Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Tikal? Dżungla Peten? I droga do Meksyku.

nilek2609

Wczesna pobudka nie wyszła, każde z nas spało jak zabite, ale po 9 udało się jakoś opuścić hotel. Szybka wizyta w subwayu i koło jedenastej siedzieliśmy już na wylocie z miasta. Pół godziny łapania i wygraliśmy życie, nie dość że mamy podwózę do San Salwator, to jeszcze dostaliśmy kurczaka na obiad. Przez całą drogę siedzieliśmy na pace i się zastanawialiśmy nad tym, czego myśmy się bali w Salwatorze. Po wizycie w dwóch wcześniejszych krajach, zaczęliśmy dostrzegać nie tylko syf który góruje w dużych miastach, ale też naturę i zieloną stronę tego miejsca, która jest naprawdę piękna. Wcześniej nie chcieliśmy tu przyjechać, ominąć kraj szerokim łukiem, ale wyszło inaczej i musieliśmy. Cały czas szukaliśmy też tego efektu wow, ale nasze początkowe nastawienie było mocno średnie. Dopiero gdy Honduras strzelił nam po pysku, zaczęliśmy dostrzegać całą resztę i powiem szczerze, że naprawdę warto tu przyjechać. Perełek jest więcej, nawet ludzie wydają się milsi. 

IMG_20180208_105917

Po 14 dojechaliśmy pod sam Pałac Prezydencki i zrobiliśmy małą przerwę na internetach, co jeszcze bardziej poprawiło nam humor, bo dostaliśmy wiadomość na workawayu. Wszystko powoli zaczęło się klarować tak jak trzeba, po raz pierwszy mamy ułożony plan na tak długo, a wszystko dzięki tej małej wiadomości. Żeby nie tracić za dużo czasu, znaleźliśmy busa jadącego mniej więcej w naszym kierunku i za 50 centów pojechaliśmy do miasteczka Apopa. Liczyliśmy na szybki strzał, jedynie kilkanaście kilometrów drogi, a zajęło nam to ponad godzinę.. A stamtąd od razu kolejny bus do Santa Ana, było już za późno żeby jechać na Metapan. Dalej już z płatka, chicken bus wsadził nas w centrum miasta i to pod najtańszym hotelem dla pań pracujących. Takiej ceny dawno nie widziałem, w każdym razie nie tu. Na plakacie przed wejściem wisi cennik, za dwie godziny proponują 3$, a za całą noc jedynie dwa razy tyle. Wchodzimy do środka, pytamy o pokój za 6$, a Pan na to że został tylko jeden za 8$, trochę się wkurzam i wyciągam ostatnie 16$. Facet jednak zwraca mi połowę po chwili i prowadzi do wielkiego pokoju z łazienką i tv, do tego router w pokoju, więc net śmigał jak dziki. 

IMG_20180206_152531

Rano zaopatrzyliśmy się jedynie w wodę, zachaczyliśmy jeszcze o bankomat w centrum i o 9:30 łapaliśmy już stopa na wylocie z miasta. Po zaledwie kilku minutach zabrało nas dwoje świadków Jehowy, Wiktor i Salwador, którzy podrzucili nas kilka kilometrów dalej w lepsze miejsce. Mieli faktycznie rację, jak tylko wysiedliśmy, pierwszy kciuk i mamy dziewiczego tira w Salwatorze na przedmieścia Metapan. Stamtąd busikiem kilka kilometrów do centrum, gdzie jak zwykle zjedliśmy śniadanie w Subwayu i kolejnym busem pojechaliśmy na granicę z Gwatemalą. Przy odprawie jak zwykle miło nas zaskoczyli, nikt nie chciał kasy za wyjazd, jedynie sprawdzili papiery i puścili nas dalej. Kilka minut później w drugim okienku po raz pierwszy dostaliśmy papiery z biura migracyjnego, wpisaliśmy jakieś pierdoły i puścili nas dalej. 

IMG_20180208_080224

Droga na granicy dalej była w budowie, więc mało kto jeździł i nie zapowiadało się zbyt kolorowo, jednak w końcu zatrzymał się Antonio i zabrał nas na krzyżówkę, gdzie łapaliśmy ostatnim razem w drugą stronę. Tu dodam nieco się chwaląc, że przez całą drogę rozmawiałem z kierowcą po hiszpańsku, co cały czas mnie bardzo dziwi,  szczególnie że nie były to "dwa" słowa, ale konkretna wymiana zdań. Ludzie mieli rację, że wystarczy kilka miesięcy i można w miarę swobodnie rozmawiać, chociaż może to przez chęć porozumienia, bo kierowca naprawdę był świetny. Chwilę później przenieśliśmy się do pick upa jadącego do Quetzaltepec, tam zrobiliśmy przerwę na ogarnięcie waluty i dalej na północ. W końcu zgarnął nas do siebie Francisco, dzięki czemu po paru godzinach siedzieliśmy tak jak około miesiąc temu w Morales. W życiu nie mieliśmy tak walnietego kierowcy jak on, przez większość drogi zastanawialiśmy się kogo zabije i czy sami wyjdziemy z tego cało. Nie miał problemu z wyprzedzeniem kilku aut jadąc na czołówkę z innym tirem, podobnie jak spychanie aut do rowu i ganianie ludzi idących poboczem. Mimo że był dla nas w miarę miły, to ktoś powinien mu zabrać prawko, o ile w ogóle je miał. W każdym razie, jakoś dojechaliśmy w całości, ogarneliśmy się na Texaco i poszliśmy na kolację do tego samego comedora. Mina faceta, gdy nas zobaczył na ganku była bezcenna, "ale, że co wy tu robicie, jak?". Zjedliśmy, wypiliśmy po kawie i wróciliśmy na internety na stację. Dopiero po dziesiątej poszliśmy szukać jakiegoś miejsca do spania, co nie było zbyt proste w kierunku Rio Dulce. Do tego wszystkiego zaczęło walić piorunami, więc na totalnym przypale rozbiliśmy namiot na ganku przed czyimś domem. 

IMG_20180208_104848

Musieliśmy wstać o 4:30, tak żeby nas nikt zbytnio je widział, ale jak zwykle się przeciągło. Jednak wstalismy pół godziny później i całe szczęście, zaledwie dwie minuty później ktoś przejeżdżał na motorze i zauważył nas z drogi. Zaczął świecić świecić światłami po namiocie, ale w końcu po kilku minutach odjechał, a my w ciągu chwili zebraliśmy wszystko i zwineliśmy się na stację. Przeczekaliśmy do świtu przy kawie i koło siódmej siedzieliśmy już na śniadaniu w Rio Dulce. Do celu zostało nam około 250 km, więc jeszcze spory kawałek drogi, ale szło całkiem sprawnie i na kilka pick upów praktycznie dojechaliśmy. Najgorzej było pod sam koniec, Kolumbijski weterynarz zostawił nas 15 km przed celem, skąd od razu złapaliśmy kolejne auto.  Tylko problem był taki że instant po sekundzie zaczęło lać, jakby ktoś włączył wodospad, plecaki poszły na pake, a my do środka. Dopiero po kilku kilometrach kierowca zaczął coś pytać o elektronikę i pozwolił zabrać rzeczy do środka, tylko co z tego, jak oba plecaki były zmokły (jeb**y hi-tec). Do tego wszystkiego kierowcą był na tyle miły (żonie nie pasowały nasze plecaki w srodku), że zostawił nas zaledwie kilometr od celu, mówiąc przy tym że dojdziemy spokojnie do celu w dziesięć minut, już przecież prawie nie pada (ściana deszczu). Coś w tym było, skoro jechał 20km/h kompletnie nie widząc co się dzieje na drodze, a wycieraczki mało nie wyleciały w kosmos jak tesla Elona Musca. 

IMG_20180208_155424_HDR

Wiem że trochę narzekam, ale mógł chociaż nas podrzucić pod jakiś daszek, cokolwiek... No, ale już trudno, znaleźliśmy jakąś altanke i tam siedzieliśmy przez kolejną godzinę dopóki nie przestało lać. Dopiero wtedy mogliśmy ruszyć dalej na camping, który wcześnie znalazłem w sieci. Z tego co czytałem, to miejsce jest jak złoto, nieco prymitywne, ale nam to nie przeszkadzało, ważne że tanio i z pięknym widokiem na jezioro. Patrząc na pogodę zdecydowaliśmy się na pokój, szczególnie że kosztował jedynie dyszke drożej, więc niewiele więcej za komfort spania w łóżku. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy w miasteczko na poszukiwania knajpy z internetem. Mieliśmy końcówkę quetzali, więc nawrotka do jedynego bankomatu w okolicy i jopa, nie chce wypłacić ani grosza, na szczęście obok mieliśmy jakieś biuro turystyczne, gdzie wymienili nam dolary (po złodziejskim kursie, ale jak mus to mus). 

IMG_20180208_165345_HDR

Rano po prysznicu plan był taki, żeby wejść na ruiny Tikal, więc zachaczyliśmy o jakieś śniadanie i po dziesiątej poszliśmy łapać stopa. Chwilę to zajęło, nawet myśleliśmy już o busie, ale kierowca zaśpiewał nam cztery razy większą kwotę niż normalnie, więc czekaliśmy dalej. W końcu zabrał nas Francuz z Gujany i wspólnie mieliśmy wejść na ruiny, jednak plan diametralnie się zmienił na bramie. Jeszcze przed wjazdem na teren parku, zapytałem jednego z "cieci" o cenę biletów, która nas dosłownie zabiła (po prostu Gwatemala). Zamiast 25 quetzali (cena z internetu), zażądał aż 150, więc bez większego namysłu zrezygnowałem i tirem udało nam się wrócić do miasta. Później już z górki, po kilku samochodach wylądowaliśmy 33km przed granicą z Meksykiem. Była już 16:30, a my siedzieliśmy po środku niczego, zero aut, tylko jakieś busiki przejeżdżały z rzadka i niespodziewanie, w końcu zdecydowaliśmy się na jednego. Kierowca za kurs do granicy zarządał 44 quetzale, jednak udało nam się zejść z ceny do 33 (tyle nam zostalo) i pojechaliśmy. Po zaledwie połowie drogi kierowcą staje i zadowolony mówi że koniec trasy, tu obok mamy busy, które jadą dalej. Wkur***ny maksymalnie jak się da, mówię że nie mamy więcej pieniędzy, a on na to z uśmiechem że przecież możemy zapłacić dolarami (ich też już nie mieliśmy). W końcu jednak coś go ruszyło i dał drugiemu 20 quetzali żeby zawiózł mas dalej. Jeszcze bardziej nas szlak trafił, gdy zobaczyliśmy jak bardzo nas chciał okantować... 

IMG_20180208_165515_HDR

O 19 dotarliśmy na granicę w La Ciebie, chwilę musieliśmy się po kręcić po okolicy, bo jak zwykle urząd migracyjny Gwatemali był gdzieś schowany, tym razem dla odmiany za drzewami i policyjną ciężarówką. W ciągu chwili załatwiła sprawę i poszliśmy się bawić u Meksykan. Na dobry początek kontrola bagażu (zakaz wwozu owoców i warzyw, dezynfekują wszystkie auta ciężką chemią), później rentgen i do biura. Tym razem wyglądało to nieco gorzej, masa pytań o naszą drogę, o to gdzie dokładnie byliśmy, czemu zwróciliśmy z Nikaragui, kilka razy sprawdzali dokumenty dla pewności i w końcu po godzinie, gdy zapłaciliśmy za wjazd i wypełniliśmy wszystkie papiery, dopiero nas wypuścili. Teraz już było totalnie ciemno, nikt nie chciał nas zabrać, nawet busiki, a do pierwszego miast mieliśmy dość daleko. Okolica niezbyt szczególna, zaledwie kilkadziesiąt metrów za bramą granicy, z lasu wychodzili przemytnicy.. Tu na noc na pewno nie mogliśmy zostać, wioska też nie zachęcała, więc szliśmy po prostu przed siebie wspomagając się maczetą dla bezpieczeństwa. I tak, po trzech i pół kilometra znaleźliśmy jedyne możliwe miejsce do spania. Teren trochę podmokły (obok moczarów), ale byliśmy dobrze schowani, więc bezpieczni. 

IMG_20180209_071933_HDR

Kilka minut po piątej przebudziły nas wyjce, później jakieś stado koni przebiegło drogą, jednak gdy zaczęli się pojawiać ludzie, postanowiliśmy na szybko zwinąć camping i przenieść się na drogę. Próbowaliśmy coś łapać, ale jeździły głównie taksówki i motory, czasem jedynie pojawił się jakiś pick up, ale nie wyrażał chęci do zabierania. O ósmej odpuściliśmy czekanie i piechotą ruszyliśmy przed siebie, po około pół godziny trafiliśmy na wojskowy punkt kontrolny, gdzie po raz kolejny przetrzepali nam rzeczy, a robili to tak dokładnie, że gdyby każde z nas miało po 20 kg kokainy, to by jej nawet nie znaleźli. Teraz wiemy czemu nikt po drodze nie chciał nas zabrać, po prostu bali się problemów. Po kolejnych dwóch kilometrach zabraliśmy się pierwszym przejeżdżającym autobusem do Tenosique (45 peso). W końcu mieliśmy okazję zjeść pożądane meksykańskie śniadanie i po 10 zaczęliśmy łapać dalej, gdzieś za posterunku policji. Sytuacja była podobna, jednak tym razem ktoś się zatrzymał i w południe ruszyliśmy w dalszą drogę do miasta Emiliano Zapata. Teraz dopiero zaczęły się jaja, kolejnym autem mieliśmy jechać ponad sto kilometrów do miasta Villahermosa, jednak nasza przygoda skończyła się zaledwie kilka minut później, gdy przymusowo musieliśmy zjechać do punktu kontrolnego. Wojsko tym razem nie było tak miłe, zrobili rewizje auta, zabrali nam na ponad pół godziny dokumenty i zaczęli świrować, po czym bez podania jakiegokolwiek powodu wojskowi kazali nam zabrać swoje rzeczy i spier***ać (doslownie) z auta. 

IMG_20180209_080712_HDR

Po tej akcji nie wiedzieliśmy jak się stąd wydostać na właściwą drogę, więc podeszliśmy po radę do stojącej obok policji. Całe szczęście że jeden z nich mówił po angielsku, więc wszystko poszło o wiele łatwiej. Kompletnie nie mieli pojęcia czemu tamci tak z nami postąpili, powiedzieli ze mamy się nie przejmować i po prostu ominąć blokadę bokiem. Cholerne wojsko załatwiła nas tak, że wyjechaliśmy stamtąd dopiero po 18, wszyscy byli tak na nich wkurzeni, nie nikt nie chciał się zatrzymywać. Z pomocą po tych kilku godzinach przyszedł jednak kolejny już w naszej przygodzie Luis, tym razem deputowany z parlamentu meksykańskiego. Nic nie dzieje bez powodu, szczególnie jeśli chodzi o polityków, koniec końców dojechaliśmy z nim do Macusapan, gdzie zrobiliśmy wspólną sesję zdjęciową i mamy być w jego spocie wyborczym. Czyli krótko mówiąc, będziemy maskotkami ocieplajacymi jego wizerunek... Było już na tyle późno, że jedyne co nam pozostało, to szukanie miejsca na nocleg, hotele za drogie, więc padło na camping przy jakiejś opuszczonej knajpie. 

 

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci