Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Agua Azul i droga do San Cristobal de las Casas

nilek2609

Coś się podziało na campingu i rano byliśmy odcięci od bieżącej wody w naszej części, więc wychodziło na to że wykąpiemy się dopiero nad wodospadami Agua Azul. Na szczęście z pomocą przyszedł Marcin i zaproponował że możemy się umyć u nich w cabanii. Zjedliśmy wspólnie śniadanie u mamuśki, co było nie lada przeżyciem, każdy z nas zamówił danie "A", ona zaproponowała "B", a na koniec przyniosła "C". Nic kompletnie się nie zgadzało, tak jak by miała gdzieś to co kto co zamawiał i każdemu z osobna losowała dania wedle jej uznania. Miało to jednak swój urok.

IMG_20171205_110028

Po śniadaniu czekała nas najgorsza rzecz, musieliśmy się spakować, a żadne z nas nie miało na to ani chęci, ani siły, zostać też już nie chcieliśmy, trzeba było zmienić miejsce na nowe. Wspólnymi siłami jakoś to poszło i po dziesiątej szliśmy już piechotą do miasta, odchodząc seniora mamuśka wysłała nam kilka gorących buziaków i mówiła żebyśmy zostali jeszcze kilka dni. Mimo że była kobietą kompletą całkowicie wystrzeloną w kosmos i nie mogliśmy ogarnąć jej umysłem, to bardzo ją polubiliśmy.

IMG_20171205_0608211

Po tych paru dniach odpoczynku, plecaki już tak mocno nie ciążyły i dość szybko doszliśmy do Palenque. Jak zwykle kierunek chedraui, trochę odganiania od sprzedawców wycieczek, sklepikarzy ulicznych i lądujemy ma wylotówce. Słońce ostro dawało popalić, ale nie to było najgorsze, Monika pozbyła się klątwy montezumy, która za to odezwała się u mnie, a trzeba było jechać.

IMG_20171205_105346

Na krzyżówce pod ADO spędziliśmy dobrą godzinę i musieliśmy zmienić miejsce, nie było sensu dalej tam stać, skoro nikt nie chciał nas zgarnąć, jedynie podjeżdżały kolejne colectivo. Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów na kolejny rozjazd i łapaliśmy dalej. W końcu podeszła jakaś kobieta i coś zaczęła do nas gadać, mówiła na tyle chaotycznie i szybko, że nie mogliśmy jej zrozumieć. Tu coś o aucie, tu o autobusie, że mamy na nią poczekać bo na ruiny idzie po kogoś, więc daliśmy jej trochę czasu. Czekaliśmy prawie godzinę, a czas uciekał, była już szesnasta, a my nie ruszyliśmy się o krok z miasta. 

IMG_20171205_110326_HDR

W końcu zrozumieliśmy o co jej chodziło, proponowała nam wspólny przejazd autobusem, a nie podwózkę i dzięki temu straciliśmy godzinę łapania. O siedemnastej nie pozostało nam nic innego jak zostać w mieście i szukać miejsca na nocleg. Nie było co ryzykować dostania się w nocy na teren opanowany przez Zapatystów. Szczególnie że nie wiadomo czego się można po nich spodziewać, jedyne co wiemy to to że bardzo często blokują górskie drogi na trasie do San Cristobal i żądają pieniędzy za przejazd.

IMG_20171205_110436_HDR

Nie zostało nam nic innego jak wrócić się ładować na dworzec ADO i czekać aż ulice nieco opustoszeją żeby gdzieś w okolicy się rozbić. Siedzieliśmy tak do wpół do jedenastej, dworzec podobnie jak okolica opustoszała, jeździły jedynie pojedyncze taksówki, więc mogliśmy się ruszyć. Wróciliśmy na krzyżówkę i tropem zdjęć satelitarnych szukaliśmy dobrego miejsca, niestety wszystko co by nam odpowiadało, było albo podmokłe, albo za wysokim płotem. Nie pozostawało nic innego jak ruszyć w kierunku ruin i tam szukać szczęścia. Zaledwie sto metrów dalej zrobiliśmy przerwę przy napisie Palenque i zaczęliśmy krążyć po okolicy bez plecaków. W końcu postanowiłem że na totalnym przypale rozłożymy się na ścieżce rowerowej za murkiem, był na tyle wysoki i długi że nikt nas nie widział z drogi. Ludzie o tej porze raczej  nie będą spacerowa, więc to była najlepsza z dostępnych opcji. W Gruzji dałem rade spać na przystanku, na Słowenii też spaliśmy podobnie, to czemu by nie w Meksyku?

IMG_20171205_110514_HDR

Siedem godzin zdrowego snu wpadło, obudziliśmy się dopiero o szóstej jak zaczęli chodzić pierwsi ludzie, dawno tak szybko się nie zebraliśmy. Ekspresowa toaleta i wróciliśmy się na kilka minut do ADO sprawdzić czy ktoś odpisał na Couchsurfigu w sprawie noclegu w San Cristobal. Później już na wylotówkę, pierwsza godzina po raz kolejny nie przyniosła rezultatów, ale za to gdy przenieśliśmy się za posterunek policji federalnej, zabrały nas dwie Szwajcarki na kolejny rozjazd bezpośrednio w kierunku Agua Azul, niby 12 km ale w tym momęcie to było wiele. Teraz za to wiemy czemu nikt nas nie chciał wcześniej zabrać, nie robili tego wcale specjalnie, po prostu nikt w tym kierunku nie jechał. Na setkę przejeżdżających aut, może pięć tam skręcało, Nie było co się męczyć, więc zabraliśmy się pierwszym lepszym colectivo, już nie za 200 peso, ale jedyne 40 od głowy.

IMG_20171205_110653_HDR

O w pół do jedenastej colectivo wysadziło nas na zjeździe, sześć kilometrów przed wodospadami i z tąd miał czekać na nas spacer, ale zaczęłynas atakować taksówki. Z początku wszyscy chcieli po 25 peso, ale po cichaczu z jednym wytargowałem 15. Kolejne peso wyciągneli za wjazd na teren parku, tym razem po 40 i w końcu dojechaliśmy. Patrząc na to co tu się dzieje, baliśmy się zostawiać plecaków w recepcji, każdy lustrował co ze sobą mamy, co chwilę ktoś próbował nam coś wcisnąć. Jednej z kobiet odmówiliśmy zakupu czegokolwiek, ale gdy zobaczyła jak wyciągam bułkę żeby zrobić śniadanie, to po prostu ją sobie wzięła i odeszła. Chwilę później kolejna, na początku myśleliśmy że oferuje mi najstarsze usługi świata (widzielibyście ten wzrok), a ona próbowała wysępić na maślane oczka mamei (owoc). Cokolwiek bym nie wyjął z plecaka, po wszystko wyciągali ręce... Dobrze że nie dojechaliśmy tu wczoraj, bo chyba wyjechalibyśmy bez ubrań.

IMG_20171205_114837_HDR

Po kilku minutach jednak ta cała złość nieco zmalała, wodospady były przepiękne, szkoda tylko że woda nie była tak błękitna jak na zdjęciach które widzieliśmy, za dużo ostatnio musiało padać i nie zachęcała do pływania. Ale mimo to i tak warto było przyjechać żeby to wszystko zobaczyć. Jedynym minusem są setki straganów i nagabywacze patrzący na każdego jak na wypchany portwel, co dość mocno zniechęca do dalszego spaceru. Jednemu nawet daliśmy się naciągąć na owoce kakaowca, gorąco polecam, smak nie do opisania, po prostu bezbłędny. Przeszliśmy się jeszcze kawałek i wróciliśmy do wejścia szukać transportu do San Cristobal, nawet płatnego, byle tylko wyjechać. Ps: będąc tutaj uważajcie na portwele i sprzęt.

IMG_20171205_130615_HDR

Z dołu wszystkie colectivo i autobusy zdążyły wyjechać, ale po chwili podjechał do nas ten sam taksówkarz z którym tu przyjechaliśmy. Bez żadnego targowania od razu powiedział że za 30 peso zabiera nas do góry, więc nawet nie marudziłem. Pięć minut później siedzieliśmy już w colectivo do Ocosingo (40 peso od głowy). Przed piętnastą byliśmy już na miejscu, zero turystów, sami miejscowi i małe "malownicze" miasteczko pośród gór. Tu było już na tyle bezpiecznie, że postanowiliśmy szukać okazji za miastem, szkoda było wydawać na kolejnego busika.

IMG_20171205_145040

Nie cała godzina łapania i zabrał nas malutki pick up do samego San Cristobal de las casas. Po przejechaniu około 20 kilometrów, kierowca kazał mi schować telefon i zabronił robić zdjęć. Powiedział że teraz będziemy jechać dość niebezpieczną trasą i nie chce żeby po drodze były jakieś problemy. Okazało się że od Ocosingo do Oxchuc cały teren jest opanowany przez zapatystów, nic dziwnego że po drodze nie widzieliśmy ani jednego radiowozu, nawet policjanta. Pierwszy radiowóz pojawił się dopiero kilkaset metrów za bramą wyjazdową z Oxchuc, gdzie zapatyści zablokowali w kilkudziesięciu przejazd i zbierali obowiązkową daninę na swoją działalność...

IMG_20171205_145258

Lekką nutkę grozy wprowadzał jedynie kierowca, który na prawie całej trasie nikomu nie pozwolił się wyprzedzić i starał zachowywać znaczną odległość między innymi autami. Te które jakimś cudem go minęły, przy pierwszej okazji wyprzedzał. Później został tylko problem pogody, z każdym kilometrem byliśmy coraz wyżej w górach i temeratura spadała dość drastycznie, nie było już tak przyjemnie jak na wybrzeżu, czy w palenque. A my na wesoło w krótkich spodenkach i koszulce jechaliśmy dalej. Odpuściliśmy dopiero na dwóch tysiącach metrów, gdzie naprawdę zrobiłosię zimno. Z plecaków wyciągneliśmy polary, mimo to przy dziesięciu stopniach i wietrze we włosach, na niewiele się zdały. Ale w końcu po trzech godzinach jazdy (100km) dotarliśmy do centrum prawie europejskiego miasta. Ale o nim nieco później. 

IMG_20171205_152537

 

El Panchan - Magiczne miejsce pośrodku dżungli.

nilek2609

Na miejscu czekał na nas inny świat, w środku dżungli Meksykanie postawili dwie większe restauracje z dostępem do internetu (polecamy Chellis - mają happy hour), pięć małych campingów, małą budkę z domowym jedzeniem prowadzoną przez "Mamę" i kilka biur turystycznych. My wybraliśmy ten w sąsiedztwie Mamy i Chellis, jakoś najbardziej nam podpasował, do tego cena zwalała z nóg, zaledwie 30 peso (6zł), a w Tulum prawie trzy razy tyle. Tak to można żyć.

zdjcie1

Ciekawe jest tutaj to że namiotów nie rozstawia się na ziemi, tylko na specjalnie przygotowanych do tego zadaszonych podłogach trzy metry nad ziemią. Wszystko po to żeby ustrzec się przed grasującymi zwierzakami i spadającymi z wysokich drzew owocami, które nie raz nas tu wyrwały ze snu waląc w dach. Naprawdę fajnie to wszystko tu wygląda, lekko spartańskie warunki (w każdym razie dla większości ludzi), ale ma to swój urok, no i w końcu jesteśmy w dżungli. Ci co chcą luksusów zawsze mogą wybrać Cabanie za 300 peso, albo inną za 200 peso na widok której wybierzecie namiot.

zdjcie2

Po prysznicu ogarnęliśmy wszystko dookoła namiotu, łącznie z rozstawieniem hamaka. W międzyczasie odwiedziła nas seniora Mama, czyli gospodyni z budki obok. Na dobry początek zakomunikowała że tutaj ona jest naszą mamą i będzie nam gotować, później wyrecytowała dostępne menu z cenami i wróciła do siebie. Dzisiaj po tej ciężkiej nocy w trasie nie byliśmy zbyt dobrymi kompanami do rozmowy. Jak wcześniej wszystko szło gładko, tak teraz ledwo ogarnialiśmy co się do nas mówi, ale raczej nikt się tym zbytnio nie przejmował.

zdjcie3

Na dobry koniec dnia przeszliśmy się na spacer po okolicy i przypadkiem trafiliśmy na dwa stada drących się wyjców w koronach drzew. W końcu mogliśmy je zobaczyć w naturalnym środowisku, a nie jak to zwykle bywa w klatkach w zoo. W buszu dość mocno zaczęły ciąć komary, więc stwierdziliśmy że lepszą opcją jest happy hour w Chellis (tutaj trwa od 16 do 22), drinki po 6zł, dostęp do internetu i do tego miła obsługa. Tak to można żyć, a niektórzy dalej nie wierzą że da się tanio i fajnie podróżować bez większej spiny, często wystarczy tylko wyjść z domu, porzucić swoją strefę komfortu i tak jak ja leżeć w środku dżungli na hamaku (pisząc tą wstawkę).

zdjcie4

Wstaliśmy wcześnie rano żeby nie tracić dnia, seniora mama zagotowała nam wrzątku na kawę, zjedliśmy po tortii na śniadanie i piechotką do miasta na małe zakupy. W chedraui trafiliśmy na dość niecodzienny widok, w każdym razie dla nas Polaków. Z początku nie widziałem dokładnie o co chodzi, zobaczyłem tylko faceta z shotgunem po środku sklepu. Okazało się że uzupełniali bankomat i dwóch gości z obstawy było  uzbrojonych po zęby, mierząc cały czas w okolicę. Wychodząc zachaczyliśmy jeszcze o przydrożny sklepik z pamiątkami i colectivo za 20 peso pojechaliśmy do ruin, już nie chciało nam się dreptać tych kilku kilometrów z powrotem, skoro za 4zł można szybciej i wygodniej.

zdjcie5

Na bramie do parku wpadł do busa jeszcze jakiś facet z obsługi, skasował nas jeszcze po 32 peso za wjazd i już bezpośrednio jechaliśmy do ruin. Gdy tylko wyszliśmy, od razu obskoczyli nas przewodnicy pytając czy znamy hiszpański i skąd jesteśmy. Tego co zdarzyło się chwilę później nigdy byśmy się tu nie spodziewali, kazali nam poczekać i chwilę później przyprowadzili starszego Pana, który mówił po Polsku... Normalnie szczęka opadła nam do ziemi, co najlepsze Viktor Damas nauczył się naszego języka z książek i to bez niczyjej pomocy. Więc jeśli ktoś z was będzie w okolicy, zapytajcie o niego, wycieczka kosztuje dość sporo (około 1300 peso), więc my odpuściliśmy, ale jeśli będziecie w większej grupie to naprawdę warto.

zdjcie6

Bilety wstępu nie kosztują milionów monet, od osoby zaledwie 70 peso (14zł), więc bez tragedii. Przestraszyła nas jedynie informacja nad kasą o możliwości kręcenia i robienia zdjęć. Były dwa parkiety, pierwszy za 45 peso (9zł), a drugi prawie 5000 peso (925zł), więc bez zastanowienia pytam o tańszą opcję, a Pani zaczyna coś marudzić że no foto, no foto. Nie było sensu się kłócić, jedynie z samymi biletami poszliśmy do kolejnej bramki i weszliśmy do parku. Co kawałek widziałem jak ludzie robią zdjęcia, wątpię żeby każdy z nich płacił te chore pieniądze, a z drugiej strony szkoda by było wyjść stąd bez żadnego. Dla bezpieczeństwa zrobiłem w telefonie osobny ukryty folder, tak żeby zdjęć nie było widać w galerii i tak jak reszta włączyłem duszę fotografa. 

zdjcie7

Ruiny w Palenque zostały odkryte w osiemnastym wieku, mieściło się tutaj miasto Majów rządzone przez króla Pakala Wielkiego, a następnie jego syna Kana Balama. Cały ten kompleks robi ogromne wrażenie, składa się z wielu mniejszych lub większych budynków o różnym przeznaczeniu. Można tu znaleźć zarówno pozostałości świątyń, jak i domy Majów, a nawet boisko do gry w pelotę (rytualnej gry w piłkę). Najbardziej interesującą budowlą jest Świątynia inskrypcji, pod którą został pochowany król Pakal, wraz z sześcioma osobami zabitymi prawdopodobnie podczas ceremoni pogrzebowej. 

zdjcie8

Wieczorem dojechała do nas dwójka Polaków, więc zaczęliśmy sie integrować jak to na pożądanych Polaków przystało, a że było happy hour, to szło nam znacznie łatwiej i przyjemniej. Miło spędziliśmy kilka godzin, wymieniliśmy się informacjami o okolicy i koło północy poszliśmy spać. 

zdjcie_9

Rano dogadaliśmy się z Agnieszką i Marcinem że jak wrócą z ruin to wspólnie wyskoczymy na jedną z wycieczek na wodospady agua Azul. My w tym czasie poszliśmy w kierunku miasta, nawet nie spodziewaliśmy się że uda nam się złapać tym razem tak szybko stopa przy masie colectivo. Ale w po paru minutach zatrzymał się pick up z uczniami szkoły palladynów, każdy wysportowany, ubrany w prawilny dres z Matką Boską na klacie i kilkoma różańcami na szyji. Widok naprawdę niecodzienny ale warty zobaczenia. Porzucili nas okrężną droga na drugi koniec miasta, więc przy okazji mieliśmy darmowe zwiedzanie okolicy. Standardowo wpadliśmy na chwilę pod ADO i na śniadanie do chedraui. Później szybko w colectivo i z powrotem na camping. 

zdjcie10

O 12 miał być wyjazd na wodospady więc kupiliśmy bilety po 200 peso i w czwórkę czekaliśmy na busa. Pani nie była taka łaskawa żeby nas poinformować że niema wiecej miejsca, wzięła tylko pieniądze i zadowolona robiła swoje. Zrobiliśmy awanturę przed biurem i udało mi się odzyskać pieniądze, babka chciała nam wcisnąć jeszcze co innego, ale skapitulowaliśmy i wkurwieni poszliśmy do baru na piwo. Później zrobiliśmy najdziwniejszą rzecz jaką tylko można, leżąc pośrodku dżungli w hamaku oglądaliśmy koreański film o dwójce kucharzy... 

zdjcie11

Gdy Marcin z Agnieszką wrócili z Agua Azul, zabukowaliśmy się w chellis na burgerach. Później kolejna dziwna integracja, tym razem dołączyły do nas dwa miejscowe koty lubiące Tequile z limonką, kto by się spodziewał że ten wieczór tak się potoczy.

zdjcie12

Skończył się kurort, a zaczął prawdziwy Meksyk.

nilek2609

Na dobry początek dnia zjedliśmy śniadanie w hotelowej kawiarni, później pakowanie i musieliśmy się zbierać przed check-outem. Niestety przez dużą wilgotność pranie nawet w połowie nam nie wyschło w pokoju, więc zebraliśmy wszystko do reklamówki i zrobiliśmy sobie suszarnię w miejskim parku obok siłowni. Później w drodze na wylotówkę zatrzymaliśmy się jeszcze na tortę za 10 peso, ostatnie zakupy w Chedraui i po 13 łapaliśmy już stopa na Palenque.
IMG_20171201_122834

Jakieś pół godziny później trafiła nam się podwózka na 20 kilometrów przed rozjazd do którego ostatnio nie mieliśmy szczęścia dojechać. Kilka kilometrów przed rozwidleniem zatrzymała nas policja na punkcie kontrolnym, o czymś rozmawiali z kobietą która nas zabrała pokazując przy tym na gringo (czyli na nas). Sprawdzili jeszcze paszporty i pozwolili jechać, bo nasze zdolności lingwistyczene w rozmowie z policją spadły do zera.

IMG_20171130_101321

Kilka minut później na stacji benzynowej ładowaliśmy już udar słoneczny, po czym zatrzymał się tir i kierowca zawołał  nas do siebie, więc kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w Ameryce możemy skreślić. Przejechaliśmy zaledwie parę kilometrów, kierowca zjechał na parking napić się kawy ze znajomymi i zapalić czegoś białego z żarówki. Trochę się obawialiśmy jechać w tak długą drogę z naćpanym gościem, ale widocznie tak miało być, ważne że jedziemy do celu.

IMG_20171130_154119

Tak rewelacyjnie dawno nam się nie jechało, cały czas muzyka w radiu i kierowca całkiem w porządku. Po drodze na ile mogliśmy z naszym hiszpańskim, na tyle rozmawialiśmy, czasem pomagał translator i jakoś to szło. Dowiedzieliśmy się że na trasie między Chetumal, a Escarsegą (droga mex 186) jest masa napadów z bronią na ciężarówki i auta osobowe, dlatego zamontował na lusterkach taśmy ze śrubami żeby nikt nie mógł się zbliżyć do szyby. Podobnie jak w europie, w ciężarówkach mogą jeździć tylko dwie osoby, więc na niektórych punktach kontrolnych kazał Monice robić za stertę ubrań.
IMG_20171130_155140

Kolejne kilometry za nami, po 17 zaczęło robić się coraz ciemniej i drastycznie zmniejszyła się liczba aut na drodze, więc kierowca mógł czasem pocisnąć nawet 120 km/h. Jakieś dwie godziny później zatrzymaliśmy się na jednym z małych parkingów na kawę, kierowcy zaczęły oczy lecieć, więc musiał podładować nieco akumulatory. Przy kawie zdążyliśmy poznać chyba całą rodzinkę która tu pracuje, co ciekawe wszyscy tu dorzucają do niej jakiś medykament. Z tego co się dowiedziałem, to specyfik pomaga nie zasnąć podczas jazdy i wzmaga koncentrację. Na początku wyglądało to trochę dziwnie, więc prosto z mostu zapytałem, szczególnie że nam to proponowali.
IMG_20171130_180916

Później dostaliśmy po kanapce i przez dobrą godzinę rozmawialiśmy o Meksyku i Polsce, co o dziwo szło nam całkiem nieźle. Bardzo się zdziwił gdy mu powiedzieliśmy jak się żyje w Polsce i ile zarabiamy, bo myślał że wszędzie w europie "pieniądze rosną na drzewach". Tutaj normalna stawka dzienna to 120 peso czyli mniej niż 1/3 polskiej stawki, więc bardzo mało, a ludzie sobie radzą. Kolejną rzeczą jest to że niema tu tak jak w Polsce, mianowicie nikt nie gania za babuszkami sprzedającymi cokolwiek na ulicy, tutaj każdy tak robi, szczególnie jeśli chodzi o jedzenie. U nas taka typowa budka z żarciem nawet kilku godzin by nie ustała bez działalności - od razu zamknął by ją sanepid.

IMG_20171130_204027

Nie spodziewałem się że wszystko tak się potoczy jak tego wieczoru, z początku myśleliśmy że skończy się jedynie na kawie i kanapce, a w ruch poszła jeszcze tequila. Później wszyscy po kolei robiliśmy bańki mydlane z kierowcami i obsługą. I tak mimo wypitego litra tequili, kawie i kilku piwach ruszyliśmy dalej w drogę. Nie powiem że wszystko poszło tak jak bym chciał, bo na głodniaka dość mocno mnie siekło, ale jakoś to szło dalej. To co było później już naprawdę rozwaliło nasz system, po prostu Meksyk w pełnej krasie... 

IMG_20171201_112954

W końcu gdy dojechaliśmy w okolice Escarsegi, Fredi zapytał czy nie będzie to dla nas problem jeśli wyjdziemy na kilka minut, po czym zaprosił sobie do środka ulubioną dziwkę. Nawet nie ogaręliśmy kiedy to sięstało, weszła jakaś kobieta do kabiny i musieliśmy się ewakułować, żeby tego nie widzieć. Przez pierwsze kilka minut nie dowierzaliśmy, ale to faktycznie się działo. Po wszystkim kobieta po angielsku powiedziała do nas że już możemy wracać do środka i ruszyliśmy dalej w kierunku Palenque, a kierowca dla rozluźnienia popalał sobie METAMFETAMIĘ (pochwalił się w końcu co to jest)... Mieliśmy ochotę wyjść, ale wbrew pozorom, w tirze było bepiezniej niż na zewnątrz.

IMG_20171201_122131

Fredi zostawił nas chwilę po szóstej przy postoju dla colectivo, tak jak wcześniej zakładaliśmy że to zrobi i odjechał. Zjedliśmy po tuńczyku na śniadanie, dokarmiliśmy bezpańskiego psa i za 25 peso od głowy pojechaliśmy colectivo do centrum Palenque (33km). Krótka wizyta w bankomacie, później gorączkowe poszukiwania internetu i dłuższa chwilapaniki. Myślałem że bank zablokował mi jedną z kart, ale okazało się że zapomniałem włączyć w niej pasek magnetyczny i bankomat mi jej nie czytał. W ameryce, w wielu miejscach nie działają karty z chipem, więc pamiętajcie o tym żeby włączyć pasek przed wyjazdem, żeby nie mieć później podobnego problemu.

IMG_20171201_1229253

Po kawie w ADO podjąłem kolejną próbę wypłatyu sianka z bankomatu, ale dalej był jakiś problem więc poszliśmy do banco Asteca zamienić dolary. Później zjedliśmy jeden z miejscowych specjałów, czyli grilowany kurczak z ryżem, fasolą, papryką plus tortija i spacerkiem poszliśmy na camping El Panchan kilka kilometrów za miasto. Idąc ścieżką przy drodze, dało sięodczuć bliskość dżungli, w końcu z bliska mogliśmy zobaczyć papugi, legway wygrzewające się na kamieniach i inne dziwne zwierzaki.
Ciąg dalszy nastąpi :)
PS: po więcej zdjęć zapraszam na Facebookowy profil Machaj aż po Nil

IMG_20171201_133744

Meksyk naszym drugim domem?

nilek2609

 Jak to zwykle bywa w podróży, plan jest pojęciem względnym i może zmienić się w każdej chwili, podobnie było tym razem. Mieliśmy wyjechać dalej w stronę Palenque, ale Wojtek (podróże niedźwiedzia Wojtka) z Arturem (Freedom travelling) zaproponowali nam wypad do Cenote Negro (Czarnej Studni). Nie zastanawialiśmy się zbyt długo, po prostu poszliśmy za nimi i to była jedna z najlepszych decyzji tej podróży. Tak magicznego miejsca dawno nie widziałem, sam fakt pływania i nurkowania nad 180 metrową przepaścią powodował u nas ciarki.

IMG_20171128_130236

Po drugiej stronie studni mieliśmy dostęp do świeżych kokosów, co prawda na prywatnym terenie i trzeba było wpław przepłynąć nad cenotą, ale kto by się tym aż tak przejmował, po prostu popłynęliśmy tam z Michałem. Lekki strach był, ale do odważnych świat należy, a mieliśmy takiego smaka, że sami pewnie zrobili byście to samo. Na miejscu trzeba było jeszcze wdrapać się na palmę kokosową, co stanowiło nie lada wyzwanie, Michał siedział na czatach w wodzie i zbierał kokosy a ja wdrapałem się na samą górę i zacząłem je zrzucać. 

IMG_20171127_131919

Później razem z Moniką poszliśmy do miasta zaopatrzyć się w świeże pieczywo i przekąsić coś w jednej z okolicznych knajpek, tym razem padło na Tortę (bułka z dziwnym mięsem i dodatkami robiona na ciepło). W drodze powrotnej wpadliśmy jeszcze do miejskiego parku sprawdzić w internetach co słychać na świecie i wróciliśmy nad cenotę do błogiej sielanki.

IMG_20171126_124456

Wieczorem po kilku wizytach wycieczek na naszym pomoście, tym razem z Arturem popłynęliśmy po kolejną dostawę kokosów (nigdy za wiele). Tym razem role nieco się odwróciły, po wcześniejszej wizycie na palmie odechciało mi się wdrapywania, więc zostałem w wodzie a Artur siedział na górze. Nawet lepiej wyszło, w każdym bądź razie dla mnie, ponieważ jak schodził z palmy wyskoczyły na niego dwa ogromne psiaki, ale jakoś udało mu się wskoczyć do wody w ostatniej chwili.

GOPR0248

W poniedziałek rano zjedliśmy śniadanie przy wschodzie słońca i wróciliśmy do centrum podładować nieco elektronikę przed wyjazdem i sprawdzić przy okazji na necie jak wygląda nasza dalsza droga. Później ostatnia wizyta w tutejszej knajpce i kolejne regionalne danie zaliczone, tym razem Conchinita Pibil (wolno gotowane mięso wieprzowe z przyprawą achiote), jeśli będziecie na Jukatanie, spróbujcie bo naprawdę warto.

IMG_20171128_071723

Na głównej drodze rozdzieliliśmy się, Artur z Wojtkiem pojechali w kierunku Belize, a my dalej twardo próbowaliśmy się kierować na Palenque. Przy stacji nie było zbyt wielkiego szału, więc stopniowo przenosiliśmy się w kierunku wylotówki z miasta i ostatecznie łapaliśmy przy jakimś stadionie, gdzie większość aut zwalniała na martwym policjancie. Tutaj przynajmniej mieliśmy cień i kupę śmiechu, z przejeżdżającego obok nas pick upa spadł materac, więc drzemy się w kierunku auta i gościa siedzącego na pace, ten wali w dach żeby dać znać kierowcy i w końcu się zatrzymują. Nawrócenie zajęło im może ze 2-3 minuty, a w tym czasie zdarzyło się coś co zapamiętam chyba do końca życia. Po drugiej stronie ulicy zatrzymała się taksówka, z której świńskim truchtem wybiegła jakaś babcia, przeleciała na naszą stronę drogi, zabrała materac pod pachę i jeszcze bardziej komicznym ruchem wróciła do taksówki. Po chwili dojeżdża pick up,  gościu rozgląda się za materacem i patrzy na nas pytająco, więc wskazałem mu taksówkę ruszającą z piskiem opon. On tylko śmiejąc się wzruszył ramionami i odjechali w swoją stronę.

IMG_20171128_132724_1

Kilka minut później trafiła nam się pierwsza w Meksyku podwózka na pace pick upa, kierowca miał nas wysadzić na rozjeździe 20 km dalej, ale mimo pukania w szybkę się nie zatrzymał i jechał dalej. Wygląda na to że niezbyt się dogadaliśmy i wysadzili nas dopiero na przedmieściach Chetumal, najwidoczniej tak właśnie miało być. Przez kolejne dwie godziny staraliśmy się jakoś stąd wydostać, ale bez skutecznie, więc wróciliśmy do miejsca gdzie wcześniej nas wysadzili i łapaliśmy stopa do miasta.

GOPR02681

Kilka minut czekania i kolejny pick up zawiózł nas do centrum pod walmarta, gdzie poszliśmy na zakupy i poszukiwania kartusza z gazem. Niestety musieliśmy się obejść smakiem i zadowolić świeżą papają i innymi owocami. Ze sklepu poszliśmy w kierunku wybrzeża, gdzie mieliśmy nadzieję odpocząć nieco na plaży, niestety zastaliśmy tam niewielkie kunski piachu pełne śmieci i wodę walącą ściekiem, więc stanowczo odradzamy to miasto pod tym względem. Jeśli natomiast chcecie zobaczyć jak żyją i co robią na co dzień prawdziwi Meksykanie, to miasto jest właśnie dla was. Tu nie ma prawie w ogóle turystów, a ludzie na każdym kroku są życzliwi, zresztą jak na całym Jukatanie.

IMG_20171129_134520

Nie mając za bardzo pomysłu co ze sobą zrobić, ruszyliśmy na drugą stronę miasta w kierunku dworca ADO. Mieliśmy nadzieję że znajdziemy jakieś tanie bilety do Palenque, ale niestety cena zwaliła nas nieco z nóg i musieliśmy zostać w mieście przynajmniej do jutra, więc trzeba było znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Tutaj już nie było tak jak w Bacalar, życie na ulicach umierało o wiele później, więc znalezienie miejsca do spania bez potencjalnych gapiów graniczyło z cudem, szczególnie że zabudowa była bardzo gęsta, a krzaki jak wszędzie przypominały dżungle.

IMG_20171128_164627

Kierując się dalej w stronę wylotówki, wpadliśmy na małe co nieco do burger kinga żeby skorzystać chwilę z sieci i zobaczyć jak wygląda okolica z satelity. Na szczęście dla nas, w okolicy są jakieś dwa dość duże tereny zielone, które chwilę później poszliśmy sprawdzić. Pierwszy odpadał całkowicie, wszędzie masa śmieci i waliło znacząco ściekiem, za to drugi niedaleko Chedraui (najtańszy sklep w meksyku) wyglądał obiecująco. Obeszliśmy go kilka razy dookoła, aż znaleźliśmy miejsce idealne, gdzie chaszcze miały poniżej metra i nie było nas widać z drogi. Trzeba było tylko trafić na „otwartą linię” i wskoczyć w krzaki jak nikt nie będzie patrzył, nie potrzebowaliśmy niechcianych gości. Zrobiliśmy jeszcze ze dwa kółka i się udało.

IMG_20171128_175659

Rano zdecydowaliśmy się zostać w mieście jeszcze jedną noc, tylko tym razem w lepszych warunkach i z dostępem do prysznica. Monika zrobiła szybki rekonesans na bookingu i zarezerwowaliśmy fajny hotel w centrum za niewiele ponad 50 zł od pokoju. Raz na jakiś czas trzeba odrobiny luksusu, szczególnie że powoli kończyły nam się czyste ciuchy i trzeba było zrobić panie.

IMG_20171130_095210

Przez większość dnia leniuchowaliśmy w pokoju, a wieczorem już bez plecaków poszliśmy się przejść po mieście. Wszędzie dookoła podobnie jak w europie widać przygotowania do świąt, na skwerach stoją plastikowe bałwany i masa innych ozdób zwiastujących Boże Narodzenie. Trochę komicznie to wszystko wygląda między palmami i przy trzydziestu stopniach, ale wpływ amerykańskiej kultury robi swoje.

IMG_20171129_185853

Mimo to po tych kilkunastu dniach spędzonych w tym kraju śmiało mogę stwierdzić że ma to swój urok i człowiek szybko się zakochuje, chyba znaleźliśmy swój drugi dom, kto wie może kiedyś otworzymy tu jakiś mały stragan z pierogami?

 

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci