Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Odwiedziny u Luisa w Tuxli

nilek2609

Po wyjeździe z farmy kreciliśmy się jeszcze przez chwilę po San Cristobal i podobnie jak kilka miesięcy temu próbowaliśmy się wydostać z miasta do Tuxli. Już zapomniałem jak ciężko się stopuje w tym kierunku, więc po godzinie byliśmy zmuszeni wziąć colectivo żeby dojechać na miejsce o w miarę ludzkiej godzinie. Busik podrzucił nas do centrum skąd musieliśmy jakoś dostać się na drugą stronę miasta do jego domu. Nieco odzwyczailiśmy się od słońca, więc te kilka kilometrów pod obciążeniem robiło swoje, ale jakoś się udało i przed 18 byliśmy na miejscu. Zaledwie po kilku minutach odzyskaliśmy całą radość, to miejsce i Ci ludzie mają w sobie tyle pozytywnej energii co nie jedna elektrownia atomowa. Nie wiem kto bardziej się stęsknił, czy my czy oni, ale było po prostu jak w domu. Nawet ciasto wspólnie zrobiliśmy. 

DSC_04522

Kolejnego dnia jak to bywało wcześniej, trzeba było coś upichcić dobrego, więc poszliśmy z Moniką na targ po świeże warzywa i po powrocie zabraliśmy się za robienie szałotu (sałatki warzywnej). Luis nie miał chwilowo dla nas czasu, więc do późnego popołudnia kreciliśmy się między kuchnią a pokojem. Wszystko przez to że czekał go ważny dzień, dzisiaj odbiera nagrodę za całokształt swojej pracy na rzecz miasta i ochrony przyrody, więc musiał się nieco przygotować. Koło 17 ubraliśmy się w najlepsze ciuchy jakie można było znaleźć w plecakach i razem z Aną pojechaliśmy na galę. Masa ludzi, cała rodzina Luisa z wszystkimi ciotkami, babciami ect. I nasza dwójka, która jakby nie pasowała do tego całego obrazka. Ale co tam, musieliśmy tu być żeby go dopingować. Później w domu czekała nas mała impreza na cześć laureata i co było miłą niespodzianką, również z okazji naszych zaręczyn. Pojawiła się nawet sąsiadka z naprzeciwka, która miała urodziny, więc mieliśmy potrójne święto z masą gości w domu. 

IMG_20180227_201624

W czwartek rano mieliśmy za to okazję rozdziewiczyć autostopowo naszego rodzynka, co prawda na niezbyt dalekiej trasie, ale zawsze coś. Luis już nieco wcześniej pisał nam o wypadzie na wodospady Chorreradero, więc właśnie tam pojechaliśmy. Pierwszy stop i już czuł się jak ryba w wodzie, podobnie jak w jednym z jeziorek pod wodospadem, gdzie dwie godziny później pływaliśmy w lodowatej wodzie. Z początku mieliśmy oboje opory, każdy zanurzył się jedynie po kolana i licytowaliśmy się kto pierwszy wskoczyć całkowicie. Trochę to trwało ale było warto. 

IMG_20180228_143320

Siedzieliśmy tam dobre pięć godzin, co i tak uważam za zbyt mało, bo okolica jest naprawdę piękna. Nie licząc wodospadu, kilku małych spadów z basenami i widoków, jest jeszcze ogromna Jaskinia (3,5 km) której kawałek mogliśmy zobaczyć. Niestety bez przewodnika nie można było wchodzić dalej niż sto metrów, co i tak nam odpowiadało. Jeszcze krótka drzemka i powoli trzeba było wracać. Szczęście jednak nam dopisywało, na głównej drodze po kilku minutach złapaliśmy stopa pod sam dom. Okazało się że gościu który nas zabrał, jest sąsiadem Luisa z ulicy obok, więc traf w dziesiątkę. Wieczorem dołączyło do nas jeszcze kilkoro znajomych, Alonzo (mąż Any) przygotował przekąski, Michelade (piwo z chilli) i siedzieliśmy do późnej nocy popijając piwo przy tańcu w rytmach latino. 

IMG_20180228_185105

Rano jednak trzeba było się zbierać gdzieś dalej, w sobotę Luis miał mieć kilkoro gości z couchsurfingu, więc nie chcieliśmy robić kłopotu i sztucznego tłoku. Jakoś tak wyszło że się do tego wszystkiego czymś podtduliśmy, więc tym bardziej trzeba było się zbierać. Wszystko jak zwykle tak się zakręciło że po południu wylądowaliśmy po raz tysięczny tej podróży w San Cristobal. To miasto ma w sobie jakąś moc, która za każdym razem nas do siebie przyciąga i nie potrafimy się jej oprzeć. Więc podobnie jak przed workawayem zadokowaliśmy się na La Garcie w cabani, na kolejne cztery noce, żeby jakoś dojść do siebie i znaleźć pomysł na kolejne dni. 

GOPR0117

Jakoś jednak udało się ogarnąć pomysł, postawiliśmy na kolejne sprawdzone miejsce jakim jest Puerto Escondido. Colectivo dojechaliśmy do centrum, kupiliśmy śniadanie w naszej ulubionej francuskiej piekarni i piechotą na wylotowkę.. Tym razem stop do Tuxli poszedł dość szybko, ale dalej już było ciężko. Miasto jest zbyt duże żeby je przejść pieszo, a bez kogoś miejscowego nie idzie ogarnąć transportu lokalnego (każdy bus ma numer - kierunek w którym jedzie). Więc odpuściliśmy na chwilę, zjedliśmy obiad u Chińczyka w Sorianie i poszliśmy kawałek dalej na obwodnicę. Wiedzieliśmy że będzie ciężko, ale zbyt wielkiego wyboru nie mieliśmy. W końcu po kilku godzinach się udało i z miasta wywieźli nas handlarze ananasem. I tak wylądowaliśmy po 18 na pemexie po środku niczego, na dalszą drogę było już za późno. Obejrzeliśmy jakiś film, w tym czasie stacja nieco opustoszała i mogliśmy się spytać ochrony o nocleg, na który oczywiście się zgodzili. Za butelkę coca coli, mieliśmy obstawę przez całą noc :). 

GOPR0090

Rano powoli ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem szło dużo lepiej, pierwszym stopem dojechaliśmy do miasta Arriaga. Co ciekawe miasto jest dość duże, dziesiątki hoteli na każdym kroku, a wszystko do okoła wygląda jak jeden wielki slums bez perspektyw na poprawę (o tym nieco dalej). Po kilku kolejnych pick upach wylądowaliśmy dosłownie po środku niczego, droga marzenie (szybkiego ruchu), tylko brakowało aut. Przez ponad godzinę przyjechało zaledwie pięć, kierowcy jednak nie byli chętni do zabierania, a my nie mieliśmy już wody.  W końcu jednak podwiozła nas taksówka kawałek dalej, skąd kolejnym autem trafiliśmy na główną drogę przy wybrzeżu. 

GOPR0126

Kawałek przejechaliśmy w przeciwnym kierunku, a chwilę później jechaliśmy już w stronę Huatulco ze starszym małżeństwem. Na miejscu zapowiadało się że zostaniemy tu na noc, szczęście jednak chciało żebyśmy dojechali do celu jeszcze dzisiaj i ostatnie 123 km przejechaliśmy na strzał. Kierowca wsadził nas na La Puncie, więc od razu skierowaliśmy się do kebaba u Damiana. Nareszcie zjedliśmy porządną kolacje, wypiliśmy po piwie, a że było już dość późno to zaprosili nas razem z Debi do siebie na noc.

IMG_20180301_141940_HDR

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci