Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Pierwsze chwile w Gwatemali

nilek2609

W końcu przyszedł czas żeby porzucić wygodę i ruszyć w dalszą drogę ku nieznanemu. Rano po odebraniu prania, przeszliśmy się jeszcze na zakupy do Soriany i w południe na wylotówkę. Ciężkie to było kilkaset metrów pod górkę, mimo że denga odpuściła, to z plecakami i tak było ciężko się wdrapać. Na dobry początek nie dogadaliśmy się zbytnio z pierwszym kierowcą, który zaledwie po pięciu kilometrach wysadził nas w środku centrum pod dworcem ADO. Próbowaliśmy coś łapać, ale dość ciemno to wyglądało, więc przeszliśmy się kilkaset metrów dalej szukać szczęścia pod Mc'Donalds. Nic to nie dało, więc przed piątą odpuściliśmy i autobusem pojechaliśmy do Mitli. Ludzie w tym stanie są naprawdę nieogarnięci, nie chodzi mi tu o kierowców, tylko dosłownie wszystkich. Oaxaca to chyba jedyny stan w Meksyku, o którym z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mieszkają sami idioci, których przekracza nawet jazda autobusem...

IMG_20180110_124429_HDR

Tak dojechaliśmy na przedmieścia Mitli (chyba). Zapowiadało się dość ciekawie, sklepik kilka kilometrów od cywilizacji na wygwizdowiu, a przed nim ochrona z długą bronią... Myśleliśmy że utknęliśmy tu na noc, zaledwie po przejechaniu czterdziestu kilometrów, ale jakoś się udało i złapaliśmy podwózkę do Tehuantepec z okolicznym lekarzem. Trochę to trwało, ale po dziesiątej dojechaliśmy na przedmieścia, gdzie rozłożyliśmy namiot i poszliśmy spać. Od Puerto Escondido nie mieliśmy tak ciepło, jedynym problemem tutaj był tylko wiatr, momentami zastanawialiśmy się czy odlecimy. Na początku rozłożyłem samą siatkę, ale nie dało się spać, więc nieco później doszedł tropik i jakoś dotrwaliśmy do rana.

IMG_20180109_072147_HDR

Jak zawsze droga nas prowadziła, na stopa przy autostradzie czekaliśmy może kilka minut i zabrał nas pick up. Po raz trzeci w Meksyku wygraliśmy życie i trasę na kilkaset kilometrów. Wyjechaliśmy po wpół do dziewiątej, a pięć godzin później siedzieliśmy zaledwie dwadzieścia kilometrów od granicy z Gwatemalą. Była dość wczesna pora, do celu zostało jedynie 130 km, jednakże postanowiliśmy zadokować się na dzisiejszą noc gdzieś w Tapahuli. Nie było sensu przejeżdżać granicy i spać w zimnie, gdzieś w górach, skoro hosta mieliśmy ugadanego na jutro w Quetzaltenango. Większość czasu spędziliśmy na dworcu ADO, gdzie zostawił nas Luis i dopiero późnym popołudniem poszliśmy kilka kilometrów dalej w stronę wylotówki. Według wujka Google ziemia obiecana miała być przed stacją pemexu, ale wyglądało to zgoła inaczej. Na stacji mieliśmy okazję wziąć darmowy prysznic i koło 22 rozbiliśmy się z namiotem na chodniku dosłownie przy drodze, innego wyjścia nie było.

IMG_20180109_085343

Łapiąc stopa rano, przez dobrą godzinę odganialiśmy się od taksówek i innego rodzaju środków transportu, którzy płoszyli nam inne auta. Okazało się jednak że miejscowi nie za bardzo chcieli nas zabrać na granice, po prostu się bali przemytu. W końcu wsiedliśmy do jednego z colectivo i o dziwo za darmo podrzucili nas do Tuxli Chico, gdzie spędziliśmy jakiś czas. Później kolejnym colectivo za dyszkę dostaliśmy się już na granicę, gdzie czekał nas zupełnie inny świat. Wszędzie pełno cinkciarzy proponujących wymianę waluty, oraz inne zielone specjały których nie polecam zabierać do Gwatemali, za przysłowiową trawkę można spędzić sporo lat za kratkami.

IMG_20180110_121928

Granica przypominała nieco tą Turecko-Bułgarską, z tym że Turcją w tym przypadku był Meksyk, a Gwatemala czarną dziurą, w każdym razie w tym miejscu. Z tego co czytaliśmy na stronie MSZtu, za wyjazd z kraju musimy zapłacić po 25 dolarów amerykańskich. Jednakże słyszeliśmy, że przylatując do Meksyku, mamy wszystko opłacone przez linię lotniczą i cała reszta zależy tylko od chytrości pogranicznika. Mieliśmy jednak przygotowane peso na taką ewentualność. Panie w okienku były na tyle miłe, że po sprawdzeniu pieczątek w paszporcie kazały schować pieniądze. Więc informacja dla wszystkich, NIE DAJCIE SIĘ NACIĄGNĄĆ. Naszych znajomych tak załatwili, gdy wjeżdżali do Belize i to na 30 dolarów, więc jeszcze więcej. Dalej jeśli chodzi o przejście, polecam pytać o biuro migracyjne (miejscowi zaprowadzą za pieniążka), bo do Gwatemali można wejść tak po prostu bez pieczątki w paszporcie (buda stoi na uboczu między sklepami), co skończyło by się sporą karą na wyjeździe.

IMG_20180110_124837_HDR

Na dobry początek mogę powiedzieć, że jest to kompletnie inny świat, autostop działa świetnie, nie czekaliśmy dłużej niż kilka minut. Z pod granicy pick upem dostaliśmy się do miasta Malacatan, nic specjalnego, ale na jego tle pięknie wygląda wulkan Tajumulco (4220 mn.p.m.). Na kolejne auto nawet nie czekaliśmy, Monika zdążyła jedynie machnąć ręką i od razu zabrał nas Esarian (zapis fonetyczny). Droga do Quetzaltenango przypominała mocno tą z Puerto Escondido do Oaxaci, pełno serpentyn i wysokie góry. wszędzie wzdłuż drogi, dosłownie wszędzie, każde zbocze aż po horyzont było obrośnięte krzakami kawowymi. Kierowca który nas wziął, był na tyle miły, że co jakiś czas robił przystanki w ciekawszych miejscach żebyśmy mogli na spokojnie się rozejrzeć i zrobić zdjęcia.

IMG_20180110_131326_HDR

Gwatemala to kolejny kraj w którym człowiek może zakochać się od pierwszego wejrzenia. Ludzie są przemili, zawsze chętni do pomocy, uśmiechnięci, nawet taksówkarze nie są natarczywi. Z San Pedro Sacantepequez zabrała nas mała ciężarówka (taka zabudowana), z początku dogadywaliśmy się jakoś po hiszpańsku, a już chwilę później okazało się że kierowca mówi płynnie po angielsku (dużo ludzi zna tutaj ten język). Na jednym z przystanków wpadł do nas z wielkim uśmiechem i zaczął zaciekawiony pytać o wszystko. Kolejnym miłym zaskoczeniem było to że udało mi się pobić Turecki rekord wysokości (2637m), tym razem wjechaliśmy na 2998m, więc oficjalnie najwyższe miejsce na ziemi w którym byłem.

IMG_20180110_124533_HDR

Koło piętnastej dojechaliśmy na obrzeża Xeli (skrót od Quetzaltenango). W okolicy znaleźliśmy jakieś centrum handlowe i postanowiliśmy się tam nieco zadokować, zjeść coś, a przede wszystkim znaleźć internet żeby skontaktować się z hostem. Galeria na miarę Paryża czy Berlina, ale wszytko jest tu cholernie drogie, jedzenie w głupim Mc'Donalds kosztuje prawie dwa razy tyle co w Meksyku. Jakąś godzinę później dostaliśmy namiar z google maps od hosta i poszliśmy do centrum w poszukiwaniu adresu. Miasto kompletnie nie zachwyca, przez te kilka kilometrów które przeszliśmy, wszystko wyglądało jak jeden wielki SLUMS. Do tego host jakoś dziwnie z nami pisze, tak jak by nie chciał nas widzieć. Siedzieliśmy jak trusie przez godzinę czekając aż się pojawi, ale nic z tego.

IMG_20180110_174951

Dopiero w Wendy's dorwaliśmy neta, wysłał nam kolejny adres gdzie pracuje do późna i tam mieliśmy się pojawić. Wszystko tak się pokręciło, że siedzieliśmy w knajpie prawie do 22 czekając aż skończy zajęcia, po czym zmienił adres po raz kolejny... Jak wcześniej na ulicach kręciło się sporo ludzi, tak o tej porze miasto wyglądało jeszcze straszniej, połączenie The Walking Dead i I am Legend, a my po środku tego wszystkiego. W końcu trafiliśmy do baru gdzie prowadził kolejne lekcje i czekaliśmy aż zrobi przerwę żeby dostać klucze. Pięć godzin siedzenia na dupie tak naprawdę po nic... Gdybyśmy wiedzieli wcześniej co nas tu czeka, to nawet nie zajechalibyśmy do tego miasta, szczególnie że kompletnie nic tu niema oprócz wulkanów, na które nie mamy jak wejść bo Monika miała problem z nogą.

IMG_20180111_101235

Dostaliśmy w końcu klucze od "mieszkania" i wróciliśmy nazad pod pierwszy adres. Okazało się, że będziemy spać w jego szkole tańca połączonej z siłownią i salą bokserską. Wchodzimy do góry po schodach, a tam pod wejściem dwa psy i czterech żuli śpiących pod drzwiami... Gdy Nestor mówił, że będą tam spać również jego przyjaciele, to w najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się tego. Dla pewności zapytałem jednego z nich czy to na pewno właściwy adres - potwierdził. Chyba nie byliśmy do końca przygotowani na tą stronę Gwatemali.

IMG_20180111_073123

Następnego dnia rano nie mogliśmy namierzyć nigdzie Nestora, więc zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy do Mc skorzystać z internetu i skontaktować się z drugim hostem, który obiecał nas dzisiaj przyjąć. Niestety zaczął się wykręcać jakimiś pracami w ogrodzie, kombinować że jednak nie może nas wziąć i w końcu przestał odpisywać, szkoda że nie powiedział tego wcześniej. Nie było innego wyjścia jak wynieść się z Xeli jak najszybciej się da. Zanim jednak przestał odpisywać, powiedział nam że miasto jest faktycznie niebezpieczne. Mieliśmy tego namiastkę w nocy, widząc masę ćpunów, meneli i ludzi spod ciemnej gwiazdy, w tygodniu to ponoć pikuś. Dopiero w weekendy zaczyna się prawdziwa jazda. Opracowaliśmy jakiś plan na Gwatemalę i ruszyliśmy w kierunku jeziora Atitlan.

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci