Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Powoli czas wracać - kierunek półwysep Jukatan

nilek2609

Według pierwotnego planu dwunastego z samego rana mieliśmy zabrać swoje manatki i ruszyć w dalszą drogę, ale jak to z nami bywa wyszło zgoła inaczej. Dzień wcześniej mieliśmy wypić po piwku, wrócić się dopakować i położyć spać dość wcześnie żeby rano nie snuć się jak zombi po wylotówce. Skończyło się jednak na tym że wróciliśmy dopiero przed czwartą, czego zdecydowanie nie żałujemy. Wstaliśmy po południu, zjadłem pół kilo jogurtu żeby mieć trochę siły i poszliśmy do kebaba na internet. Z braku laku wybraliśmy się jeszcze jeden raz do miasta, ale tym razem ze specjalnym zleceniem. Jeden z naszych znajomych zamówił sobie dość oryginalny prezent - laleczkę Voodoo, więc trzeba było podjechać do czarodzieja. 

IMG_20180417_163050PS: Na początku była miła i się przywitała, a chwilę później próbowała ukraść telefon...

Rano natomiast już nie było przebacz, budziki nastawione na godzinę siódmą i trzeba było wstawać. Chociaż mi chyba nie był do końca potrzebny, nie wiem czy to stres czy co, ale zacząłem się już kręcić po mieszkaniu o piątej... Szybki prysznic, dopakowaliśmy ostatnie rzeczy, pożegnaliśmy się z Debi i Damianem, po czym z wielką niechęcią wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie. Już nawet nie pamiętam ile tu siedzieliśmy dokładnie, ale niechęć do niesienia tego ciężaru (24 i 17kg + małe) na plecach jest wprost proporcjonalna do spędzonego tu czasu. Z lenistwa pierwsze kilka minut łapaliśmy pod domem, ale doszło do nas że to nie ma najmniejszego sensu, więc colectivo dojechaliśmy na obrzeża aglomeracji. Tam już z górki, chwila czekania i byliśmy ze 30 km dalej, więc całkiem nieźle jak na początek. Kolejny kierowca za to nas zaskoczył dość pozytywnie, liczyliśmy na krótki stop, a się okazało że jedzie aż do Chiapas. Myśleliśmy już żeby jechać, ale jednak zdecydowaliśmy się na lepszą drogę, więc przed trzecią pożegnaliśmy się w Juchitan de Zaragoza, skąd mieliśmy się kierować na Veracruz.

IMG_20180414_120732_HDR

Jednakże najpierw mała przerwa na obiad w Burdel Kingu. Wychodzimy na drogę jakieś półtorej godziny później i zaczynamy łapać, a tu podjeżdża nasz kierowca i ze śmiechem mówi że nas podrzuci kawałek dalej na krzyżówkę do La Ventosa. Zabawiliśmy tam dłużej niż byśmy chcieli, ale w końcu trafiliśmy na właściwą drogę skąd zabrał nas dalej dziwny typ. Zatrzymuje się Pick up, facet pokazuje gestem że mamy się pakować na pake, tylko pytanie gdzie u licha jedzie. Podchodzę do drzwi żeby zapytać co i jak, a on w tym czasie zamyka się na cztery spusty jakbym miał go okraść, ale nie odjeżdża. Chwilę pogadaliśmy przez zamkniętą szybę i wskoczyliśmy na pake, a on ruszył w nieznane. Po pół godziny koniec trasy i tak przed wieczorem wylądowaliśmy w dziurze zabitej dechami, jechać dalej nie było sensu, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Okolica bez szału, więc szliśmy tak przed siebie z dobry kilometr aż znaleźliśmy idealną kryjówkę na wjeździe do kolejnej dziury o nazwie Lachigoló. Jak to mówią "najciemniej pod latarnią" i tak właśnie się rozbiliśmy, tylko że za jakimś murkiem , gdzie nikt nas bielizna mógł zobaczyć. 

IMG_20180415_152734

Po raz kolejny nie mogłem spać za dobrze i wstałem bladym świtem, jednak jakoś przeczekałem do rana i koło siódmej razem z Moniką poszliśmy szukać śniadania. Patrząc na ilość szyldem, w okolicy powinno być sześć knajp, lecz znaleźliśmy zaledwie dwie. Nie było jednak z czego się cieszyć, każda próba zamówienia czegokolwiek kończyła się fiaskiem. Nie mieli nawet głupich jajek czy kawy z mlekiem które sprzedaje się wszędzie... Po kilku minutach stopem dojechaliśmy do nieco większego miasta, gdzie w końcu zjedliśmy w spokoju śniadanie i mogliśmy ruszyć najedzeni w dalszą drogę. Po niezbyt miłym starcie dnia, szczęście zaczęło się do nas uśmiechać. Kolejna kobieta która nas zabrała, oprócz tego że była przemiła, mówiła po angielsku, to jeszcze zostawiła nas w idealnym miejscu pod Minatitlan (jakieś 200km dalej). Ze zjazdu przenieśliśmy się nieco dalej w cień i od razu zatrzymuje się auto, podbiegam z myślą że jedziemy dalej, a tu niespodzianka. Dwie starsze panie które nas siedziały chwilę wcześniej, podjechały tylko po to żeby dać nam zimne napoje i życzyć miłej podróży :) 

IMG_20180416_194944_HDR

Gdy tylko odjechały zabrał nas dziwny starszy facet, zostaliśmy zamknięci w klatce do przewozu krów i tak dojechaliśmy aż do kolejnych bramek. Tam też zrobiło się dość dziwnie, idąc na drugą stronę zobaczyliśmy sporą ilość wozów na sygnale i od razu myśl, nie pojedziemy dalej, pewnie jakoś wypadek i w ogóle.. Gdy jednak znaleźliśmy się bliżej, okazało się że po środku tego wszystkiego stała trumna, dookoła której stało od cholery ludzi. Pogrzebu po środku autostrady bym się nigdy nie spodziewał, ale jak widać fu wszystko jest możliwe. Tak jak szybki stop dalej, zdążyliśmy kupić jedynie napoje w sklepie obok i już mieliśmy okazję. Zgarnął nas Eduardo, kolejna osoba z którą na spokojnie mogliśmy porozmawiać po angielsku, nie wysyłając już hiszpańskiego. Później nie było już tak pięknie, koło 14 dojechaliśmy do Villahermosy (po raz trzeci), wysiadamy z auta i świat spowalnia. Żar leje się z nieba, w cieniu 40 stopni, a my jesteśmy w centrum miasta i to na własne życzenie. Mieliśmy zjeść jakiś obiad i ruszyć dalej w stronę Palenque, ale po "spacerze farmera" w tym piekarniku, zmieniliśmy nieco zdanie. Później trochę czasu spędziliśmy w Mc, skąd poszliśmy do tego samego motelu co ostatnim razem. Trzy i pół kilometra pieszo zrobiło swoje, na miejscu padliśmy oboje jak zwłoki..

IMG_20180416_210554_HDR

Monika coś nie mogła się zwlec z łóżka, więc ruszyliśmy trochę z opóźnieniem, ale przed ósmą opuściliśmy hotel. W nocy była sporą ulewa, dzięki czemu mieliśmy rano rześkie powietrze i nawet ten kilometr na wylotówkę szło się całkiem przyjemnie. Kilkanaście minut i mamy pierwsze auto. Zabrał nas Ismael razem z rodziną, było trochę problemów po drodze (auto robiło psikusy), ale jakoś dojechaliśmy do Nuevo Esperanza. Tu nie czekaliśmy nawet chwili, rozejrzeliśmy się jedynie za śniadaniem po okolicy i trafiliśmy na stopa do samego Campeche. Jak na dzisiejszy dzień i pogodę, to wygraliśmy z tym autem jak w totolotka. Zatrzymała się dziewczyna o fioletowych włosach i zaprasza do środka, gdyby nie ona, to nie wiem czy zrobilibyśmy chociaż połowę tej trasy.  Ruch niezbyt wielki, do tego przez prawie 300 km towarzyszyła nam ściana deszczu, przez co trochę to wszystko zajęło, ale w końcu koło 14 byliśmy na miejscu.

IMG_20180417_115757

Nasza nowa koleżanka wysadziła nas pod dworcem ADO i lekko zdenerwowana (raz trochę jej się zboczyło do rowu) odjechała, a my poszliśmy na internety żeby skontaktować się jakoś z Łukaszem. Niecałą godzinę później trafiliśmy na niego przy forcie w centrum miasta i wspólnie poszliśmy na poszukiwania obiadu. W końcu padło na chińczyka, gdzie za całe 100 peso jesz ile chcesz. Później jeszcze kawa w Mc, małe zakupy gdzieś po drodze i spacer w stronę wylotówki w poszukiwaniu miejsca na nocleg, co nie było zbyt łatwe. Jak zawsze każdy możliwy skrawek zieleni znajdował się za płotem, a jeśli już był "otwarty" to albo nie dało się tam ręki wsadzić, albo był podmokły. Żadna z tych opcji nie zachęcała, więc szliśmy tak przed siebie dobre osiem kilometrów, aż wylądowaliśmy na obrzeżach miasta. Z braku chęci do dalszego marszu, siedliśmy przy jakimś pomniku, otworzyliśmy po piwie i zaczęliśmy dumać co by tu ze sobą zrobić. Pewne było że nie idziemy już dalej, więc albo siedzimy, albo rozbijamy namioty za ciężarówkami z budowy, co się okazało najlepszym wyjściem.

IMG_20180417_122731

Wstaliśmy na spokojnie o szóstej, przywitaliśmy się z cieciem który w nocy świecił nam po namiotach i godzinę później zaczęliśmy łapać w trójkę stopa do Meridy. Po tym jak ktoś podrzucił nas na obwodnicę, wszystko się schrzaniło, kompletnie nie mogliśmy ruszyć się z miejsca. Na kciuki nikt nie reagował, więc zrobiliśmy małą tabliczkę z napisem Merida, co też nie zmieniło reakcji kierowców. Dopiero bilbord który zrobiliśmy z kartonu po prądnicy coś zmienił, na jednym gościu zrobił takie "wrażenie" że aż zawrócił po nas i w końcu po ponad trzech godzinach wdychania psiej padliny ruszyliśmy dalej. Droga z Jose mijała naprawdę fajnie, uśmiechnięty i rozgadany facet, który miał łeb na karku. Nawet gdy zatrzymała nas policja, wydawało się jak by miał ich gdzieś, mimo że zatrzymali nas na prawie pół godziny i przeszukiwali auto. Wszystko jednak obyło się bez problemów i chwilę po południu wysadził nas pod lotniskiem, skąd pojechaliśmy do centrum coś zjeść i pokręcić się po okolicy. Znaleźliśmy fajny pokój z AIRBNB na drugim końcu miasta, tylko nie wiedzieliśmy za bardzo jakim autobusem się do niego dostać. Wtedy chociaż tutaj przydała się do czegoś policja, miejski straszak sam do nas podszedł i zapytał czy nie potrzebujemy pomocy, po czym wytłumaczył skąd mamy jechać i dzięki niemu pół godziny później mogliśmy paść jak muchy na wygodne łóżka.

IMG_20180417_123455

Mimo że trochę zarwaliśmy nockę, to rano "pełni" energii postanowiliśmy zobaczyć miasto. Ogarnęliśmy kilka miejsc na mapie i po 11 ruszyliśmy busem do centrum. Tam na pierwszy ogień poszło muzeum Casa Montejo, do którego szczerze mówiąc trafiliśmy przez przypadek. W środku trochę mebli i innych świecidełek z dawnych lat, średnio było co oglądać, ale za to wejście za darmo, więc nic nie straciliśmy. Później ruszyliśmy na podbój targowisk miejskich, które miały być najlepszą kulinarną atrakcją tego miasta, w każdym razie według wszystkich ostatnich kierowców. Znaleźliśmy na mapie kilka z całkiem dobrymi ocenami, z czego trzy (Lucas Galves, San Benito i Crafts Silver) z nich były obok siebie i to dość blisko nas, więc zaliczyliśmy jedynie te. Oba stanowiły jeden wielki ogrom z masą jak zawsze ciekawych rzeczy, więc spędziliśmy tam kilka godzin. Przekąsiliśmy co nieco, kupiliśmy kilka pierdół i ruszyliśmy w stronę Parque Zoológico del Centenario. Mieliśmy do przejścia może z dwa kilometry, więc nawet nie fatygowaliśmy się z szukaniem autobusu, dzięki czemu trafiliśmy co Cocina Economica El Mil Chistes.

IMG_20180417_152842

Nie byliśmy zbyt głodni, ale zapach "schabowego" tak przyciągał, że nie mogliśmy sobie odmówić i poszliśmy na obiad (dla chętnych krzyżówka Celle 63 i 68). Najedzeni do pełna w końcu dotarliśmy do ogrodu zoologicznego. Co ciekawe, jest to kolejna atrakcja w mieście za którą nie zapłaciliśmy ani grosza, teren całego  parku jest dostępny dla wszystkich, jedyna opłata to JEDEN peso za przejażdżkę kolejką dookoła. Można powiedzieć że park dzieli się na dwie części, w pierwszej jest taka mała strefa odpoczynku z miejscami zabaw dla dzieci, a w drugiej znajdziecie setki dzikich zwierząt. Z początku myśleliśmy że będzie to takie mini zoo ze zwierzakami które można znaleźć w wiejskiej zagrodzie, a tu niespodzianka. Widzieliśmy masę ptaków, hipopotamy, zebry, kilka gatunków dzikich kociaków, krokodyle, pytony, dziesiątki małp (od kapucynek, po pawiany i goryle), tak jak wiele innych. Podobnie jak na targu, tam również spędziliśmy ładnych kilka godzin, więc od razu po wyjściu wróciliśmy autobusem do centrum, skąd dalej do mieszkania odpocząć.

IMG_20180417_155259

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci