Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Puerto Escondido - Miejsce gdzie zmieniło się wszystko...

nilek2609

W końcu jednak dotarliśmy na miejsce. Mieliśmy jedynie znaleźć nocleg i ruszyć na plażę do Abrahama i jego rodziny napić się nieco piwa, w każdym razie ja, bo Monika dalej miała coś nie tak z żołądkiem. Ale niestety nie wyszło. Znaleźliśmy najtańszy hostel w okolicy i padliśmy na dziób, nawet nie zdążyliśmy wziąć prysznica. Łóżko miało dzisiaj takie przyciąganie, że po kilku minutach oboje już spaliśmy.

IMG_20171230_175426

Kolejnego dnia rano czekała nas niemiła niespodzianka, okazało się że nie ma bieżącej wody i jesteśmy w ciemnej... Czekaliśmy do południa w nadziei, że coś się zmieni,ale niestety nie wyszło. Na szczęście właściciel zrozumiał ten problem i oddał nam połowę pieniędzy, więc za pokój wyszły nas grosze. Później ruszyliśmy na poszukiwania czegoś lepszego, w każdym razie jeśli chodzi o cenę. I tak trafiliśmy do Damiana, Polaka który za drugim końcu świata otworzył bar z kebabem "El Polaco kebab". Gorąco polecamy to miejsce, ceny są naprawdę fajne i nigdzie w okolicy nie zjecie takiej ilości porządnego jedzenia tak tanio.
GOPR0036

Kawałek dalej znaleźliśmy dość fajny camping Buena Onda, prowadzony przez dwójkę Francuzów przy samej plaży. Cena była dość spora, ale wszystko czego nam było trzeba, mieliśmy w zasięgu ręki. Więc miejsce było dobre na kilka kolejnych dni. Przez pierwsze dwa po prostu się obijaliśmy, walcząc z falami oceanu (nie) spokojnego, opalać się nie było sensu, słońce łapało wystarczająco podczas samego spaceru. Po pierwszym dniu zrezygnowałem nawet z koszuli, temperatura nie spadała poniżej 25 stopni, nawet w nocy, lekkie piekło, szczególnie że tu też jest teraz zima, ale w końcu tropiki.

IMG_20171222_163735

W dzień wigilii wypadło trochę po świętować, więc na bogato zaczęliśmy dzień. Mimo problemów z tutejszym gazem, Monice jakoś udało się upichcić spaghetti na śniadanie. Później życzenia świąteczne i rozmowy z rodzinką na facebookach. Przez różnicę w czasie wychodziło tak, że oni siadali do kolacji, a my na dobre nie zdążyliśmy się dobudzić. Śniadanie może nie było zbyt świąteczne, wypadało zjeść jakąś rybkę, żeby jakoś utrzymać chodź trochę tradycji nawet tutaj. Lecz pech chciał, że akurat dzisiaj buda z grillowaną rybą była zamknięta, więc padło na burgery.

IMG_20171228_180028_HDR

Z początku nie mieliśmy żadnych planów na wieczór, a że na campingu nie za bardzo się kleiło, więc musieliśmy znaleźć sobie jakieś zajęcie. W końcu jednak umówiliśmy się z jednym z poznanych w mieście Polaków. Kamil przyszedł po nas gdzieś po 20 i powoli zaczynaliśmy rozkręcać wspólnie małą imprezę. Na początku spokojnie, a później za sprawą Havana Club znaleźliśmy się w centrum miasta z ekipą od nas z campingu i zabawa trwała do białego rana we Flayu (w każdym razie tak twierdzi wujek Google).

IMG_20171228_181046

Rano (po spaniu) było już nieco ciężej, trochę nam zajęło dojście do siebie, ale chłodne piwo każdego postawi na nogi. Później nieco walki z falami przy zachodzie słońca i kolejny dzień świętowania. Jakoś trzeba było spędzić te święta, więc kolejna impreza była kwestią chwili i bardzo dobrą opcją. I tak praktycznie dzień w dzień, Puerto to miejsce na typowy chillout i ładowanie akumulatorów. Większość dnia była bardzo podobna, leń nas ogarnął, mieliśmy zmienić camping na nieco tańszy, ale jest tak fajnie, że nie potrafimy odejść.

IMG_20171224_160934_HDR

Dopiero dwa dni po świętach postanowiliśmy coś ze sobą zrobić i ruszyć nieco z miejsca, ale tak na spokojnie. Po południu jednym z busików pojechaliśmy do centrum na zakupy do chedraui, a później na targ po świerze warzywa na obiad. Z początku miał być makaron, ale że jesteśmy nad oceanem i wszędzie sprzedają piękne świeże ryby, to padło na Lucjana z patelni.

IMG_20171226_120454

Powoli zatracaliśmy się w tym miejscu, dni mijały, nikt nie wie kiedy, każdy niby podobny do drugiego, ale w jakiś sposób inny. Zwiedziliśmy okolicę, imprezowaliśmy, krążyliśmy od plaży do plaży, byliśmy przeszukiwani przez policję, ale koniec końców większość czasu spędzaliśmy bycząc się hamaku. Takie lenistwo jest piękne.

GOPR0038

W sylwestra chcieliśmy dać z siebie sto procent, ale od początku coś było nie tak, w każdym razie ze mną. Od rana czułem się jak śnięta ryba, kręciłem się jedynie między plażą, a campingiem i narzekałem na wszystko dookoła. Byłem gorący jak bojler (Monika twierdziła że aż parzę), myślałem, że słońce bardziej mnie przypiekło, ale to nie było to. Dopiero wieczorem sprawdziłem temperaturę i się okazało, że mam ponad 39 stopni...

IMG_20171223_101853

Wszystko jednak się ułożyło za sprawą cudownych tabletek Ibupromu i zimnego prysznica. Nie chciałem odpuścić tego dnia, szczególnie że o północy planowałem zrobić coś specjalnego. W końcu po dwudziestej zebraliśmy się z namiotu, po drodze zgarnęliśmy jeszcze Kamila i razem poszliśmy do El Polaco. Damiana niestety tam nie było, ale jakoś się odnaleźliśmy u Pepe Taco. Tam poznaliśmy jeszcze Polsko-Włoską ekipę podróżującą po Ameryce Północnej i impreza powoli zaczęła się rozkręcać.

IMG_20171230_174224_HDR

W którymś momencie przenieśliśmy się do mieszkania Debi i Damiana, gdzie dwójka Włochów odpadła, więc ich zostawiliśmy i taksówką zebraliśmy się na Zicatelę, poszukać tam nieco szczęścia. Imprezy może nie znaleźliśmy, ale wyszło tak jak powinno. Jakoś przed północą pojawiliśmy się na plaży i wtedy dokonałem chyba najważniejszej decyzji w moim życiu. W chwili gdy wybiła północ OŚWIADCZYŁEM się Monice, myślałem nad wieloma innymi miejscami, ale to była dobra decyzja. Powiedziała TAK. :) :)

 

Manzanillo

nilek2609

Dość topornie szło nam opuszczanie pokoju, mało co wyschło z tego co wczoraj wypraliśmy. Do tego trzeba było ogarnąć profil na workaway, więc trochę czasu to wszystko zajęło, ale przed południem jakoś udało się ruszyć w dalszą drogę. Piechotą dostaliśmy się na jedną z głównych ulic i próbowaliśmy dalej jechać autobusem gdzieś na południe, ale to było jak walka z wiatrakami, komunikacja w tym mieście jest prawdziwym koszmarem. Niewiele się zastanawiając zjedliśmy jakieś śniadanie obok i przeszliśmy się dwa kilometry dalej na obwodnicę. Stamtąd jakoś udało nam się złapać stopa na La Tiere, później szło ciężej, ale złapaliśmy w końcu tira.

IMG_20171219_120445_HDR

Nawet nie spodziewałem się że będziemy przejeżdżać przez tak piękną okolicę. Mniej więcej w połowie drogi trafiliśmy na płaskowyż, w oddali wysokie góry, dookoła płytkie jeziorka pełne ptaków, co jakiś czas plantacje agawy i po środku tego my. Mimo że przez pięć godzin przejechaliśmy zaledwie 250 km, to warto było. Antonio był na tyle przeładowany, że momentami jechaliśmy zaledwie 10 km/h, ale gdzie nam się śpieszy. w końcu, chwilę po dziewiętnastej wysadził nas przy Tecoman, jakieś 60 km od Manzanillo. Nareszcie wróciliśmy wróciliśmy do miejsca, gdzie na każdym kroku rosną kokosy, wspinaczka odpadała, ale za to pod nosem mieliśmy stoisko i za 12 peso dorwaliśmy jednego.

IMG_20171218_152328_HDR

Jeszcze przez chwilę próbowaliśmy coś złapać, ale w końcu odpuściliśmy i ruszyliśmy wzdłuż autostrady szukać miejsca na nocleg. Po drodze jeszcze kilka tacosów na kolacje i po przejściu siedmiu kilometrów rozbiliśmy się na plantacji kokosów. Kolejny one milion star hotel zaliczony, czy życie w ten sposób nie jest piękne?. Miejsce złoto, jedynie zwierzaki trochę straszyły, tak jak wbijające się w ziemię kokosy... Rano wstaliśmy razem ze wschodem słońca i przed ósmą po wysuszeniu namiotu wróciliśmy łapać.

IMG_20171218_162643_HDR

A godzinę później byliśmy już w mieście. Nogi od razu prowadziły nas w stronę jedzenia, a że zajechaliśmy nad ocean spokojny, to padło na świeże Ceviche (sałatka z surowej ryby, marynowanej w limonce). My się najedliśmy, więc przydało by się nakarmić też kogoś innego. Z kubkiem pełnym świeżych owoców powędrowaliśmy do sanktuarium legwanów trochę się zabawić.

IMG_20171218_170751_HDR

Jeszcze przed wyjazdem umieściliśmy to miejsce dość wysoko na liście tych do odwiedzenia i w końcu się udało. Niedawno mieliśmy nieco zmienić plan i całkiem ominąć Manzanillo, kierując się w stronę Puerto Escondido. Ale wyszło inaczej,góry dość mocno nas wymęczyły i trzeba było szybko zjechać na wybrzeże zaznać w końcu słońca.

IMG_20171218_185233

Jest to jedno z miejsc do którego warto nadrobić trochę kilometrów i je odwiedzić. Mało kto o nim wie i w sumie dobrze, ma to swój urok. Codziennie o dziesiątej rano legwany mają porę karmienia, więc najlepiej przyjść w tym czasie, wtedy można zobaczyć je z bliska. Przez resztę czasu wygrzewają się na drzewach i na dachu. Zabierzcie też owoce, najlepiej papaję i banany,a zobaczycie co się będzie działo. I najważniejsze, wejście jest za darmo,ale przy karmniku stoi wielka pucha na datki. Warto się dorzucić, żeby smoki miały codziennie świeże jedzenie.

IMG_20171219_071628

Z sanktuarium ruszyliśmy w kierunku plaży San Pedrito, po drodze w kocu udało mi się kupić maczetę. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, a dostałem ją dopiero tutaj za niecałą stówkę i to w sklepie wędkarskim, a ja głupi myślałem że znajdę ją na targu. Monika już się śmiać zaczynała, że pewnie sami je w domach robią :D

IMG_20171219_101559

Plaża dość mocne 3 na 5, ale woda czysta,mimo bliskiego sąsiedztwa portu. Jeśli chodzi o resztę, to bardzo trzeba uważać na jeżowce. Te tutaj są dwa razy większe od europejskich i miejscami mają dość jaskrawe kolory, więc pewnie mogą wyrządzić większe szkody niż tylko wbity kolec. Oprócz tego jest trochę ryb i kraby. Dodatkowym plusem tego miejsca jest możliwość wzięcia prysznica po kąpieli w oceanie. Podsumowując, warto tu wpaść, ale nie na zbyt długo. Miasto jest całkiem w porządku, mają jak wszędzie w Meksyku dobre jedzenie, ładne widoki i jeden z najważniejszych portów w kraju. Ale największą atrakcją są legwany.

IMG_20171219_1143541

Z plaży cofnęliśmy się na obiad do centrum miasta, polecamy knajpkę MeNuDeRia. Za 55 peso można zjeść Carne Asada (sporo mięsa, ryż, warzywa, fasolka), więc dość porządny obiad za grosze. Należało się nam po kilku ostatnich dniach. Później już w stronę wylotówki z miasta, tutaj spanie na plaży, albo w okolicy jest dość niebezpieczne, w każdym razie tak nam mówili w sanktuarium legwanów.

IMG_20171219_114726_HDR

Co ciekawe, gdy zaczęliśmy łapać, podchodzili do nas żule, albo inne typy naprawdę z pod ciemnej gwiazdy i mówiąc często płynnym angielskim próbowali jakoś pomóc. Najgorsze jest to że Ci z pod ciemnej gwiazdy ostrzegali nas, że jest tu bardzo niebezpiecznie i musimy uważać. To ja się pytam, jeśli my się ich dość boimy, to przed kim oni nas ostrzegali?. Chyba nie chcę wiedzieć... Któryś z kolei poradził aby wziąć autobus za miasto i tam łapać, więc w końcu posłuchaliśmy i jedynką wydostaliśmy się.

IMG_20171219_115458_HDR

Zaczęliśmy łapać na jednym ze skrzyżowań przy wyjeździe z miasta, duży karto z napisem Tecoman / Acapulco i co nas zabiera? Autokar jadący do Acapulco... Niestety wziął nas tylko do Tecoman, ale 60 km w takich warunkach, to bajka. Podobnie jak ostatnio, nie było sensu łapać, więc ze dwie godziny zeszło nam na znalezienie miejsca do spania w tym pyle. Rozłożyliśmy się zaraz przy wjeździe do miast a, dla odmiany na jednym z pól cukinii i poszliśmy spać. A rano jeszcze przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej w drogę.

IMG_20171219_122600_HDR

Znowu mieliśmy na tyle szczęścia, że złapaliśmy na stopa studenta chemi, który mówił po angielsku, więc dostaliśmy kolejną dawkę przydatnych informacji. Podrzucił nas 40 km dalej, skąd kolejne auto zabrało nas do małej wioski nad brzegiem Pacyfiku. Bajkowe miejsce na śniadanie, po środku niczego stała restauracja kilka metrów od plaży, z fajną obsługą i groszowym jedzeniem, jeszcze w takiej ilości że nie dało się tego przejeść. Po jedzeniu dalej żabimi skokami kierowaliśmy się w stronę celu, jedną z najpiękniejszych dróg wzdłuż wybrzeża.

IMG_20171219_131858_HDR

Łapiąc dalej, którymś autem z kolei trafiliśmy do Maruaty, tam jakby transport umarł i nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, więc postanowiliśmy się przenieść na jedyny w okolicy camping. Piękna zatoka między skałami, nocleg zapowiadał się naprawdę świetnie, więc od razu zapłaciliśmy, rozstawiłem nasz cały majdan, a po chwili się okazuje że nie mamy dostępu do wody. W każdym razie na naszej części pola, było kilku właścicieli, więc jakby kilka różnych campingów. Już myśleliśmy żeby się przenieść obok, ale kolejny chciał dwa razy tyle kasy, de facto za nic. Próbowaliśmy jakoś odzyskać pieniądze od faceta, ale się okazało, że poszedł do domu i miał nas gdzieś. Dopiero po dwóch godzinach się pojawił, nawet nie negocjował, oddał pieniądze, zamknął wszystko i poszedł. Byliśmy już spakowani i mieliśmy się zbierać, ale skoro byliśmy na plaży, to warto było nieco popływać. Później dogadaliśmy się z "sąsiadem" z za miedzy, żeby móc się wykąpać i na wylotówkę.

IMG_20171219_132513_HDR

Miejscowi nie byli zbyt chętni żeby nas zabrać, więc powoli kierowaliśmy się za miasto w poszukiwaniu noclegu. Po drodze staraliśmy się jeszcze coś złapać w tej ciemnicy, tak bardzie proforma, bo niewielka była szansa, że ktoś nas teraz weźmie. Ale za którymś takim razem trafiliśmy jak ślepa kura na ziarno. Zabrały nas dwie siostry, dostaliśmy kolację i jechaliśmy wspólnie w kierunku Acapulco. Przez większość dnia zrobiliśmy zaledwie 150 km, a teraz prawie trzy razy tyle. Wysiedliśmy dopiero o trzeciej nad ranem, gdy Panie zajechały do jednego z hoteli po środku niczego i próbowały wynająć dla nas wszystkich pokoje, a rano ruszylibyśmy dalej. Nie mogliśmy się na to zgodzić, tylko za naszą dwójkę zapłaciłyby prawie tysiąc peso, więc jakoś się z tego wymiksowaliśmy i rozbiliśmy się z namiotem dwieście metrów dalej w sadzie Mango.

IMG_20171221_113659

Wszystko właśnie tak miało się ułożyć, po kilku godzinach snu zajechaliśmy do kolejnego miasteczka, skąd złapaliśmy transport do samego Puerto Escondido. Niby 550 km dobrą drogą, do tego pick up, a nie tir, mimo to droga zajęła ponad dziesięć godzin. Na miejsce zajechaliśmy dopiero przed ósmą, ale za to zaoszczędziliśmy masę czasu, gdyby nie oni to spokojnie jechalibyśmy tu 2-3 kolejne dni. Do tego atmosfera była bardzo miła, przez całą drogę jechaliśmy na pace z Abrahamem, co chwilę prowadziliśmy jakieś dziwne wywody, spaliśmy i tak na zimianę do samego celu. 

Teotihuacan

nilek2609

Dzień zaczęliśmy od ciepłego prysznica, nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja, standardowo wyskoczyliśmy na Tacos w okolice Hidalgo i trzeba było się zbierać. Metrem dojechaliśmy na stacje Autobuses del Norte, a stamtąd za 50 peso autokarem na Teotihuakan. Na każdym przystanku ktoś wpadał do środka zjedzeniem i lodami, a połowę trasy drogę umilał nam miejscowy grajek z gitarą. W ciągu godziny dojechaliśmy na miejsce, na bramie kupiliśmy bilety za 70 peso i w drogę. Czytaliśmy że trzeba płacić standardowo za zdjęcia 45 peso, ale nam się upiekło,kasjer powiedział że telefony i mały sprzęt są za darmo. Minusem był brak przechowalni bagażu, ale coś pokombinowaliśmy i udało się zostawić plecaki w jednym ze sklepików z pamiątkami.

IMG_20171214_130518_HDR

Pierwsze kroki skierowaliśmy do świątyni pierzastego węża, później przez cytadelę i drogą śmierci w kierunku piramidy słońca. Po drodze daliśmy się namówić starszemu Panu na pamiątki, wszystko przez to, że jako jedyny w Meksyku rozpoznał skąd jesteśmy. Brali nas już za Niemców setki razy, Francuzów i Amerykanów, ale nigdy Polaków. Więc postanowiliśmy coś kupić, padło na obsydianowego bożka, trochę targowania i za 200 peso udało się kupić. Senior był na tyle miły, że w gratisie dostaliśmy jeszcze dwa gwizdki z bogiem kukurydzy i wody, więc każdy był wygrany.

G0020569

Idąc dalej drogą śmierci, trafiliśmy na plac, gdzie podobno odbywały się festiwale związane z rolnictwem i wodą. Większość informacji o tym miejscu, to tylko domysły, na terenie cały czas odbywają się wykopaliska, które tak naprawdę nie wiele wnoszą do historii Teotihuakan. Ale jedno jest pewne, ktoś tu mieszkał przed Aztekami i nikt nie wie kto, lud ten najprawdopodobniej nie używał języka pisanego, albo wszystko z jakiegoś powodu zostało zniszczone. Tego możemy się tylko domyślać.

IMG_20171214_130455_HDR

Cały kompleks drogi śmierci robił ogromne wrażenie, w głowie kotłowały się setki myśli, zwłaszcza że szliśmy drogą, tak jak ludzie prowadzeni na śmierć setki lat temu. W końcu doszliśmy do kresu, gdzie wszyscy kończyli swój żywot na szczycie piramidy słońca i podobnie jak my teraz, musieli się na nią wdrapać. Widok z góry zapierał dech, ta cała mistyczna otoczka przesycona magią tego miejsca, zostawiała wielki ślad w głowie..

IMG_20171214_133215_HDR

Przychodząc tutaj zapomnieliśmy tylko o jednym, chodzimy sobie w pełnym słońcu, a nie zabraliśmy najważniejszej rzeczy, wody. Mogliśmy kupić ją po drodze w sklepach, ale nikt o tym nie pomyślał. Więc chodziliśmy od sprzedawcy do sprzedawcy w poszukiwaniach, w końcu jakiś dziadek nas zaprowadził do kolejnego i za 20 peso kupiliśmy 0,5 litra... Więc polecam zaopatrzyć się wcześniej. 

IMG_20171214_134955_HDR

Pokonanie 265 schodów na tej wysokości było nie lada wyzwaniem, więc trochę czasu spędziliśmy u góry, ale było warto. Z tego co czytaliśmy na jednej z tablic, pod piramidą słońca jest ogromna jaskinia, gdzie według wcześniejszych wierzeń powstało całe życie we wszechświecie. Później ruszyliśmy dalej drogą dawnych procesji, aż do piramidy księżyca. Na tą już nie mieliśmy siły wchodzić, jedynie zrobiliśmy kilka zdjęć i poszliśmy dalej.

IMG_20171214_141402

Przy drugim wejściu zachaczyliśmy o dwa patia, jedno o nazwie Los Pitales, a drugie Los Jaguares. Są to dwa niewielkie kompleksy budynków, w których zachowało się kilka dawnych murali. Po takiej wycieczce należały nam się pożądne lody, w jednym ze sklepików udało nam się kupić mrożoną marakuję za całe 15 peso i wodę w normalnej cenie.

IMG_20171214_144141

Wracając powoli do naszego wyjścia, gdzie zostawiliśmy plecaki trafiliśmy na bawiące się pieski preriowe, kilka sporej wielkości jaszczurek, a nawet wycieczkę Polaków. Teraz czekało nas największe wyzwanie, jakoś trzeba było się stąd wydostać. Niby nic trudnego, ale nawet colectivo nie jechało w naszą stronę, wszyscy wracali do miasta Meksyk. Od 16 czatowaliśmy na jakieś auto, pół godziy późnie podeszła do nas amerykanka i poradziła wrócić się do Meksyku, bo stąd na Leon jedzie mało kto. Mimo to próbowaliśmy dalej i się opłaciło, lodziarz który stał za nami, podżucił nas do centrum Ecatepec, obok wjazdu na autopiste. Śmiesznie to trochę wyglądało, Monika mnie wysłała do przodu, a sama jechała w lodówce..

IMG_20171214_145045_HDR

To co działo się dalej, to istna szopka, po wyjściu z Walmarta poszliśmy na wjazd i mimo późnej pory zaczęliśmy łapać. Cholera wie co się tam stało, ale po paru minutach zrobił się ogromny korek i auta zaczęły odstawiać dziwną operetkę na drodze. Mimo że była to autostrada, nikt się tym za secjalnie nie przejmował, zawracali, jeździli pod prąd, cofali jeden na drugiego. Istny cyrk na kółkach, nawet federalna miała na to kompletnie gdzieś. Ale najlepszy był gościu, który latał między autami i sprzedawał świecące balony, to była w tym momencie wisieńka na torcie.

IMG_20171214_155737_HDR

Witamy w kraju, gdzie przepisy są umowne, a znaki drogowe nie mają żadnego znaczenia. Wcześiej jakoś tego nie widziałem, poprzednie miasta miały swojego rodzaju kulturę jazdy, a tu istny dziki zachód. Do tego wszystkiego jeszcze fajerwerki w oddali, normalnie bajka. Siedzieliśmy tam do około ósmej, odpuściliśmy dopiero po rozmowie z jakąś kobietą. Dość przejęcie radziła nam się z tamtąd zebrać jak najszybciej, bo tu może to być nasza ostatnia noc. To przelało czarę goryczy, szczególnie że chwilę wcześniej w krzakach obok Monika trafiła na bandę naćpanych meksykanów. Nie było wyjścia, trzeba było się jak najszybciej zbierać i szukać miejsca na nocleg, znalazłem nawet jakiś hotel na mapie. Ale w połowie drogi, na ślimaku znaleźliśmy kilka drzew i postanowiliśmy rozłożyć się przy jednym z nich na karimatach. Namiot byłby zbyt widoczny, a tak to przynajmniej był spokój. Trochę na przypale jak zwykle, ale trzeba sobie radzić.

 

Guadalachara i dalej :)

nilek2609

Wypoczęci rano wróciliśmy na stację pemexu napić się gorącej kawy, w tym czasie słońce zdążyło rozświetlić niebo i mogliśmy wrócić na wylot powoli łapać. Nie było co prawda tak ciepło jak w nocy (19 stopni), jedynie dziewięć stopni, ale zawsze to lepiej niż temperatura, którą mieliśmy przez ostatnie kilka dni. Dzisiaj poszło ekspresowo, w dwie minuty mamy auto i to z jakim kierowcą, płynnie mówił po angielsku. W końcu mogliśmy zapytać o nurtujące nas rzeczy tu w Meksyku, których nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

IMG_20171217_132758_HDR

Dojechaliśmy do Tepotzotlan na same bramki pod autostradą. Stąd już z górki, zjedliśmy śniadanie i wiśta dalej, nie czekaliśmy nawet chwili, od razu zabrał nas jeden z przejeżdżających tirów. Sto kilometrów dalej wysiadka na jednym z parkingów, zjedliśmy w knajpce po torcie i szukaliśmy dalej, zostało jedynie 230 km do celu. Trzeba było się nieco pośpieszyć bo Monikę zaczęły miejscowe dzieciaki atakować, chciały żeby im kupowała wszystko co popadnie, no i oczywiście pieniądze (amerykanie się nabrali). Tym razem trochę musieliśmy poczekać, ale opłaciło się łapać praktycznie po środku autostrady.. Po półgodziny złapaliśmy osobówkę do centrum Leon.

IMG_20171216_143307

Trochę poczytałem o okolicy miasta i zmieniliśmy zdanie o zostaniu tu na noc, szczególnie że host z którym się umawialiśmy, wystawił nas do wiatru. Spędziliśmy trochę czasu w McDonalds, w poszukiwaniu jakichś innych wariantów, ale tak jak wczoraj, było już zapóźno. Po przejściu kilku kilometrów w kierunku wylotówki, złapaliśmy pick upa, który jedynie podrzucił nas kawałek dalej na wjazd autostrady. Jeszcze przez godzinę próbowaliśmy szczęścia, w końcu jednak odpuściliśmy i po przejściu dwóch kilometrów wzdłuż drogi zaleźliśmy miejsce na namiot. Wszędzie dookoła smog nie pozwalający porządnie dychnąć, pełno syfu i KURZ, a ponoć miasto Meksyk ma z tym największy problem. A tu taka niespodzianka.

GOPR0583

Myśleliśmy że miejsce będzie najmniej przypałowe, jednak rano obudzili nas rolnicy z kosami, puki nie reagowali było ok. Ale jeden chyba miał jakiś problem, podjechał do domu i spuścił na nas psy, więc na szybko musieliśmy się zawinąć. Wróciliśmy na wjazd i zaczęliśmy łapać, trochę czasu poszło, dopiero po 10 zabrał nas Antonio. Kolejny zjazd, kolejny kierowca i lecimy dalej w stronę Guadalachary. Krajobraz robił się coraz bardziej pustynny, wszędzie złota trawa, niskie drzewa i susza. Najbardziej jednak dziwiły nas okoliczne dwie góry, kształtem bardzo przypominały świętą górę aborygenów Uluru w Australii. Były całkowicie płaskie, tak jakby je ktoś równał przy pomocy poziomicy.

IMG_20171217_132823_HDR

Nie ma to jak siedzieć w amerykańskim krążowniku szos, słuchając lecącego z radia kantry i przemierzać tą bezkresną przestrzeń. Dookoła kilometry ciągnących się pastwisk, tysiące krów, koni i piękne rancza. A za kierownicą Hektor dociskający gaz w rytmie muzyki, bajka, tego nie da się opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Im dalej jechaliśmy, tym częściej mijaliśmy kolejne plantacje agawy, a wszystko to na najlepszą tequilę świata, no i oczywiście pola kukurydzy, których wszędzie pełno. Co jakiś czas drogę patrolowały sępy, czychając aż trafi się jakaś świeża padlina.

IMG_20171217_132339_HDR

O piętnastej dojechaliśmy na przedmieścia Guadalajary. Wszystko się fajnie ułożyło, przez ostatnie sto kilometrów towarzyszyła nam ulewa, ale gdy wjechaliśmy do miasta, wszystko cudownie się uspokoiło. Do tego momentu mieliśmy szczęście, później było już nieco gorzej. Dość szybko ogarnęliśmy się w okolicy, na horyzoncie było widać Burger Kinga, więc mieliśmy gwarancję WiFi. Znalazłem go jakoś na GPSie i na dobry początek spacerek ponad dwa kilometry, ale trzeba było sprawdzić hostów. Niestety żaden z ludzi do których pisaliśmy nie mógł nas przyjąć, wszyscy byli poza miastem. Zostało nam jedynie szukanie na Bookingu, trafił się jeden fajny nocleg za normalne pieniądze, tylko że było do niego 16 km. Miasto jest ogromne, a niestety komunikacja dla kogoś kto tu nie mieszka jest kompletnie nie do ogarnięcia.

IMG_20171217_123704_HDR

Sprawdziliśmy mniej więcej dzielnice, gdzie mamy się dostać i próbowaliśmy znaleźć autobus. Wpadaliśmy do każdego po kolei pytając czy tam jedzie, aż w końcu "trafiliśmy". Kierowca powiedział że tam jedzie, ale po 10 km kazał wysiadać na ostatniej jego stacji, więc czekał nas sześcio kilometrowy spacer. Do tego musieliśmy jeszcze znaleźć działąjący bankomat, najlepszy byłby santander z którym nigdy nie ma problemu, tylko że przy większości stały kolejki po 50 osób... W końcu jakiś gość polecił naminny bank w okolicy i sie udało załątwić wszystko w minutkę (na 5 bakomatów działał jeden...). Z tamtąd prosto pod adres, plecaki ciążyły coraz bardziej, ale jakoś zdążyliśmy dojść na czas. Hotel okazał się prywatnymi pokojami o naprawdę fajnym standardzie, nieco tańsze były tylko klitki w czymś co przypominało cele w piwnicy, a tu mieliśmy łazienkę i dostęp do kuchni. Byliśmy tak głodni, że zostawiliśmy jedynie rzeczy i poszliśmy coś zjeść do okolicznej budki. Szczęście się do nas mocno po raz kolejny uśmiechnęło, sprzedawca mówił rewelacyjnie po angielsku, więc mogliśmy się dowiedzieć o okolicy,a szczególnie to na co mamy uważać.

IMG_20171217_132935_HDR

Od rana kurs na centrum i zwiedzamy. Miasto o wiele lepsze od Leon, czy Puebli, ale i tak nie zachwyca za mocno, brak tego efektu wow. Na początku ruszyliśmy zobaczyć Plaza de La Liberation, dość fajne miejsce z masą ludzi,które jednak polecam tylko na chwilę. Za to kościół świętego Augosta robi wrażenie, masa zdbień i piękna architektóra. Idąc dalej rozglądaliśmy się po stoiskach i mówiąc szczerze, nie polecam zakupów, wszędziejest masa podróbek, zamiast kamieni na 90 % kupicie barwioną żywicę, nawet bursztyn podrabiają. Podobnie jest na targu San Huan de Dios,wszędzie chińszczyzna, podrabiana skóra (szczególnie jeśli chodzi o kowbojki, po te polecam wybrać się do stacjonarnego sklepu, albo szewca), a reszta to sam chłam. Pierwsze takie miejsce, gdzie faktycznie nie ma co kupić, ani na czym zawiesić oka.

IMG_20171217_134426_HDR

Znowu na ulicach zrobił się dzikitłum, myśleliśmy że w Mexico City było dużo ludzi,ale tu jest dosłownie dzicz, ulicą nie da się spokojnie przejść. Wszędzie pełno klaunów, domków świętego mikołaja i oczywiście żebraków. Kolejne miasto które męczy, chociaż może to być nasze osobiste odczucie. Jest tu jednak kilka ładnych skwerów, gdzie można odpocząć, muzea, nawet jedno z figurami woskowymi, tylko za wszystko sobie życzą duże pieniążki.

IMG_20171217_145047_HDR

Dalej trafiliśmy do Katedry La Asunción de Maria,polecam zajżeć chociaż na chwilę, pięknie wygląda z zewnątrz, jak i w środku. Dalej z falą trafialiśmy na kolejne uliczki, aż wylądowaliśmy na obrzeżach centrum. Tam już nic ciekawego nas nie mogło czekać, więc powoli zebraliśmy się w stronę naszego pokoju. Dobrze się złożyło, bo nad miastem wisiały coraz czarniejsze chmury, a przed pokojem mieliśmy wywieszone pranie.

IMG_20171217_145527_HDR

W ostatnim momencie wszystko udało się zebrać i od tego momentu byliśmy uziemieni na dobrą godzinę. Później poszliśmy coś zjeść do tej samej budy co ostatnio i znowu zostaliśmy na dłużej. Horhe był tu jedną z niewielu osób z którymi mogliśmy się dogadać, więc miło się siedziało, a do tego miał najlepsze jedzenie w okolicy. Dzisiaj dodatkowo daliśmy się skusić na miejscowy specjał jego kolegi, nazywają to Tehuino, ale gorąco odradzam. Może komuś to posmakuje, ale mi nie pomogło i w tempie przyśpieszonym trzeba było wracać. Robią to o ile pamiętam z lodu, kukurydzy (niedojżałej), soli, chili i czegoś jeszcze. Ponoć ma gasić pragnienie w upalne dni, ale smakuje naprawdę źle.

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci