Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Obrót o 180 stopni stopni i powrót do Salwadoru.

nilek2609

Dla odmiany, wstaliśmy dzisiaj dość szybko, zjedliśmy ostatnie śniadanie na wyspie i promem o 10 wróciliśmy na stały ląd. Wsiadajac nie mieliśmy pojęcia że czeka nas przy okazji zabawa jak w wesołym miasteczku, promem miotało na wszystkie strony jak szatan, a że tym razem siedzielismy na górnym pokładzie, to emocje były o wiele większe. Szczególnie gdy trzeba było łapać plecaki żeby nie wypadły za burtę. Nieco ponad godzinę później (w tą stronę poszło szybciej) byliśmy już w San Jorge i chwiejnym krokiem opuszczaliśmy port. Po odgonieniu wszystkich taksiarzy zlapaliśmy stopa do Rivas, skąd dalej pojechaliśmy do miasta Masaya na poszukiwania leniwca, który ponoć zamieszkuje tutejszy park. Mimo szczerych chęci, nie udało się go znaleźć, ale za to spotkaliśmy odpoczywającego Kamyka, który czekał w mieście na nocne wejście na wulkan. 

IMG_20180204_140440

Jakoś tak sprawy się potoczyły, że po obiedzie w Tip Top (fast food z kurczakiem, przy którym pasły się kury) zdecydowaliśmy się zostać na noc w okolicy. Do wulkanu mieliśmy zaledwie kilka kilometrów, więc to kwestia chwili żeby tam dojechać, nie przewidzieliśmy tylko ulewy. Zamiast stopa, wybraliśmy pierwszy przejeżdżający autobus, z którego na miejscu wysiadaliśmy dosłownie w biegu, co było w tym busie chyba normalne. Taki szalony ekspres, jak ten z Harrego Pottera (błędny rycerz). Chwilę poczekaliśmy na Arka pod wejściem i wspólnie poszliśmy w okolicę na after party po ostatnim spotkaniu. Standardowo na stół wpadł rum, pepsi, a nawet policja, której się tu w sumie nie spodziewaliśmy. Na szczęście chcieli nas tylko ostrzec i takie tam, po czym życząc miłej zabawy odjechali w swoją stronę. Tym razem nikt nas nie zgarnął do siebie, a że pora już była późna, to przyszedł czas na zjedzenie czegoś treściwego. Wrzuciliśmy do gara wszystko co się dało i po jakimś czasie mieliśmy całkiem dobrą kolację. A po tym wszystkim, wróciliśmy spowrotem pod bramę parku i rozbiliśmy się tam gdzie kilka dni temu. 

IMG_20180202_110019_HDR

Podobnie jak ostatnio, trzeba było wstać wcześnie żeby nie trafić na armię turystów, więc dłuższa drzemka odpadała.. Kamyk po chwili poszedł w stronę stolicy, a my mieliśmy przymusową, dłuższą przerwę przez mój plecak, w którym wszystkie szwy zaczęły puszczać... Przed tą podróżą musiałem zmienić plecak na nowy, a że Hi-Tec według mnie robi najlepsze w tym przedziale cenowym, to wybór był oczywisty. Ostatni plecak posłużył mi ładnych kilka lat, ale wiadomo, wszystko z czasem zaczyna się zużywać. Miałem nadzieję, że tym razem będzie podobnie, jednak się zawiodłem. Po dwóch miesiącach, w najważniejszych miejscach zaczęły puszczać szwy, więc ponad godzinę siedzieliśmy po drugiej stronie drogi i starałem się go porządnie zszyć. W między czasie, po raz pierwszy w Ameryce Centralnej mieliśmy okazję posłuchać sobie strzelaniny. Z początku mieliśmy nadzieję że to tylko fajerwerki, ale jednak nie. Na szczęście udało nam się dość szybko złapać stopa, kolejnym plusem był kierowcą mówiący po angielsku i do tego dziennikarz. Wiadomo, że widzą dość sporo, więc zapytaliśmy go o sytuację w Hondurasie. Zaczął opowiadać, że ma tam znajomego dziennikarza, który mówił że cały czas są zamieszki na ulicach, policja nie ma oporów przed strzelaniem do ludzi na ulicach (organizują łapanki nawet po domach) i jest dużo przemocy którą widać na każdym kroku. Po czym on nas zapytał "jak ustosunkowalibyśmy się do kłamstwa o tym, że Nikaragua jest najbezpieczniejszym krajem Ameryki Centralnej". Po tym co słyszeliśmy rano i zachowaniu ludzi przez ostatnie dni, odpowiedź była jasna, jest tu tak samo niebezpiecznie, jak w każdym innym kraju tego regionu. 

IMG_20180204_073548_HDR

W Managui zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę w burgerze, trzeba było się podładować, zjeść śniadanie i ogarnąć trochę rzeczy w internecie. Dopiero przed trzynastą ruszyliśmy dalej, do głównej drogi mieliśmy ponad trzy kilometry, co w tym słońcu by nas dobiło (mój plecak dobił do 22,5kg), więc zaczęliśmy łapać kawałek dalej w centrum miasta. Po pół godziny ktoś podrzucił nas na obrzeża miasta, skąd chwilę później w klimie jechaliśmy już do Leon. Godzina łapania, standardowego urzerania się z wkurwiającymi taksowkarzami i w końcu ruszyliśmy dalej w stronę Chinandegi. Rozmawialiśmy chwilę z kierowcą po hiszpańsku, później po angielsku, który znalazł słabo, więc zaczął mówić po niemiecku O.o. Chwilę później się dowiedzieliśmy, że wpadł tu tylko na wakacje do rodziny, a na codzień pracuje w Szwajcarii (nawet ma obywatelstwo). Mieliśmy wysiąść w Chichigalpa, ale padły pytania co robimy i gdzie śpimy, po czym Luis przywiózł nas na wioskę do swojego domu. Zapytał czy jesteśmy parą, po czym przygotował jeden z pokoi (były dwa, a rodzina spora) i powiedział że będzie szczęśliwy jeśli zechcemy być jego gośćmi. Mieliśmy szczęście jak cholera, jeszcze wspólna kolacja, co ciekawe jedliśmy spaghetti, widać że gościu po pobycie na emigracji nie pała miłością do rodzimej kuchni. Później całą rodziną pojechaliśmy na godzinę do miasteczka obok, na internety w parku i przed 22 spać. 

IMG_20180205_055725

Rodzina wstała po szóstej, więc przebudziliśmy się podobnie i czekaliśmy na rozwój sytuacji. Dzień zaczęli od sprzątania obejścia, po czym o siódmej Luis zabrał nas do miasta obok, skąd chwilę później jechaliśmy do Chinandegi. Dwa kilometry pieszo i lądujemy w parku, gdzie od razu zaczepił nas jakiś młody chłopak i zaprosił do comedora na śniadanie. I tak nic nie jedliśmy, więc skorzystaliśmy z zaproszenia zamiast szukać czegoś innego. Fajna obsługa, jedzenie za grosze, tylko trochę problem z dzieciakami jak to w parku bywa. Poszedłem na kilka minut do sklepu i próbowały Monice wyrwać z rąk telefon, jednak karma wróciła instant, bo po chwili dziewczynka dostała po pysku, chyba od starszej siostry. Później przenieśliśmy się kawałek dalej do cienia i siedzielismy na internetach do 14, co prawda mieliśmy jechać na wybrzeże, ale na chwilę się nie opłacało. 

IMG_20180205_084918

Przed dalszą drogą wpadliśmy jeszcze zjeść coś do Tip Topa i nieco się ochłodzić w klimatyzacji. Dokupiliśmy jeszcze galon wody na drogę i ruszyliśmy na wylotowkę z miasta, kierunek granica. Trochę czasu tam spędziliśmy, ale w końcu zatrzymał się jeden pick up, którym dojechaliśmy 15 km przed granicę, kierowca zaopatrzył nas jeszcze w napoje i próbował dorzucić jakieś drobne na transport, no ale bez przesady. Kolejnym dojechaliśmy do ostatniego miasta przed granicą i stąd czekało nas 6 kilometrów marszu przez ciemne pustkowie... Tępo mieliśmy dość dobre, pierwszą i ostatnią przerwę zrobiliśmy dopiero w połowie drogi, tam też zatrzymał nas jeden z miejscowych na motorze z oczywistą informacją że jest niebezpiecznie (nie mieliśmy wyboru). Po czym jadąc najwolniej jak się tylko dało, doprowadził nas na samą granicę i wrócił do siebie, nie zmieniało to jednak faktu, że przez całą drogę trzymałem w dłoni otwarty nóż. Na punkcie kontrolnym wypytali nas o wszystko, po czym pozwolili rozbić się gdzieś na terenie, de facto nawet nie musieliśmy się pytać, sami zasugerowali żeby do Hondurasu jechać dopiero rano. Na granicy jest wszędzie internet, więc przez kilka godzin mieliśmy co robić, a koło 23 rozbiliśmy się na betonie, na przeciwko urzędu migracyjnego. 

IMG_20180205_090328

Wstaliśmy przed szóstą (obudzilismy nas ludzie rozglądający stoiska), wypiliśmy po kawie i o 7:30 przeszliśmy odprawę u Nikaraguańczyków. Kobieta, którą poznaliśmy wczoraj wieczorem otworzyła specjalnie dla nas osobne okienko, nawet zapłaciliśmy mniej za wyjazd z kraju. Normalnie biorą od 9 do 13$, a my jakiś cudem zapłaciliśmy jedynie po 2 $, co było miłe z ich strony. Chwilę później odprawiliśmy się w Hondurasie i zaczęły się jaja, wyszliśmy na drogę i przywitała nas totalna pustka. Co jakiś czas przejeżdżał jedynie jakiś Tir w podwójnej obstawie i bez jakiejkolwiek reakcji omijał nas bokiem przy pełnej prędkości. Staliśmy po środku jednego wielkiego śmietnika, dookoła tylko kilka osób, tuk tuki, spacerująca świnia i obserwujący nas facet z karabinem. Jednak dopiero po chwili zauważyłem, że dookoła nas między tym śmieciowiskiem leżą same łuski po nabojach, dobry początek..

IMG_20180205_102623

Dalej nie mam pojęcia co nam odbiło żeby jechać samemu przez ten kraj, ale jak już jesteśmy na miejscu, to trzeba było to zrobić. Dla wszystkich w okolicy jesteśmy zjawiskiem większym niż gdzie indziej, jakby nie dowierzali w to, że dwójka gringo lata sobie z plecakiem po ich kraju. W końcu stwierdziliśmy, że nie ma co czekać na okazję i zabraliśmy się pierwszym lepszym autobusem za 1,5$ do miasta Choluteca. Kilka kilometrów przed miastem czekała nas wojskowa kontrola, żołnierze pod bronią trzepali cały autobus, sprawdzali wszystkim dokumenty, po czym przyszła jakąś kobieta i zaczęła rozdawać każdemu po cukierku (nie ogarniam). Dwie godziny zajął nam ten krótki odcinek, ale udało się dojechać w całości. Zrobiliśmy mała przerwę gdzieś na drodze na tuńczyka i poszliśmy szukać kolejnego autobusu w stronę Salwadoru. Po kilku minutach trafiliśmy na dworzec po środku targowiska, chwila czekania i podjechał autobus do samej granicy w Amarillo. Nie mieliśmy Lempari (miejscowa waluta), więc trochę z nas zdarli (po 5$) w dolarach, ale to jest nic w porównaniu do 35$, które płaciliśmy ostatnio. Chociaż teraz wiemy dokładnie dlaczego są takie wysokie ceny. W autobusie do którego wsiedliśmy, do czasu startu krążyła banda kieszonkowcow, zaledwie w kilka minut okradli pięć osób... Na szczęście nas nie ruszyliśmy, chyba zauważyli że widzieliśmy całą akcję i będziemy się pilnować. 

IMG_20180205_134256

Gdy ruszyliśmy z Nikaragui, myślałem że uda się załatwić to wszystko szybciej, mimo że jechaliśmy tylko autobusami, to w Salwadorze byliśmy dopiero po sześciu godzinach (130km). W ścisku, bo w ścisku, ale dojechaliśmy na samą granicę, zalatwiliśmy szybko migracyjną i z uśmiechem na twarzy przywitaliśmy Salwador. Nigdy nie sądziłem, że tak ucieszy mnie to miejsce, ale po Hondurasie człowiek ma dziwne odczucia. Mimo że było to zaledwie kilka godzin, to według mnie była to dość ciekawa lekcja, szczególnie jeśli chodzi o ludzi, którzy nie należą do najmilszych. Chociaż nie ma im się co dziwić, skoro mają największy odsetek zabójstw na świecie i przegrali ostatnio z rządem, więc krótko mówiąc maja przerąbane.. Na granicy kupiliśmy jedynie coś zimnego i autobusem pojechaliśmy do San Miguel poszukać czegoś na dzisiejszą noc. 

Tych którym podoba się nasza podróż, zapraszam do śledzenia wyprawy na bieżąco na Facebooku. Tam również znajdziecie więcej zdjęć.

Link u góry strony :) 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci