Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Ostatnie chwile w Puerto :(

nilek2609

Większość dnia spędziliśmy na słodkim nic nie robieniu, dopiero po południu Damian wyszedł z małą propozycją żeby wyskoczyć na plażę Corzanillo, więc spakowaliśmy się w parę minut i w drogę. Tym razem nie mogłem odpuścić i wziąłem GoPro, czego efekt na dniach zobaczycie na Facebooku. Później mała impreza w kebabie i dalej na dzikie densy w cyrku, gdzie jeden z naszych znajomych organizował sporą imprezę w nocy. Zapowiadało się dość ciekawie, dopóki nie dojechaliśmy na miejsce i się okazało że grają dziwną wersję techniawki, a że nie byliśmy wykręceni, więc muzyka nie podeszła nam do gustu. Plus z tego był chociaż jeden, teraz mogę powiedzieć przynajmniej że "imprezowałem" w cyrku. 

IMG_20180406_124724

Kolejnego dnia bawiliśmy się na grillu Kamila, który był de facto na pożegnanie rodziców i sióstr Damiana. Niestety nie było nam dane spędzić tam zbyt wiele czasu. Po kilku miesiącach odezwał się jeden z zębów i nawet ketonal nie był zbyt pomocny w tej chwili, więc wróciliśmy po prostu do domu z Moniką. Rano cała rodzinka spakowała się do busa i pojechali do Oaxaci, a naszej trójce został pod opieką dom i kebab. Całe szczęście że ząb postanowił chwilowo odpuścić. 

G02401291

Następne cztery dni były dość ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza dla mnie, szczególnie że jeszcze nigdy nie byłem odpowiedzialny za żadną restauracje. Trochę latania za zakupami, ogarniania lokalu, a w szczególności czy wszystko gra w kasie. Nie powiem że nie było to nieco stresujące bo bym skłamał, ale koniec końców wszystko wyszło jak należy. 

G0250133

Z resztą nie tylko to mnie cieszyło, któregoś dnia zgadaliśmy się z Kamilem na poranny surfing. Nie sądziłem że będę musiał tak wcześnie wstać, ale nie żałuję ani trochę. Był to trzeci kwietnia, pobudka chwilę po piątej, dwadzieścia minut później siedziałem już u Kamila na ganku popijając gorącą kawę, a chwilę później w drogę. W kilka minut doszliśmy na sam koniec La Punta, szybki instruktaż i do wody. Z początku wszystko mi się myliło, kilka razy mało brakowało i bym zarobił w pysk deską innego surfera któremu jakimś cudem wpierniczyłem się w falę. Ale widok słońca na fali, pelikanów pikujących do wody zaledwie pół metra dalej i oczywiście adrenalina, która dawała niezłego kopa.

GOPR0002

Kilka prób uważam jak na pierwszy raz za dość udane, ale najlepsza była ta w której nieco pomógł mi Kamil, wpychając mnie na fale. Udało mi się przepłynąć na fali cholernie długi odcinek, który był jednocześnie moim ostatnim. Nagle w obu nogach złapał mnie skurcz, lekka panika, ale szybko się ogarnąłem i wróciłem do brzegu. Dopiero później dowiedziałem się że to normalne, szczególnie gdy ma się nierozruszane odpowiednie partie mięśni. Tego dnia jednak już do wody nie wchodziłem. Później kilka godzin snu i powrót do ogarniania bieżących spraw w restauracji.

G04501582

Kolejnego dnia w nocy, chwilę po tym jak zamknęliśmy kebaba, wrócił Damian z Debi, więc nie mogło się obejść bez małej imprezki powitalnej. Na stół wjechała butelka rumu, jeszcze szybki kurs po coca-colę, kilka kolejek i świat spowolnił... Po kilku dniach spokoju, ząb postanowił po raz kolejny o sobie przypomnieć, tylko tym razem ze zdwojoną siłą. Na tą cholerną ósemkę nie pomagał już nawet tramadol. Nie było innego wyjścia jak wizyta u dentysty. Rano szybki kurs do miasta, cyknąłem kilka fotek na rentgenie i Pani ogłasza wyrok, "musisz go wyrwać/wyciąć operacyjnie"...

IMG_20180329_225846

Nie były to zbyt dobre wieści, ale do Polski z tym raczej nie dolecę, więc po ogarnięciu wszystkiego siedziałem u Debi na fotelu. Po czterech zastrzykach ze znieczuleniem i kilku cięciach próbowała go jakoś wyciągnąć. Dopiero po dwóch godzinach walk i moich grymasów jakoś się udało go wyrwać. Co prawda gdy zeszło znieczulenie, dalej dziób mnie bolał,ale nie tak jak wcześniej, a z każdym kolejnym dniem było lepiej. Jedynym minusem było zalecenie o jedzeniu jedynie płynnych posiłków (zupy, jogurty) przez kolejne dwa tygodnie... Męka...

IMG_20180330_182831_HDR

W ciągu ostatnich pięciu dni nic specjalnego się nie działo, no może poza urodzinami Moniki. Trochę zabawy, później kilka drinków i na sam koniec miał wjechać tort, który chwilę później miał według meksykańskiego zwyczaju wylądować na twarzy solenizatki, ale jakoś o nim zapomnieliśmy. Przez resztę czasu kręciliśmy się po centrum Puerto, gdzie szukaliśmy ostatnich pamiątek, sosów i inych specyfików których w Polsce nie idzie dostać. A tak to standardowo La Punta i kursy międy domem a kebabem, gdzie mieliśmy dostęp do neta. Trzeba było na powrót ściągnąć sporo filmów i książek żeby było co robić w samolocie i na lotniskach. Mimo że zostało do wylotu jeszcze 11 dni i najchętniej nie ruszalibyśmy się z miejsca, to trzeba było powoli kierować się w strone Cancun. Lepiej tak niż gdybyśmy mieli nie zdążyć na lot. 

 

 

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci