Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Wulkan Masaya, Granada i miasto duchów La Boquita

nilek2609

Według planu mieliśmy dzisiaj jechać na wulkan Masaya oddalony zaledwie 30 km od nas, więc nie było co się śpieszyć. Zjedliśmy spokojnie śniadanie i przed pierwszą wymeldowaliśmy się z hotelu. Przeszliśmy kilka kilometrów pieszo na główną drogę, jakaś mała przerwa w Mc'Donalds i przed trzecią jechaliśmy już w stronę wulkanu. Zaledwie kilkanaście minut później siedzieliśmy przed głównym wejściem, trochę ciężko było się dogadać na bramie, co chwilę mieliśmy płacić inną cenę i tak dalej. W końcu dostaliśmy mapkę z informacjami po angielsku i zdecydowaliśmy się czekać kolejne dwie godziny na nocny wjazd.

GOPR0008

Siedzieliśmy tak na ławce od jakiegoś czasu i tak poznaliśmy parkę Brazylijczyków, dzięki którym dowiedzieliśmy się dokładnie całej reszty informacji. Cena za nocny wjazd (czytaj 17:45) to 10 $ czyli 309 cordob, więc nie tak źle. Doszło by jeszcze po 140 za transport w obie strony,ale złapaliśmy się na okazję z parą Brytyjczyków, bo niestety piesza wycieczka odpadała. Na początku odwiedziliśmy muzeum, które jest jednym z punktów wycieczki, skąd pół godziny później, całym konwojem wjechaliśmy na szczyt po nowiutkiej asfaltowej drodze sponsorowanej przez Unię Europejską. Wejście warte jest każdych pieniędzy, po raz pierwszy w życiu byłem na aktywnym wulkanie,widok kotłującej się lawy, zaledwie sto metrów niżej zapiera dech. W końcu spełniło się jedno z moich największych marzeń i po latach zobaczyłem tą potęgę. Z każdą chwilą miejsce robi coraz większe wrażenie, szczególnie że w każdej chwili może dojść do erupcji, a wchodzi się tutaj tak na prawdę na własną rękę. Bo jak to ładnie napisali w broszurce, nie biorą żadnej odpowiedzialności za odwiedzających.

IMG_20180125_173156

Przez wydobywające się gazy z wnętrza krateru, nie mogliśmy spędzić u góry więcej niż 15 minut, ale tyle chyba wystarcz, żeby wyryć ten widok porządnie w głowie. Koło 19 wróciliśmy pod główną bramę parku i razem z Brazylijczykami poszliśmy na poszukiwania jakiejś restauracji. Niestety wszystko w zasięgu było zamknięte na głucho, więc autobusem za 10 cordob pojechaliśmy do miasteczka Nindiri. Tam kilku miejscowych wskazało nam najtańszą knajpkę, gdzie spędziliśmy kolejne dwie godziny, aż było na tyle późno, że mogliśmy się przejść po okolicy w poszukiwaniu miejsca na camping. Tak trafiliśmy na obrzeża miasta, trochę to trwało, ale w końcu rozbiliśmy się jakieś dwa kilometry dalej, zaledwie kilkanaście metrów od jeziora. Zdążyliśmy się nacieszyć miejscem zaledwie pół godziny, gdy już mieliśmy się kłaść, od tyłu zajechał do nas pick up z dwójką strażników parku narodowego Masaya. Od razu nas poinformowali, że nie możemy za bardzo przebywać na tym terenie, do tego jest ponoć niebezpiecznie, więc zabierają nas ze sobą. Wszystko tak fajnie się potoczyło, że mieliśmy darmowe zwiedzanie całej okolicy przy okazji ich patrolu. Trochę to trwało, ale dzięki nim zjechaliśmy całe jezioro dookoła, nawet zrobili nam krótki przystanek nad laguną opowiadając o okolicy. Później spakowali z powrotem na pakę i przywieźli pod bramę parku,gdzie kazali rozbić namioty zaledwie kilka metrów od miejsca w którym wcześniej czekaliśmy na wjazd. 

IMG_20180126_062857

Żeby uniknąć porannych turystów, wstaliśmy o wschodzie słońca, pożegnaliśmy Brazylijczyków i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie zdążyliśmy nawet ściągnąć plecaków na drodze i już mieliśmy transport do Granady, a że był to zaledwie kawałek, więc o wpół do ósmej byliśmy w mieście. O tej porze wszystko wyglądało dość sennie, niewielki ruch na drogach, jedynie stada zielonych papug jazgocząc patrolowały okolicę. Znaleźliśmy jakąś ładną knajpkę obok parku, gdzie zabunkrowaliśmy się na poranną kawę i śniadanie. Później ruszyliśmy w stronę portu zobaczyć okolicę, co prawda nie ma tu zbyt wielu miejsc w centrum, ale i tak warto. Na dobry początek odwiedziliśmy konwent św. Franciszka (nic specjalnego), później Iglesia de Guadelupe (jedynie z zewnątrz robi wrażenie) i dalej w stronę jeziora Cocibolca, którego wody przypominają nieco rodzinny Bałtyk. 

IMG_20180126_081738_HDR

Z "plaży" pieliśmy się powoli w górę, w stronę wylotówki, odwiedzając po drodze katedrę, park centralny z piękną fontanną i dwa kolejne kościoły (Merced i Xalteva). Później po tym maratonie chcieliśmy się dostać do rezerwatu motyli naobrzeżach miasta, tylko byliśmy już dość mocno padnięci, żeby drałować z plecakami w tym słońcu. Idąc ulicą, jakiś facet zaproponował nam podwózkę na miejsce za 8$ w jedną stronę, patrząc na tutejsze ceny, to za te 250 cordob, obrócilibyśmy w dwie strony normalną taksówką i jeszcze by zostało na kilka piw. Odpuściliśmy i jakiś kilometr dalej za 40 cordob pojechaliśmy tuk tukiem. Szutrowa droga prowadziła przez typowe slumsy, na końcu której, na totalnym zadupiu była motylarnia. Nie wyglądało to zbyt specjalnie, do tego 5$ za wejście od osoby. Chyba sobie jaja robią z czymś takim, cholera wie jak to wszystko jest ogarnięte, ale patrząc na to z zewnątrz, tyle samo motyli zobaczymy na drodze obok, więc odpuściliśmy. Tuk tuk odjechał od razu, więc nad jezioro musieliśmy drałować kolejne dwa kilometry pieszo.

IMG_20180126_102129_HDR

I tu niespodzianka, na końcu drogi szlaban zamknięty na głucho. Po chwili wyskakuje jakiś dzieciak i rząda od nas 5$ (155c$) za osobę. Teraz to naprawdę się wkur***iśmy, tyle drogi i mamy płacić krocie za możliwość przejścia przez pastwisko z bykami na mały taras widokowy. CHwilę po tym jak wyśmiałemmłodego, przyjechał na koniu dwuzębny jegomość i zszedł z ceny do 50c$ za nas dwoje, więc brzmiało to o wiele lepiej niż ponad 300, a szkoda było odpuszczać po tym wszystkim. Ale przynajmniej było warto, idąc kawałek w dół zbocza wypatrzyłem dwa ogromne uciekające legwany, później Monika trafiła na latające nad nami niebieskie ary, do tego widok na jezioro Apoyo wynagrodził nam cały trud podróży w to miejsce. Szkoda tylko że nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia zwierzaków,były zbyt płochliwe.

IMG_20180126_102727_HDR

Nocleg odpadał, więc koło wpół do czwartej zaczęliśmy powoli wracać, w stronę miasta. Mieliśmy szczęście, bo przypadkiem w połowie drogi zgarnąłnas inny tuk tuk do cywilizacji. Byliśmy tak głodni, że od razu wpadliśmy do najbliższego comedora i za 100 c$ dostaliśmy kopiasty talerz kurczaka z dodatkami, nawet była kiszona kapustka (trochę mniej niż nasza, ale zawszeto smakdomu). Jakąś godzinę po opuszczeniu jeziora, siedieliśmy już w pierwszym pick upie, na noc chcieliśmy dostać się na wybrzeże Pacyfiku do miasteczka La Boquita.

IMG_20180126_114848_HDR

Spodziewaliśmy się typwego imprezowego miasteczka, a tu się okazuje, że trafiliśmy do totalne dziury. Na mapie widzieliśmy kilka hoteli, restauracje i tak dalej, a tu praktycznie nic nie ma, kompletne miasto duchów z kilkoma lokalsami. Ponad godzinę próbowaliśmy znaleźć nocleg, pomagała nam nawet jakaś kobieta (chyba kobieta). Zaprowadziła nas do jednego z miejsc które ponoć było hotelem, ale nie wyrazili chęci żeby nas przyjąć, cholera wie co się tutaj dzieje. Później znaleźliśmy inne miejsce za astronomiczną kwotę, z której jakoś udało się zejść, tylko co z tego, jak się okazało że nie ma bieżącej wody (w całym mieście). Pani wskazała nam jakiś baniak z wodą i miskę za pomocą której mogliśmy wziąć prysznic, więc decyzja była jasna, spadamy rozbić namiot gdzieś za miasto, skoro i tak będą te same warunki co tu. W jednym ze sklepów uzupełniliśmy zapas wody i szliśmy w kierunku obrzeży miasta, tam spotkaliśmy jakiegoś faceta, który obiecał nam pomóc. Zadzwonił do jakichś znajomych i załatwił nam pokój (w sąsiedztwie chlewika) za pół ceny w pensjonacie nieco dalej. Tu przynajmniej mieliśmy łazienkę w pokoju i działający prysznic (woda ze zbiornika na dachu), więc zostaliśmy na noc. Wyjaśnił nam też o coz tym miejscem chodzi, jak się okazuje wodociąg dostarczający wodę do miasta działa na zasadzie roszady i raz w tygodniu puszczają wodę na jedno z siedmiu miasteczek... Ja myślałęm, że takie rzeczy to już tylko w Afryce, ale jak widać byłem w błędzie. A jeśli chodzi o ludzi, to w większości przyjeżdżają tu tylko w dzień, a po południu wszystko umiera.

IMG_20180126_115232_HDR

Koło dziesiątej rano, poszliśmy na śniadanie do knajpki przy plaży, którą polecił nam nasz nowy znajomy, mówił że to najtańsze miejsce z dobrym jedzeniem. I od razu ostrzegł żeby nie dać się zaciągnąć nikomu po drodze, bo zapłacimy podwójnie za to że nas przyprowadzili. Trochę zajęło znalezienie tego miejsca, ale się udało, właścicielka zadowolona z klientów od razu leci z menu (tym specjalnym), a tam ceny większe niż w Międzyzdrojach w dobrej restauracji... Ale że ten facet powiedział nam ile kosztuje śniadanie, więc negocjowaliśmy i dostaliśmy właściwą cenę. To miasteczko mocno przypomina Livingston, widząc białego nie wiedzą już ile zaśpiewać, nie ważne czy jest to jedzenie w knajpie, nocleg czy nawet zakupy w sklepie, wszystko jest za minimum podwójną cenę. Gdyby jeszcze oferowali dobre warunki to zrozumiem, ale nie coś takiego jak tutaj. Za głupi pokój chcieli na początku po 20 $, gdzie trzeba się prosić o wodę..

IMG_20180128_123330

Przed południem wyprosiliśmy żeby włączyli po raz kolejny wodę, wzięliśmy prysznic i o dwunastej zaczęliśmy łapać stopa. Droga dalej pusta, co jakiś czas przejechałjedynie motor, więc postanowiliśmy jechać autobusem, oczywiście za podwójną cenę... Jeszcze przez całą drogę trzeba było pilnować rzeczy przed złodziejaszkami. Po godzinie dojechaliśmy do Diriamby i wedługnowego planu mieliśmy przeczekać do jutrzejszej parady gdzieś w hostelu, wszystko jednak płynnie się zmieniło. Ludzie tak nas zaczęli doprowadzać do szału, że postanowiliśmy wyjechać już dzisiaj i odpuścić całą imprezę. Przez dobre dwie godziny w jednej knajpie szukaliśmy pomysłu na wieczór i kolejny dzień. Koniec końców padło na wybrzeże, kilkadziesiąt kilometrów przed Kostaryką, tamjest ponoć ładnie i dość tanio, z tego co mówili Brazylijczycy (nie jest). Dość szybko poszło, co prawda większość ludzi jechałado miasta obok (było już prawie ciemno), ale trafił nam się stop do Rivas. Zostawili nas w samym centrum miasta, więc musieliśmy przenieść się nieco naobrzeża, żeby znaleźć coś dalej. Tylko po raz kolejny zaczęło się to samo co w stolicy, gdy odchodziliśmy powoli od cywilizacji, wszystkim odwalało i albo kazalinam iść do hotelu, albo na autobus, bo jest niebezpiecznie. Gdy jednak podeszła trzecia osoba, bez gadania wybraliśmy hotel (zbitaz paletcela xD)... Nawalony facet z wytatuowanymi łezkami pod okiem (wiecie pewnie co oznaczją), zaproponował nam podwiezieniedo San Juan del Sur, Bóg wie jak, czym i gdzie tak naprawdę. 

IMG_20180128_174121_HDR

Za tą zapyziałą dziurę śmierdzącą trupem, przyszło nam rano zapłacić 300c$, ale bezpieczeństwo ważniejsze. Wpadliśmy jeszcze na śniadanie do Burger Kinga i po jedynastej stopem dojechaliśmy do San Juan del Sur. Na dobry początek znaleźliśmy jakieś zakwaterowanie i pędem ruszyliśmy na plażę. Później przeszliśmy się po mieście i spokojnie mogę stwierdzić, że jest tu napewno lepiej niż w La Boquita, coś tu się dzieje po prostu o każdej porze dnia, przedewszystkim są ludzie. A z drugiej strony miasto od siebie odpycha, wszyscy patrzą niezbyt przychylnie,wchodzisz do knajpy, a oni są źli że trzeba cię obsługiwać... Zjedliśmy jedynie coś na kolację, piwko w hotelowym ogródku i wróciliśmy do pokoju. Patrząc na naszą dotychczasową podróż i odwiedzone kraje, bezkonkurencyjnie wygrywa Meksyk, im dalej na południe, tym jest drożej i gorzej. Jeszcze przed wyjazdem dużo myśleliśmy o Nikaragui i to w samych superlatywach, a tu się okazuje że mamy kolejną Chorwację (daj pieniądze i "uciekaj w podskokach"). Jedynie miasto Leon w tym kraju jest naprawdę w porządku, mimo że nie ma tam zbyt wiele do roboty.

W końcu Nikaragua ;)

nilek2609

Od rana zaczynaliśmy się pakować, mieliśmy czas na wymeldowanie do 12, więc postanowiliśmy to zrobić dość szybko i przenieść się do baru ogarnąć na internetach dalszy plan. Przez dobre dwie godziny patrzyłem w mapę jak kołek i szukałem dobrego i taniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zaszyć na te kilka dni. Już nawet myśleliśmy żeby załatwić workaway gdzieś dalej, ale było zbyt mało czasu. Dopiero pod koniec wpadł nam pomysł żeby napisać jeszcze raz do ministerstwa migracji Nikaragui z pytaniem czy jest możliwość wcześniejszego wjazdu. Liczyliśmy że najszybciej odpiszą dopiero jutro (była niedziela), więc zebraliśmy rzeczy i już mieliśmy wychodzić, gdy przyszła wiadomość zwrotna. Okazało się że w każdej chwili możemy wjechać do kraju mając wcześniejszą decyzję. Od razu zostawiliśmy rzeczy w tym samym pokoju z którego dopiero co się wymeldowaliśmy i polecieliśmy do biura podróży kupić bilety na busa. Zobaczymy tylko co powiedzą na to, że wjeżdżamy inną drogą, oby nie robili z tym problemu. Wychodzi więc na to że spędzimy tu trzy noce, ale przynajmniej jest ładnie. Zjedliśmy jedynie obiad i wróciliśmy do błogiego nic nie robienia, no może z małymi przerwami. Później jeszcze chwila na plaży, ostatnia wizyta w sklepie w La Libertad i posiedzenie z naszym kochanym Jose. Który swoją drogą, od dzisiaj będzie jeździł na rowerze w naszej pięknej odblaskowej kamizelce autostopowej.

IMG_20180124_144317

Kompletnie się nie wyspałem, zamiast położyć się jak normalny człowiek w miarę wcześnie, to oglądałem filmy, ale jakoś udało się wstać przed siódmą. Wzięliśmy szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie graty, jeszcze po jakiejś kanapce na zabicie głodu i kwadrans przed ósmą przyjechał bus. Z nami był już pełen komplet, jeszcze tylko zgarnęliśmy drugiego kierowce z La Libertad i bezpośrednio w kierunku granicy z Hondurasem. Swoją drogą dość bezpieczny transport nam się trafił, jeden kierowca ma ze 140 kg wagi, a drugi wygląda jak góra mafijnych mięśni, więc raczej nikt im nie podskoczy. Po jedenastej zatrzymaliśmy się na obiad w okolicach El Divisadero. W końcu comedor z dobrym jedzeniem, gdzie za pełny talerz płaci się 5$, a nie za podłego burgera.

IMG_20180122_131104

Wyjeżdżając z Salwadoru, na granicy nie zapłaciliśmy ani grosza, sprawdzili nam jedynie dokumenty i puścili dalej. Busem podjechaliśmy pod kolejne bramki, gdzie czekała nas zabawa z odprawą po stronie Hondurasu. Po raz pierwszy na granicy przeszliśmy pełną kontrolę biometryczną, co dość mocno mnie zdziwiło, szczególnie że wjeżdżamy do kraju zapomnianego przez Boga... Tym razem dostaliśmy pieczątki w paszport, zapłaciliśmy jeszcze po 3$ za tranzyt i ruszyliśmy dalej w drogę. Między granicami mieliśmy do przejechania zaledwie 130 km, więc to był jedyny odcinek jaki mogliśmy zobaczyć i niezbyt wiele mogę powiedzieć o kraju. Wszędzie dookoła teren wygląda jak pustynia, w większości niewielka roślinność, często wypalona przez miejscowych do zera i to całymi hektarami.. Podobnie jak Gwatemala i Salwador mają tu spory problem ze śmieciami, z tą tylko różnicą, że tu na nich pasły się krowy na zmianę z sępami... Domy wyglądają różnie, od naprawdę biednych lepianek z błota, do kilku pokojowych ładnych domków. Ciekawostką też jest to, że od wyjazdu z Meksyku nie widzieliśmy żadnego punktu kontrolnego na drodze, dopiero tutaj zaczęły się pojawiać (bardzo młodzi wojskowi, niczym dzieciaki).

IMG_20180123_151733_HDR

O wpół do czwartej zajechaliśmy na granicę, odprawa z Hondurasem poszła po raz kolejny dość szybko, ta sama procedura co wcześniej, nawet mimo sporej kolejki zajęło to zaledwie kilkanaście minut. Gorzej było z wjazdem do Nikaragui. Na granicy na dobry początek przeszliśmy rentgen z wszystkimi rzeczami, później kontrola dokumentów i oczekiwanie. Było trochę biegania, ale kierowca załatwił za nas praktycznie wszystko, tylko na sam koniec  coś im się popieprzyło w systemie i musieliśmy czekać. Ciekawe jest to że oprócz kontroli na granicy, wszystkie skany dokumentów są wysyłane jeszcze raz do ministerstwa i dopiero po akceptacji mogą nas puścić dalej. Już na początku słyszeliśmy że zajmie to około 45 minut, ale przez problemy z systemem siedzieliśmy tam do 18, dopiero wtedy oddali nam paszporty.

IMG_20180124_144901_HDR

Dość padnięci równo po 12 godzinach dojechaliśmy do centrum Leon. Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej, ale wystarczyło przejść się kilka metrów i znaleźliśmy hostel za 155 cordob (5$), więc jeszcze taniej niż było na bookingu. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść po okolicy. Pierwsze wrażenie rewelacja, wszędzie czysto, ładne centrum, nie śmierdzi i co najważniejsze, nie ma tu po zęby uzbrojonej policji/ochrony. O takiej porze ciężko było by spacerować wcześniej, nikt nie martwi się że wyskoczy ktoś z za rogu i go okradnie. Krążąc tak między uliczkami, wpadliśmy do jakiegoś marketu zobaczyć co mają ciekawego (sprawdzić ceny) i aż uroniliśmy łzę na stoisku z pieczywem, po dwóch miesiącach dostaliśmy najprawdziwszy chleb. Do tego mieliśmy kupić jakieś piwko, ale że rum wychodził w tym starciu lepiej, to decyzja była prosta. Wróiliśmy do hotelu i zaczęliśmy mały chill out. Nie siedzieliśmy długo sami, po chwili dołączył Francuz z couchsurfingu, później Włosi i kilka innych narodowości, a reszta potoczyła się dalej sama.

IMG_20180124_161732

Kolejny dzień zaczął się dla nas dopiero po południu, ale za to byliśmy w pełni wypoczęci i mogliśmy ruszyć na podbój miasta. Zjedliśmy śniadanie u Jordańczyka i na dobry początek poszliśmy odwiedzić kilka kościołów. Wpadamy hur dur do pierwszego z nich zrobić kilka zdjęć i kapa, trafiliśmy na pogrzeb, przed oczami przeleciała nam tylko trumna... Nie był to za dobry start, więc od razu się ewakuowaliśmy żeby nie przeszkadzać w ceremoni. Kilka uliczek dalej zaopatrzyliśmy się w pamiątki i poszliśmy zobaczyć kolejny z kościołów. Chyba nie mamy do tego dzisiaj szczęścia, otwieram drzwi i świat spowalnia, zacząłem aż przecierać oczy z niedowierzania bo nie sądziłem że coś takiego zobacze, totatny mindfuck. Po drógiej stronie ołtarza stała grupka ludzi rozmawiając przy ogromnym stole z Jezusem we własnej osobie... Dopiero po chwili doszło do nas że to pochylona figura, ale zrobiła na nas niezłe pierwsze wrażenie. Dalej trafiliśmy na obrzeża miasta, gdzie w końcu chcieliśmy zobaczyć jeden z tutejszych cmentarzy, ale nie był tak widowiskowy jak sądziliśmy, więc wróciliśmy w stronę centrum. Rozejżeliśmy się jeszcze trochę i z zakupami wróciliśmy do hostelu zaplanować kolejnych kilka dni. Tak poznaliśmy miejscowego adwokata, który zagadywał do nas co jakiś czas podrzucając pomysły na miejsca warte zobaczenia i stawiał kolejne piwa.

IMG_20180124_175140_HDR

Mając ogarnięty plan na kolejnych kilka dni, po 11 wymeldowaliśmy się z hostelu i ruszyliśmy przed siebie. Na dobry początek śniadanie w subwayu, jakoś tak wyszło najtaniej i na wylotówkę z miasta. Po 13 złapaliśmy stopa w kierunku miasteczka Mateare, droga pierwsza klasa, naprawdę niczym lustro, wszystko ładnie wykoszone od linijki, dużo pastwisk i ładna zabudowa. Kierowca wysadził nas pod sklepem i stamtąd poszliśmy w głąb miasteczka żeby zobaczyć jezioro Managua, przy okazji znaleźć miejsce na camping. Niestety się przeliczyliśmy, syf jak cholera to mało powiedziane, plaża ze śmieci, ale przynajmniej był ładny widok na kopcący wulkan Momotombo. Opcja noclegu odpadła, więc ruszyliśmy dalej do stolicy.

IMG_20180124_175206_HDR1

Kolejnym autem dojechaliśmy pod monument Hugo Chavesa, więc oficjalnie pierwszy punkt można skreślić z listy miejsc do zobaczenia. Kawałek dalej zobaczyliśmy jeszcze "Tribuna Monumental" i poszliśmy nieco odpocząć przy mrożonej kawie w Parku Luisa Alfonso Velasqueza. Później Pałac Narodowy, Katedra Santiago de Managua i przez Plaza de la Republica doszliśmy na Plaza de la fe Juan Pablo II, gdziepo środku placu stoi wielki pomnik z podobizną Jana Pawła II, upamiętniający jego wizytę w Managui. Z tego co widzieliśmy, sporo ludzi lubi tu przesiadywać, niektórzy uczą się jeździć autami, a inni wypasają konie. Idąc dalej mijaliśmy budy z jedzeniem, kolejne alejki i parki, aż trafiliśmy na zamknięty targ, gdzie doprowadził nas GPS, gdy kierowaliśmy się do hotelu. Miejsce o tej porze wyglądało mocno nieszczególnie i chyba takie było, bo zaledwie po stu metrach zaczepił nas jakiś facet mówiąc żebyśmy nie szli dalej, bo dla nas będzie zbyt niebezpiecznie. Po czym wyprowadził w bok i kazał iść inną drogą, problem był tylko taki, że każda kolejna uliczka wyglądała podobnie, więc nie było za bardzo jak tego obejść. Dopiero gdy z jednej z uliczek wyszedł gość ciągnąc za sobą metrową maczetę, postanowiliśmy nadrobić około kilometra, żeby tylko ominąć to miejsce, szczególnie że obok stało jeszcze kilku takich agentów.

IMG_20180124_180828

Do hotelu zostało niewiele ponad dwa kilometry, okolica robiła się jakby przyjemniejsza, więc szliśmy już na spokojnie rozmawiająco tym co się dzieje. Chwilę później kolejny facet nas zatrzymuje, mówiąc żebyśmy lepiej nie rozmawili w swoim języku, tylko po hiszpańsku, bo będziemy bezpieczniejsi... Przeszliśmy kolejne metry i tym razem trzech gości nas zatrzymuje, już naprawdę nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć, słyszeliśmy że Nikaragua jest bezpieczna i w ogóle, a tu takie mecyje. Wcześniej w Leon wszystko było ok, a tu każdy napotkany człowiek nas ostrzega przed wszystkim. Tych trzech nie chciało tak szybko odpuścić, wypytali co tu robimy, gdzie dokładnie idziemy i kazali jechać zatrzymaną taksówką prosto pod adres. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, więc wsiedliśmy i za 80 cordob kierowca odwiózł nas pod drzwi. Od razu zameldowaliśmy się u właścicielki, wypełniliśmy co trzeba i chcieliśmy zjeść kolację w okolicy. Kobieta nas zatrzymała i zaczeła dawać konkrete instrukcje, gdzie, jak i którędy mamy iść, nawet którą stroną drogi... Oprócz tego kazała jak najszybciej wracać, jeśl trafimy przy skrzyżowaniu na większą grupkę ludzi. Kompletnie nie wiemy co się tu dzieje, ale woleliśmy posłuchać kobiety, która w końcu tu mieszka. 

IMG_20180124_182238

Idąc w jedną stronę, nie znaleźliśmy nic otwartego, więc poszliśmy gdzie indziej, aż trafiliśmy na bar z hamburgerami. Chcieliśmy w końcu zjeść coś innego, ale za wielkiego wyboru teraz nie było. Zamówiliśmy po jednym na wynos i tak siedzieliśmy na schodach czekając na zamówienie, a tu podchodzi jakiś cichociemny typ, wita się z nami, później z kilkoma innymi osbami, po czym jak by to było normalne, wyciąga ze spodni (nie z kieszeni) dwa 40 centymetrowe noże i próbuje je sprzedać... Nie było co dłużej się kręcić, wzięliśmy jedzenie po kilku minutach i jak po sznurku wróciliśmy do pokoju. A jutro spadamy dalej, bo i tak zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że bywaliśmy w o wiele gorzej wyglądających miejscach jak np Xela w Gwatemali, więc nie do końca rozumiemy dlaczego ludzie są tu tak przerażeni.  

GTA San Salvador

nilek2609

Mimo że wstaliśmy przed piątą, dopiero trzy godziny później ruszyliśmy się ze stacji, było jeszcze zbyt wcześnie i mało aut jeździło, do tego żołądek dalej stawiał mocne opory. Na cztery auta dojechaliśmy do granicy z Salwadorem i poszliśmy się odprawić w punkcie migracyjnym. Pozytywnie nas zaskoczyli Gwatemalczycy,po raz kolejny nie zapłaciliśmy ani grosza za wyjazd, więc kolejne 5$ zostaje nam w kieszeni. Chyba nawet nie wiedzieli że mamy coś płacić. Z resztą patrząc na miny Salwadorczyków widzących nasze paszporty, oni jeszcze bardziej nie ogarniali, przejście które wybraliśmy nie było zbyt turystyczne.

IMG_20180117_163232_HDR

Brak pieczątki w paszporcie mnie nieco zmartwił, ale okazało się że w Gwatemali na wjeździe dają wjazdówkę na 90 dni do czterech krajów (Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Nikaragui). Ruch na granicy był zerowy, przed wjazdem stała setka tirów, a tu zaledwie kilka i ani jednej osobówki, więc za 0,55$ pojechaliśmy autobusem do Metapan. Na miejscu zrobiliśmy przerwę w subwayu, w końcu mogłem w siebie wmusić jakieś jedzenie. Dalej nie było sensu jechać stopem, transport jest za tani i nie trzeba czekać. Za bilety do Santa Anny zapłaciliśmy jedynie dolara (50km), podobnie z jedzeniem, jedynie 2,5$ co było miłą odmianą po Gwatemali.

IMG_20180117_163117

W wioskach i mniejszych miasteczkach prawie nie widać broni, wszystko wygląda o wiele bardziej bogato niż w Gwatemali (na początku). Ale podobnie jak wcześniej centrum jest mocno nie szczególne, tu jako przykład podam miasto Santa Anna do którego przyjechaliśmy na pierwszą noc. Z tego co czytaliśmy, jest to drugie najniebezpieczniejsze miasto Salwadoru, aż tak złego wrażenia nie robi pod tym względem, chociaż ochrona trzyma cały czas palce na spuście. Tutaj też po raz pierwszy widziałem żeby policja oprócz zwykłej broni nosiła prawie trzydziesto-centymetrowe noże, więc dość konkretnie. Jakoś długa broń przestała na mnie robić tutaj wrażenie, w każdym kącie, odkąd wjechaliśmy do Meksyku ktoś stoi w nią uzbrojony...

IMG_20180117_175218

Jednym z autobusów miejskich dojechaliśmy do centrum miasta, skąd piechotą dość szybko doszliśmy do hotelu. Okolica dość specyficzna, ale nie wyglądała na aż tak tragiczną. Zostawiliśmy plecaki, zrobiliśmy zakupy i przeszliśmy się chwilę po okolicy, jednak przed zachodem słońca wróciliśmy do pokoju, nie było co kusić losu. Mieliśmy jednocześnie zamiar zrobić milion rzeczy, chociażby pranie czy przepakowanie plecaków, bo zaczynały ciążyć, ale nic z tego, padliśmy jak kawki. Rano zjedliśmy jedynie śniadanie i zaczęliśmy się zbierać po 8 w kierunku stolicy. Staliśmy tak przy jednym ze skrzyżowań i zacząłem się śmiać, po chwili mówię do Moniki że wyglądamy jak świadkowie Jehowy. Wykrakałem... Po 10 sekundach, nie wiadomo skąd zjawiło się kilku i pomogło znaleźć właściwy autobus na terminal. Skąd dalej luksusowym autobusem za 1,35$ pojechaliśmy do San Salvador.

IMG_20180118_140224

Po południu zostawiliśmy rzeczy w jednym z hoteli na strzeżonym osiedlu i ruszyliśmy w miasto. Odwiedzając po kolei miejsca takie jak Bazylika Corazon, Metropolitan Cathedral de San Salvador,Pałac Narodowy i Iglesia de Rosario, w sumie tylko to widzieliśmy. W mieście nie ma praktycznie nic innego do zobaczenia, centrum to jedno wielkie śmietnisko, chociaż widać że chcą coś z tym zrobić. Okolica pałacu i Plaza de la Libertad są w ciągłej budowie,ale to nie zmienia faktu, że wszędzie leżą tony śmieci. Z każdego kąta śmierdzi uryną powodując wielki odruch wymiotny, podobnie jak te małe rzeczki do których spływa często kanalizacja. Tu nawet zabrzańska Bytomka w porównaniu z tym ściekiem jest jak krystalicznie czyste górskie źródło. 

IMG_20180118_145111

FETOR tego miasta przekracza wszelkie wyobrażenia, wiele miejsc było paskudnych, ale jeszcze nie aż tak. Nawet jedzenie pozostawia wiele do życzenia, tutaj comedory jednak odpadają i zostają jedynie sieciówki, albo samodzielnie przygotowana "kolacja". Higiena w tych miejscach niestety pozostawia wiele do życzenia, więc albo płacisz nieco więcej, albo zaopatrujesz się w dobre tabletki i zapas papieru toaletowego... Nie było co siedzieć dłużej w centrum, skoczyliśmy jedynie dowiedzieć się czegoś o busach do Nikaragui i wróciliśmy do hotelu jakoś to ogarnąć.

IMG_20180119_174625_HDR

Kolejny dzień nie ułatwił zbyt wiele, podobnie jak sprzeczne informacje, do tego cholerne ministerstwo Nikaragui miało nas kompletnie w dupie i nie chcieli odpowiedzieć na żadne pytania dotyczące wjazdu (rozłączali czat). Postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i poszliśmy do innego biura tica bus wypytać o granice, oraz bilety z innych miast. Na szczęście dla nas, po kilku godzinach w końcu odpisali na jednego z maili i wiedzieliśmy na czym stoimy. Z tica wzięliśmy za 0,6$ autobus do La Libertad, a stamtąd już stopem do El Tunco, gdzie na pałe chcieliśmy ogarnąć jakiś workaway.

IMG_20180120_171449_HDR

W końcu jakieś ładne miejsce warte uwagi, piaszczysto-kamieniste czarne plaże, mało śmieci i palmy. Nawet ceny w tym miasteczku tak nie straszą. Pokręciliśmy się trochę po okolicy szukając miejsca na nocleg, wszystko wygląda tu o wiele bezpieczniej niż gdzie indziej, ale nie na tyle żeby rozkładać się na dziko z namiotem. Byliśmy w kilkunastu miejscach, aż w końcu zaproponowali dobrą cenę i warunki w prywatnym pokoju. Śmieszne jest to że bardziej się opłaca wziąć pokój niż camping, czy dormitorium. Plus podróżowania w dwie osoby.

IMG_20180120_174250_HDR

Polecam każdemu wpaść tu chociaż na jedną noc, jeśli chodzio zachody słońca to miejsce bije te z Puerto Escondido na łeb, na szyję. Oprócz tego nie ma tu zbyt wiele do roboty, zjedliśmy jakąś kolację, wróciliśmy do firewood pogadać trochę z barmanem i próbowaliśmy jakoś spędzić resztę dniaprzy piwku. Wysłaliśmy już papiery do Nicaragui, podobnie jak zapytania na workaway i można już było tylko czekać na rozwój sytuacji. Nie mając zbyt wielu możliwości, kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na jeszcze jedną noc w tym miejscu, więc poranek zaczęliśmy od wielkiego prania. Później śniadanie i sjesta na plaży, od Meksyku nie mieliśmy okazji popływać. Gdy wróciliśmy koło 14, okazało się że dostaliśmy pozytywną decyzję z ministerstwa i 26 możemy wjechać do Nikaragui. Fajnie że odpowiedzieli tak szybko, ale co my przez te sześć dni mamy niby tu robić.. Z nimi nigdy nie wiadomo, jak piszą że decyzja jest wydawana do 7 dni, to człowiek spodziewa się odpowiedzi najszybciej za 8 dni, a tu taka niespodzianka. Jakieś dwie godziny później z braku pomysłów pojechaliśmy stopem na zakupy do La Libertad, zjedliśmy obiad w subwayu i wróciliśmy do El Tunco. 

Livingston - Czarna dziura

nilek2609

Po dziesiątej wymeldowaliśmy się z hotelu, zjedliśmy jeszcze po burgerze i na wylotówkę z miasta. Przez większość drogi towarzyszył nam młody chłopiec, szedł za nami krok w krok i zadawał mnóstwo pytań. Zazwyczaj padało to samo co zwykle, ale tym razem dzieciak zapytał ile wydaliśmy na bilety żeby tu przylecieć, gdy zobaczył kwotę, okrzyknął nas milionerami. W końcu jednak się rozdzieliliśmy i przed południem udało nam się złapać stopa dalej. Pierwszy raz w tej części świata zasugerowano nam że mamy zapłacić za przejazd, jednakże skończyło się jedynie na czczym gadaniu. Ale za to jakim, praktycznie nie rozumieliśmy nic z rozmowy kierowcy i jego towarzysza, brzmiało to chrząkanie, albo dziwny dialekt arabski. Dopiero później dowiedzieliśmy się że rozmawiali w języku Czuh, jest to jeden z języków majańskich, którego używa zaledwie 22 tysiące ludzi w Gwatemali (wikipedia).

IMG_20180115_135829_HDR

Patrząc na drogę którą jechaliśmy, nie dziwię się że Google nie chciało mnie tędy poprowadzić, ale jakoś udało się przejechać przez skały i wylądowaliśmy w Patzun. Kolejnym autem przenieśliśmy się nieco dalej do Patzicia, skąd dalej przypadkowo trafionym Uberem dojechaliśmy bezpośrednio do miasta Antigua Guatemala. W końcu po raz pierwszy w tym kraju trafiliśmy do ładnego i godnego uwagi miasta. Wszędzie dookoła architektura kolonialna, nie ma syfu na ulicach, masa turystów i piękny widok na koleje wulkany. Nie spędziliśmy tu może zbyt wiele czasu, zaledwie kilka godzin, ale na pewno nie był on stracony. Teraz się nie dziwię, czemu miasto jest dumą Gwatemalczyków. Spokojnie można powiedzieć, że jest to miasto na miarę San Cristobal de las Casas, z tą tylko różnicą, że jest nieco większe. Mnóstwo tu restauracji, pamiątek wszelkiej maści, jedynie ceny odstraszają.

IMG_20180113_151131_HDR

Wychodząc powoli z miasta o zachodzie słońca, dostaliśmy małą niespodziankę od natury, po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję zobaczyć erupcję wulkanu. Może nie była widowiskowa, Fuego jakby się zakrztusił, ale i tak fajnie coś takiego zobaczyć, może gdzie indziej będzie widać lawę. Koło 18 zrobiliśmy małą przerwę na wylocie z miasta, nie zdążyliśmy nawet odpocząć, a już się ktoś zatrzymał pytając gdzie chcemy jechać. Droga do stolicy to jeden wielki korek, mieliśmy hosta zaledwie 33 km dalej, z czego połowę trasy spędziliśmy w sznurze aut, ale jakoś udało się dojechać. I tak trafiliśmy na prywatne, strzeżone osiedle. Przywitał nas wesoły ochroniarz z długą bronią, któremu musieliśmy podać wszystkie dane z paszportu, dopiero wtedy zezwolił na wejście. Ale, co jak co, miejsce było ogarnięte, z resztą jak nasz host. Wcześniej gdy z nim pisaliśmy, wysłał nam wszystkie informacje jak do niego trafić, mapkę domu z pokojem gdzie mamy spać i informacją że drzwi są zawsze otwarte, oraz tym że pewnie się nie zobaczymy, bo pracuje. Mieliśmy jednak szczęście, bo skończył szybciej (pracuje zdalnie przez internet) i jednak się udało. Nie tylko poznaliśmy Minora, ale też zafundował nam kolację w chińskiej knajpce i objazdową wycieczkę po mieście (bardzo rzadko to robi). Dzięki temu nie marnowaliśmy tu całego kolejnego dnia. Swoją drogą niema tu nic secjalnego, kilka zabytków, masa uzbrojonej po zęby policji i w sumie tyle.

IMG_20180113_170432_HDR

Rano po dziesiątej zebraliśmy się z mieszkania i szukaliśmy jakiejś opcji na wydostanie się z miasta. Piechotą doszliśmy na Periferico (obwodnica) i autobusem staraliśmy się dostać na 18 dzielnicę. Facet którego poznaliśmy na przystanku który nam pomógł, mówił że jedzie tam gdzie my, więc wsiedliśmy do tego samego chicken busa i wylądowaliśmy w centrum miasta (ostatni przystanek)... Trzeba brać tutaj poprawkę na ludzi, niektórzy mimo że chcą pomóc, to nie wiedzą jak trafić w dane miejsce. Musieliśmy przejść kolejny spory kawałek, a że nie jedliśmy śniadania, to zrobiliśmy dłuższą przerwę w Del Puete.

IMG_20180114_114323

Trafiło nam się sporo niezbyt pozytywnych informacji na grupach w internecie i nasz plan podróży stanął pod znakiem zapytania. Po drodze do Puerto Barrios mieliśmy zachaczyć o Semuc Champey (wodospady), ale okazało się że w Coban przez cały kolejny tydzień leje i jest cholernie zimno, więc odpuściliśmy jadąc bezpośrednio inną drogą. Z miasta w końcu udało nam się wydostać osobówką do Sanarte, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Szanse na dojechanie do celu przez rozbudowywaną panamerikane były niewielkie, więc zrobiliśmy zakupy na noc i staraliśmy się szukać czegoś dalej. Koło 16 złapaliśmy cysternę z paliwem, myśleliśmy że droga będzie się ciągła, wolna jazda i te sprawy. Nic z tego, kierowca ostro parł do przodu, zdażało się nawet że wyprzedzał policyjne radiowozy na podwujnej :D. Do tego zjechaliśmy grubo ponad kilometr niżej i od razu jechało się lepiej w takiej przyjemnej temperaturze, więcej drzew owocowych, prostych miejsc na namiot... Myśleliśmy że jedziemy góra kilkadziesiąt kilometrów dalej (tak zrozumieliśmy), a koniec końców przejechaliśmy prawie całą trasę do Puerto. Kierowca wysadził nas dopiero po dwudziestej na skrzyżowaniu dróg do Rio Duce i Puerto, około pięćdziesiąt kilometrów przed celem.

IMG_20180115_111525

Siedzieliśmy praktycznie po środku niczego, nie licząc kilku comedorów i tej stacji. Trochę czasu spędziliśmy na internecie, po czym poszliśmy do ostatniego otwartego miejsca coś zjeść. Nie wiedzieliśmy co można tu zamówić, nie mieli menu, ale za to ktoś gadał po angielsku i obiecał że przygotują nam coś za 20 quetzali. Kilka minut czekania i dostaliśmy pyszną kawę, jajka z fasolą, ser ze śmietaną i smażone banany (ze śmietaną smakują jak pierogiz jagodami). Gdy w końcu byliśmy pełni, poszliśmy rozbić się kilkadziesiąt metrów dalej na polanie za jakimś domem, żeby rano było bliso drogi.

IMG_20180115_113720

Dobrze że nie rozłożyliśmy się nieco wcześniej na innym polu, rano gdy wracaliśmy na stację, okazało się że wypuścili tam spore stadko byków. Chwilę spędziliśmy jeszcze na stacji i na dwa stopy dojechaliśmy do centrum Puerto Barrios. W mieście niema niczego specjalnego, do tego ostatni kierowca kazał nam na siebie mocno uważać, więc szybko zawinęliśmy się do Livingston. Doszliśmy za jakimiś plecakami do małego portu, skąd pływają prywatne łódki do miasta, jest to jedyny sposób żeby tam się dostać. Z tego co się dowiedzieliśmy, za podróż płacimy po 15 quetzali, jednak na miejscu zażądali o wiele więcej, więc nie mając wyjścia zapłaciliśmy po 50 (inaczej nie oddali by plecaków)...

IMG_20180115_135947_HDR

Po wyjściu z łodzi musieliśmy nieco ochłonąć, siedzieliśmy gdzieś na uboczu i zaczęli nas ogarniać naganiacze z hoteli. Tak poznaliśmy czarnego Toma, który zaprowadził nas na camping Casa Iguana. Po tym jak się zameldowaliśmy, Tom też nieco oskubał nas z pieniędzy. Niestety tu za wszystko trzeba płacić, nawet za tą niewielką pomoc, nie jest tak jak w innych częściach kraju. Trochę czasu spędziliśmy na campingu i poszliśmy się przejść przez miasto w poszukiwaniu plaży, w końcu jesteśmy na wybrzeżu. Miasto w większości przypomina wioskę rybacką, wszędzie suszą ryby, które czuć już z daleka, podobnie jak rynsztoki. "Plaża" którą znaleźliśmy to jeden wielki śmietnik, dobrze wyglądają jedynie główne uliczki i tereny hoteli, podobnie część restauracji i knajpek.

IMG_20180115_140519_HDR

Totalnie normalne dla ludzi tutaj jest proponowanie mocnych narkotyków, z resztą problemów raczej tu nie mają, prawie nie ma tu policji która by tego pilnowała. Sporą część czasu spędziliśmy siedząc przy piwku w jednym z barów, który polecił am z resztą Tom.. Dopiero gdy zaczęło się ściemniać przenieśliśmy się do jednego z comedorów przy porcie, zjedliśmy kolacje, w Pollo Campero wzięliśmy jeszcze coś na wynos i wróciliśmy na camping. Noc nie należy tu do zbyt bezpieczych. Woleliśmy zostać w pewnym miejscu z ochroną, niż ryzykować utratą sprzętu, który musieliśmy nosić ze sobą. Na początku siedzieliśmy sami gdzieś z boku, ale zaczęło zbierać się coraz to więcej ludzi, więc się przyłączyliśmy do rozpoczynającej się imprezy.

IMG_20180115_150148_HDR

Wczoraj wyglądało wszystko fajnie i pięknie na camingu, bawiliśmy się razem z ludźmi z workawaya, nawet myśleliśmy żeby zostać nieco dłużej pracując tutaj. Wszystko jednak było zbyt kolorowe, poza siedzeniem w jednym miejscu, nie było by nic więcej do roboty. Ostatecznie do opuszczenia tego miejsca przekonał nas rachunek, nie sądziłem że będą nas chcieli na sam koniec kantować na kasie i to wolontariusze... Pewnie robią tak każdemu, tylko pytanie czy z własnej woli, czy mają tak nakazane przez właściciela. W każdym razie na plus nam wyszło zapisywanie wszystkiego co zamawialiśmy. I z czystym sumieniem opuściliśmy Livingston jedną z łodzi o jedenastej. Nie żałujemy przyjazdu, to miejsce nauczyło nas ważnej rzeczy, zamieszkujący to miejsce lud Garifuna to po prostu złodzieje (reszty się domyślcie).

IMG_20180115_161648_HDR

Pod portem zachaczyliśmy o comedora żeby jeszcze przed dalszą drogą zjeść coś pożądnego i to też się udało, ale był mały haczyk... Mięsko dobre, cała reszta również, więc bardzo szybko opróżniliśmy talerze do zera. Jednak gdy przyszło po raz kolejny do płącenia, okazało się że jako turyści płacimy więcej, mimo że pokazywałem kelnerce cenę wiszącą jak byk na ścianie. Jakoś to jednak przecierpieliśmy, gorzej że Pani była tak miła, że wraz z moją porcją dostałem w prezencie montezumę i przez resztę dnia czułem się jak trup. Mieliśmy już dość całej tej okolicy i chcieliśmy jak najszybciej opuścić miasto, ale się nie dało. Quetzale prawiena wykończeniu, więc autobus odpadał, a jeśli chodzi o ludzi, to tu jest kompletnie inny świat. Każdy śmiał się pogardliwie, często pokazując niezbyt miłe rzeczy, albo po prostu nas zlewali. Co jakiś czas zmienialiśmy miejsca i nic, dopiero po przejściu 6 kilometrów się udało. Wszystko dzięki temu że zrobił się ogromny korek i koło szesnastej zgarnął nas George do ciężarówki. Chyba najprzyjemniejszy człowiek dzisiejszego dnia, oprócz tego że nas zabra z tej dziury, to podczas któregoś postoju kupił mi proszki na żołądek i odstawił nas do miejsca gdzie mogliśmy spokojnie rozbić namiot. Jak sam powiedział, dalej nas nie będzie ciągnął, tam czekają nas tylko góry, a tu będziemy mieli równy teren i ciepło.

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci