. Robiliśmy najgorszą robotę, za którą dostawaliśmy garść trawy na obiad (o śniadaniu zapomnieli całkowicie) i zero dobrego słowa, co powoli nas doprowadzało do szału. Niby nie powinno, bo sami tu przyjechaliśmy z chęcią pracy, ale nie licząc Adama, jako jedyni coś robiliśmy na farmie. Sam z żoną mieli w większości robotę głęboko w poważaniu, nie mówiąc już o ich córkach, które całe dnie spędzały w domu, jedynie od czasu do czasu kontrolując czyjąś pracę. Nasz zapał malał z każdym dniem, podobnie jak chęć pozostania w tym miejscu na dłużej. Więc w czasie wolnym, jeździliśmy do San Cristobal szukać innych miejsc, gdzie po prostu mogło by być lepiej. 

IMG_20180217_142906

Dopiero po tygodniu Sam chyba w końcu zauważył że nadajemy się do czegoś więcej i dostaliśmy swój własny projekt do zrobienia. Jego celem było doprowadzenie ich zapuszczonego ogrodu warzywnego do porządnego stanu. Co tak naprawdę wymagało postawienia go od podstaw i po sadzenia nowych warzyw, a że lubię to robić, więc mieliśmy z tego trochę radosci. Tym razem nie zamierzaliśmy się z niczym śpieszyć, żeby wyszło idealnie, tak jak byśmy to robili dla siebie. I tak nie cały tydzień później wszystko było gotowe, nawet system samo nawadniający. Byliśmy z siebie zadowoleni, czego jednak nie można powiedzieć o właścicielach, którzy postanowili zobaczyć efekty naszej pracy dopiero po kilku dniach, wtedy też usłyszeliśmy że wygląda "ładnie". Wtedy też postanowiliśmy na dobre pożegnać się z tym miejscem, o czym ich poinformowaliśmy. Żeby było zabawniej, w końcu zauważyli że tu jesteśmy i należą się nam jakieś podziękowania, gdybyście widzieli jak zaczęli koło nas skakać. 

IMG_20180217_142848

Nagle wszystko diametralnie się zmieniło (szkoda że tak pozni), zaczęli być mili, pytać o różne rzeczy, można rzec że nawet radzili się w niektórych sprawach. Jednego wieczoru wysłali nawet jednego z ich przyjaciół z Japonii (uczył ich córkę i jeździł tu konno) żeby z nami posiedział przy winie i wypytał o co się tylko da. Dostał do tego zadania nawet pół butelki wina, niestety widać było o co chodzi od pierwszej chwili i nie udało mu się ugrać kilku kolejnych dni naszego pobytu. Gdyby tylko zaczęli tak od początku, z uśmiechem, zaufaniem i kilkoma małymi słowami, to może i skończyło by się to przyjaźnią, a wyszło jak wyszło. Z jednej strony cieszyliśmy się, że po 12 dniach opuszczamy to miejsce, jednocześnie byliśmy smutni bo musimy opuścić tą bandę najfajniejszych zwierzaków, które latały po całym terenie. 

IMG_20180226_123037

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci