Menu

Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat

Moje małe i duże podróże

Agua Azul i droga do San Cristobal de las Casas

nilek2609

Coś się podziało na campingu i rano byliśmy odcięci od bieżącej wody w naszej części, więc wychodziło na to że wykąpiemy się dopiero nad wodospadami Agua Azul. Na szczęście z pomocą przyszedł Marcin i zaproponował że możemy się umyć u nich w cabanii. Zjedliśmy wspólnie śniadanie u mamuśki, co było nie lada przeżyciem, każdy z nas zamówił danie "A", ona zaproponowała "B", a na koniec przyniosła "C". Nic kompletnie się nie zgadzało, tak jak by miała gdzieś to co kto co zamawiał i każdemu z osobna losowała dania wedle jej uznania. Miało to jednak swój urok.

IMG_20171205_110028

Po śniadaniu czekała nas najgorsza rzecz, musieliśmy się spakować, a żadne z nas nie miało na to ani chęci, ani siły, zostać też już nie chcieliśmy, trzeba było zmienić miejsce na nowe. Wspólnymi siłami jakoś to poszło i po dziesiątej szliśmy już piechotą do miasta, odchodząc seniora mamuśka wysłała nam kilka gorących buziaków i mówiła żebyśmy zostali jeszcze kilka dni. Mimo że była kobietą kompletą całkowicie wystrzeloną w kosmos i nie mogliśmy ogarnąć jej umysłem, to bardzo ją polubiliśmy.

IMG_20171205_0608211

Po tych paru dniach odpoczynku, plecaki już tak mocno nie ciążyły i dość szybko doszliśmy do Palenque. Jak zwykle kierunek chedraui, trochę odganiania od sprzedawców wycieczek, sklepikarzy ulicznych i lądujemy ma wylotówce. Słońce ostro dawało popalić, ale nie to było najgorsze, Monika pozbyła się klątwy montezumy, która za to odezwała się u mnie, a trzeba było jechać.

IMG_20171205_105346

Na krzyżówce pod ADO spędziliśmy dobrą godzinę i musieliśmy zmienić miejsce, nie było sensu dalej tam stać, skoro nikt nie chciał nas zgarnąć, jedynie podjeżdżały kolejne colectivo. Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów na kolejny rozjazd i łapaliśmy dalej. W końcu podeszła jakaś kobieta i coś zaczęła do nas gadać, mówiła na tyle chaotycznie i szybko, że nie mogliśmy jej zrozumieć. Tu coś o aucie, tu o autobusie, że mamy na nią poczekać bo na ruiny idzie po kogoś, więc daliśmy jej trochę czasu. Czekaliśmy prawie godzinę, a czas uciekał, była już szesnasta, a my nie ruszyliśmy się o krok z miasta. 

IMG_20171205_110326_HDR

W końcu zrozumieliśmy o co jej chodziło, proponowała nam wspólny przejazd autobusem, a nie podwózkę i dzięki temu straciliśmy godzinę łapania. O siedemnastej nie pozostało nam nic innego jak zostać w mieście i szukać miejsca na nocleg. Nie było co ryzykować dostania się w nocy na teren opanowany przez Zapatystów. Szczególnie że nie wiadomo czego się można po nich spodziewać, jedyne co wiemy to to że bardzo często blokują górskie drogi na trasie do San Cristobal i żądają pieniędzy za przejazd.

IMG_20171205_110436_HDR

Nie zostało nam nic innego jak wrócić się ładować na dworzec ADO i czekać aż ulice nieco opustoszeją żeby gdzieś w okolicy się rozbić. Siedzieliśmy tak do wpół do jedenastej, dworzec podobnie jak okolica opustoszała, jeździły jedynie pojedyncze taksówki, więc mogliśmy się ruszyć. Wróciliśmy na krzyżówkę i tropem zdjęć satelitarnych szukaliśmy dobrego miejsca, niestety wszystko co by nam odpowiadało, było albo podmokłe, albo za wysokim płotem. Nie pozostawało nic innego jak ruszyć w kierunku ruin i tam szukać szczęścia. Zaledwie sto metrów dalej zrobiliśmy przerwę przy napisie Palenque i zaczęliśmy krążyć po okolicy bez plecaków. W końcu postanowiłem że na totalnym przypale rozłożymy się na ścieżce rowerowej za murkiem, był na tyle wysoki i długi że nikt nas nie widział z drogi. Ludzie o tej porze raczej  nie będą spacerowa, więc to była najlepsza z dostępnych opcji. W Gruzji dałem rade spać na przystanku, na Słowenii też spaliśmy podobnie, to czemu by nie w Meksyku?

IMG_20171205_110514_HDR

Siedem godzin zdrowego snu wpadło, obudziliśmy się dopiero o szóstej jak zaczęli chodzić pierwsi ludzie, dawno tak szybko się nie zebraliśmy. Ekspresowa toaleta i wróciliśmy się na kilka minut do ADO sprawdzić czy ktoś odpisał na Couchsurfigu w sprawie noclegu w San Cristobal. Później już na wylotówkę, pierwsza godzina po raz kolejny nie przyniosła rezultatów, ale za to gdy przenieśliśmy się za posterunek policji federalnej, zabrały nas dwie Szwajcarki na kolejny rozjazd bezpośrednio w kierunku Agua Azul, niby 12 km ale w tym momęcie to było wiele. Teraz za to wiemy czemu nikt nas nie chciał wcześniej zabrać, nie robili tego wcale specjalnie, po prostu nikt w tym kierunku nie jechał. Na setkę przejeżdżających aut, może pięć tam skręcało, Nie było co się męczyć, więc zabraliśmy się pierwszym lepszym colectivo, już nie za 200 peso, ale jedyne 40 od głowy.

IMG_20171205_110653_HDR

O w pół do jedenastej colectivo wysadziło nas na zjeździe, sześć kilometrów przed wodospadami i z tąd miał czekać na nas spacer, ale zaczęłynas atakować taksówki. Z początku wszyscy chcieli po 25 peso, ale po cichaczu z jednym wytargowałem 15. Kolejne peso wyciągneli za wjazd na teren parku, tym razem po 40 i w końcu dojechaliśmy. Patrząc na to co tu się dzieje, baliśmy się zostawiać plecaków w recepcji, każdy lustrował co ze sobą mamy, co chwilę ktoś próbował nam coś wcisnąć. Jednej z kobiet odmówiliśmy zakupu czegokolwiek, ale gdy zobaczyła jak wyciągam bułkę żeby zrobić śniadanie, to po prostu ją sobie wzięła i odeszła. Chwilę później kolejna, na początku myśleliśmy że oferuje mi najstarsze usługi świata (widzielibyście ten wzrok), a ona próbowała wysępić na maślane oczka mamei (owoc). Cokolwiek bym nie wyjął z plecaka, po wszystko wyciągali ręce... Dobrze że nie dojechaliśmy tu wczoraj, bo chyba wyjechalibyśmy bez ubrań.

IMG_20171205_114837_HDR

Po kilku minutach jednak ta cała złość nieco zmalała, wodospady były przepiękne, szkoda tylko że woda nie była tak błękitna jak na zdjęciach które widzieliśmy, za dużo ostatnio musiało padać i nie zachęcała do pływania. Ale mimo to i tak warto było przyjechać żeby to wszystko zobaczyć. Jedynym minusem są setki straganów i nagabywacze patrzący na każdego jak na wypchany portwel, co dość mocno zniechęca do dalszego spaceru. Jednemu nawet daliśmy się naciągąć na owoce kakaowca, gorąco polecam, smak nie do opisania, po prostu bezbłędny. Przeszliśmy się jeszcze kawałek i wróciliśmy do wejścia szukać transportu do San Cristobal, nawet płatnego, byle tylko wyjechać. Ps: będąc tutaj uważajcie na portwele i sprzęt.

IMG_20171205_130615_HDR

Z dołu wszystkie colectivo i autobusy zdążyły wyjechać, ale po chwili podjechał do nas ten sam taksówkarz z którym tu przyjechaliśmy. Bez żadnego targowania od razu powiedział że za 30 peso zabiera nas do góry, więc nawet nie marudziłem. Pięć minut później siedzieliśmy już w colectivo do Ocosingo (40 peso od głowy). Przed piętnastą byliśmy już na miejscu, zero turystów, sami miejscowi i małe "malownicze" miasteczko pośród gór. Tu było już na tyle bezpiecznie, że postanowiliśmy szukać okazji za miastem, szkoda było wydawać na kolejnego busika.

IMG_20171205_145040

Nie cała godzina łapania i zabrał nas malutki pick up do samego San Cristobal de las casas. Po przejechaniu około 20 kilometrów, kierowca kazał mi schować telefon i zabronił robić zdjęć. Powiedział że teraz będziemy jechać dość niebezpieczną trasą i nie chce żeby po drodze były jakieś problemy. Okazało się że od Ocosingo do Oxchuc cały teren jest opanowany przez zapatystów, nic dziwnego że po drodze nie widzieliśmy ani jednego radiowozu, nawet policjanta. Pierwszy radiowóz pojawił się dopiero kilkaset metrów za bramą wyjazdową z Oxchuc, gdzie zapatyści zablokowali w kilkudziesięciu przejazd i zbierali obowiązkową daninę na swoją działalność...

IMG_20171205_145258

Lekką nutkę grozy wprowadzał jedynie kierowca, który na prawie całej trasie nikomu nie pozwolił się wyprzedzić i starał zachowywać znaczną odległość między innymi autami. Te które jakimś cudem go minęły, przy pierwszej okazji wyprzedzał. Później został tylko problem pogody, z każdym kilometrem byliśmy coraz wyżej w górach i temeratura spadała dość drastycznie, nie było już tak przyjemnie jak na wybrzeżu, czy w palenque. A my na wesoło w krótkich spodenkach i koszulce jechaliśmy dalej. Odpuściliśmy dopiero na dwóch tysiącach metrów, gdzie naprawdę zrobiłosię zimno. Z plecaków wyciągneliśmy polary, mimo to przy dziesięciu stopniach i wietrze we włosach, na niewiele się zdały. Ale w końcu po trzech godzinach jazdy (100km) dotarliśmy do centrum prawie europejskiego miasta. Ale o nim nieco później. 

IMG_20171205_152537

 

© Machaj aż po Nil, czyli autostopem przez świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci